Spis opowiadań



Pobieranie 0.64 Mb.
Strona10/12
Data29.10.2017
Rozmiar0.64 Mb.
1   ...   4   5   6   7   8   9   10   11   12

- Jedźcie, jedźcie! Przecież to po ósmej. Jak wyjedziecie będzie po dziewiątej, a może później. Czy zdajecie sobie sprawę kiedy wrócicie?

Nawet Mamie nie mówiłem o wyruszeniu w drogę. Wydawało się, że fuchę do Koźmic odwalę w „trimiga”, maksimum ciągu trzech godzin, no bo to przecież tylko kilkanaście kilometrów tam i z powrotem.

W Straży zameldowaliśmy się szybko, mieliśmy do niej nie więcej jak 400 metrów. Dyżurny strażak czekał przy bramie wjazdowej. Otworzył ją, gdy ujrzał karetkę ze znakiem jodełki i zamknął po jej wjeździe. Po słabo oświetlonym placu, w strugach deszczu zostałem podprowadzony najbliżej miejsca przechowywania broni.

Nie wiem, gdzie była składowana, wiem natomiast, że była wynoszona z garażu pojedynczo przez dwóch strażaków i układana na wszystkich łóżkach karetki. Na podłodze ustawiano skrzynki z amunicją, granatami i innymi środkami wybuchowymi, oraz workami, chyba bielizny, butów i odzieży. Wnętrze karetki załadowano do granic możliwości. Wygospodarowano tylko jedno miejsce siedzące na skrzyniach, na wprost drzwi wejściowych. Miejsce dla strzelca pokładowego.

W końcówce załadunku doszlusował zmęczony, zziajany Kazek, - odwalił dobrą czterystametrówkę w rekordowym czasie, chyba ją wspomina do dzisiaj.

Gimo zasiadł w miejscu strzelca pokładowego, wyposażony w ręczny karabin maszynowy wycelowany w drzwi. Miał strzelać po ich otwarciu – obojętnie do kogo, gdy nie będzie pukania w tylną ścianę kabiny. Natomiast w przypadku usłyszenia strzałów oddawanych z szoferki miał otworzyć drzwi, strzelając, wyskoczyć z kabiny i przyjść nam z pomocą.

Kierujący załadunkiem - niestety nie znam jego nazwiska – zapytał.

- Masz broń?

- Nie mam .

Odszedł, za chwilę przyniósł chyba osobistą broń, parabelkę z rezerwowymi magazynkami oraz kilka granatów.

- Granaty pozostawisz w Kożmicach. Mocarnego znasz. Pistolet dasz łącznikowi, który jedzie z wami. Wracać będziesz sam. Reszta powróci piechotą. Szczęśliwej drogi.

Wyruszyliśmy tuż przed dziewiątą, tak jak przewidywała pani Janina, żegnani przez kolegów, akowskich strażaków.

Co to była za jazda!

W szoferce siedziało nas trzech. Kazek, łącznik i ja. Czwarty, Gimo siedział zamknięty w kabinie karetki. Uzbrojeni po zęby, jak nigdy dotąd - w broń maszynową, granaty utkane za pasami pod nieprzemakalnymi strażackimi płaszczami, granaty leżące na siedzeniu poza naszymi plecami, pistolety, a co najważniejsze, w nadzieję na bezpieczny przejazd, wyruszyliśmy w drogę, przygotowani na wszystko, co może się przydarzyć.

Deszcz, wielki sprzymierzeniec tej jazdy już nie padał, a rozlał się na dobre. Wycieraczki ledwo nadążały zbierać wodę z szyb. Nawierzchnia drogi od lat nie naprawiana, zniszczona działaniami wojennymi była pełna dziur wypełnionych wodą i błotem. Przez szyby zalewane strugami deszczu, w świetle mocno przyciemnionych reflektorów zamazanych błotem, widziało się tylko jako we mgle zarysy zwałów rozlanego, gęstego błota, wody, i jeszcze raz wody, wody i błota.

Teraz dopiero mogliśmy ocenić zalety wojskowego Mercedesa, karetki frontowej. Jego bliźniacze zestawy kół tylnych z terenowymi oponami pchały ten samochód w tym piekielnym błocie wypychając go raz po raz z głębokich kolein zalanych gliniastą mazią.

