Spis opowiadań



Pobieranie 0.65 Mb.
Strona12/12
Data29.10.2017
Rozmiar0.65 Mb.
1   ...   4   5   6   7   8   9   10   11   12

Ależ nie, trafił pan w dziesiątkę. Przyjechaliśmy z Krakowa, dokąd musimy pana zabrać. Jest pan potrzebny do wyjaśnienia pewnej sprawy.

- Tak jak stoję? Bez pożegnania z żoną, z dzieckiem?

- Tak.

Wówczas do rozmowy włączył się personalny, wpływowy członek śląskiej PZPR, również jeden z nich.



- Oni żartują panie inżynierze. Pójdą z panem do domu, przebierze się pan do podróży, pożegna się z rodziną. Przecież to nie potrwa długo, prawda?

Podziękowałem, pożegnaliśmy się i wyszedłem jak aresztant w otoczeniu „smutnych panów”.

Żona była już w domu. Po wejściu do mieszkania całego towarzystwa, powiedziałem, że panowie zabierają mnie do Krakowa na przesłuchanie w jakiejś tam sprawie, o której niestety nic na razie nie wiem. Nie ukrywała swego zaskoczenia, pomimo przygotowana na taką możliwość. Wiedziała jednak jak w takiej sytuacji ma się zachować, znała przecież, chociaż we fragmentach, życiorys akowca.

Z dziesięć lat po wojnie, odwilż gomułkowska wisiała w powietrzu, nadal trwały aresztowania pod różnymi pozorami, byłem tedy i ja przygotowany na taką możliwość.

Przebrałem się w ciepłą bieliznę, ubranie, buty turystyczne i płaszcz zimowy podane przez Krysię po bacznymi oczyma panów z bezpieki. Popatrzyłem na mieszkanie, ucałowałem malutkiego synka, Bartusia i Krysię. Nie pozwolili Jej odprowadzić mnie do samochodu. Drzwi mieszkania zamknęły się.

Samochód miał przyciemnione szyby. Usiadłem na tylnym siedzeniu w towarzystwie jednego z aresztujących.

Był już wieczór, gdy dotarliśmy do Krakowa, chyba na ulicę Batorego. Podczas jazdy moi towarzysze milczeli, miałem tedy spokój, czas na przeróżne przemyślenia.

- Co też mogło być powodem aresztowania tyle lat po wojnie? Powodów mogło być sporo, ale przecież nie mogli znać wszystkich. Zacząłem więc przywoływać z pamięci grubsze wydarzenia wojenne i powojenne, powiązania osobowe i metodą eliminacji, jakoby przy pomocy rachunku prawdopodobieństwa, pozostawiłem „na placu boju” trzy sprawy.

- Nieudany przerzut brata Tadka do Niemiec przez granicę czechosłowacko – niemiecką.

- Działalność w Konspiracyjnym Wojsku Polskim na Politechnice Śląskiej.

- Przerzut Gima do Szwecji.

- „Arsenał”, broń oddziału „Potoka”.

Mogło chodzić oczywiście i o inne sprawy – tych też nie bagatelizowałem. Dlatego wysiłek myślowy, bodajże najtrudniejszy egzamin w życiu, skoncentrowałem na przygotowanie pierwszej odzywki przesłuchania.

Zostałem wprowadzony do dużego pokoju z jednym stylowym, ciężkim, dębowym biurkiem za którym w głębokim skórzanym fotelu siedział jakiś oficer. Przed biurkiem również stał fotel, pod ścianą duża kanapa nad którą wisiała duża mapa Polski. Można było z góry założyć, że całość wyposażenia wnętrza pokoju została żywcem zgarnięta z jakiegoś bogatego domu, może nawet z jakiegoś muzeum. Pośrodku tego pokoju stała grupka mężczyzn. Wszyscy palili.

Siedzący za biurkiem ręką zaprosił do zajęcia miejsca w fotelu.

- No, wreszcie mamy pana. Tyle zachodu nam pan sprawił. Chyba pomoże pan w rozwiązaniu pewnej sprawy?

- Jakiej? Jednej? - to dobrze – pomyślałem.

Wyciągnął z szuflady sporą teczkę zapchaną luźnymi papierami oraz atlas złożony ze sztabówek. Wyszukał jedną.

- Czy zna pan ten teren?

Popatrzyłem – Dlaczego miałbym nie znać?

- A ten? – Wskazał palcem.

- Przecież leży obok.

I tak tym palcem przejechał po całej mapie z tym, że najwięcej wypytywał o wsie – Gorzów, Jankówkę, Komice. Ja zaś przyjąłem metody odpowiedzi z anegdot żydowskich, co pozwoliło mi rozszyfrować powód aresztowania, przyjąć jednoznaczną linię postępowania i ewentualnej obrony.

