Ryszard Kapuściński



Pobieranie 0.72 Mb.
Strona1/10
Data06.12.2017
Rozmiar0.72 Mb.
  1   2   3   4   5   6   7   8   9   10

Ryszard Kapuściński
Jeszcze dzień życia
CZYTELNIK • 2000 • WARSZAWA

Opracowanie graficzne Andrzej Heidrich

69,

Biblioteka WDiNP UW



1098004687

© Copyright by Ryszard Kapuściński, Warszawa 2000 ISBN 83-07-02766-7

L Jesteśmy ludźmi ____ 40. Kiedy strach nadejdzie, sen rzadko się zjawia

53. Nie wszystko wszyscy możemy 71. Żeglarz opowiada o wiatrach, rolnik o

wołach,

żołnierz wylicza rany 154. Dopóki oddycham, mam nadzieję 187. Życie jest



czuwaniem 303. Nie ma życia w wojnie 322. Człowiek człowiekowi wilkiem ,' .

' 326. W ogrodach Bellony rodzą się nasiona śmierci 336. Zawsze niepewne są

wyniki bitew 338. Dwa razy zwycięża, kto siebie zwycięża

w zwycięstwie

340. Umiesz zwyciężać, Hannibalu, nie umiesz zwycięstwa wykorzystać!

344. Jedynym ocaleniem dla zwyciężonych - nie spodziewać się ocalenia

345. Zwyciężeni zwyciężyliśmy

349. Kim był ten, kto pierwszy wydobył straszne

mieczer

„VERTE", łacińskie przysłowia, sentencje i ulotne słowa zebrał, ułożył,



przetłumaczył i opracował Stefan Staszczyk przy udziale Karola Jawińskiego,

PZWS, Warszawa 1959

Zamykamy miasto

Trzy miesiące mieszkałem w Luandzie, w hotelu „Ti-voli". Z okna miałem widok na

zatokę i port. Przy nabrzeżach stało kilka statków handlowych europejskich linii

oceanicznych. Ich kapitanowie utrzymywali łączność radiową z Europą i mogli

wiedzieć o tym, co stanie się w Angoli, lepiej i więcej niż my, zamknięci w

oblężonym mieście. Kiedy po świecie rozchodziła się wiadomość, że zbliża się

bitwa o Luandę, statki odpływały w głąb morza i zatrzymywały się na granicy

horyzontu. Razem z nimi oddalała się ostatnia nadzieja na ratunek, ponieważ

ucieczka drogą lądową była niemożliwa, a powtarzała się pogłoska, że w każdej

chwili nieprzyjaciel zbombarduje i unieruchomi lotnisko. Potem okazywało się, że

termin ataku na Luandę został przesunięty i flota wracała do zatoki w nie

kończącym się oczekiwaniu na ładunek kawy i bawełny.

Ruch tych statków był dla mnie ważnym źródłem informacji. Kiedy pustoszała

zatoka, zaczynałem przygotowywać się na najgorsze. Nasłuchiwałem, czy nie

zbliżają się odgłosy kanonady artyleryjskiej. Zastanawiałem się, czy nie ma aby

prawdy w tym, co szeptali między sobą Portugalczycy, że w mieście ukrywa się dwa

tysiące żołnierzy Holdena Roberto, którzy czekają tylko na rozkaz rozpoczęcia

rzezi. Ale wśród tych niepokojów statki znowu wpływały do zatoki. Nie znanych mi

marynarzy witałem w myślach jak zbawców: na jakiś czas zapowiadała się cisza. .,

W sąsiednim pokoju mieszkało dwoje starych ludzi -don Silva, handlarz diamentów,

i jego żona - dona Esme-ralda, która umierała na raka. Dożywała ostatnich dni

bez pomocy i ratunku, ponieważ zamknięto już szpitale, a lekarze wyjechali. Jej

ciało ginęło w stercie poduszek, poskręcane z bólu. Bałem się tam wstępować.

Kiedyś wszedłem i spytałem, czy nie przeszkadza jej, że nocami stukam na

maszynie. Jej myśl wydostała się z bólu na moment, na tyle tylko, by powiedzieć:

-Nie, Ricardo, mnie już nic nie może przeszkodzić, żeby dojść do końca.

