Spis opowiadań



Pobieranie 0.65 Mb.
Strona2/12
Data29.10.2017
Rozmiar0.65 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   12

Mama zamykała drzwi stajni w obecności Niemców równie spokojnie, powoli jak je otwierała, karmiąc ich cały czas interesującą rozmową, która sprawiła, iż w tym słuchaniu Niemcy otoczywszy Mamę odprowadzili Ją do samych drzwi mieszkania przyjmując zarazem zaproszenie na piwo w następnym dniu.

Jak tu nie wierzyć przysłowiu – „Gdzie diabeł nie może tam babę posyła”.

W tym czasie, odczekawszy sporą chwilę mogliśmy wreszcie zwolnić uściski gardeł i zdjąć ręce z ust Ojczyma i pana Lenczowskiego. Teraz mogli dowoli krzyczeć - ale nie krzyczeli.

Powracało do nich zbyt pomału życie po dość mocnym przyduszeniu, które okazało się konieczną operacją, ratującą przecież życie całej naszej czwórki, i tych za ścianą i tych innych z podwórza.

Gdy nasi towarzysze wspólnej przygody doszli do siebie jako tako po przymusowym - powiedziałbym - letargu, zabraliśmy się do otwierania wyjścia z naszej kryjówki, które nie było zbyt prostą czynnością, a następnie już dużo łatwiejszego jej opuszczenia. Wyjście ze stajni przez okno, przez które wyrzucano nawóz na dwór do otwartego zbiornika, po mimo prostych czynności, nie należało do przyjemności. Musiało się przecież zeskoczyć z okna w grząski, podmokły gnój, przejść po nim dobrych parę metrów, aby dojść do otaczającego go betonowego obrzeża, przeskoczyć przez niego i dopiero wówczas można było stanąć na betonowym, suchym chodniku okalającym zbiornik.

Z początku myśleliśmy, aby za karę niepoczytalnego zachowania w kryjówce wypchnąć przez okno jednego z bohaterów tej przygody, aby przyniósł klucze do otwarcia stajni, lecz zaraz ten zamysł odrzuciliśmy mając na uwadze to, co uczynili po uzyskaniu wiadomości o mającej nastąpić łapance.

I tak po te klucze, chcąc nie chcąc, poszedł brat. Nie było go dość długo zanim otworzył drzwi, ale też po powrocie nie woniał zapachami wszelakiej maści nawozów ani też gnojowicą, przez którą musiał przechodzić. Zaraz po przyjściu do domu wskoczył do wody, szorując się zapamiętale tak długo, aż Mama pozwoliła mu wyjść.

Stanęliśmy przez chwilę przed wrotami stajni w nocnym orzeźwiającym nas powietrzu - szczęśliwi, że jesteśmy jeszcze razem. Staliśmy w ciszy nocnej podwórka nie zamieniając ze sobą ani słowa. Każdy był zatopiony we własnych myślach i pewnie każdy dziękował Bogu za to szczęście przeżycia.

Ranek następnego dnia nic nie mówił o łapance. Ludzie podążali do pracy, tak jak to robili codziennie. Dopiero wracając z niej, kiedy co niektórzy wstąpili na piwo do restauracji, opowiadali o nocnych akcjach przeszukiwania domów i mieszkań przez niemieckie wojsko i żandarmerię w poszukiwaniu młodych ludzi na wyjazd do Niemiec. Pośród nich znalazł się i Andrzej, powracający z pracy w garbarni. Podałem piwo, przysiadając się do niego.

- Łącznik do mnie nie dotarł. Ostrzeżenie otrzymałem od ciebie w ostatniej chwili. W momencie, kiedy pies zaczął ujadać, tato poszedł sprawdzić przyczynę ujadania psa zamkniętego w kojcu. Przyczyną byli wrzeszczący Niemcy nie mogący otworzyć furtki w wysokim płocie dość odległym od domu. Przestraszony, długo nie mógł jej otworzyć. Dobra znajomość niemieckiego trochę tonowała sytuację, odrobinę opóźniła wejście Niemców do domu.

W tym samym czasie, wiedząc już co się święci, zerwałem tylko marynarkę ze stołka i bez namysłu wyskoczyłem przez otwarte okno. Przebiegłem całą długość, jak wiesz, sporego ogrodu, zaległem w malinach rosnących szerokim pasem wzdłuż płotu.