Tylko ten, kto widział i zapamiętał ówczesną górską drogę, szczególnie w warunkach długotrwałych deszczów, wijącą się przez wsie: Sierczę, Koźmice Wielkie do Gorzkowa, z niej zaś - nie drogę, a raczej trakt do Jankówki i jechał ledwie co widoczną drogą pośród ciągłego deszczu, unoszących się mgieł zamazujących praktycznie wszystko, może dopiero wczuć się w trudność tej jazdy.

Na tej drodze, zaraz za krzyżówką mieliśmy spotkać łącznika Mocarnego.

Mieliśmy?!

Aliści, gdy wspomnę ten czas, ten ostatni odcinek drogi, dosłownie kilometrowy, tedy chcąc, czy nie, muszę go przyrównać do przysłowiowej Golgoty. Samochód tonął po prostu w błocie. Były myślowe momenty o kapitulacji w tej walce z potęgą deszczu, wody i błota, że pójdę do Mocarnego po pomoc, po jakieś zbawcze konie, a może tylko po niezawodną w takiej sytuacjach siłę ludzką.

- Gdzie jest na miłość boską ten łącznik?, gdzie jest mój Bóg co pomaga?!

Może i był, bo ilekroć gdy już, już miałem zatrzymać silnik tego nie jadącego, raczej pływającego w błocie, buchającego parą samochodu, koła znalazły zawsze coś w tej kleistej mazi i pchały go do przodu. Metr po metrze, drogą wijącą się po górskiej przełęczy - nie dojechaliśmy, a dowlekliśmy się w ustawicznym napięciu, pchając potwora aż do zjazdu z tej przeklętej drogi w leśną dróżkę prowadzącą do magazynu wielickiego batalionu, leżącego gdzieś za lasem, na zboczu góry, zasnutym jesiennymi mgłami.

Kres podróży.

Stanęliśmy z niewymowną radością, chociaż, - co tu dużo mówić, wyszliśmy z auta niesamowicie zmęczeni, przemoczeni, oblepieni błotem wyrzucanym spod kół w czasie pchania karetki, brodzeniem w gliniastej mazi przy ustawicznie padającym deszczu. Do tego stresowani nie ustępującym napięciem spowodowanym pragnieniem bezpiecznego dowiezienia jakże cennego ładunku. Jeszcze tylko zejście do Mocarnego mieszkającego gdzieś w niewidocznym dole.

- Prawda jakie to proste?! Tylko jak to zrobić?

- Ale, gdzie u licha jest ten łącznik? Gdzie jakaś czata?

Gdzie ta terenówka mająca przejąć transport, mająca nas doprowadzić do magazynu. Przecież już dawno winna nas przechwycić, tymczasem dojechaliśmy dosłownie pod „nos” magazynu nie zatrzymani przez nikogo.

- Oni muszą gdzieś tu być. To wprost niemożliwe, aby nie słyszeli warkotu silnika pracującego na pełnych obrotach. Jeżeli tak - to idą ku nam, prowadząc równocześnie oczywiste rozeznanie.

Wiedzieliśmy, że nawiązanie kontaktu może okazać się trudne, chociaż był z nami łącznik mający się spotkać z łącznikiem terenówki mającym wyczekiwać „non stop” zaraz za przejechaną krzyżówką.

Niestety nie spotkaliśmy nikogo, tedy jechaliśmy dalej wiedząc, gdzie Mocarny będzie nas oczekiwał. Kolega, który może nam pomóc.

Spotkanie, o ile wiem, nie było umówione co do konkretnego miejsca, czasu ani środka transportu. Wiadomo było tylko, że nastąpi transport broni z Wieliczki do Koźmic, który ma przejąć terenówka za pośrednictwem łączników.

A więc czekamy na spotkanie z łącznikiem , bądź terenówką muszącym nastąpić, jest ono tylko kwestią czasu. Dla jego przyspieszenia Gimo poszedł dosłownie po omacku dróżką w las opisaną przez łącznika do gospodarstwa, w którym Mocarny, którego znał dobrze, lub jego pełnomocnik winien na ten transport oczekiwać. W przypadku rozminięcia z terenówką, dojdzie do zabudowań, psia gromada na pewno zacznie szczekać. To wystarczy aby znajdujący się w obejściu chłopcy dali - jak się to powiada – nura w otaczające zarośla, a gospodyni zagrody przerażona będzie oczekiwała na dalszy rozwój sytuacji.

- Przecież to była prawie północ!