Przesłuchanie trwało prawie całą noc. Pytania padały z każdej strony pokoju, z tyłu, z przodu, z boków.

W pewnym momencie, spokojnie, ale stanowczo – powiedziałem.

-Panowie! Jesteśmy przecież ludźmi kulturalnymi, po studiach. Znam i rozumiem wasze metody przesłuchań, dlatego proszę pytać pojedynczo. Będę odpowiadał zgodnie z wiedzą i pamięcią tak długo jak zechcecie. Byłoby dobrze dla was i dla mnie, gdybyście przewietrzyli pokój.

O dziwo – ten za biurka oddalił wszystkich z pokoju, otworzył okno. Była ciemna noc, na ulicy spokój, cisza wielkiego miasta. Musiało być bardzo późno.

Już mnie nie przesłuchiwał, wywiązała się rozmowa o pracy w hutnictwie, jej znaczeniu, o wakacjach, rodzinie. W pewnym momencie przywołał podoficera.

- Ten pan prześpi się tutaj na kanapie. Przynieś koc.

Pożegnaliśmy się. Otrzymałem jeszcze szklankę herbaty. Wypiłem ją z prawdziwą rozkoszą po parogodzinnym przesłuchaniu, i położyłem się na kanapie, oczywiście w ubraniu, przykrywając się otrzymanym kocem w chłodzie powietrza płynącego z otwartego okna. Obok na krzesełku usiadł strażnik. Pokuj był oświetlany lampką stojącą na biurku.

Teraz już z całą pewnością wiedziałem.

- Szukają broni oddziału „Potoka”!

Do mnie mogli trafić tylko przez Kazka, Andrzeja lub kogoś z pomagających ładować broń w Koźmicach. Pani Janina z Gimem byli już w Stanach, miałem od nich potwierdzenia pobytu. Kazek nie znał drugiego i trzeciego przerzutu broni, a Andrzej – trzeciego. Tak więc o mnie , jako ostatnim ogniwie losów „arsenału” mógł powiedzieć tylko Andrzej.

Z przesłuchania wynikało, że Kazek jak i Andrzej byli już przesłuchiwani i przyjęli zasadę mówienia prawdy. Nie wiedziałem tylko, czy złożyli zeznania z wolnej stopy, czy też byli aresztowani – dobrowolnie czy pod przymusem, restrykcjami? Znając domniemane zeznania Kazka i Andrzeja, założyłem podobne postępowanie.

- Czy jutro poruszą inne sprawy?

Z tym pytaniem udało się zasnąć po niecodziennych wydarzeniach.

Dzisiaj tak prosto, lekko wspominam tamtą noc pełną stresów, podobną do karcianego pokera, gdzie jeden błąd w zagrywce, błędnej ocenie pociągnięć przeciwnika, mógł doprowadzić do przegranej. Nie chce się wierzyć, że tyle lat po wojnie udało mi się odnaleźć w sobie taką odporność psychiczną, tyle siły jakie miałem wtedy, jako żołnierz do przeróżnych zadań, poruczeń.

Ranek zaowocował dalszym ciągiem przesłuchań. Prowadzono mnie z pokoju do pokoju, z rąk do rąk. Zadawano pytania do znudzenia te same, podchwytliwe, czasami wprost, niesamowicie głupie.

- Jak nawiązałeś kontakt z oddziałem?

- Kto był dowódcą?

- Stan osobowy?

- Kto dostarczał, magazynował broń?

- Dlaczego broń nie została zdana przy ujawnieniu?

- Kto o tym wiedział?

- Kto wydał rozkaz jej przewiezienia do Wieliczki?

- W jakim celu?

I tak dalej i tak dalej. W większości pytań, które kwitowałem krótkimi odpowiedziami – nie lub tak, nie znam, nie widziałem, nie byłem tam, nie słyszałem – wynikało, że wiedzą prawie wszystko o losach uzbrojenia oddziału „Potoka”, ale o koźmickim „arsenale” jako całości magazynu wielickiego batalionu „Mrówka”, nie wszystko.

Nie wiedzieli natomiast nic, a nic o ostatnich losie, ogniwie zniszczenia go przez zatopienie w stawie państwa Miczyńskich.

O tym wydarzeniu w olbrzymim skrócie, tylko to co było konieczne, co uważałem za stosowne powiedzieć, dowiedzieli się dopiero teraz.

- Ile dni trwały przesłuchania? – po prostu nie pamiętam.