Niemcy długo penetrowali liczne pomieszczenia, badając nawet ciepłotę łóżek porównując ją z ilością obecnych w domu. Ale rozścielone łóżka były łóżkami rodziców szykujących się do spania. Tak tedy Niemcy po bezskutecznym przeszukaniu domu, zostali odprowadzeni przez ojca do furty płotu, w ujadaniu potężnie rozsierdzonego wyżła. Nie pokusiłem się na powrót do domu. Przeleżałem całą gorącą noc w malinach mając pewnie na uwadze przysłowie „Szczerzonego, to i Pan Bóg szczerze”.

- Oby strzegł nas tak dalej! Rzekłem z uśmiechem odchodząc od stolika.

W dwa dni później, cały dywersyjny oddział AK „Potoka” został poderwany rozkazem do stawienia się w określonych miejscach skąd łącznicy poprowadzili nas w miejsce zbiórki przechwycenia zrzutu broni w Raciborsku, okolicznej wiosce Wieliczki.

Dzisiaj, po tylu, tylu latach, jestem ponownie myślami przy Mamie, Ździsku, przy tych bezimiennych łącznikach akowskich komórek. Koleżankach, Kolegach niosących ostrzeżenie o łapance w szeregi dywersyjnego oddziału AK „Potoka” i do ludzi z nim związanych. Łącznikach niosących ostrzeżenie konspiracyjnymi ścieżkami, im tylko znanymi, w ten niezapomniany sierpniowy gorący wieczór.

Niema ich już pośród nas. Pozostała pamięć i to opowiadanie im dedykowane.

Gliwice, grudzień 2001 rok

Przyczynek do sagi oddziału partyzanckiego AK “Potok"

Wyobraźmy sobie gorące sierpniowe popołudnie w końcówce wojny, 4.8. 1944 roku, w małym wielickim miasteczku, z ledwie tętniącym życiem prawie niewidzialnych mieszkańców, gdzieś tam pracujących. I Niemców, tak cywili jak i wojskowych kwaterujących gdzie się tylko dało, byle pod dachem.

Ale widać ich było tylko w centrum miasteczka, na ulicach, po których chodzili grupami wstępując od knajpy do knajpy, i nie tylko do tych, w których im wolno było popijać, lecz do każdej posiadającej nawet najmniejszy punkt zaczepienia alkoholowego. Pili na umór, i nawet się temu nie dziwię, bo to byli żołnierze, z jednej strony, z frontowych jednostek rezerwy, z drugiej - z jednostek wycofanych z frontu w celu uzupełnienia ich stanu osobowego i oczywiście uzbrojenia. To byli żołnierze czujący na swych plecach gorący oddech walk frontowych, frontu przebiegającego w owym czasie gdzieś tam na linii Jasła, a więc nie dalej jak 120 kilometrów od Wieliczki, lecz co gorsze, oni już nie czuli, oni wiedzieli o przegranej wojnie.

W takim to obrazie, w późne popołudnie dociera łącznik mojego przełożonego, Andrzeja Grodzińskiego „Grota” z rozkazem.

- Zbiórka z bronią na grobli stawu pod Baranem o godzinie - bodajże 18.

Nic więcej nie wiedział i poszedł.

Rozkaz to rozkaz. Tak tedy zaraz zabrałem się za pakowanie osobistego ekwipunku mając na uwadze jego lakoniczny wydźwięk, nie mniej dużo mówiący. Ubrałem się tak jak na górską wycieczkę, w sportowe mocne ubranie z niezapomnianymi ówcześnie pumpkami, obułem nogi niemieckimi „bergsteigerami”, do chlebaka powkładałem drobne turystyczne przybory codziennego użytku, przypiąłem z rolowany nieprzemakalny płaszcz strażacki nie różniący się niczym od niemieckich wojskowych, skórzanych płaszczy, podwiesiłem na pasie manierkę z jakimś tam napojem.

To moje pakowanie, aby nie rzucało się w oczy domownikom, robiłem w salonie, do którego praktycznie nie wchodzono jak długi miesiąc. Jakież było moje zaskoczenie, gdy już byłem z pakowany i miałem wychodzić, i w tym momencie otwierają się drzwi i staje w nich Mama.

- Gdzie idziesz tak ubrany?

