Władysław [o Ladislau



Pobieranie 442.37 Kb.
Strona10/11
Data25.10.2017
Rozmiar442.37 Kb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   10   11

Tożsamość i kultura
Jesteśmy istotami kulturalnymi, a kultura jest procesem społecznym. W procesach kulturowych dynamiki racjonalne interweniują w stosunkowo niewielkim stopniu, a w każdym razie dużo mniejszym niż się nam wydaje. Kultura jest też czymś dużo potężniejszym niż na ogół sądzimy. Wszyscy jesteśmy zalatani, zajeżdżamy się na śmierć w pracy i nikt się zatrzymuje, aby zapytać: dokąd tak pędzimy?

Andres Duany, urbanista, który posłał do diabła firmy deweloperskie i budowlane (pamiętacie The Truman Show? Nakręcono go w zaprojektowanym przezeń Panama City), zaczął tworzyć dzielnice, w których obok domów mieszkalnych są placówki usługowe, nie musimy być niewolnikami kierownicy, istnieją małe, miłe przestrzenie codziennego życia towarzyskiego i „przyjazne dla pieszych sąsiedztwa” (pedestrian-friendly neighbourhoods); szuka się tam nie tyle możliwości zademonstrowania indywidualnego sukcesu posiadacza, ile umocnienia atmosfery wspólnoty – „sukces”, komentuje Duany, „odnosi się nie wtedy, gdy można powiedzieć: mój dom jest w lepszym guście, lecz wtedy, gdy można powiedzieć: moja córka ma teraz więcej przyjaciół”.

Wszyscy jesteśmy coraz bardziej zmęczeni życiem pełnym samochodów, przemocy, marnotrawstwa, zanieczyszczeń. Tymczasem megafirmy kierujące polityką i decydujące o kierunkach rozwoju gospodarki światowej przejmują również kontrolę nad środkami przekazu i systematycznie nastawiają nasze zachowania na cywilizację konkurencji, pośpiechu, panowania, sukcesu, niepohamowanego konsumeryzmu. O ileż łatwiej manipulować konsumentem niż wprowadzać innowacje w procesach i treściach produkcji...

Logika procesu nie nastawia nas wrogo do przedsiębiorstw i działalności gospodarczej, lecz uświadamia, że działalność gospodarcza nie może kierować się jedynie pogonią za zyskiem. Bez solidnej przeciwwagi zorganizowanego społeczeństwa obywatelskiego, która zapewniłaby przewagę prozaicznego interesu naszego szczęścia osobistego, szybko będziemy zmierzali do katastrofy w sferze społecznej, ekologicznej i gospodarczej.

Formy organizacji naszej codzienności wydają się naszymi wyborami, a przesłania propagandowe wmawiają nam codziennie, jak bardzo nasze są to wybory, jak bardzo są one naturalne. Gdyby były tak naturalne, nie trzeba by wydawać miliardów dolarów na przekonywanie nas do nich. Gdyby zaś te przesłania nie odnosiły skutku, nie byłyby finansowane przez przedsiębiorstwa, które wciskają nam swoje produkty i swój światopogląd. Ciekawe, że produkty do sprzedania podszywa się powszechnie pod naturalne popędy: oto widzimy samochód powoli jadący wiejską dróżką; widać rzeki, wodospady, zieleń – spółki manipulacyjne wiedzą doskonale, że to wszystko jest potężne i autentyczne. Rezultat to jednak sprzedaż samochodu i tysiące frajerów siedzących jeden za drugim w ulicznych korkach.

Uważam, że w dramatycznym wręcz stopniu nie doceniamy tego, jak nad naszą codziennością ciąży indywidualizacja zaspokajania naszych potrzeb, proces atomizacji społecznej. Zgodnie ze światopoglądem korporacyjnym, rodzina jest jednostką konsumpcyjną. Społeczność to marnotrawstwo. W zatomizowanym świecie społecznym, który powstał, społeczność uległa rozbiciu na izolowane rodziny. Rodzinę rozszerzoną, w której pełno było ciotek i wujów, dziadków, niezapomnianych kuzynek, całego tego zdrowego zamieszania, z jakim mieliśmy ongiś do czynienia w mniej „skapitalizowanych” środowiskach, zastąpiła komórka rodzinna składająca się jedynie z rodziców i dzieci. Ponieważ nikt nie wytrzymuje klaustrofobii świata rodzinnego, małżeństwa się rozwodzą. W Stanach Zjednoczonych tylko jedna czwarta gospodarstw domowych to rodzice i dzieci – przytłaczające większość składa się z izolowanych jednostek, samotnych matek z dziećmi itd. W każdym mieszkaniu czy domu na przedmieściu panuje ten sam dostatek w postaci samochodu, lodówki, telewizora, komputera. I ta sama samotność.

