Spis opowiadań



Pobieranie 0.65 Mb.
Strona9/12
Data29.10.2017
Rozmiar0.65 Mb.
1   ...   4   5   6   7   8   9   10   11   12

Rano zostałem wezwany do kancelarii komendanta. Był w niej tylko płk Źołdani.

- Zadomowiłeś się?

- Tak jest, panie pułkowniku.

- Jutro pojedziesz po zaopatrzenie strażackie do sądeckiej straży. Zameldujesz się u porucznika Rechowicza – powtórzył.

- U kogo się zameldujesz?

- U porucznika Rechowicza.

Uśmiechnął się.

Koło południa otrzymałem rozkaz wyjazdu do Nowego Sącza wraz z magazynierem Stefanem Hurejem, karetką pogotowia ratunkowego.

- Dlaczego karetką? - w dyspozycji komisarza miasta były przecież samochody dostawcze. Dotychczas miała tylko jedno przeznaczenie. Przewożenie chorych. Tymczasem, - tu moje zdziwienie - wydał inne polecenie.

Odpowiedź na to pytanie otrzymałem w zbiegu nieprzewidywalnych okoliczności wojennych dopiero w połowie stycznia 1945 roku z ust samego komisarza na kilka dni przed wyzwoleniem Krynicy, która znalazła się w rozległym kotle zamkniętym przez wojska sowieckie, w tym drogą do Nowego Sącza zamkniętą przez radziecką partyzantkę oddziału „Poruczydły”.

Odpowiedź, która umknęła z pamięci, teraz - teraz po prostu przez przypadek odkopała się sama.Jest warta odrębnego opowiadania.


Następnego dnia po służbie, ale już w nowej służbie, pojechaliśmy z kolegą do sądeckiej straży, w której po zameldowaniu się u oficera dyżurnego, przedstawieniu sprawy, zostaliśmy wprowadzeni do kancelarii porucznika Rechowicza.

- Porucznik Rechowicz?

- Tak.

- Z rozkazu kapitana Stefańskiego przyjechaliśmy po odbiór sprzętu.



Z nie do wiarą patrzył, nie na Stefana, potężnego chłopa mającego bez mała ze dwa metry, a na nie, pasującego wyraźnie do jego wyobraźni stojącego przed nim drugiego strażaka, o postawie, – co tu dużo mówić – chłopaczka.

- Jesteś kierowcą?

- Tak jest, panie poruczniku.

Łagodnym skinieniem ręki nakazał podejście. Kiedy w nachyleniu odbierałem dokumenty uprawniające do podjęcia zaopatrzenia, powiedział.

- W przyszłym tygodniu będziesz zaopatrzenie odbierał w Krakowie.

Nawet najmniejszą mimiką twarzy nie dał do zrozumienia o jakiejkolwiek wspólnocie sprawy. Ten styl poznania, nawiązania pierwszego kontaktu nie pokrywał się z dotychczasowymi, nie wyrażał - chociażby niemego wyrazu potwierdzenia czegoś, co nas przecież łączyć musiało.

Teraz wiedziałem, dalszy bieg łączności powracał do Krakowa. Tylko, dlaczego ta wiadomość docierała do mnie po przez Rechowicza? Przecież pułkownik mógł mi o tym wspomnieć.

Nie wspomniał?

Widocznie musiałem poznać kogoś, a ten ktoś musiał poznać mnie. Innego wytłumaczenia nie znajdowałem. Zresztą, czas sam pokaże, po co zostałem wprowadzony w krąg poznania tego człowieka. Z taką mimowolną refleksją powróciłem w podwoje krynickiej straży.

Tydzień gorącego, lipcowego lata przeleciał piorunem w ogromie zajęć służbowych, i tych poza służbowych, wycieczek towarzyskich poszerzających grono nowo poznanych koleżanek, kolegów, w tym niecodzienną wycieczkę na Słowację. W biegu uciekających dni zapomniałem nawet o mającym nastąpić wyjeździe do Krakowa, ale o nim - ktoś tam nie zapomniał.

Otrzymałem awizowany rozkaz wyjazdu.

- Czyżby znowu karetką?

Odpowiedź dał komendant.