Cóż miałem odpowiedzieć Matce, która nie wiedziała nic o poczynaniach konspiracyjnych syna. A może, - może tylko się mnie wydawało? Podszedłem do Niej, objąłem rękoma tak, jak to czynią dzieci.

- Mamusiu nie pytaj, bo musiałbym skłamać, a wiesz, że nie kłamię. Dzisiaj muszę iść, nie wiem, kiedy wrócę. Ale wiem, że na pewno wrócę. .

Wszelako do dzisiaj nie wiem jak to się stało, nagle Mama uklękła, złapała moje dłonie rękoma i przyciskając je do ust - całowała. A ja stałem ogłupiały nie wiedząc co począć. Wreszcie po chwili uchwyciwszy Ją mocno rękami pod łokcie złożonych rąk podniosłem klęczącą z podłogi.

Płakała.

- Niech cię Bóg ma w swej opiece.

Z trudem wyszeptała w cichym płaczu.

- Mamusiu, proszę, idź już, muszę wyjść sam.

Zrozumiała. Odeszła, zamykając drzwi.

Nie wiem jak wyruszali - moje koleżanki, koledzy w nieznane drogi rozkazu, ale po odejściu Mamy, po raz pierwszy w życiu po takim przeżyciu nie mogłem się pozbierać. Nie umiałem prawidłowo ułożyć za pasem na plecach broni. W ciągle nie leżała jak należy, ustawicznie ją poprawiałem, aż wreszcie przylgnęła do koszuli, marynarka przykryła ją poprawnie. Dopiero wówczas uchwyciłem mocno ręką chlebak, otworzyłem drzwi z salonu do pokoju jadalnego i wyszedłem z domu.

Droga nad staw pod Baranem uciekła bezpiecznie i szybko. Jeszcze kilkadziesiąt kroków przez międzuszek z brzegami porośniętymi żywopłotem i już się miało przed oczyma niewielki, sztuczny staw leżący tuż za miastem u podnóża góry. Z daleka rozpoznałem kolegów siedzących na koronie grobli stawu.

Któż tam był - ano Andrzej Grodziński „Grot”, Zygmunt Miczyński „Łabędź”, bracia Mizerowie, Antek „Gryf” i Jurek „Karłowicz”, Staszek Jordan „Szerszeń” i chyba jeszcze Kazek Dunikowski „Szaruga”.

Widocznie byłem ostatnim z tej grupy, bo zaraz na mój widok wstali i zaczęli iść w kierunku widniejącego w dali szczytu. Nie obchodziłem już stawu, lecz równym marszem parłem na przełaj górskiej łąki ku kolegom. Trudno było ich dogonić w tym jakby wyścigu do grzbietu rozległej góry do momentu, w którym udało się złapać ten drugi, zbawczy oddech i wówczas bez znaczniejszego wysiłku dogoniłem kolegów gdzieś w połowie góry.

Andrzej przystanął, a za nim reszta chłopaków. Przywitanie z chwilą jakby nie planowanego odpoczynku i znowu zaraz parliśmy ku rysującej się na horyzoncie grani, penetrując wzrokiem teren. Szliśmy z zachowaniem wszelkich prawideł poruszania się w terenie, w którym w każdym momencie mogli nas zaskoczyć Niemcy.

Osiągnąwszy rozległy grzbiet góry, na której, rozpościerała się maleńka osada, powiedziałbym - dzielnica miasta – Kłosów, mogłem wreszcie zapytać Andrzeja.

- Gdzie, na jaką akcję idziemy.

Niestety nie wiele wiedział. Akcja była objęta tajemnicą. Wiedział tylko tyle, że na krzyżówce drogi z Mietniowa z drogą do Raciborska - będzie na nas czekał łącznik o godzinie 21, który nas dalej poprowadzi.

Szliśmy, jak się to mówi - na pewniaka - po znajomych górskich dróżkach i ścieżkach ku krzyżówce, miejsca spotkania z łącznikiem. Omijaliśmy głębokimi łukami chłopskie gospodarstwa po przez pola Rożnowa, Mietniowa, Pawlikowic, pokonując górskie wertepy z takim wyczuciem czasu, iż prawie punktualnie stanęliśmy w miejscu oczekującego na nas łącznika, na krzyżówce pod raciborskim krzyżem.