Ponieważ bombarduje się nas jednocześnie społecznym wizerunkiem sukcesu, ci, którzy wytrzymują, w stosunkach między małżonkami oraz między rodzicami a dziećmi zachowują pozory cywilizowanego współżycia – pełnego hipokryzji, która nie wynika z tego, że ludzie z natury są hipokrytami, lecz po prostu z potęgi idyllicznego obrazu, z jakim stykamy się w każdej powieści czy reklamie i w każdym filmie – obrazu młodych, jasnowłosych rodziców, którzy bardzo się kochają i bardzo kochają swoje dwie jasnowłose pociechy oraz malują swój domek farbą, która jeszcze bardziej go wybiela. To wszystko stwarza głębokie poczucie sztuczności i samotną i nieszczęśliwą egzystencję ludzką. Mimo przesady i uproszczeń film American Beauty dobrze odzwierciedla ten absurdalny świat.

Istota ludzka nie może być choćby minimalnie szczęśliwa, jeśli ogranicza ramy swojego współżycia społecznego do komórki rodzinnej – która się załamuje – oraz funkcjonalnych i tak często sztucznych stosunków zawodowych. American Beauty odzwierciedla gigantyczne poczucie duchoty społecznej, narzuconej nam bez pardonu przez groteskowy i pozbawiony sensu system akumulacji konsumerystycznej.

W samotnych masturbatorach elektronicznych, w których usiłuje się nas zamknąć, nie ma już miejsca dla sportu, muzyki, tysiąca form współżycia społecznego. Całe pokolenie wkracza w świat obrazu, w którym książka nie spełnia żadnej funkcji. Sport nie jest już rozrywką, która każdemu grubasowi pozwalała zrzucić ubranie świadczące o jego znaczeniu i wraz z kolegami z sąsiedztwa pobiegać za piłką – sport to coś, czemu ludzie asystują siedząc na kanapie, pogryzając i obserwując, jak muskularni, cudowni atleci dokonują cudownych wyczynów.

Nie słuchamy już zgranych czy niezgranych zespołów muzycznych popijając na rogu ulicy piwo – słuchamy CD z cudownymi pieśniami Pavarottiego lub monotonnymi nagraniami MTV, których słucha się przez indywidualne słuchawki przeznaczone dla ćwiczącego się – to znaczy uprawiającego w samotności i ciszy jogging w parku - osobnika. Sport stał się czasownikiem zwrotnym – podobnie jak muzyka i seks. Plac nie jest już przestrzenią życia towarzyskiego i jeśli posiedzimy sobie na ławce, prawdopodobnie zostaniemy uznani za bezrobotnego, a już na pewno zjawi się ktoś, kto zechce nas wylegitymować. Nie ma już balów dzielnicowych, bo wokół nas pełno jest nieustannie pneumatycznych kobiet, które tańczą parę centymetrów od kamery starając się z maksymalnym zapałem kręcić dupą i wyobrażając sobie, że budzą w nas pożądanie i nas uszczęśliwiają. Nawet kościół, do którego – prawdę mówiąc – chodziliśmy raczej po to, aby pooglądać laski niż otrzymać sakramenty, ale który stanowił przecież ważną przestrzeń konstrukcji wartości i ekspresji duchowej, stał się procesem manipulacji elektronicznej, bo oderwał się od osiedla, społeczności, realnej codzienności ludzkiej.