- Pojedziesz samochodem ciężarowym gminy. Zastąpisz kierowcę, któregoś tam samochodu. W Krakowie zameldujesz się w straży pożarnej. Tam odbierzesz sprzęt przeciwpożarowy, poza tym będziesz w dyspozycji kierownika tego wyjazdu. Pomocą będzie Szymon. Samochód przygotujcie zaraz do wyjazdu i postawcie go na placu ćwiczeń.

Powiadomiłem Szymona, chłopa równie potężnego jak jego brat Stefan. Bez zwłoki wyruszyliśmy po samochód. Samochody ciężarowe i osobowe będące własnością miasta garażowały w zabudowaniach stojących na obrzeżu Starych Łazienek, od strony lasu, do których musiało się iść ze straży dobre 30 minut.

Są czynności, które jakoś szczególnie człowiek pamięta. Taką właśnie czynnością było napełnianie zbiornika paliwem. Zatankowaliśmy 110 litrów ropy, pierwsze na terenie Krynicy i chyba dlatego, ta ilość pobranego paliwa tak utkwiła w mej głowie. Również i to, że po raz pierwszy, ku zdziwieniu moich znajomych i wielu innych ludzi zasiadłem za kierownicą potężnego ciężarowego samochodu, który bez najmniejszych trudności poprowadziłem na plac ćwiczeń straży pożarnej.

Następnego dnia punktualnie, jak głosił rozkaz, o godzinie 4,30 przystanęliśmy obok budynku gminy. Pasażerowie wpisani w rozkazie wyjazdu - Niemiec, kierownik zaopatrzenia Domów Zdrojowych oraz kilka osób sprawujących chyba jakieś ważniejsze funkcje w strukturach miasta, zajęli miejsca w samochodzie.

Niemiec zasiadał w szoferce pomiędzy Szymonem, a mną. Pozostali zajęli miejsca na pace pokrytej brezentowym nakryciem, plandeką.

Ruszyliśmy w drogę liczącą około 16o kilometrów z prędkością nie przekraczającą 40 km/godz. Wyboista górska droga, o dużej różnicy wzniesień była dostatecznym hamulcem przed przekraczaniem tej prędkości, granicy, powyżej której istniał pewnik połamania resoru, ba - resorów, których wymianę dokonywał kierowca wraz z pomocnikiem. A co to była za praca? – tylko, ten potrafi ją ocenić, zrozumieć, który chociaż raz taką pracę w życiu wykonywał. Żaden kierowca nie przekraczał tej prędkości, ale też nie dopuszczał do przeładowania samochodu!

Niemiec, okazał się bardzo rozmowny. Opowiadał o wszystkim, co mu tam przyszło do głowy, tak interesująco, że parogodzinna jazda, z małym, zrozumiałym przystankiem przeleciała w sposób prawie nie odczuwalny.

Zajechałem na plac krakowskiej straży mieszczącej się obok poczty głównej. Była to chyba ulica Potockiego. Zameldowałem przyjazd oficerowi dyżurnemu, a ten kazał chwilę poczekać. Gdzieś tam zadzwonił, porozmawiał i powiedział, że zaraz mam się zameldować u płk Żołdaniego. Podał adres – to była ulica Dunajewskiego, w odcinku zawartym pomiędzy ulicami Szewską, a św. Tomasza. W zabudowie tego odcinka mieściły się biura Schutzpolizei, a w nich na parterze, urzędował pułkownik.

O całej rozmowie powiadomiłem mojego Niemca. Ten wiedział o takiej procedurze meldowania się kierowców straży, dlatego po odwiezieniu go do pierwszej centrali zaopatrzenia, w której pobieraliśmy większość towarów, wysadzeniu krynickich podróżnych, omówieniu czasu i ponownego miejsca spotkania. Dopiero wówczas mogłem swobodnie odjechać.

W biurze pułkownika była ta sama sekretarka, która meldowała moje pierwsze przybycie do niego ze trzy miesiące temu, po odbiór angażu do krynickiej straży. Tym razem było podobnie. Zostałem wprowadzony do gabinetu.

Czekał. Stał uśmiechnięty obok biurka. W ręku trzymał list.

- Masz go podać oficerowi dyżurnemu sądeckiej straży. Teraz słuchaj z uwagą.

- Zadomowiłeś się w Krynicy? Masz rozeznanie otoczenia, w którym obecnie pracujesz, żyjesz? - Czy to rozeznanie, które już posiadasz jest wystarczające abyś podjął próbę utworzenia placówki przerzutowej na Słowację?