Dojdzie do rozmowy, wszystko się wyjaśni. Jeżeli zaś łącznik, lub ludzie z terenówki podejdą do nas - po prostu nie będzie sprawy.

Pełni nadziei usiedliśmy w szoferce, wpatrzeni w czeluść nocy, w której nie można było rozróżnić nawet konturów, wsłuchiwaliśmy się w monotonne uderzenia kropli deszczu w blachy samochodu. Wyostrzony słuch, jedyny informator i sprzymierzeniec, wyłuskał wreszcie w odgłosach padającego deszczu, wzmacnianym potężnie porywistym wietrzyskiem - prawie równocześnie, pojedyncze szczeknięcia psiej gromady w niewidzialnym gospodarstwie skrytym poza lasem, i kroki, może nie tyle usłyszane, co wyczute, ludzi brodzących błotnistą drogą w kierunku samochodu, którego żadną miarą nie mogli widzieć. Mogli tylko wyczuć zapach parujących rur wydechowych, silnika.

Wyślizgnęliśmy się z szoferki na pobocza drogi. Kazek z łącznikiem na prawą stronę - ja na lewą. Wiedzieliśmy na pewno, że idą ludzie z koźmickiej terenówki, że niestety, musimy przejąć inicjatywę spotkania przez takie zaskoczenie, aby nie doszło do przypadkowej strzelaniny.

Szczęście dopisało. Gdy znaleźli się na linii zasadzki, po donośnym rozkazie łącznika - „stój, kto idzie” - zostały wymienione , hasło i odzew.

A potem, potem już nastąpiło odprężenie, które chociażbym chciał opisać, naprawdę nie potrafię.

Spotkaliśmy samych swoich - chłopców wsi i miasta. Jeszcze nie ochłonęliśmy z tego spotkania, gdy z ciemności nocy, niczym zjawy, wynurzały się kolejne postacie podprowadzane do nas hejnałem świstów, znanym tylko ludziom terenówki. Pośród nich znalazł się Mocarny i Gimo.

Krótka rozmowa, krótkie ustalenia. Dowództwo nad całą operacją rozładunku karetki przejął Mocarny. Był przecież adresowanym odbiorcą tak drogocennej przesyłki, odpowiedzialnym za jej przechowanie, włodarzem miejsca jej z magazynowania. On tylko wiedział, prawie wszystko, o zawartości transportu. Na jego rozkaz terenówka zwiększyła i zaostrzyła ubezpieczenie nie tylko samego rozładunku, lecz również dość odległe tereny otaczające zabudowania do których teraz rozpoczęto przetransportowanie ładunku z samochodu.

On, Gimo, Kazek, łącznik i jeszcze ktoś, nosili broń, amunicję, skrzynki i worki przeróżne.

Chodząc wokół samochodu, bądź przesiadując w szoferce od czasu do czasu, „pilnowałem” i wyczekiwałem dość niecierpliwie na zakończenie przedłużającego się wyładowania, fuchy, mającej trwać ze trzy godziny.

Tymczasem, minęła północ - wciąż „pilnowałem”, a deszcz padał i padał.

Wiele razy przychodzili i odchodzili w tych ciemnościach z im tylko znanym wyczuciem drogi, obładowani tym co przywieźliśmy. Byli wyraźnie zmęczeni, wręcz wyczerpani, może nie tyle noszoną bronią, ile błotem, z którym musieli walczyć, wyciągając z gliny nogi w przemoczonym obuwiu, ślizgając się raz po raz.

Wszelako wszystko ma swój koniec - wreszcie wnętrze karetki zaświeciło pustką. Nadchodził nowy dzień. Zmęczenie wyczerpującą jazdą Krynicy do Krakowa, potem z Wieliczki do Koźmic dawało znać o sobie. Mocarny widział, może wyczuł moje zmęczenie, uznał, że nie ma mowy o powrocie w taki czas, przy takim wyczerpaniu i przemoczeniu.

- Musisz wypocząć, przespać się z godzinkę w ciepłej chacie.

Nie pomogły żadne zapewnienia o dobrym samopoczuciu i wypoczynku w rodzinnym domu. Pomimo sprzeciwu i tak wylądowałem u zacnych gospodarzy. Uraczony szklanką „księżycówki” zasnąłem natychmiast. Przespałem ze cztery godziny. Było już jasno na dworze, deszcz przestał padać. Wyszedłem z chaty wypoczęty, ubrany w suche ubranie, obuty w suche buty. Podziękowałem Władkowi, za jego stanowczość w pozostawieniu mnie w tej tak gościnnej chacie.