Zapewne ich zapisy, dokumentacja są przechowywane archiwach Urzędu Bezpieczeństwa w Krakowie, a może, gdzie indziej?

Dostawałem jeść w pokojach przesłuchań, spałem na kanapach w różnych pomieszczeniach, byłem dobrze traktowany. Jedyną niedogodnością była niemożność przeprowadzenia właściwej toalety.

Wreszcie, któregoś tam dnia przystąpiono do ostatecznego redagowania moich zeznań. Po odczytaniu przez śledczego oficera, zapytano czy je podpiszę. Poprosiłem o kilka uściśleń i bez wahania podpisałem.

- No to teraz pan pojedzie!

- Gdzie?

Odpowiedzi nie było.

Otrzymałem czapkę, płaszcz, i wyszedłem w towarzystwie dwóch panów do podstawionego citroena o przyciemnionych szybach. Wozili mnie długo po ulicach, których nazw jakoś nie mogłem skojarzyć, a znałem Kraków od podszewki – tak mi się przecież wydawało - z okupacyjnych przygód w zdobywaniu broni na ulicach miasta, po wcześniejszych wszelakich wędrówkach rozpoznawczych, gwarantujących powodzenie akcji, aż wreszcie znajomości miasta jako kierowcy samochodów zaopatrzeniowych.

Samochód zwalniał, przystawał z kilkanaście razy, aż ostatecznie gdzieś stanął.

Wysiedliśmy.

Okolica zupełnie mi nie znana, przede mną stał dom, chyba dwupiętrowy w szeregu innych podobnych. Żadnego napisu, okna na parterze przyciemnione. Wejścia od strony ulicy nie było, było od strony podwórka.. Wszędzie pusto, cisza.

Po paru minutach wszystko się wyjaśniło. Znalazłem się chyba w jakimś „podręcznym” zakamuflowanym areszcie. Dyżurka przerobiona z kuchni z wiszącym na ścianie telefonem, jakiś stolik, krzesło – i to wszystko. Nie zauważyłem, abym był przekazywany z jakąś dokumentacją. Wszystko odbywało się dosłownie „na gębę”. Przyjmujący mnie milicjant kazał oddać pasek, sznurówki i posiadane przy sobie przedmioty.

Zostałem wprowadzony do celi – pokoju. Pod zakratowanym od wewnątrz oknem stała prycza, w kącie kibel, drzwi obite blachą z nieodłącznym „judaszem”. Na pryczy leżało kilku ogorzałych, zarośniętych mężczyzn w różnym wieku – od około 30 do 60 lat.

- Dobry wieczór.

- Dobry wieczór towarzyszu.

I na tym rozmowa się zakończyła.

Rozłożyłem płaszcz, o nie, - to było futro z podbiciem z norek, położyłem się na nim, jeszcze gorąco przeżyć jakoby parowało ze mnie, nie czułem żadnego chłodu. Patrzyłem w sufit, byłem sam ze sobą, z moimi myślami.

Już nie obchodziło mnie aresztowanie, przesłuchania.

Wiedziałem, mam sprawę wygraną. Moje „przewinienia” podpadały pod amnestię, wolność była tylko kwestią czasu. Gnębił mnie tylko niepokój o moją żonę, dziecko. Czułem jej rozterki, niepewność, nie przespane noce.

Wiedziałem, poruszy niebo i ziemię, aby nieść pomoc, dowiedzieć się, gdzie jestem.

Zmęczony wielogodzinnymi przesłuchaniami w różnych porach dnia i nocy, po prostu przeżyciami ostatnich dni – zasnąłem na twardej pryczy. Nie obcej, jakże przychylnej jak dotąd, w mym życiu.

Towarzyszami więziennej celi okazali się Cyganie – muzykanci grający w jakimś nowohuckim lokalu. Siedzieli od paru dni za rozróbę i pobicie dygnitarzy partyjnych zabawiających się akuratnie w lokalu, w którym koncertowali. Opowiedzieli ten incydent nadzwyczaj barwnie, bez cienia jakiejś skruchy, wyraźnie zadowoleni, przepojeni optymizmem, nie myślącymi w ogóle o konsekwencjach płynących z tej przygody z taką pogodnością ducha, iż mimo woli ten nastrój wlazł po prostu we mnie.

Dowiedziałem się co to za areszt, gdzie się znajduje.

W Nowej Hucie.

Lecz cóż z tego, kiedy kompletnie nie znałem budowanej, nowej dzielnicy Krakowa, miasta, osiedla. Zresztą?, czy to ma jakieś znaczenie, gdzie się siedzi? Zaproponowali pomoc w przekazaniu dowolnej wiadomości do domu.