- Zanim odpowiesz - nie dzisiaj - rozważ ją wszechstronnie. Sprawa ważna. Czym grozi, wiesz dokładnie - odpowiedź dasz w kolejnym spotkaniu.

Rozmowa trwała może dwie minuty. Wyszedłem, mając wreszcie wiedzę, po co zostałem skierowany do krynickiej straży. Wiedziałem również, że moje wyjazdy „służbowe”, jak by na nie patrzyć, będą wydawane li tylko przez komendanta. A kto za nimi będzie stać?

Pytanie - jak na razie - bez odpowiedzi.

Reszta dnia przebiegła szybko w sprawnie przeprowadzanych załadunkach różnego rodzaju towarów tak, że koło godziny 17 wyruszyliśmy w powrotną drogę. Nasz Niemiec po wielu napitkach towarzyszących w czasie załatwiania spraw był w wyśmienitym humorze, który udzielił się i nam, między innymi za przyczyną poczęstunków hojnie nam aplikowanych.

Gdy zabrakło napitku, nasz Niemiec, ale i ci, wiezieni na pace pod plandeką, wymuszali postój dosłownie w każdej napotkanej wiejskiej gospodzie, aby - jak się to powiada - ugasić pragnienie.

To zachowanie pasażerów w tej pierwszej podróży było dla mnie zaskoczeniem. Oni w każdej gospodzie znali wszystkich, ze wszystkimi robili jakieś interesy. Robili wrażenie ludzi umówionych na te spotkania. Odbierali przeróżne pakunki, a co zaskakujące, ładowali je na pakę, kryjąc je pomiędzy wiezionymi towarami. Za przyzwoleniem naszego Niemca.

Ukoronowaniem zdziwienia zachowaniem pasażerów były pożegnania po przyjeździe do Krynicy, wysadzanych po drodze w miejscach, gdzie sobie życzyli.

Każdy wręczał niewielki podarek w uścisku wyrażającym wszystko, o czym mówić nie było wolno. A Niemiec u kresu sił przekazał mi wszystkie dokumenty przewozowe, nakazał zawiezienie się do Domu Zdrojowego, w którym mieszkał, i w którym wyładowaliśmy wszystkie towary.

Odbierającą była urocza blondynka, młoda kobieta. Po zakończeniu rozładunku, prawie o północy, zaprosiła nas na kolację do swojego mieszkania na trzecim piętrze w pensjonacie „Witoldówka”. Tak wystawnej kolacji, złożonej z wyszukanych potraw, owoców południowych, napojów - po prostu nie mogłem sobie przyswoić. Miałem przed oczyma toczącą się wojnę, hotelowy pokój, piękną dziewczynę, co dopiero poznaną, o której wiedziałem w zasadzie li tylko - biegle włada niemieckim.

Spożywając kulinarne wspaniałości rozłożone na stole ręką gospodyni, zamykałem oczy, myśląc, że śnię. Nie mogłem zrozumieć skąd można czerpać takie zaopatrzenie, w taki czas i do tego zapraszać, gościć w tak niecodzienny sposób nieznajomych. Nasza dobrodziejka widząc nasze zażenowanie, wyczuwając możliwość pytań dotyczących zastawionego jedzeniem i piciem biesiadnego stołu, powiedziała z uśmiechem.

- Podlegają mi wszystkie magazyny pensjonatów i Domów Zdrojowych. Mam możność legalnego otrzymywania produktów żywnościowych, które są – niby niepełnowartościowe. Sama tego nie zjem, byliście zmęczeni, weseli, rozmowni, stąd wyjątkowe święto, uroczystość po środku nocy.

Ta kolacja przerodziła przypadkową znajomość, jak późniejszy czas pokazał, w platoniczną miłość kobiety do dziewietnalostniego chłopca, która w Jej nieświadomości okazała się nieprzebranym źródłem informacji, zarazem była wprowadzającą, tak jakoby mimochodem, w środowisko pomocniczych służb niemiecko – polskich obsługujących krynickie zdrojowisko.