Miliony mężczyzn i kobiet oglądają dzień w dzień telenowele, które odrobiną życia wyimaginowanego zastępują im nieobecne życie własne. Zamiast poszukać sobie partnera czy partnerki, marzą o wyczynach swoich idoli elektronicznych. To już nie telenowela, to twoje życie – to ty decydujesz. Jest to życie na kredyt, życie, któremu się asystuje zamiast je przeżywać. Rozmach tego wszystkiego jest ogromny. Miliony billboardów wiszących na ulicach, na każdym rogu, w każdej placówce handlowej, bombardują nas nieustannie mniej więcej obnażonymi kobietami, które z orgazmem w oczach sugerują, że spotka nas ogromne szczęście, jeśli kupimy jakiś nowy sprzęt gospodarstwa domowego. Czyż z punktu widzenia naszego codziennego szczęścia to permanentne sprowadzanie popędów afektywnych na drogę zachowań nabywczych jest niewinne?

Koncepcja radykalnej zmiany jakościowej, obejmującej nową kulturę rozwoju i działalności gospodarczej, ma zasadnicze znaczenie. Siły postępowe zwracały dotychczas uwagę na większą efektywność swojej propozycji lub na jej większą sprawiedliwość redystrybucyjną. Dzielić jest bardzo trudno, gdy kultura nierówności przenika samą treść produkcji. Czy dlatego, że megafirmy stwarzają idiotyczny świat, mamy uspołeczniać idiotyzm?

Gdy procesy kulturowe determinują dynamikę procesów ekonomicznych, istnieje prawdopodobieństwo, że należy myśleć szerzej – o alternatywach wobec tworzonej kultury. To, czego szukamy, to w rzeczywistości alternatywna cywilizacja.
Wiatry zmiany
Życie nie musi być absurdalne. Co więcej, korporacje, rynek, interesy prywatne mają sens tylko wtedy, gdy służą lepszemu życiu zamiast sprawiać, abyśmy służyli ich potrzebom akumulacji i do tego jeszcze sugerować, że powinniśmy być wdzięczni, ponieważ dają nam pracę.

Wiadomo, że na widok zadrzewionego placyku w mieście przedsiębiorca oburza się, iż nikomu nie przyszło jeszcze do głowy zbudować w tym miejscu supermarketu. Inny zaplanowałby parking, podczas gdy producent reklam uważa, że to po prostu śmieszne, iż ludzie spacerują po parku zamiast pójść do domu i siedząc wygodnie na kanapie oglądać między jedną a drugą reklamą przepiękne obrazy odległych parków. Nie ma w tym złej woli. Oni starają się maksymalizować swoje pieniądze popisując się dużymi umiejętnościami technicznymi i cierpiąc na zupełny uwiąd inteligencji życiowej. Musimy zorganizować się jako społeczeństwo, ująć cugle procesu w swoje ręce i przekazać dzieciom mniej nasycony przemocą, mniej głupi i bardziej ludzki świat.

Pewnego dnia pojechałem na wykłady do Recife. Śródmieście, w którym pracowałem w 1963 r., przeszło radykalne przeobrażenia. Budynki odrestaurowano z całym splendorem starej architektury. Place są czyste, oświetlone, zadrzewione. Port otwarto dla publiczności i stał się przestrzenią służącą spędzaniu wolnego czasu. Wąskie ulice staromiejskie są dziś jednym ciągiem barów i restauracji – całe chodniki są zastawione stolikami, bo ruch drogowy skierowano gdzie indziej. Orkiestra gra na żywo na środku ulicy, trwa wielka zabawa ludowa, pary małżeńskie odkrywają ze zdumieniem rytm, podniecenie, wybuch śmiechu, zainteresowanie innymi ludźmi. Tak jest przez cały tydzień – nie trzeba czekać cały rok na karnawał, który zresztą stał się raczej przemysłem telewizyjnym, czymś, czemu się asystuje, aniżeli okazją do powszechnej zabawy na sto fajerek i ubawu po pachy. W Recife ludzie już nie czekają, aby podczas karnawału obejrzeć się w TV Globo.

Wbrew wielkim korporacjom medialnym, tysiące społeczności na całej kuli ziemskiej zakładają radia i telewizje komunalne, które pozwalają promować działania i omawiać wydarzenia lokalne, wiązać ze sobą inicjatywy najrozmaitszych grup, na oczach zachwyconych rodzin robić programy z dziećmi z osiedla. Czy nieodzowny jest ktoś taki, jak prezenterka telewizyjna Xuxa?14 Magnaci mediów i polityki kontrolujący w Brazylii komunikację społeczną dobrze wiedzą, jak groźna jest to tendencja i codziennie piętnują „pirackie radia” sugerując nawet, że społeczności wyposażone w narzędzia integracji komunikacyjnej powodują katastrofy lotnicze... Doprawdy, w świecie, w którym w pogoni za pieniędzmi królują zasady wolnej amerykanki, wszystkie chwyty są dozwolone.