Patrzyłem na moje góry tonące w słońcu wschodzącym pośród porannych mgieł, na piękno polskiej ziemi. I przestało mi się śpieszyć.

Tu była przecież wolna Polska!

Zdałem parabelkę, granaty i szykowałem się do powrotnej jazdy. Jednak nie było mi danym jechać samemu. Przyszli koledzy, i wyprosili powrotną jazdę do Wieliczki.

- Tylko nas podwieziesz na Sierczę, widzisz przecież to pierońskie błoto, tą cholerną wodę. Chcesz, abyśmy pieszo szli , a ty sobie pojedziesz samochodem?

No i uległem, chociaż rozum i polecenie kolegi, strażaka kierującego załadunkiem broni w Wieliczce, dyktowały coś innego. Żegnani przez gospodarzy, przez Władka, kolegów melinujących w tej chacie, ruszyliśmy w drogę powrotną - tą samą, którą wczoraj przebyliśmy z tak wielkim trudem. Jakżeż inaczej dzisiaj wyglądała w porannym słońcu, chociaż koleiny i dziury zalane wodą były te same, teraz jednakże można je było przynajmniej ominąć, po prostu wybrać lepszą drogę, która ubywała nadzwyczaj szybko.

W szoferce siedzieliśmy we czwórkę. Z lewej koło mnie Kazek, z prawej, Gimo i łącznik. Nie wiedziałem, że wszyscy mają broń – na moje szczęście, czy nieszczęście.

Gdy podjeżdżaliśmy pod ostatnią górę ciągnącą się na Sierczę, po wyjeździe z zakrętu, ujrzeliśmy nagle przed sobą maszerujący pluton wojska niemieckiego z dwoma oficerami, idący pod górę zgodnie z kierunkiem naszej jazdy.

- Co robić?

Kazek podsunął granat. Po tym ruchu przejął w milczeniu dowodzenie ewentualną akcją bojową.

- Wjedziesz w żołnierzy, jeżeli będą nas zatrzymywać. Rzucamy granaty, jeden w samochód, ostrzeliwujemy się, uciekamy w zarośla. Będziemy cię osłaniać. Łączność przez Lisicę. - Jak przeżyjemy.

To były dosłownie ułamki sekund na podjęcie decyzji. Odruchowo zwolniłem bieg, i tak pomału jadącego pod górę samochodu. Żołnierze zaczęli schodzić na prawe pobocze drogi, robiąc nam szeroki pas przejazdu.

Włączyłem kierunkowskaz, taki wahadłowy, świecący, sygnalizując o zamiarze wyprzedzania. Jeden z oficerów idący za oddziałem parę dobrych metrów, zszedł na lewą stronę drogi. Nic nie wskazywało, że chce nas zatrzymać. Gdy byliśmy blisko niego, tak ze trzy, cztery metry, podniósł powoli rękę nakazując zatrzymanie samochodu, ale w ostatniej chwili, gdy samochód był już przy nim, dał znak dalszej jazdy.

- Fahren Sie langsm.

- Aber naturlich, i coś tam jeszcze dopowiedziałem.

Uśmiechnęliśmy się. Przerzuciłem bieg, zwalniając maksymalnie tak, że mercedes ledwo się toczył. Po chwili mieliśmy żołnierzy za sobą. Wytrzymując nadaną prędkość, powoli, bez pośpiechu oddalaliśmy się. Po chwili znikli nam z pola widzenia.

Wówczas dopiero uleciała gdzieś moja spolegliwość wobec kolegów, której wynikiem była nieroztropna zgoda na podwiezienie ich do granic Wieliczki, która mogła się zakończyć tragicznie - nie tylko dla nas! Lepiej nawet o tym nie rozmyślać. Miałem przecież wracać sam, chłopcy mieli z Koźmic przyjść pieszo.

- I co?


Znając kardynalne, ba , wszelkie zasady konspiracyjnych operacji dałem się namówić do tego karygodnego czynu. Dzięki Bogu udało się z tej przygody wyjść cało z niewątpliwą nauczką dla wszystkich.

Przyśpieszyłem jazdę. Za którąś tam wyniosłością, czy zakrętem, tego już nie pamiętam, zatrzymałem samochód.