Jej opieka, pomoc nawet w najtrudniejszych chwilach przez cały pobyt w Krynicy, do dnia wyzwolenia miasta przez armię radziecką -19 stycznia 1945 roku były nieprzebranym pasmem bezinteresownych poczynań dla człowieka, o którym tylko wiedziała – jest wieliczaninem pracującym w straży pożarnej.

O mojej przynależności do AK dowiedziała się dosłownie dwa dni przed wyzwoleniem miasta.

Otóż tego dnia, zmarznięty, wyczerpany długimi biegami, podchodami, zjazdami na nartach w pełnym uzbrojeniu powracałem do Krynicy po odprowadzeniu do Czarnego Potoku jeńców wojennych. Niemców pochwyconych i rozbrojonych bez walki w centrum Krynicy tuż przy urzędzie gminnym, w przypadkowej akcji w zespól z partyzantami radzieckiego oddziału partyzanckiego „Poruczydły”. Niesamowicie zmęczony, późnym wieczorem zaryzykowałem zejście do miasta, miasta jakoby wymarłego, pogrążonego w kompletnych ciemnościach, do „Witoldówki”, do przyjaciela, kobiety wspomnianej powyżej - Józefy Marchaczównej, Ziuty.

Co to znaczy mieć szczęście, trafiłem na świętowanie ucieczki Niemców, miasta wolnego, świętowania nadchodzącego wyzwolenia. Drzwi otworzyła gospodyni. Ujrzała człowieka ubranego w biały kombinezon, z kapturem na głowie, pokrytego śniegiem, uzbrojonego, z nartami trzymanymi w ręku. Nie dawała wiary, że o to stoi przed nią „Jej” strażak – człowiek, jakiego nie znała, jakiego nie znali u niej zebrani.

Zasiadłem pośród biesiadujących, opowiedziałem o przygodach dnia. Wśród zebranych był kolega strażak, brat Ziuty, Marian Marchacz. Dopiero na tej uroczystości opowiedział mi o przynależności do naszej organizacji. Był łącznikiem, przewoził głównie pieniądze z Nowego Sącza do Krynicy, które przekazywał Staszkowi Nowakowi „Narciarzowi”, kolejnemu łącznikowi, który je już bezpośrednio dostarczał „Tatarowi”.

Po wojnie będąc na praktyce studenckiej w Jeleniej Górze, wstąpiłem do sklepu mięsnego na rynku tegoż miasta. Sprzedawczynią, ku memu zdziwieniu, okazała się Ziuta. Nowe spotkanie, już w wolnej Polsce, w innych warunkach, w innym czasie. Mnogość kupujących jednak nie pozwalała na dłuższą rozmowę.

- Wiesz, wyszłam zaraz po wojnie za mąż, mam dzieci. A ty - pozostałeś cząstką mego życia.

Trzymając mocno Jej dłoń, tak jak chyba nigdy dotąd, – mówiłem jakoby cedząc słowa.

- Dziękuję, jeszcze raz dziękuję za wszystko, co dla mnie uczyniłaś.

Więcej Jej nie spotkałem. Gdzieś w roku 1995 poszukując w Krynicy materiałów do tego opowiadania, dowiedziałem się od Mariana o śmierci siostry.

Dzisiaj, wspominając tą wspaniałą, odważną kobietę składam Jej hołd za wszystko, co uczyniła nie tylko dla mnie, ale głównie, dla tego ogniwa przerzutowego po przez granicę Czechosłowacką, naszej krynickiej, akowskiej placówki.

- Cześć Jej pamięci!

Czy można coś do tej historii dodać?

Pewnie i tak, i to bardzo dużo, ale to jest inne opowiadanie. Opowiadanie, którego fabuła mogłaby być treścią nawet książki.

Ułożyłem się do snu w brzasku dnia. Długo nie mogłem zasnąć. Myślałem o wykonaniu zadania. Wreszcie widziałem w mej wyobraźni wszelakie trudności, które dotychczas pauzowały na marginesie krynickiej działalności. Teraz dopiero docierały do świadomości rodząc niesamowitą siłę, i wolę dokonania czegoś, dosłownie w paru dniach, aby to „coś” dało właściwą odpowiedź na zadane pytanie przez płk Żołdaniego.

Gliwice, 30 październik 1998 rok.

Ostatni transport broni z Wieliczki do Koźmic.

Uzupełnienie z października 2001 roku.

