Trasa wyprawy 09 sierpnia 2006 Szczepienie



Pobieranie 3.45 Mb.
Strona1/17
Data23.01.2018
Rozmiar3.45 Mb.
  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   17

PERU-BOLIWIA-CHILE 2006

M&M Tryczyńscy oraz J&A Jarmolińscy


Trasa wyprawy




09 sierpnia 2006

Szczepienie

Jak wiadomo jadąc w rejony Ameryki Płd. zaszczepić się trzeba. Żółtaczkę mamy na szczeście jeszcze ważną. Pozostało przyjąć szczepionkę na dur brzuszny i tężca z błonnicą. Żółtą febrę odpuścilimy - nie starczy nam czasu na wizytę w dżungli :(



JJ (16:24)



11 sierpnia 2006

Angina

Ostatnio Ania (1/4 naszej grupy wyjazdowej) gorzej się poczuła. Po osiągnięciu 38,1 st. stało się jasne, że dosięgła ją angina. Nie jest to dobra wiadomość, szczególnie na 2 tygodnie przed wyjazdem. Mamy nadzieję, iż świetna opieka (lekarska i nie tylko) przyczyni się do jej szybkiego wyzdrowienia i odbudowania sił. Niemniej jednak, o zaszczepieniu się nie może być mowy i to jest trochę frustrujące.

Reszta naszej załogi (Marcin) też ma jakieś problemy ze zdrowiem. Liczę, że mniej drastyczne i że Marta przyczyni się do szybkiego powrotu kolegi do zdrowia, abyśmy zamiast w Limie nie wylądowali w łóżkach.

Czy w Wawie panuje epidemia...?



JJ (09:38)



16 sierpnia 2006

Postęp

Choroba została opanowana. Co więcej, można powiedzieć, że unicestwiona. Dzięki temu mogliśmy spotkać się we własnym gronie, aby "dogadać szczegóły". Plan trasy uległ nieznacznej modyfikacji i jego ostateczna wersja wkrótce pojawi się na naszej mapce po prawej stronie. Zdecydowalismy się na kupienie kilku przelotów już z Wawy, żeby zaoszczędzić trochę czasu i nie narażać się na ewentualne ryzyko "braku biletów". Poza tym każdemu przydzielone zostały zadania :)) Ania rezerwuje hotele (Lima, Arequipa, Cuzco, Copacabana, La Paz), Marcin kupuje bilety lotnicze, Marta bada godziny otwarcia przejść granicznych, a ja... Hmn... też miałem coś zrobić. Aaa..., no tak - ja sprawdzam sytuację na rynku usług finansowych w regionie, tj. banki, kantory, bankomaty, potwierdzam lot w KLM i upewniam się jak kursuje Expreso del Sur w Boliwii. Poza tym wszystkim pozostało nam jeszcze do kupienia kilka rzeczy w sklepach podróżniczych (1 śpiwór, buty, worki na plecaki) oraz klisze do aparatu.



JJ (09:52)





26 sierpnia 2006

Peru - pierwsze starcie

Po 20 godzinach podrozy, udalo nam sie szczesliwie wyladowac w Limie. Lot odbyl sie niemal bez zaklocen. Male opoznienie na Okeciu zostalo odrobione na trasie przelotu i cel podrozy osiagnelismy nawet przed czasem. W holu glownym czekal na nas umowiony taksowkarz z Hostalu Espana z napisem Marcin Tynzynczki (zamiast Tryczynski) i mimo bariery jezykowej udalo nam sie dostac na miejsce. Jazda przez Lime byla ciekawym doswiadczeniem. Ogromny ruch generowany przez taksowki marki Daewoo Tico oraz zlom sprowadzony z Meksyku i Chille, jazda bez przepisow, klakson uzywany przy kazdym manewrze, domy wybudowane tylko do polowy i tak zostawione... Do tego duszacy zapach spalin i wieczna mgla/smog. Lima nie jest piekna.