- Dlaczego stajesz? – Ktoś tam powiedział.

- Wysiadacie, co będzie jak znowu nagle, za najbliższym zakrętem spotkamy Niemców? Szczęścia nie należy nadużywać! Te parę metrów dalszego przejazdu nie warte są fanfaronady. Chyba po minionej przygodzie rozumiemy to dostatecznie - bo ja, tak.

Wysiedli.

Widziałem na ich twarzach zrozumienie i jakby przeproszenie za niefrasobliwość, której bezkrytycznie się poddałem, po prostu emocjonalnie, uległem.

Pożegnaliśmy się jakoś inaczej, może mniej serdecznie, niż dotychczas, niemniej podnieśliśmy ręce z gromkim - do widzenia. I ruszyliśmy w górę. Oni piechotą, a ja - już samotnie na pożegnanie z Wieliczką.

Wracając do Krakowa po Stefana oczekującego w krakowskiej Straży wstąpiłem do Rodziców i do pani Janiny, której zdałem relację transportu przesyłki i powrotnej jazdy ukoronowanej niecodzienną przygodą tuż przed bramami miasta z nadzwyczaj szczęśliwym finałem.

Wieczorem tegoż dnia byliśmy już w Krynicy. Komisarz nie chciał po prostu wierzyć w bez przygodową podróż przy takim zagrożeniu dróg przez partyzanckie ugrupowania.

Miał rację - tylko o naszej przygodzie nie wiedział.

Po wojnie, gdzieś na przełomie lat 46-47, na jednym ze spotkań w kręgu przyjaciół, członków akowskiej drużyny Andrzeja, pani Janina trzymając nieśmiertelnego, nierozłącznego papierosa w palcach, dopowiedziała fragment wspomnień do tego opowiadania.

- Możecie nie dać wiary, nawet nie przypuszczacie, najbardziej obrotnymi w pozyskiwaniu broni , amunicji, zresztą wszystkiego co się mogło przydać akowcom, była niezawodna trójka: Antek Mizera „Karłowicz”, mój kochany synek i ten twój niepozorny braciszek, Hipcio, jak na niego wołacie, podpora waszej drużyny. Jego kojarzę o zmontowanie i rozkręcenie spółki skupu wszystkiego co się dało od żołnierzy niemieckich. Rozkręcenie interesu dosłownie na skalę przemysłową. Brak pieniędzy skutecznie przyhamował ich zapał.

Chyba dobrze się stało.

Gdybyśmy wówczas z kupowali zbyt dużo broni, ściślej wszystkiego co sprzedawali Niemcy, mielibyśmy nie lada kłopot z magazynowaniem zakupionych rzeczy na terenie miasta, ale i z transportem poza jego teren.

Ą co najważniejsze dochodziło zwiększone ryzyko naturalnej wpadki, przy tak rozległym froncie zakupów, pomimo zachowania największych, wyrafinowanych środków ostrożności. Przysłowie - „co za dużo, to niezdrowo” miało w tym przypadku pełne uzasadnienie.

Szczęście jednak sprzyjało. Udało się. Przez całą wojnę nie mieliśmy najmniejszej wpadki, a teraz z takim trudem, poświeceniem zebraną broń, amunicję, materiały wybuchowe przechowujemy nadal, wiedząc jakie niebezpieczeństwo temu towarzyszy, wiedząc zarazem o nieuchronności jej przymusowego zniszczenia.

- Ku chwale Ojczyzny.

- Ale kto wyda ten rozkaz?! Kiedy ten czas nadejdzie? Powiedzcie?

Nikt się nie odezwał.

Odpowiedź przyszła niedługo, otrzymałem ją z ust pani Janiny .

Gliwice, marzec 1985 rok
Powojenne losy „Arsenału” i kilku chłopców od „Potoka”.
Piękny maj pachniał pełnią wiosny, soczysta, bujna zieleń wyzierała zewsząd, tworząc wspaniałe tło dla małego, podkrakowskiego miasteczka, wtłoczonego w głęboką dolinę.

To Wieliczka.

Któż jej nie zna?, tej perły zabytku – średniowiecznej kopalni soli.

Właśnie tutaj świętowałem zakończenie wojny, w znowu wolnej Polsce. Na ulicy, wraz z koleżankami i kolegami wielickiego liceum, pośród ryku syren zakładowych, klaksonów samochodowych, całowaliśmy się, śpiewaliśmy – radości, beztroskiego śmiechu nie było końca.