Otóż tak jakoś wypadło, że w połowie października w czterdziestym czwartym roku miałem wolny dzień od pracy w krynickiej Straży Pożarnej. Lubiłem te dni, szczególnie jesienne i zimowe, wówczas, gdy akowska służba zezwalała na pauzowanie. Mogłem tedy dowoli czytać, uczyć się, spoglądając od czasu do czasu na przepiękny górski plener zamknięty w obrysie dużego okna ciepłego pokoju, podczas, gdy wokół nas trwały ciężkie zmagania wojenne mającej się ku końcowi wojny.

Bywało tak zazwyczaj do południa. W takich chwilach nachodziły mnie różne refleksje, po prostu z powodu pewnej ciszy. Kraków się nie odzywał, Wieliczka też. Wszystko jakby nagle objęte zostało dziwnym letargiem, jakby się nic nie działo w tym kraju ogarniętym wojną.

Właśnie w takiej chwili zostały przerwane myśli, od których pękała głowa. W otwartych drzwiach , stanął dyżurny.

- Zejdź do szefa. Ma chyba telefon od komisarza miasta.

Nie byłem ani zaskoczony, ani zdziwiony.

- Szykuje się pewnie wyjazd.

Często byłem podręcznym kierowcą jego służbowego „sztajera” i innych samochodów będących w jego gestii. Po zejściu na dyżurkę okazało się, że rzeczywiście mam wyjazd, ale nie „sztajerem”, a karetką pogotowia do krakowskiego szpitala z pielęgniarką i ciężko chorym niemieckim dzieckiem z Kinderlandverschikung – instytucji zajmującej się wysyłaniem dzieci niemieckich z obszarów bombardowanych do miejscowości nie atakowanych przez aliantów, które musiało być poddane nagłej operacji.

O każdym wyjeździe karetki decydował zawsze komisarz. Osobiście wręczał dokumenty upoważniające do przejazdu, dając dodatkowe polecenia. Zazwyczaj dotyczyły przeróżnych drobnych przesyłek i przewozu ludzi.

A było czym przewozić, bo karetkę tworzył duży, ciężki samochód firmy Mercedes na bliźniaczych kołach, z otwartą trzyosobową szoferką i zamkniętym nadwoziem do przewozu chorych, wyposażonym w cztery wysuwane łóżka – nosze, oraz dwa siedzenia dla sanitariuszy. Na górnym obramowaniu przedniej szyby zamocowana duża czerwona jodełka na białym podświetlanym tle, była ponoć oznakowaniem frontowej karetki. Podobne duże znaki były wymalowane na poboczach, dachu i tylnych drzwiach nadwozia.

Takim właśnie samochodem podjechałem wraz z towarzyszącym pomocnikiem Stefanem Hurejem pod budynek gminy, stojący do dziś.

Komisarz czekał. Zostałem wprowadzony przez sekretarkę do gabinetu. Po zdawkowym przywitaniu, otrzymałem wszystko co było związane z wyjazdem, z niemiecką skrupulatnością. Jedno co mnie bardzo zastanowiło to to, że otrzymałem zwiększoną ilość pieniędzy, kartek żywnościowych w stosunku do dotychczas otrzymywanych bez żadnego dodatkowego polecenia załatwienia czegokolwiek w Krakowie.

- Ma pan wracać najszybciej jak będzie to możliwe.

- Panie komisarzu, czy rzeczywiście nie mam nic do załatwienia oprócz dostarczenia dziecka i pielęgniarki do szpitala?

Patrząc we mnie z pewną zadumą, powiedział.

- Będę bardzo szczęśliwy, gdy dojedziecie do Krakowa. A o waszym powrocie staram się nawet nie myśleć.

Po pewnej chwili ciągnął dalej.

- Przecież pan wie zapewne lepiej niż ja, że wszystkie drogi są pod kontrolą partyzantów.

Tu warto gwoli prawdy dopowiedzieć. On nigdy w rozmowie ze mną nie użył słowa, bandyci, w przeciwieństwie do innych niemieckich rozmówców.

- Tylko duże, uzbrojone kolumny samochodów mogą względnie bezpiecznie przejechać drogami, do tego tylko głównymi. A pan musi jechać z bardzo chorym niemieckim dzieckiem. Dlatego musimy ryzykować – wszyscy.