Miliony ludzi na całym świecie przestają lokować swoje pieniądze w bankach prywatnych, które służą światowym mechanizmom spekulacji, i lokują je w takich najrozmaitszych i szybko mnożących się wszędzie bankach komunalnych, jak Grameen w Azji czy Portosol w Porto Alegre. Taki bank urzędowy, jak Banco do Nordeste, upowszechnia dziś kredyty dla mikroproducentów, gwarantowane wyłącznie na słowo tych, którzy o nie zabiegają, i organizuje setki agentów kredytu komunalnego, działających w zabitych deskami gminach Północnego Wschodu. Biedacy dotrzymują słowa i niespłacalność wynosi niespełna 2 proc. Spółka ma natomiast adwokatów i procenty.

Miliony ludzi na całym świecie zaczynają konsumować zgodnie z kryteriami odpowiedzialności społecznej i ekologicznej, unikając w supermarketach i innych placówkach handlowych produktów związanych z pracą dzieci czy ze środkami toksycznymi. Jest to tak rozległe zjawisko, że tysiące przedsiębiorstw starają się dziś odzyskać reputację, biją się o prawo do „zielonego znaku” na swoich wyrobach, do znaku przyjaciela dzieci Abrinq i mnóstwa innych inicjatyw tego rodzaju.

Powstał już potężny ruch osób wymagających od banków i od firm inwestycyjnych, w których lokują swoje oszczędności, aby z ich pieniędzy nie korzystały przedsiębiorstwa wyrządzające szkody środowisku naturalnemu, handlujące bronią itd. Działający dziś w 77 krajach ruch Transparency International uzyskał odmowę jakiegokolwiek angażującego zasoby Banku Światowego finansowania dziesiątków wielkich przedsiębiorstw, które uzyskania zamówień publicznych stosują korupcję.

Miliony osób w podeszłym wieku, często zesłanych do swojego rodzaju poczekalni w mieszkaniach i budynkach komunalnych, odkrywają, że czy to działając indywidualnie, czy organizując się w grupy lub stowarzyszenia, mogą wykorzystać całe dziesięciolecia swojego ciągle użytecznego życia, jakie im jeszcze pozostały, pomagając w zarządzaniu społecznościami, do których należą, animując przestrzenie służące spędzaniu wolnego czasu i działalności kulturalnej, organizując komunalne zakorzenienie prewencyjnej ochrony zdrowia, przyczyniając się do zadrzewienia osiedli itp. Osoby te mogą (tylko mogą) nie mieć opanowanych najnowszych technologii cybernetycznych, ale posiadają ogromną wiedzę ludzką, a to jej właśnie najbardziej brakuje, i wielki kapitał wolnego czasu.

Tego rodzaju inicjatywy pozwalają odradzać się lokalnym inicjatywom gospodarczym. Społeczności, które przez długi czas były więźniami poglądu, że miejsca pracy stworzy General Motors czy inne przedsiębiorstwo wielonarodowe lub przejazd wynajętej przez jakiegoś skorumpowanego polityka ciężarówki z orkiestrą i sprzętem nagłaśniającym, odkrywa potencjał samoorganizacji. Paul Singer, który dał nam wiele analiz ekonomicznych, dziś zakasał rękawy i pomaga w tworzeniu w całym kraju spółdzielni. Burmistrzowie gmin Wielkiego ABC na peryferiach São Paulo zorganizowali izbę regionalną, która pozwala dynamizować działalność drobnej i średniej przedsiębiorczości i wiązać wysiłki urzędów gminnych, przedsiębiorstw, związków zawodowych, Brazylijskiej Służby Wsparcia dla Małych i Średnich Przedsiębiorstw (SEBRAE) i rozmaitych uniwersytetów celem tworzenia atmosfery sprzyjającej rozwojowi drobnej przedsiębiorczości. Drobne przedsiębiorstwo to coś innego niż korporacja, która może się gdzieś zainstalować, ale może się również wynieść, może stwarzać miejsca pracy i je niszczyć, w zależności od tego, jak w jakimś dalekim kraju zmienia się stopa zysku. Drobne przedsiębiorstwa mają właścicieli, działają na terenie określonych osiedli – mają tożsamość, a więc nie są anonimowe. One też się likwidują, ale powstają inne i z powodzeniem możemy tworzyć konteksty sprzyjające ich działalności.