Serdecznie podziękowałem za okazaną grzeczność. Zrezygnowałem z tej ponętnej propozycji li tylko dlatego, że znałem aż nadto dobrze metody działań służb bezpieczeństwa podczas wojny, i po wojnie. Niemców, Sowietów i niestety Polaków - w szacie zwyrodnialców.

Wiedziałem, dokąd mogą prowadzić drobne usługi współwięźniów, bardzo często podstawionych konfidentów, a co najważniejsze, wiedziałem - z nauk, doświadczeń wojennych, jak takich ludzi można z powodzeniem wykorzystać, we własnej sprawie.

Pomimo tego oczywistego uprzedzenia, pewna przyjaźń więzienna, niezależnie od naturalnego dystansu dyktowanego rozumem, zrodziła się, szczególnie po wyjawieniu powodów mojego aresztowania. Kiedy zauważyli, że nie mogę jeść z powodu kłopotów żołądkowych, zaopiekowali się mną z takim zaangażowaniem, jak po prostu byłbym członkiem ich społeczności, ich rodziny. Podkarmiali, pocieszali do ostatniego dnia ich pobytu w areszcie.

Gdy wychodzili na wolność, przekazali gwóźdź, którym po pewnym przyuczeniu otwierałem zasuwkę „judasza”, uzyskując wgląd w malutki nieznany dotąd świat. Penetrować malutki przedpokój, z którego prowadziły wejścia do jeszcze jednej celi – pokoju, łazienki z ubikacją oraz kuchni - dyżurki.

Pozostałem w celi sam.

Jakież było moje zdumienie, zaraz po ich odejściu otrzymałem po przez strażnika pełny zestaw obiadu, można by powiedzieć, wyszukanego, wykwintnego jedzenia. A potem - każdego dnia, aż do czasu wywiezienia mnie z tego aresztu.

Jak Cyganki to robiły, organizowały, że udawało im się mimo surowych rygorów, karmić swoich mężczyzn , a potem mnie?

Nie wiem do dziś!

Ale dzisiaj, teraz, tym krótkim chociaż wspomnieniem dziękuję serdecznie tym kobietom, ich mężom za liczące się, i tak potrzebne mi wówczas wsparcie, nie tylko to materialne, za duchowe – także.

Upływały dni, zlewające się w jeden wielki, długi dzień bezczynności, bezradności, myśli. Potężnej myśli rodzącej bunt. Bo o to rano zacząłem walić pięściami, kopać drzwi niczym furiat, do momentu przyjścia strażnika.

- Siedzę tutaj nie wiem odkąd bez nakazu aresztowania, a powinienem go dostać po dwóch dniach, żebym chociaż wiedział za co siedzę.

Nie mówiłem – krzyczałem!

I stał się cud!

Bo jakże to inaczej nazwać? Strażnik – milicjant otworzył drzwi, zabrał mnie na dyżurkę. Wykręcił jakiś tam numer i powiedział mniej więcej tak.

- Jeżeli nie dostarczycie nakazu aresztowania, to za parę minut wypuszczam aresztanta Jarosza.

Coś jeszcze uzgadniali po czym odłożył słuchawkę. Wyciągnął woreczek z moimi rzeczami zabranymi w procedurze związanej z przyjmowaniem do aresztu i kazał się ubierać. Nie dowierzałem samemu sobie – przecież nie śnię! Gdy kończyłem ubieranie, otworzyły się drzwi. Weszło dwóch, chyba tych samych ubowców, którzy mnie tutaj przywieźli.

Jeden z nich zabrał strażnika do przedpokoju, drugi pozostał za mną. Chwilę po tym omal nie zwaliłem się z nóg.

W prowadzili Andrzeja Grodzińskiego.

- To ty też tu byłeś?

I, padliśmy sobie w ramiona. A potem i on otrzymał swoje rzeczy. Szybko się ubrał, dostaliśmy płaszcze. Podziękowałem milicjantowi za ten niezwykły czyn, za wstawiennictwo za jakimś tam aresztantem, czyn, którego przecież nie musiał dokonać, w rezultacie którego staliśmy ubrani przygotowani do kolejnego transportu w nieznane. Wyszliśmy prowadzeni przez nic nie mówiących ubeków do stojącego przed wejściem samochodu.

Taki piękny, słoneczny dzień, taki wiosenny, do tego niedzielny roztaczał się przed nami. Wieziono nas tak jak poprzednio, na tylnym siedzeniu, bocznymi ulicami miasta. Tym razem wylądowaliśmy na Placu Inwalidów, w dobrze, ze smakiem urządzonym, przeogromnym gabinecie. Przyjął nas oficer w stopniu chyba pułkownika, poprosił o zajęcie miejsc w fotelach stojących naprzeciwko biurka zarazem częstując papierosami.