Nastąpiła ponowna krótka przerwa mowy, jakby się namyślał co ma dalej powiedzieć.

- Po powrocie, nie wiem kiedy on nastąpi, proszę się zaraz zameldować. Tymczasem do widzenia.

- Gute Reise.

Dziwne są losy człowieka, bo właśnie tą dziwnością losu w niedługim czasie, tuż przed „wyzwoleniem” Krynicy, w styczniu czterdziestego piątego roku przez armię radziecką, było mi danym podejmować kolejne, jeszcze większe ryzyko – wywiezienia z zamkniętego miasta przez pierścień ugrupowań partyzanckich polskich i radzieckich, z jednej strony, z drugiej przez wojska radzieckie, komisarza z jego dzieckiem do Nowego Sącza.

Chciałoby się i to wspomnienie opowiedzieć, ale czy się jeszcze uda?

W tym czasie na drogach wyjazdowych z miast i wsi będących w zasięgu działań zgrupowań partyzanckich, rozwieszone transparenty z olbrzymimi napisami, głosiły.

- Achtung Banditen, Fahrt in Kollone.

Stojące przy rampach posterunki żandarmerii wojskowej formowały kolumny samochodów, do których obowiązkowo, jeśli to były samochody cywilne, dodawano samochód z żandarmerią, odkryty, z wysoko, obrotowo zamocowanym ciężkim karabinem maszynowym, mającym pole obstrzału w dowolnym kierunku. Poniżej, tuż za siedzeniem kierowcy były zamocowane również obrotowo dwa potężne „zuchery”, reflektory. Do tego dochodziła załoga złożona zazwyczaj z sześciu do ośmiu żołnierzy.

Po pożegnaniu z komisarzem podjechaliśmy pod pensjonat. Załadowanie do karetki chorej dziewczynki i towarzyszącej pielęgniarki trwało dosłownie chwilę, ale mimo pośpiechu i tak wyjazd nastąpił koło południa, w jesiennej, górskiej mżawce.

Ubrani ciepło, pomimo odkrytej szoferki, której dach tworzyło brezentowe pokrycie, nie czuliśmy zimna. Nauczeni przygodami częstych podróży samochodami, byliśmy przygotowani na przeróżne okoliczności. A to na zatrzymania przez partyzantów, żandarmów, wojsko, a to na kontrole dokumentów jadących samochodem, i oczywiście towarów.

To po prostu było naszą codziennością

Tych pierwszych w większości znaliśmy, ich się nie obawialiśmy, a dla tych drugich były, jak się to mówi, żelazne papiery, w szczególnych przypadkach, zawsze potwierdzanych przez komisarza miasta Krynicy, lub krynicką żandarmerię.

Najgorszym przypadkiem była możliwość zdefektowania samochodu, jednak marginalna, bowiem samochody będące w dyspozycji Straży Pożarnej i magistratu były samochodami nowymi, z codziennymi, obowiązkowymi przeglądami i konserwacjami. Najmniejsze usterka eliminowała natychmiast pojazd z ruchu, do czasu jej usunięcia.

Droga do Nowego Sącza, potem do Krakowa przez Tymową, Brzezko przebiegała bez przeszkód. Żandarmeryjne „sztrajfy” w oparciu o okazywane pismo komisarza i niemieckiego .lekarza przepuszczały nas poza kolejnością stojących samochodów, zawsze pytając, czy nie byliśmy zatrzymywani, ostrzeliwani przez bandytów.

Pomimo tego niewątpliwego udogodnienia, jazda pośród mżawki, czasem rzęsiście padającego deszczu po wyboistej drodze, przerywana częstymi, uciążliwymi kontrolami trwała bardzo długo, chyba ze cztery godziny, może i więcej.

W przerwach pogawędki ze Stefanem, samorzutnie do głowy przychodziły przeróżne myśli. Zastanawiałem się, czy nie warto wstąpić w Krakowie do mego bezpośredniego przełożonego, płk Żołdaniego. Ale z nim mogłem się spotkać tylko przez łącznika, pomijając oczywiście szczególne przypadki.

Pozostała tedy Wieliczka. Tam mogłem się spotkać z każdym, byle był tylko w domu. Stąd postanowienie.

- Jak szczęśliwie dojedziemy do Krakowa, nocować będę w rodzinnym domu.