Spotkanie z łącznikiem, niby nieznanym, a jednak kolegą z gimnazjum Staszkiem Cyganem „NN” z Dziekanowic było prawie natychmiastowe. Tak na dobrą sprawę można by w ogóle nie wymieniać sakramentalnego hasła i towarzyszącego mu odzewu, bo w tym świecie konspiracji małego miasteczka i wsi do niego przyległych wszyscy się dosłownie znali.

Tymczasem górska noc szybko zapadała. Zrobiła się zmienna ciemność, bowiem dotąd upszczone gwiazdami niebo poczynało się chmurzyć. Czarne chmury pchane jeszcze nie wyczuwalnym wiatrem z jednego końca widnokręgu na drugi coraz szybciej i szybciej przesuwały się po gwieździstym nieboskłonie, wskazując nieubłaganie na zbliżający się deszcz.

Łącznik przejął prowadzenie akowskiej grupy. Coraz trudniej w gęstniejących ciemnościach było się połapać, gdzie jesteśmy, pomimo znajomości, powiedziałbym nawet, bardzo dobrej terenu. Tak jednak bywa, kiedy ktoś prowadzi, kiedy ktoś za nas myśli, wówczas ten zmysł orientacji w terenie zostaje jakby przytępiony. Wiedzieliśmy tylko tyle, że weszliśmy w leśną drogę raciborskiego lasu. Na niej zostaliśmy zatrzymani przez czatę terenówki. Stasio Cygan, po krótkim rozpoznaniu hasłowym wprowadził nas w krąg towarzyszy broni.

Teraz, z tymi chłopakami tworzyliśmy już dobrą drużynę, niestety marnie uzbrojoną, ale wesołą i rozmowną. Dowiedzieliśmy się o mającym dzisiaj nastąpić zrzucie, i że w tym miejscu, gdzie stoimy zostaniemy uzbrojeni bronią batalionową. Tak tedy nasz horyzont wiedzy o mającej nastąpić akcji rozszerzył się znacznie. Pozostało więc tylko cierpliwe oczekiwanie na zapowiedziane uzbrojenie.

Nie trwało długo. Dosłownie po paru minutach od spotkania z terenówką, usłyszeliśmy odgłos jadącego wozu ciągnionego koniem. Po krótkiej wymianie sygnalizacji świetlnej pomiędzy furmanką, a dowódcą czaty dojechał do nas wóz eskortowany przez kolejną grupę chłopaków. Do tak powstałego zbiorowiska, napływały kolejne grupki akowców. Zaczęliśmy się witać z niby nieznanymi towarzyszami broni, ale to byli przeważnie kolejni znajomi - koledzy, młodsi i starsi, z wielickiego gimnazjum i liceum, do których dochodzili również znajomi chłopi moich dziadków, rodziców, od których kupowali trzodę chlewną i inne produkty rolne, którzy biesiadowali w naszej wielickiej restauracji.

Największym może zaskoczeniem wieczoru było rozpoznanie woźnicy zaprzęgu, którym okazał się bardzo dobry znajomy, Władysław Kurek, „Mocarny” trzymający pieczę nad batalionowym arsenałem broni w Koźmicach mieszczącym się w jego gospodarstwie. On to przywiózł w półkoszkach wozu broń dla tych, co mieli brać udział w akcji.

Chwilowa swawola wynikła ze spotkania dawno nie widzianych kolegów, a tak w ogóle to z tego, że jesteśmy wszyscy pod jednym akowskim sztandarem, podbudowana cichym gwarem wzruszających rozmów została przerwana rozkazem zbiórki w jednym szeregu żołnierzy wielickiego oddziału wydanym przez szefa Staszka Tatarę „Floriana”. Po odliczeniu stanu osobowego okazało się, że wcale nas tak dużo nie było.

Dzisiaj, z pewnością nie wymienię wszystkich uczestniczących w tej zbiórce. Mam przed oczyma przede wszystkim naszą grupę, którą przyprowadził Andrzej Grodziński „Grot”, a potem kolegów: Władka Wołka “Potoka" dowódcę oddziału, jego zastępcy Mieczysława Kurowskiego „Łuski”, Roberta Mazura „Rymszę” oficera wywiadu, Staszka Tatarę „Floriana”, popularnego szefa zwanego przez nas Florkiem, Józeka Ślęczkę „Lecha” dowódcę drużyny, Krzysztofa Gużkowskiego „Lubicza”, Tadeusza Ekerta „Dzika” wysiedleńca z Bydgoszczy, Staszka Rzepę „Skauta”, Bronka Leśniaka „Broma”, Bolka Olszowskiego „Sosny”, Ślązaka, uciekiniera z naszych pod gliwickich Sośnicowic, Emila Stopy „Ryśa”, Kazimierza Mleczko „Lisa”, Michała Ziarko „Żbika”, aż wreszcie i tego, co wydaje mi się, że chyba był pośród nas, Ottona Goetela „Got - Wąsika”.