- Jesteśmy niepalącymi.

Pokiwał z niedowierzaniem głową i potoczyła się zaraz towarzyska rozmowa o naszym aresztowaniu i związanych z tym niedogodnościach.

- Wiecie?, wasze biura wystawiły wam jak najlepsze opinie i gwarancje. To bardzo pomogło, to był duży wkład ze strony waszych zakładów w zakończenie sprawy. Jej już po prostu nie ma. Wszystko zostało wyjaśnione, uzbrojenie waszego oddziału znalazło się, wydobyto je ze stawu według wskazówek pana, panie Eugeniuszu, zgadzał się również podany przez was stan. Bardzo interesującą ciekawostką dla was i dla nas, okazał się fakt, że po usunięciu warstwy ochronnej konserwacji, broń i amunicja nadawały się do natychmiastowego użytku, mimo pozostawania w wodzie ponad pięć lat.

- Brawo „Jelonku”, brawo „Mocarny”, wielkie uznanie dla waszego kunsztu konserwacji uzbrojenia!

Ta myśl przeleciała po głowie mojej, i pewnie Andrzeja.

Nastąpiła chwila przerwy w rozmowie, wypełnionej dziwną ciszą. Pułkownik przyjmując maskę dobrodusznego wyrazu twarzy, patrząc nam w oczy przerwał tą ciszę, głosem równie dobrodusznym.

- Nie posiadacie broni krótkiej, tak mówią zeznania, informacje, i sprawdzenia. Byłem również w AK. Los sprawił, że jestem tutaj. Czasem mogę jeszcze pomóc co niektórym takim jak wy, w szybkim powrocie do domów, do normalnego życia.

Wyciągnął szufladę, wyjął z niej jakieś blankiety, położył na biurku. Nachyliwszy się ku nam zaczął ponownie mówić.

- Nie wierzę, że nie zachowaliście broni. Wy ją posiadacie! To nie jest wiara, to jest pewnik! Wiem co ona dla was znaczy. Wypiszę zezwolenia na tą historyczną przecież dla was broń.

Tym razem, prawie jednocześnie pokiwaliśmy przecząco głowami powiedzieliśmy.

- Panie pułkowniku. Radzi jesteśmy słyszeć takie słowa, ale naprawdę jej nie mamy.

Słuchał, patrzył na nas wymownie przez dłuższą chwilę.

- Nie wierzę wam. Za długo byłem takim jak wy, ale proszę, nie użyjcie jej przeciw Polakom.

Zawołał oficera dyżurnego, polecił wypłacić jakieś pieniądze za okres przetrzymania. Nie przyjęliśmy ich, prosząc, aby zostały przekazane na cele charytatywne. Wyszliśmy powoli z gabinetu odprowadzani przenikliwym wzrokiem pułkownika chcącym nam jeszcze coś powiedzieć, przekazać na pożegnanie - bez słów.

Te nieme słowa nie dotarły do nas, może ich nie rozumieliśmy?

Zamknęły się drzwi. Eksportowani przez oficera za bramę Urzędu Bezpieczeństwa, kiedy jego postać znikła, poczuliśmy się znowu wolni, chociaż zaniedbani, zmęczeni, ale jakże szczęśliwi.

Dwaj przyjaciele – razem w wielickiej ochronce, szkole powszechnej, gimnazjum, harcerstwie, technikum w czasie wojny w Krakowie, na Politechnice w Gliwicach po wojnie, razem w akowskich szeregach, aż wreszcie jakby na podsumowanie tej wielkiej, długiej przyjaźni- razem aresztowani w „wolnej” Polsce.

Teraz stali naprzeciw siebie wiedząc, że nadszedł czas dłuższej rozłąki dla wspólnego dobra, dobra wielu wojennych i powojennych spraw, i wielu, wielu innych ludzi. Podaliśmy sobie ręce, rozstaliśmy się, odchodząc, każdy w inną - swoją stronę.

Parę godzin później dotarłem do Gliwic. Pośród rodziny zapanowało święto, radość przeogromna. Nie zapomnę przywitania z Krysią w otwartych drzwiach, okrzyku synka - tatuś powrócił! A potem opowiadania o tym, cośmy wspólnie przeżyli podczas rozłąki trwającej niby wieczność. Znowu razem.

- Czy na długo?