Trzeba jednak przyznac, ze nasz hotel mial swoj urok - stary, kolonialny dom, pelen obrazow, rzezb, wypchanych zwierzat i ... czaszek! Pokoje o skromnym standarcie, ale z ciepla woda i (przynajmniej w naszym przypadku) ladnym widokiem z balkonu na Lime. Generalnie samo centrum Limy bylo juz duzo ciekawsze i dostarczylo wreszcie troche wrazen estetycznych, Plaza Mayor to malownicze miejsce z katedra, palacem prezydenckim, fonatanna, palmami, zatrzesieniem zakochanych Peruwianczykow i policja na kazdym kroku. Przeszlismy sie glownym pasarzem, Marta spozyla lody wMcDonaldzie, wymienilismy na ulicy troche dolarow, zjedlismy cos przy placu glownym i poszlismy spac (spalem tylko 2 godziny na przestrzeni 48 godzin). Rano zjedlismy niewielkie sniadanko i o 9 zameldowalismy sie znowu na lotnisku.

Lot do Arequipy (drugiego co do wielkosci miasta Peru) przebiegal spokojnie i urozmaicony byl przez wspaniale widoki Andow. Bez problemu tez dojechalismy taksowka do naszego Hostalu Casa de Sillar. Od razu nam sie spodobal. Parterowy budynek z bialej powulkanicznej skaly, liczne patia i "uliczki" wewnetrzne, taras na dachu z widokiem na miasto i gorujace nad nim 2 olbrzymie wulkany (6-tysieczniki). Do tego bardzo ladne pokoje i mila obsluga. Po zalogowaniu w pokojach udalismy sie na rekonensans. Arequipa jest duuuuzo ladniejsza od Limy! Stare kolonialne budynki, monumentalne gory dookola, slonecznie, czysto i ludzie jakby przyjemniejsi. Plaza del Armas wyjatkowo malownicza.



  

  

Po zrobieniu rundki wokol placu wspielismy sie na dach jednego z budynkow i zjedlismy lunch (plus degustacja peruwianskiego specjalu - drinka o nazwie Pisco Sour) z widokiem na dachy domow, wieze katedry i oba wulkany.



  

  

Po Lunchu wykupilismy wycieczke (za jedyne $25 z noclegiem i przejazdami) do kanionu Colca - drugiego co do glebokosci na ziemi (2 razy glebszego niz Canion Colorado). Udalo nam sie tez odwiedzic Monasterio Santa Catalina - gigantyczny kompleks zabudowan klasztornych (20 000 m2), ktore bylo (i jest nadal, chociarz juz w malej skali) miejscem pobytu (na cale zycie) siostr zakonnych (do zakonu szla wedlug tradycji 2 corka z kazdego pokolenia miejscowych arystokratow). W gaszczu uliczek, komnat i placykow bladzilismy okolo 2 godzin.



  

 

Nastepnie zrobilismy maly pit stop w hostelu i ruszylismy na druga czesc zwiedzania. Pierwszym punktem byla (podobno) najlepsza pizza w tym regionie kraju. Rzeczywiscie - porcje duze, smaczne i z prawdziwego pieca opalanego drewnem. Do tego miejscowe piwo Arequipena (duzo lepsze od wczesniej rozpoznanego Cuscena) i... wszystkim (oprocz mnie) zachcialo sie spac. Odwiedzilismy jeszcze jakis rockowy bar i po malym bladzeniu w poszukiwaniu hotelu oraz zakupie paliwa potrzebnego do pisania tych slow - trafilismy znowu do naszej noclegowni. Jutro rano pobudka o 6.20!

B
TryK (05:14)

uenas nochas amigos!







29 sierpnia 2006

Wikunie, kondory i choroba wysokosciowa

O 7.45 podjechal pod nasz hostal bus z miejscowym przewodnikiem. Chwile pozniej dolaczyla do nas grupa uchachanych Wlochow, chuda Niemka, 2 Holenderki, do tego Francuzi, Chilijczycy, Peruwianczycy... Towarzystwo miedzynarodowe generalnie. Przewodnik mowil dobrze... po hiszpansku:-) Po angielsku mowil bez zachowania jakichkolwiek regol, ale dalo sie go zrozumiec i opowiadal ciekawie. Rozpoczelismy podjazd pod gore... Na 4 tysiacach metrow Ani znikla wizja i poczula sie zle. My natomiast podziwialismy wikunie. Chwile pozniej zrobilismy przystanek na mate de coca. Liscie koki pomagaja zwalczyc efekty choroby wysokosciowej. Po wyruszeniu w dalsza droge moglismy podziwiac piekne widoki mijanych wulkanow, lamy i alpaki (widzielismy nawet krwisty rytual poswiecenia jednej z nich), zulismy liscie koki i wspinalismy sie dalej w gore.