Nie pomylę się dużo, gdy powiem.

- Tych ówcześnie zebranych na tej leśnej drodze przynależnych do oddziału „Potoka” było chyba ponad dwudziestu, do tego dochodziło jeszcze sporo innych z bratnich pododdziałów z pod wielickich placówek.

Zaraz po zbiórce, na której podano najistotniejsze wiadomości dotyczące zadań naszego oddziału w związku z mającym nastąpić zrzutem, zostaliśmy uzbrojeni tylko bronią długą przywiezioną przez „Mocarnego”. Broń wręczał „Mocarny”. Z wielkim zdziwieniem, nawet z pewnym zaskoczeniem otrzymałem, jakby po znajomości po Dziadku wspaniały sztucer myśliwski wraz - słownie, z pięcioma nabojami.

Takie były ówczesne realia.

W krótkim czasie po rozdaniu broni, podszedł „Mocarny” jak duch w ciemności nocy, pociągnął za rękę.

- Chodź.


Odeszliśmy parę metrów przystanąwszy pod świerkiem.

- Dawaj łapę, i wcisnął w podaną dłoń kilkanaście sztuk amunicji. Przydadzą się, może na polowanie? Jak ci pozwolą, strzelisz sarnę, jest ich tutaj sporo, przekonasz się.

I tak jak przyszedł niespodziewanie, tak i odszedł.

Ten sztucer, jak się później dowiedziałem, został zdobyty podczas wypadu naszego oddziału na uciekających Niemców ze Lwowa, gdzieś w początkach 1944 roku. Miało to miejsce, na serpętynie drogi w Łazanach, drogi prowadzącej z Wieliczki do Gdowa. Nie brałem udziału w tej akcji, natomiast wiem z relacji „Grota”, iż była ona bardzo udana i do tego, bardzo ciekawa.

Zaraz po otrzymaniu broni ponownie stanęliśmy w szeregu tylko po to, aby ruszyć gęsim szeregiem na stanowiska. Rozprowadzani przez „Florka” znającego wyśmienicie krawędź brzegu lasu, każde ze stanowisk na którym bezbłędnie nas pozostawiał nakazem lekkiego uderzenia w ramię. Wiedzieliśmy dokładnie o ile byliśmy od siebie oddaleni, kto stał z prawej i lewej strony naszego stanowiska.

Oparłem się o drzewo mając przed sobą jak na dłoni pole zrzutowiska, widoczne niestety w całej okazałości li tylko w momentach rozdarcia chmur, podświetlone jasnością gwieździstego nieba

O ile pamięć nie zawodzi, było jakby obwarowane z trzech stron lasem. Długość tego pola, mało zróżnicowanego wysokościowo, w ocenie tak na oko, mogła wynosić do 1000 metrów, a szerokość może z 200, może z 300 metrów.

Nie opowiem jak obrzeża bliższe i dalsze zrzutowiska były chronione, ile i jakich pododdziałów zostało do tej akcji przeznaczonych, kto dowodził całością akcji, kiedy i jak ta akcja została rozwiązana, bo po prostu nie wiem.

Natomiast wiem z dostępnych źródeł, to takiego opracowania nie ma. Są tylko parozdaniowe wspomnienia, które otrzymałem od serdecznych kolegów: „Grota” i Kazka Guzikowskiego „Skopiaka”, również uczestniczących w tej akcji.

Pole, na którym miał nastąpić zrzut było ubezpieczane od strony północnej przez oddział „Potoka” na całej jego długości.

W takiej aureoli piękna górskiej nocy, w bezwzględnej ciszy przy nie wielkim wietrze wyczekiwaliśmy cierpliwie odgłosu samolotów.

- Skąd miały nadlecieć?