Następnego dnia stawiłem się w pracy. Zostałem wezwany do dyrektora naczelnego. Był tam już nasz „personalny”. Wywiązała się rozmowa o moim pobycie w Krakowie. O powodzie aresztowania i o szczęśliwym powrocie. Podziękowałem za okazaną pomoc, szczególnie „personalnemu”, kierownikowi Działu Personalnego, który poprzez swoje znajomości partyjne i inne w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, był architektem i motorem tak szybkiego mojego uwolnienia z rąk bezpieki.

Dlaczego pomógł ten partyjny człowiek, niepartyjnemu akowcowi, wrogowi ludu, przeciwnikowi politycznemu panującej rzeczywistości?

Gdy go parokrotnie o tą sprawę zapytałem, nawet był już na emeryturze, zawsze, niezmiennie się tylko uśmiechał. Zawsze poklepał mnie po ramieniu. Był dużo starszy.

- Wiecie, nie wszystko się w życiu udaje, ale wasz powrót do nas, po prostu się udał.

Zaraz zmieniał temat rozmowy. Miałem w tym dziwnym człowieku do ostatnich dni jego pracy w Biprohucie, dziwnego przyjaciela, dotychczas o nie rozeznanej przychylności w stosunku do mojej osoby, z którą w żaden sposób nie byłem związany, pomijając zależność służbową, który pomimo wielu starań, pozostał tajemnicą. Tak tedy dzisiaj, w tej późnej jesieni życia ponownie -

- Dziękuję panu, panie kierowniku, nawet teraz, pisząc to opowiadanie za okazane, tak skuteczne, wspaniałe wsparcie w uwolnieniu z rąk bezpieki.
I na tym zdarzeniu sprawa uzbrojenia oddziału „Potoka”, ściślej „arsenału” przewiezionego z Koźmic do Wieliczki została zamknięta dla władz PEERLu.
Ale dla mnie - nie.
Wiązało się z nią zbyt dużo niejasności, zagrożeń, dlatego postanowiłem rozważyć możliwość opuszczenia kraju, wyjazdu na Zachód, jak to się ówcześnie mówiło.

A było to drugie podejście, bo pierwsze z 1947 roku, po tragicznych wydarzeniach, jakie miały miejsce na Politechnice Śląskiej w 1946 roku, zakończonych wyrokami śmierci moich najbliższych kolegów z organizacji „Konspiracyjne Wojsko Polskie”, było rozkazem.

Jeszcze pamiętam jak stojąc na peronie dworca w Katowicach oparty o słup podtrzymujący sklepienie dachu, patrzyłem na pociąg, wiozący Francuzów do Francji, na wychodzącego z wagonu człowieka, a potem przechodzącego kilkakrotnie obok mnie. To był łącznik. Swą postawą wymuszał, czekał na podanie hasła.

Tymczasem w głowie narastała rozterka.

- Moi dziadkowie, pradziadowie Polski nie opuszczali, a przecież żyli jeszcze w gorszych czasach, w Polsce, której nie było na mapie świata! No to jak ja mam ją opuścić? Nie, i ja Jej nie opuszczę!

Tak tedy nie podawałem hasła. To była trudna decyzja. Świadomie nie wykonałem rozkazu.

W oknie wagonu ruszającego pociągu stał łącznik, patrzył we mnie, miał dobre wyczucie doświadczonego łącznika. Wiedział już kim byłem. Kogo miał odebrać, prowadzić. Podniosłem rękę. Chyba wyczuł moją rozterkę, zrozumiał ją, zrozumiał po prostu przyczynę nie podania hasła, bo wychyliwszy się z okna, powolnym, wahadłowym uniesieniem ręki, słał długo ostatnie pożegnanie do momentu, aż pociąg zniknął z pola katowickiego dworca.

Pozostałem w kraju.

Wszelako drugie podejście, na własne życzenie opuszczenia kraju było nie lada przedsięwzięciem. Dawny czas powojennego bez hołowia został zastąpiony totalitarnym reżimem każdej dziedziny życia. Ucieczka z kraju udawała się tylko nielicznym. Nie mniej postanowienie postanowiłem zrealizować z pomocą dawnych przyjaciół.

Kanony działań operacyjnych nawiązania kontaktu z tymi, którzy ongiś działali w ogniwach przerzutowych przez granice naszego kraju na Zachód, wymagały powściągliwości, ostrożności, rozwagi, szczególnie po aresztowaniu i dość szybkim, nieoczekiwanym zwolnieniu. Mogło to budzić pewne, zresztą zasadne wątpliwości u ludzi z którymi wiązałem nadzieje udzielenia pomocy.

Rozumiałem dylemat.

Z jednej strony, musiałem odczekać jakiś czas, kontrolując siebie, obserwując otoczenie, a zarazem przygotować wszystko, aby zamierzony wyjazd w przyszłości odbył się możliwie szybko i bez przeszkód.