Młodzi ludzie, którym wojna przerwała naukę, teraz żądni wiedzy, świadomi uciekającego czasu, wszystkie swe siły chcieli poświęcić na przygotowanie do matury, snując plany na dalsze studia.

Od czasu do czasu dochodziły nas niepokojące wieści o aresztowaniach akowców, ale jakoś nie dawaliśmy temu wiary. Zresztą co tu dużo mówić – jeszcze nie orientowaliśmy się w nowo kształtującej się rzeczywistości. Nie interesowała nas polityka, ideologia. Walczyliśmy o zabraną wolność, o Polskę w jakiej się urodziliśmy, w jakiej kształtowała się młodzieńcza radość życia.

Nie żyliśmy w jakiejś tam pustce towarzyskiej, wyobcowani z problematyki codzienności. Starsi koledzy pracowali w urzędach miasta, co niektórzy w milicji, UB. Trafili tam z różnych powodów, głównie dla zarobku, lecz także i z chęci dalszej walki z Niemcami i pleniącym się, jak po każdej wojnie, bandytyzmem.

Nie kto inny, a właśnie oni stali się kopalnią wiadomości o sposobach budowania zrębów totalitarnego, satelickiego państwa, całkowicie uzależnionego od Związku Radzieckiego, o dziwacznych, niewyobrażalnych przekrętach we wszystkich dziedzinach życia.

Poczęliśmy ponownie słuchać wiadomości radiowych BBC, wymienialiśmy spostrzeżenia, wywiązywały się dyskusje. Ale w samej Wieliczce nie dostrzegaliśmy jeszcze żadnych prześladowań czy aresztowań, toteż w atmosferze spokoju oddział nasz przygotowywał się do ujawnienia po dowództwem porucznika Władysława Wołka „Potoka”

W takim oto czasie, jakoś pod koniec maja, może nawet z początkiem czerwca, na pewno przed ujawnieniem, przyszedł Andrzej Grodziski „Grot”. Akuratnie stałem na podwórku naszego gospodarstwa, przed domem.

- Co cię do nas sprowadza?

Byłem zaciekawiony, bowiem wczoraj widzieliśmy się i nic nie mówił o odwiedzinach. Po przywitaniu walnął prosto z mostu.

- Mamy przewieść „arsenał” oddziału do miasta. Czasy nie są pewne, warto tedy mieć broń pod ręką. Przygotuj transport. O dacie ruszenia w plener powiem ci w niedługim czasie. Na obchodne jeszcze bąknął.

- Będzie nas tylko dwóch.

- Trochę mało – odpowiedziałem.

Po jakimś czasie, na przerwie między lekcyjnej, zjawił się Andrzej w liceum, w którym szykowałem się do matury.

- Wiesz, dzisiaj jest taki piękny dzień. Wybierzmy się na wieś. Możesz?

- Mogę.


- No to o trzeciej będę czekał koło ochronki – odpowiednika dzisiejszego przedszkola.

- Bez broni!

W naszym gospodarstwie mieliśmy kilka wozów o różnym przeznaczeniu. Wybrałem parokonny, z półkoszkiem. Na burty położyłem drabinkę, która przy przewożeniu świnek i cieląt zapobiegała ich wypadnięciu z wozu, a także pawąż – parometrową żerdź, którą przeciska się siano, snopy zboża, czy słomę aby spadało podczas transportu.

Ubrałem w szory parę dorodnych kasztanów, wysmarowałem smarem kopyta, aby poznać pański zaprzęg, zaprzęgłem do wozu, cmoknąłem i wyruszyłem w wiosenne pogodne popołudnie ku naszym podwielickim pagórkom. Konie wypoczęte raźnie ruszyły kłusem, dopiero stromizna pod ochronką wytrąciła ich impet.

Na górce, na skrzyżowaniu dróg, czekał Andrzej. Przystanąłem. Usiadł obok.

Konie znowu raźnie ruszyły po wyboistej drodze pnącej się pośród ogrodów, w górę na Rożnów.

- Pamiętasz? – Ile razy z tej góry zjeżdżaliśmy na sankach do upadłego. Były to prawdziwe dalekie wycieczki zimowe, smarkaczy. A dzisiaj?

- Dzisiaj jedziemy wozem. Od czasu do czasu mijamy ludzi, zaprzęgi konne – wszyscy znajomi – pozdrawiamy się wzajemnie z uśmiechem na twarzach, radością pamięci, że jeszcze żyjemy mając za sobą wojnę.