Oczywiście nie wiedzieliśmy. Wreszcie są. Gdzieś z daleka zaczął dochodzić do naszych uszu przytłumiony warkot silników, narastający z minuty na minutę.

- Tak, to lecą nasi, na pewno nasi.

Zabłysły światła latarek dających niemy znak rozpalenia ogni określających kierunek przyjęcia zrzutu na rozległym pasie pola.

Oczekiwałem z wielkim zainteresowaniem na szczególnego rodzaju, niecodzienne przecież rozpoczynające się plenerowe widowisko. Słyszałem już nie jakiś tam odgłos lecących ku nam oczekiwanych samolotów, nie gdzieś tam z północnego zachodu dalekiej Anglii, a z południowego zachodu, również dalekiej Italii. Dochodził do mych uszu narastający warkot potężnych silników samolotów lecących wysoko, wysoko nad dziurawymi czarnymi chmurami przez które wdzierała się co chwilę kilku sekundowa jasność gwieździstego nieba, może i księżyca, oświetlająca zrzutowisko. Ta, nasilająca powiedziałbym harmonia odgłosów ciężko pracujących silników, radująca serca wszystkich uczestniczących w obsłudze mającego nastąpić zrzutu, rozdzierała ciszę raciborskiego nocnego pustkowia podbudowanego dostojnym górskim wystrojem swoistej siły, po to tylko, aby z sekundy na sekundę stawała się coraz cichsza i cichsza, aż wreszcie rozpłynęła się w otaczających nas lasach i polach.

Przeleciały, i poleciały gdzieś dalej, pewnie tam, gdzie niesiona pomoc była cenniejsza.

I znowu zabłysły światła latarek nakazujące zgaszenie ogni, które prawie natychmiast znikły z tła czerni nocy. Nie pamiętam, gdzie błądziły moje myśli, nie umiałem sobie wytłumaczyć, dlaczego nie nastąpił zrzut w tak, moim zdaniem, idealnych warunkach.

A jednak nie nastąpił.

Wiedziałem o rezerwowych zrzutowiskach, bo takie przecież były, ale też pomału dochodziła świadomość, iż przyczyn nie dokonania zrzutu nad oświetlonym zrzutowiskiem, a tylko przelecenie tuż obok niego musiało być wiele i to o wielkim ciężarze gatunkowym zaistniałym bądź już w czasie lotu lub tuż przed jego rozpoczęciem.

Nadszedł rozkaz. Jeden drugiego idąc ściągał ze stanowiska. Utworzył się długi wąż kroczących wydeptaną ścieżką wzdłuż krawędzi lasu. Idący prowadzili po cichu rozmowy o niedoszłym zrzucie, po którym każdy zapewne widział siebie co najmniej z maszynowym pistoletem. Tymczasem pozostaliśmy przy tym, co mieliśmy.

To też musiało wystarczyć.

Gdy stanęliśmy w miejscu zbiórki w jednym szeregu, czarne, nieprzenikliwe chmury zalały całe niebo. Zrobiło się tak ciemno, że chcąc nie chcąc dowódcy musieli się posługiwać latarkami. Otrzymaliśmy rozkaz marszu.

Kto prowadził - nie wiem.

Sądzę, że to musiał być bardzo dobry raciborski przewodnik z wyczuciem i chyba węchem psa myśliwskiego.

Ledwie ruszyliśmy, zaczął kropić deszcz, potem padać, aż wreszcie rozlało się na dobre. W marszu odpiąłem przytroczony do chlebaka nieprzemakalny płaszcz. Niestety nie mogłem nim okryć dodatkowo nikogo, szliśmy bowiem dosłownie jeden za drugim trzymając się kurczowo ścieżki aby z niej nie zejść.

Kto zna góry, ten wie, co to znaczy zejść ze ścieżki w takich warunkach, ten wie jak szybko każda ścieżka, każdy rowek, każda koleina w drodze przeobraża się w mały rwący ciek wodny, potem już w potok w podłożu kamienistej gliny, przylepiającej się do wszystkiego, szczególnie do butów.

Szliśmy w lejącym deszczu, w glinie rozmokłej po przez pola, łąki, lasy do momentu, gdy zaczęło dnieć, kiedy można było wreszcie coś rozeznawać.

„Potok” zarządził postój.

- Tutaj kładziemy się spać.

Każdy marzył o odpoczynku, a o spaniu, tośmy go w swoich marzeniach chyba nie widzieli.