Z drugiej, byłem żonaty, miałem kilkuletniego synka, dobrą pracę i wydawałoby się, czystą kartę życia przed sobą.

Z trzeciej zaś, niepewność jutra wynikającą z wojennej przeszłości, podkreślona niedawnym aresztowaniem, ustawicznie wisiała nad głową. Teraz bardzo ciążyła, powodując ewoluowanie dotychczasowego poglądu wyjazdu za granicę.

Od czasu do czasu, w rozmowach z Krysią, sondowałem Jej opinię na wyjazd za granicę. Była różna, w zależności od kontekstu w jakim była prowadzona. Ogólnie hamulcem wyjazdu, co tu dużo mówić, był synek, w tym czasie sześcioletni. Wyjazd całej rodziny był nie możliwy. Krysi i mój nie przedstawiał niemożliwego do rozwiązania problemu. Stąd szukanie rozwiązania, co zrobić z dzieckiem, który będzie musiał spędzić bez rodziców, zanim uda się go sprowadzić do nas. Rozwiązań było sporo.

Krysi nie mówiłem o zamiarze opuszczenia kraju, trzymając się świętej zasady – gdy wie dwoje, to i tak o jednego za dużo.

I chyba dobrze zrobiłem, pomimo tylokrotnej chęci powiedzenia Jej prawdy.

Może w rok po moim aresztowaniu przypadek zrządził spotkanie na którejś hut ze starszym kolegą o wspólnej wojennej i powojennej przeszłości, wspólnych działaniach w konspiracji, któremu opowiedziałem historię aresztowania, a także o zamiarze opuszczenia kraju. Wówczas uśmiechnął się.

- No widzisz, przecież miało cię tutaj już nie być dobrych kilkanaście lat temu!

- Ano masz rację. Wyszło jednak inaczej. Pewnie wiesz dlaczego nie wykonałem rozkazu?

- To prawda, wyszło inaczej. Nie wiesz zapewne, że nie wykonując rozkazu byłeś o krok - już sam wiesz od czego. Dla nas ta twoja niesubordynacja była zaskoczeniem, nie mogliśmy jej z początku zrozumieć. Ale tyle lat wspólnej pracy, na tylu frontach naszej działalności dała ostateczną odpowiedź. Chcieliśmy jednak przeciąć ostatnie ogniwo dotarcia do nas przez twój wyjazd.

Stąd narodził się rozkaz.

Kiedy dotarła do nas wiadomość o nie wykonaniu przez ciebie rozkazu, mając na uwadze tyle, tyle lat wspólnej pracy, na tylu frontach naszej działalności w przeróżnych warunkach, wiedząc na co się decydowałeś znając następstwa swej decyzji, po prostu zmusiłeś mnie do szukania odpowiedzi.

Przecież ja też tutaj nie powinienem zostać, a zostałem. Dlaczego nie porozmawialiśmy z tobą? Przecież byłeś jednym z nas. Po dłuższej debacie doszliśmy do wniosku, że nasz rozkaz, ściślej, już mój rozkaz był pochopnie wydany. Pamiętasz zapewne ten gorący czas gwałtownych, nadzwyczaj licznych aresztowań na Politechnice, więc nie dziw się naszym pierwszym odruchom przeciwdziałających rozszerzaniu aresztowaniom prowadzonym przez bezpiekę. Dlatego zostałeś rozgrzeszony.

- Żyjesz, i teraz, przepraszam za ten rozkaz.

Po milczeniu chwili, namysłu - patrząc gdzieś tam przed siebie, zwrócił się ku mnie ponownie uśmiechnięty.

- Załatwione, możesz wyjechać z małżonką w lutym. Warunek. Masz wystarać się o służbowy wyjazd na Targi Lipskie. W Berlinie przekroczycie granicę sektorową pomiędzy sektorem radzieckim, a amerykańskim. Konieczne dokumenty otrzymasz tuż przed wyjazdem. Powodzenie wyprawy zależeć będzie tylko od ciebie „Kruszynko”, tylko od ciebie, - już nie od nas! Zrozumiałeś?

Tym razem ja się uśmiechnąłem.

- Dotychczas, pewnie pamiętasz, jakoś się zawsze udawało. Sam wiesz, doświadczenie to nie wszystko, ryzyko zawsze było, jest i będzie, ale szczęście też. A, - z tym służbowym wyjazdem kłopotu nie będzie.

Krysia była generalnym projektantem w Biurze Projektów Zakładów Metalowych „Prozamet”, ja podobnie, w Biprohucie.

Rozmowa się skończyła, spotkanie też.