Brałem udział w zorganizowanym przez UNICEF na południu Włoch spotkaniu międzynarodowym. Przedstawiono na nim setki doświadczeń renowacji miast, które ogniskują się na dzieciach – bo to też obywatele. W wielu miastach przy urzędach miejskich działają już dziecięce rady konsultacyjne, których opinii trzeba zasięgać w sprawach wszelkich projektów architektonicznych mających związek z ich interesami. Wychodzą z tego niebywale praktyczne rozwiązania – odkryto, że 50 proc. dzieci nie rozumie sygnalizacji ulicznej. W rezultacie projektuje się sygnalizację na nowo, razem z dziećmi, po to, aby była dla nich zrozumiała. Na jezdniach i ulicach zaznacza się bezpieczne przejścia, aby ułatwić dzieciom samodzielne poruszanie się po mieście. Pod presją ruchów dziecięcych i często przy poparciu organizacji nauczycielskich odzyskuje się place zamienione na parkingi i robi się z nich prawdziwe place zabaw z ławkami, zielenią, wodą, przestrzeniami socjalizacji i humanizacji.

W tej książeczce nie chodzi o skatalogowanie świata, który się wyłania, gdy ludzie odkrywają, że są osobami, stanowią społeczeństwo, mają prawa – że są obywatelami, a nie tylko klientami. Ten, kogo to interesuje i kto ma taką wolę, może wziąć udział w podejmowanych praktycznie wszędzie inicjatywach. Ten, kto chce je poznać, znajdzie dziś mnóstwo odpowiednich studiów, stron internetowych, publikacji alternatywnych. Ten ruch jest już planetarny, choć nieznany tym wszystkim, którzy uważają, że rzeczywistość jest taka, jak ją przedstawiają wielkie media.

Dla nas najważniejsze jest pokazanie, że zwykły obywatel niekoniecznie jest bezsilny. Może głosować swoją kieszenią, gdy robi zakupy, swoimi oszczędnościami, gdy je lokuje, swoją pracą społeczną, gdy popiera powstające wszędzie organizacje społeczeństwa obywatelskiego. Niezwykła jest liczba osób, które wolą wybrać niższą płacę w społecznie użytecznych organizacjach sektora służb, aniżeli spędzić życie na próbach obnoszenia się z pustym sukcesem indywidualnym.

Złe samopoczucie niekoniecznie jest lewicowe lub prawicowe, niekoniecznie jest właściwe bogatym lub biednym, krajom wysoko lub słabo rozwiniętym. Jest to złe samopoczucie cywilizacyjne lub kulturalne w najszerszym tego słowa znaczeniu. Istota ludzka otworzyła puszkę i wypuściła z niej fantastyczne technologie i olbrzymie potencjały naukowe. Jej potrzeby pozostają jednak prozaicznie ludzkie. Przystosowanie technologii i potencjału gospodarczego do potrzeb ludzkich jest zadaniem zarazem prostym i niebywale skomplikowanym. Do realizacji tego zadania nie potrzeba więcej produktów – potrzeba więcej inicjatywy i organizacji, więcej inteligencji społecznej. Nie zależy też ona – co ma ogromne znaczenie – od dojścia do władzy jakiejś klasy czy męża opatrznościowego. Jest nawet prawdopodobne, że odmienna od obecnej władza polityczna nie powstanie dopóty, dopóki nie zbudujemy oddolnie społeczeństwa, które ujmie w swoje ręce cugle swojego rozwoju.