Na przełęczy rożnowskiej, na skrzyżowaniu dróg czekał Kazek Dunikowski „Szaruga”, dodatkowa pomoc.

- Jednak Andrzejek przemyślał moja uwagę.

Po raz drugi przystanąłem. Kazek usiadł za nami. Konie bez nakazu ruszyły.

W beztroskiej rozmowie, w potokach wiosennego słońca, dojechaliśmy do Koźmic, w prowadzeni w akordzie ujadającego psa, może i psów - na podwórze gospodarstwa Władysława Kurka „Mocarnego”. Przepięknie położonego w ustronnym miejscu, leżącego na zboczu rozległej góry, otoczonego w większości niedalekim lasem, z głębokim wglądem w dolinę Jankówki. Ta panorama wyłania się jakoby za mgły uciekającej pamięci jesieni życia. Ale to piękno, jest chyba do dziś.

Chociaż?

Po tylu, tylu latach siłą rzeczy nowy plan zagospodarowania terenu musiał zachwiać realiami tego co było, co minęło, musiała wtargnąć nowa zabudowa, architektura, i tak modna dzisiaj rekreacja, które niewłaściwie zaprojektowane, rozumiane, kierowane, mogły to piękno podbudowane sielankowym spokojem, ciszą Natury z ubożyć.

Ta rodzina, i ta chłopska zagroda tworzyły mocne, liczące się zaplecze, ogniwo, ściśle związane z nami, na trwale wpisane w historię oddziału „Potoka”.

Tymczasem ujadanie psiej gromady z daleka sygnalizowało zbliżanie się kogoś do zagrody, nic tedy dziwnego, że na podwórku oczekiwał nas gospodarz z domownikami, witając serdecznie po paromiesięcznym niewidzeniu. Ale radości ze spotkania czas był krótki, za krótki na obustronne nowiny, bo przecież winniśmy być w Wieliczce przed zapadnięciem zmroku.

Tak dyktował rozum.

Z zapałem przystąpiliśmy do niecodziennej pracy, niebezpiecznej pracy. Gospodarz z Andrzejem i chyba parobkiem wynosili cały arsenał broni ze stodoły, z Kazkiem układaliśmy ją w półkoszkach wozu. Była wspaniale zakonserwowana, po prostu oblepiona gęstym smarem, w który wprasowały się okruchy siana, plewy, a nawet ziarna zboża.

Co za szczęście, że ten smar już się nie kleił do rąk. Tak wspaniale zakonserwowana broń, przez naszego rusznikarza, Klemensa Nawrota „Jelonka” mogła przetrwać lata w dowolnych warunkach.

I rzeczywiście przetrwała!

Było jej sporo. O ile pamięć nie myli, doliczyłem się czterech erkakaemów chyba ostatniej generacji do swego uzbrojenia przez Niemców. Widziałem je u żołnierzy korpusu ekspedycyjnego przysłanego na pacyfikację schroniska na Jaworzynie Krynickiej. Kwaterowali w krynickiej Straży Pożarnej przez parę dni jakoś pod koniec 1944 roku. Miałem wtedy możność, dzięki przelotnej znajomości „trunkowej”, poznać, nawet dokładnie tę broń. Rzeczywiście, na te czasy była świetna i niezawodna.

W półkoszkach przybywało pomału coraz to nowego towaru. Doliczyłem się z dziewięć dziesięciostrzałowych karabinów, dwie skrzynki z amunicją, tyleż samo z granatami różnego rodzaju, a potem już nie liczyłem ani przeciwczołgowych, talerzowych min, ani materiałów wybuchowych, zapalników, ani specjalistycznego wojskowego oprzyrządowania.

Gdy ten cały „arsenał” znalazł się na wozie, ułożyliśmy na nim warstwę siana, na nią drabinkę i znów siano na które położyliśmy pawęż mocno go do tego siana dociskając powrozami krępowanymi do drabin wozu. Siano z pobocz zostało ograbione . Tak oporządzony wóz mógł ruszyć w każdą dziurawą drogę, bez obawy, że coś z niego może odpaść.



Pobieranie 0.64 Mb.

Share with your friends:
1   ...   4   5   6   7   8   9   10   11   12




©operacji.org 2020
wyślij wiadomość

    Strona główna