  

  

  

Niestety koka okazala sie za slaba i po wyjsciu na zewnatrz do najwyzej polozonej toalety (4 910 m n.p.m.) wszystkich nas dopadly zawroty glowy i klopoty z oddychaniem. Chwile pozniej Marta zaczela miec tez mdlosci. Na szczescie zaczelismy zjezdzac juz w dol i okolo 14.00 dotarlismy do miejsca naszego noclegu - Chivay

(3 700 m n.p.m.). Tu zjedlismy posilek i zakwaterowalismy sie w dosc obskurnym hosteliku Anita. Marta niestety zachorowala na dobre i zrobila sobie drzemke 14 godzinna. Ania poszla na zakupy z grupka poznanych chwile wczesniej Polakow, a ja z Jakubem zaryzykowalismy maly trekking (mimo bolu glowy i lekkich mdlosci). Najpierw pojechalismy do malej wioski o nazwie tlumaczonej na hiszpanski "Vagina Grande". Podejscie trwalo okolo godziny i kosztowalo nas sporo zdrowia. Ciezko bylo oddychac, zawroty glowy sie nasilily. Nie moglismy byc jednak gorsi od Wlochow! Na szczycie czekaly na nas preinkaskie grobowce pelne kosci i czaszek. Po zejsciu na dol ruszylismy przez rynek Chivay, skad zabralismy reszte wycieczki (w tym Anie) do goracych zrodel lezacych nieopodal. Relaksowalismy sie w basenach z naturalnie goraca woda okolo godziny. Po powrocie do hostalu Jakuba dopalo soroche (czyli choroba wysokosciowa) i musial pozostac w lozu. Ja z Ania poszlismy na obiadokolacje polaczona z wystepem lokalnych muzykow i tancerzy. Zjadlem lame, Ania wciagnela kurczaka, wypilismy troche rumu i o 22.00 wrocilismy do hostalu. Rano o 5.10 mielismy pobudke i o 6.30 wyruszylismy na podboj kaniomu Colca.

Niestety podrozy towarzyszyl narastajacy bol glowy. Widoki jednak zapieraly dech w piersiach. Okolo 9.00 dotarlismy do miejsca zwanego Cruz del Condor, w ktorym moglismy przez ponad godzine podziwiac kondory szybujace nad kanionem Colca (w tym miejscu kanion mial 1 300 m glebokosci) w poszukiwaniu padliny:-)



 

  

  

  

Okolo 13.00 wrocilismy do Chivay na bardzo dobry obiad (za 15 zlotych mozna bylo bez ograniczen korzystac z bufetu oferujacego miejscowe przysmaki). Nastepnie udalismy sie w droge powrotna do Arequipy (znowu zaliczajac wysokosc 4 910), gdzie dotralismy okolo 18.00. Po krotkiej toalecie wybralismy sie na podboj miasta. Miejscowe knajpy maja mily zwyczaj notorycznego happy hours i skwapliwie z tego skorzystalismy w kilku kolejnych lokalach. Na koniec trafilismy do "Deja Vu" - najpopularniejszego baru w miescie. Tam spotkalismy znajomych (z Chivay) Polakow i z nimi spedzilismy milo czas.



Nastepny dzien zaczelismy o 8.00 sniadaniem w hostalu i wybralismy sie do Muzeum Santuraios Andinos, majacego w swoich zbiorach slynna mumie inkaskiej ksiezniczki, zlozonej w ofierze na szczycie wulkanu 500 lat temu. Oprocz zamrozonej indianskiej pieknosci w muzeum obejrzelismy tez figurki, naczynia i stroje skladane przy niej i podobnych ofiarach.

  

Okolo 11.30 udalismy sie na lotnisko i odlecielismy w strone Cusco - centrum turystycznego Peru i miejsca wypadowego do ruin Machu Picchu. Ale to juz inna historia...



  TryK (01:38)



Pobieranie 3.45 Mb.

Share with your friends:
  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   17




©operacji.org 2020
wyślij wiadomość

    Strona główna