- No bo gdzie tu spać?

Przed nami widniało małe poletko wśród leśne, na którym stało parę kopek owsa i nic więcej. A deszcz - jak lał, tak lał.

Szef w iście wyścigowym tempie wyznaczył wartowników, którzy natychmiast wyruszyli na wskazane pozycje, pozostali zaś zaczęli kombinować i rozglądać się za jakimś miejscem do spania.

- Patrz, kopki owsa.

„Grot” w mig podjął myśl. Prawie niewidoczni, pierwsi doszliśmy do kopek, wybraliśmy z ich środka po dwa suche snopy, z którymi podeszliśmy pod największy rozłożysty świerk, jaki stanął na naszej drodze. i pod jego gałęziami ułożyliśmy je na ziemi. Pod tym świerkiem było rzeczywiście sucho i prawie bezwietrznie.

„Grot” był kompletnie przemoczony, ja suchy.

- Zdejmuj wszystko, co masz na sobie. Spodnie, skarpety, majteczki wykręcimy ile się da, włożysz moją suchą bluzę i te wykręcone rzeczy. Przykryjemy się płaszczem, który od wewnętrznej strony był suchy i kładziemy się spać.

Po chwili już leżeliśmy przykryci tuląc się do siebie niby małe dzieciaki, i do tych karabinów trzymanych pomiędzy nogami, momentalnie zasypiając. Spaliśmy tyle ile nam dali spać. Tego snu było niestety nie wiele.

Gdyśmy wyszli z pod naszego świerku, deszcz nadal padał i co gorsza, nie było żadnej nadziei, aby przestał padać. Dowództwo miało nie lada problem, co zrobić z takim oddziałem bez zaplecza kwaterunkowego, wyżywienia i właściwie bez dalszej wizji oddziału, w którym co najmniej połowa ludzi było spalona.

A jednak Polak potrafi zawsze w takich sytuacjach coś wykombinować.

Jakież było nasze zdziwienie, kiedy po porannym apelu na leśne poletko zajechała furmanka z kankami świeżego mleka powożona przez „Lecha”. Okazało się, że obrotny szef wiedział o dowożonym obowiązkowo mleku do mleczarni nie daleko położonej od naszego postoju. Zabrał „Lecha” i poszli na drogę, którą furmanka co dzień jeździła, Chłopu dali odpowiednie zaświadczenie, że oddział AK zarekwirował mleko z wozem. I tak o to mieliśmy mleko, nie tylko na śniadanie, ale na cały dzień - i tylko mleko i nic więcej.

Deszcz padał bez przerwy.

Siedzieliśmy pod drzewami, co pewien czas któryś z nas szedł na wartę. Do kolejnego noclegu w lesie przygotowywaliśmy się już za dnia. Zezwolono na palenie małych ognisk, przy których można było chociaż częściowo wysuszyć ubranie, buty, ogrzać się. Nie jeden nie przypuszczał, że nagle przypadnie mu się znaleźć w lesie w tak ekstremalnych warunkach polowych. To był prawdziwy sprawdzian odporności nie tylko fizycznej, ale może przede wszystkim psychicznej. Z obu tych sprawdzianów dowódca Władysław Wołek „Potok” był na pewno bardzo zadowolony.

Jego sztab pracował intensywnie, prawie „non-stop” nad najwłaściwszym rozwiązaniem zaistniałego, a nie przewidywanego stanu rzeczy.

Minął dzień w lesie i deszczu, minęła również deszczowa noc, po której przyszedł przepiękny dzień, pełen gorącego słońca niosącego po prostu radość życia. Gdzieś przed południem zarządzono uprzątnięcie obozowiska i marsz w nieznane. Nie trwał długo. Doszliśmy na rubież pogranicza Huciska z Kuźnicami, do ustronnie położnego gospodarstwa na zboczu wzniesienia, opartego z jednej strony o niedaleki brzeg lasu, z drugiej mającego otwartą przestrzeń z głębokim widokiem na wijącą się w dolince polną dojazdową drogę do tego gospodarstwa. Tam zostaliśmy zakwaterowani w przestronnej stodole wypełnionej z jednej strony klepiska zbożem, z drugiej, sianem.



Pobieranie 0.65 Mb.

Share with your friends:
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   12




©operacji.org 2020
wyślij wiadomość

    Strona główna