O zmierzchu dotarliśmy do krakowskiego szpitala. Przekazanie chorej w ręce oczekujących lekarzy było krótkie. Wszystko załatwiła towarzysząca dziecku pielęgniarka. Była to starsza, bardzo dystyngowana, nadzwyczaj miła pani.

Wręczając potwierdzenie przyjęcia dziecka do szpitala, w powadze spełnionego obowiązku, podając rękę na pożegnanie, cichym głosem powiedziała.

- Dziękuję wam bardzo za podróż, będę ją pamiętać do końca życia.

- Gott sei Dank.

- To prawda, rzeczywiście dzięki Bogu dojechaliśmy szczęśliwie, bez najmniejszych przeszkód do celu podróży. To była naprawdę trudna do przebycia droga.

Gdzieś koło siedemnastej byliśmy wolni. Usiadłszy za kierownicą poczciwego, niezawodnego Mercedesa, skierowałem go z zaświeconą jodełką do mojej Wieliczki z tym, że po drodze musieliśmy się jeszcze zameldować w krakowskiej Straży Pożarnej.

Jakież było nasze zaskoczenie, szczególnie moje, kiedy po wjeździe na strażacki plac ujrzeliśmy parkującą tatrę pułkownika Żołdaniego. Właściwie nie było w tym nic dziwnego, przecież on był bezpośrednim zwierzchnikiem wszystkich Straży Pożarnych w dystrykcie Kraków.

Przystanęliśmy karetką obok jego wozu. Tak się jakoś złożyło, że w momencie wysiadania z szoferki, pułkownik wyszedł z budynku wartowni, ujrzał nas, przystanął, coś tam przez chwilę pomyślał, tak jakby się zastanawiał. Po kolejnej chwili, ręką wskazał na mnie nakazując podejść do siebie.

Zameldowałem się służbiście.

- Co tu robisz?

Wysłuchawszy informacji, zapytał, gdzie będę nocował.

- W Wieliczce.

Znowu pomyślał

- Odwiedź panią Miczyńską, znasz ją przecież. Przekaż jej pozdrowienia.

Zdziwiony odmeldowałem się jak nakazywał regulamin.

Wsiadł do samochodu i odjechał.

- Skąd on znał panią Janinę Miczyńską „Lisicę”?

Po raz pierwszy od prawie dwuletniej znajomości wymienił kogoś z Wieliczki, wiedząc, że tego kogoś muszę znać.

Zameldowaliśmy się u dyżurnego oficera. Nie było żadnej przesyłki ani do Nowego Sącza, ani do Krynicy. Stefan zdecydował się na służbowy nocleg w Straży, pomimo zaproszenia do Wieliczki. Nie chciał robić kłopotu.

- Przyjadę po Ciebie koło południa!

No, i pożegnaliśmy się, przyłożywszy w uśmiechu palce do daszków strażackich czapek. Wsiadłem do auta, i ruszyłem.

Niespodziewany przyjazd sprawił rodzeństwu wielką radość. Ledwie się przywitałem, i usiadłem zmęczony trudami podróży, zaraz posypały się pytania. Mama postawiła posiłek. Z ogólnej rozmowy przy suto zastawionym stole, wyłaniał się pomału jednolity obraz nadziei na kończącą się wojnę.

Niemcy w restauracjach, wszelakich gospodach pili na umór, sprzedawali wszystko, co było możliwe do sprzedania mówiąc.

- Deutschland ist kaputt.

Najmłodszy brat Zdzisek „Gipsek”, będący również w drużynie Andrzeja w pewnym momencie - uniesienia, czy przystępie euforii wywołanej opowiadaniem o rozprężeniu w szeregach żołnierzy niemieckich, nachyliwszy ku mnie, wyszeptał do ucha.


- Nie mamy już pieniędzy na zakup broni i amunicji, nie mamy informacji co jest ważniejsze - broń, amunicja, materiały wybuchowe? Wyczerpały się wszystkie źródła, ale i tak udało się sporo kupić. Musisz porozmawiać z panią Miczyńską – ona zna dokładniej te sprawy.

- Pewnie, że ją odwiedzę, jeszcze dzisiaj.



Pobieranie 0.65 Mb.

Share with your friends:
1   ...   4   5   6   7   8   9   10   11   12




©operacji.org 2020
wyślij wiadomość

    Strona główna