Prawdą jest, że musimy odnaleźć równowagę. Przy pomocy patologicznych segmentacji systemowi udało się stworzyć monstrualną rzeczywistość. Udało się oddzielić działalność gospodarczą od ekologicznych, społecznych i kulturowych skutków tej działalności. Odizolowaliśmy teorię ekonomiczną od filozofii oraz od nauk społecznych i politycznych. Stworzyliśmy chorobliwego osobnika – jednofazowego, goniącego za zyskiem technokratę. Ze względu na swoją pozycję w megafirmach działających na kuli ziemskiej i na technologie, jakimi się posługuje, dysponuje on wielką władzą, która pozwala mu stosować system, ale nie zawsze pozwala mu go zmieniać.

Świat opanowany przez pieniądz, zysk, komercjalizację i reklamę musi odnaleźć swój sens, służyć naszemu życiu, a nie zmuszać nasze życie, aby mu służyło. Ekonomia jako nauka nie może być dłużej obscenicznym narzędziem manipulacji i uzasadniania absurdalnych interesów; ponownie powinna służyć ludzkości.

Rozdział ten zaczęliśmy od cytatu z Allana Blooma, wcale nie ekstremistycznego profesora amerykańskiego. Możemy rzec razem z nim: „Podsumowując, życie stało się nieprzerwaną, sprzedawaną hurtowo fantazją masturbacyjną. Taki opis może wydać się przesadny tylko tym, którzy wolą go za taki uważać.”

Dziś megafirm finansowych, medialnych, spekulacyjnych, manipulacyjnych i ich zawsze tych samych podpórek politycznych nie straszy widmo sierpa i młota. Straszy widmo odmowy kulturalnej – ogromnego worka pełnego społeczeństwa, które chce czegoś innego i zakasuje rękawy.
Epilog
Epilog to ładne słowo. Prawie zapomniane. Ponieważ jednak ta książka ma z należytym lekceważeniem, na jakie zasługuje przesadna obiektywność nauki, wywołać w niej zamieszanie, wprowadzając subiektywność przeżyć i doświadczeń, ten komentarz końcowy wydał mi się pożyteczny jako pewien rodzaj przemyślenia myśli.

Lubię biały ser, rozmaite rodzaje twarogu, ricottę itp. Na balkonie, na niewielkiej przestrzeni, hoduję lebiodkę, rozmaryn, majeranek, szalotkę, pietruszkę, pieprz itp. Zawsze lubiłem smacznie jadać. Na dużą pajdę włoskiego chleba kładę ser, dodaję lebiodkę, majeranek, szczyptę świeżo zmielonego czarnego pieprzu, a do tego wszystkiego kilka ziarenek gruboziarnistej soli. To nie jest duża inwestycja. Niewiele mnie kosztuje. Przyjemność jest ogromna.

Moja postawa musi oczywiście wywoływać głęboką irytację przedsiębiorcy, dla którego liczy się ekonomia skali, efektywność i konkurencyjność. Faktycznie, supermarket oferuje mi taki sam, ale już gotowy i zapakowany w plastykową torebkę biały ser z fines herbes, który waży 140 gramów; kosztuje to cztery i pół reala. Po pierwsze, ponieważ wielkie przedsiębiorstwa produkujące ser płacą producentom około pięć centów za litr mleka, ser i przyprawy w plastykowej torebce warte są około pięciu centów. Nie podoba mi się, że muszę za to płacić przeszło cztery reale. Po drugie, nie potrzebuję, aby jakieś przedsiębiorstwo oferowało mi gotowe produkty celem „zaoszczędzenia mojego czasu”. Nie chcę spędzić życia na uganianiu się za pieniędzmi, za które mogę robić czasooszczędne zakupy. Wcale nie jest mi też niemiłe irytowanie tego rodzaju przedsiębiorców.

Nie wszystko można zrobić w domu, a ekstremizmy daleko nie prowadzą. Czasami lubię skropić ser paroma kroplami oleju; olej pochodzi z Portugalii, sprzedaje się go w dużych opakowaniach i jest smaczny. Ostatnio jednak spożywam aromatyczny olej z Giovinazzo na południu Włoch – regionu, który poznałem pracując w pociągach. Sprawia mi przyjemność to, że tej olej pochodzi ze spółdzielni – że robią go tradycyjne rodziny, które o oleju wiedzą wszystko.