Wróciwszy z delegacji, w pogawędce obiadowej zaproponowałem żonie wycieczkę na Targi Lipskie. Krysia z zadowoleniem przyjęła propozycję i nazajutrz rozpoczęliśmy odpowiednie działania w pracy w celu uzyskania delegacji służbowych. Zdobycie akceptacji szefów okazało się bardzo proste, co było dla nas miłym zaskoczeniem.

Uradziliśmy, że pojedziemy samochodem, nową „Warszawą” otrzymaną z przydziału za jakiś tam wynalazek wdrożony w Zakładach Azotowych w Kędzierzynie. Wyznaczyłem taką trasę przejazdu, aby prowadziła w pobliżu Berlina.

Krysia przygotowywała nas do wyjazdu, rozwiązując przy tym sprawę opieki nad synkiem na czas naszej parodniowej nieobecności. Wszystko układało się znakomicie. Tuż przed wyjazdem otrzymałem przepustki na wjazd do Berlina Wschodniego z odpowiednimi wskazaniami, które musiało się zapamiętać. Tylko jeden adres, jeden numer telefonu, jedno nazwisko.

Mam do dziś niesamowite szczęście, po prostu urodziłem się pod nie byle jaką gwiazdą, niemniej, - nie ufam mu za bardzo. Pech czasem się przydarza – tak było i w przeddzień wyjazdu.

Otóż, moja kochana Krystyna zaprosiła na ten wyjazd swojego szefa z małżonką w zbożnym celu obniżenia kosztów podróży. Żeby chociaż wspomniała o tym wcześniej. Ale gdzie tam mówić o takiej drobnostce, kiedy są wolne miejsca w takim dużym samochodzie. Zabiera się chętnych na wyjazd, - tak ma być, i już - tym bardziej, kiedy to jest szef z małżonką!

Wszelako w tym momencie prawdy, nie przewidywanego zaskoczenia, w równoczesnym zrozumieniu Jej niewątpliwych dobrych chęciach, mimo wszystko, mówiąc potocznie, o mało mnie szlag nie trafił.

Ale co miałem robić?

Tak tedy pozostawiłem tok przyszłych zdarzeń powiedzeniu „jakoś to będzie”, inaczej – mojemu szczęściu.

W najgorszym scenariuszu, - nie uda się nam wyjechać na Zachód – nic więcej.

No i pojechaliśmy. Bez przeszkód dotarliśmy do Lipska. Przez dwa dni zwiedzaliśmy Targi i miasto. Zbliżał się termin odjazdu, tak też zmuszony zostałem do zapoczątkowania czegoś co by umożliwiło rozmowę o powrotnej trasie do domu w aspekcie tylko mnie znanego planu dotarcia do Berlina.

Podczas posiłku, tak mimochodem, rzuciłem propozycję odwiedzenia Berlina w drodze powrotnej, chociaż na parę godzin. Posypały się odruchowe protesty, zastrzeżenia, że to niemożliwe, że nie mamy zezwoleń itd., itd. Jednak po dłuższej dyskusji wyłoniła się realna możliwość wjazdu do tego miasta, do sektora radzieckiego. Mieliśmy paszporty i „prezenty” tak mile widziane na przejściach kontrolnych obsługiwanych przez żołnierzy ZSRR. Poza tym szef mojej Żony niespodziewanie mocno poparł propozycję. A więc jedziemy do kraju z próbą odwiedzenia Berlina!

Następnego ranka byliśmy już w drodze. Wjazdu do Berlina strzegły liczne wojskowe rogatki w sile dwóch do czterech żołnierzy przeprowadzających kontrolę. Przebywaliśmy je gładko, pewnie dlatego, że rozmowy były prowadzone w nienagannym rosyjskim języku przez szefa i jego żonę, a przy tym były podbudowywane darem nie do odrzucenia – darem najprzedniejszych amerykańskich papierosów. To one podtrzymywały swojską atmosferę kontroli, w której plik podawanych swobodnie dokumentów, zawsze w jednym zestawie z tymi dwoma przepustkami zezwalającymi na wjazd do Berlina wetkniętymi w nasze paszporty, leżące na początku pliku - po prostu nie były przeglądane. Żołnierz trzymał je w ręce, rozmawiał. Drugą odbierał prezent. Oddawał paszporty, uśmiechaliśmy się wzajemnie, i dawał znak wolnego przejazdu w podwoje stolicy NRD.

To się nazywa, mieć szczęście!






Pobieranie 0.65 Mb.

Share with your friends:
1   ...   4   5   6   7   8   9   10   11   12




©operacji.org 2020
wyślij wiadomość

    Strona główna