Absurdalność filozofii, która nami rządzi, mieści się w jednym akapicie. Dynamika sukcesu sugeruje, aby spółdzielnię utworzoną przez tradycyjne rodziny wykupiło wielkie przedsiębiorstwo produkujące oleje, wprowadziło just-in-time, zastąpiło charakterystyczny aromat miejscowej oliwki łagodniejszym smakiem, który przypada do gustu przeciętnemu konsumentowi, zwolniło z pracy starych ludzi, którzy bronią tradycyjnych form produkcji, wprowadziło efektywną organizację pracy, w której wszyscy będą padać na pysk lub wypruwać sobie żyły w klimacie permanentnej niepewności, a celem promocji nowego produktu przeprowadziło szeroką kampanię reklamową, w której wystąpi typowy włoski staruszek w berecie i stwierdzi, że w tym oleju wszystko jest tradycyjne. Bo big business niszczy to, co jest, ale wcale nie jest durniem...

Prawda jest taka, że między serami, miłością i pracy – nie koniecznie w tej kolejności – odbudowuję swoje życie. Między początkowym szokiem, jakim w mojej młodości był widok cierpiących nędzę dzieci w Recife, a oburzeniem, jakie odczuwam dzisiaj na wiadomość, że co roku z błahych powodów umiera na świecie 12 milionów dzieci, nastąpiła głęboka zmiana – a może wolta. Była to dalekosiężna wolta prowadząca od emocji i wściekłości poprzez suche i jałowe modele makroekonomiczne do bardziej ukształtowanej, a przede wszystkim bardziej ludzkiej wizji. Pozostało mi oburzenie i dziś jestem przekonany, że złożone argumenty, które wiecznie uzasadniają odkładanie ad calendas graecas godziwej płacy, pomocy dla głodnych dzieci, przyzwoitej służby zdrowia stanowią w istocie haniebne racjonalizacje interesów, które nie mają sensu i prowadzą nas do powszechnego impasu.

Całe nasze społeczeństwo jest zorganizowane wokół walki, sukcesu, pustego dążenia, aby zostać zwycięzcą. Szczerze mówiąc, czuję się zwycięzcą, gdy mogę spędzić przedpołudnie z dziećmi lub z żoną Fatimą – kobietą silną i kruchą. Jak to się dziś mówi – ze swoją własną kobietą. Jakiś czas temu, spędzając wakacje w Toronto, gdzie mieszka mój najstarszy syn, zagraliśmy na trawie w piłkę. W Toronto jedno boisko bez supermarketu przypada na pół tuzina kwartałów. Człowiek wchodzi na boisko bez legitymacji członkowskiej, nie musi popisywać się zegarkiem i sygnetem ani zakładać żadnego munduru. Jest to pole, na które istoty ludzkie – to niebywałe – mają tak samo wolny wstęp, jak ptaki czy psy. Natomiast nie jest to uprzejmy prezent reklamowy żadnej sieci handlowej. Jeszcze bardziej niebywałe jest to, że nie wykorzystuje się boisk do prezentowania ogromnych kobiet, które tłumaczą, co powinniśmy kupić, aby być szczęśliwi. Otaczające je drzewa są prawdziwe.

Choć kiedyś (kilkadziesiąt lat temu) miałem opinię dobrego piłkarza, teraz, w wieku ponad pięćdziesięciu lat, musiałem uciekać się do rozmaitych wybiegów i podstępów, aby poradzić sobie z moimi dziećmi, które kiwały mnie bez pardonu. Po chwili, umorusany i tak zdyszany, że zdawało mi się, iż za chwilę umrę, położyłem się na trawie; nad sobą miałem ogrom nieba, pod sobą świeżość trawy i znosiłem w milczeniu gniewne komentarze zawiedzionych dzieci. Takich chwil szczęścia nikt mi nie odbierze – nie mają nic wspólnego z pieniędzmi. Składają się na coś, co tracimy z pola widzenia – na tak zwane życie.

Zrekonstruowana mozaika nie przekreśla oburzenia i cierpienia, ale nadaje im sens, ponieważ emocje są dobre, etyka jest istotna, a techniki są po to, żeby nam służyły. Choć składanie kamyków życia przychodzi nam z trudem, mozaika życia jest tylko jedna.


Pobieranie 442.37 Kb.

Share with your friends:
1   2   3   4   5   6   7   8   9   10   11




©operacji.org 2020
wyślij wiadomość

    Strona główna