Don Silva godzinami chodził po korytarzu. Kłócił się z wszystkimi, wyzywał

świat, kark pęczniał mu od złej krwi. Krzyczał nawet na czarnych, choć już w tym

czasie wszyscy traktowali ich grzecznie, a jeden z naszych sąsiadów nabrał nawet

takiego zwyczaju, że zatrzymywał zupełnie nieznanych Afrykańczyków, podawał im

rękę i kłaniał się uniżenie. Tamci myśleli, że wojna pomieszała mu zmysły i

odchodzili pospiesznie. Don Silva czekał na przyjście Holdena Roberto i

wypytywał mnie, czy wiem coś na ten temat. Widok odpływających statków napełniał

go największą radością. Zacierał ręce, prostował się w krzyżu, pokazywał

sztuczne zęby. Mimo przygniatających upałów chodził zawsze w ciepłym ubraniu. W

fałdy garnituru miał powszywane różańce diamentów. Raz w przypływie zadowolenia,

kiedy wydawało się, że FNLA jest już u wejścia do hotelu, pokazał mi garść

przezroczystych kamyków, które wyglądały jak drobno potłuczone szkło. Były to

diamenty. W hotelu mówili, że Silva nosi na sobie pół miliona dolarów. Stary

miał serce rozdarte. Chciał uciec ze swoim bogactwem, a przykuwała go choroba

dony Esmeraldy. Bał się, że jeżeli nie wyjedzie natychmiast, ktoś doniesie i

odbiorą mu jego skarby. Nigdy nie wychodził na ulicę, chciał nawet wprawić

dodatkowy zamek, ale

wszyscy fachowcy już wyjechali i w Luandzie nie było człowieka, który by

potrafił to zrobić.

Naprzeciw mnie mieszkała młoda para - Arturo i Maria. On był urzędnikiem

kolonialnym, a ona spokojną, milczącą blondyną o zamglonych, zmysłowych oczach.

Czekali na wyjazd, ale najpierw musieli wymienić pieniądze angolańskie na

portugalskie, a to trwało tygodniami, bo kolejki do banków były kilometrowe.

Nasza sprzątaczka, żwawa, ciepła staruszka — dona Car-tagina, doniosła mi

oburzonym szeptem, że Arturo i Maria żyjąna wiarę. To znaczy, żyjąjak Murzyni,

jak ci bezbożnicy z MPLA. W jej skali wartości był to najniższy stopień

degradacji i pohańbienie białego człowieka. Dona Cartagina też czekała na

przyjście Holdena Roberto. Nie wiedziała, gdzie są j ego wojska, i pytała mnie

skrycie o nowiny. Pytała także, czy dobrze piszę o FNLA. Mówiłem, że tak, że

entuzjastycznie. Z wdzięczności sprzątała mi zawsze pokój na najwyższy połysk, a

kiedy w mieście nie było co pić, przynosiła mi - nie wiadomo skąd - butelkę

wody.


Maria traktowała mnie jak człowieka, który przygotowuje się do samobójstwa,

ponieważ powiedziałem jej, że zostaję w Luandzie do dnia niepodległości Angoli,

do 11 listopada. Jej zdaniem do tego czasu z miasta nie pozostanie kamień na

kamieniu. Wszyscy zginą i powstanie tu wielkie cmentarzysko, zamieszkane przez

sępy i hieny. Radziła mi, żebym szybko wyjeżdżał. Zrobiłem z nią zakład o

butelkę wina, że przetrwam i że spotkamy się w Lizbonie, w eleganckim hotelu

„Altis" 15 listopada, o siedemnastej. Spóźniłem się na to spotkanie, ale w

recepcji Maria zostawiła mi kartkę, że czekała i że następnego dnia wyjeżdżaj ą

z Arturo do Brazylii.

Cały hotel „Tivoli" był zapchany po brzegi i przypominał nasze dworce tuż po

wojnie, wyładowane tłu-

mem, na przemian nerwowym i apatycznym, oraz stertami byle jak powiązanych

tłumoków. Wszędzie pachniało źle, kwaśno, budynek wypełniała lepka, dławiąca

duchota. Ludzie pocili się z gorąca i ze strachu. Panował nastrój apokalipsy,

wyczekiwania na moment zagłady. Ktoś przyniósł wiadomość, że w nocy zbombardują

miasto. Ktoś inny dowiedział się, że w swoich dzielnicach czarni ostrzą noże i

chcą j e próbować na portugalskich gardłach. Lada moment miało wybuchnąć

powstanie. Jakie powstanie? - dopytywałem się, żeby napisać o tym do Warszawy.

Nikt nie wiedział dokładnie. Po prostu - powstanie, a co za powstanie, to się

okaże, jak wybuchnie.

Plotka wycieńczała wszystkich, targała nerwy, odbierała zdolność myślenia.

Miasto żyło w atmosferze histerii, dygotało z lęku. Ludzie nie wiedzieli, jak

poradzić sobie z rzeczywistością, która ich teraz otaczała. Jak ją objaśnić, jak

oswoić. Mężczyźni gromadzili się na korytarzach hotelu i odbywali narady

sztabowe. Przyziemni pragmatycy byli za tym, żeby hotel na noc barykadować. Ci,

którzy mieli szersze horyzonty i zdolność globalnego spojrzenia na świat,

uważali, że trzeba wysłać depeszę do ONZ z apelem o interwencję. Ale wszystko,

jak to jest w latynoskim zwyczaju, kończyło się na dysputach.

Wieczorami latał nad miastem samolot i zrzucał ulotki. Był to samolot pomalowany

na czarno, bez świateł i znaków. Ulotki mówiły, że wojska Holdena Roberto stoją

pod Luandą i że wejdą do stolicy choćby jutro. Żeby ułatwić to zadanie, wzywa

się ludność do wymordowania wszystkich Rosjan, Węgrów i Polaków, którzy do wodzą

oddziałami MPLA i są sprawcami całej wojny i wszystkich nieszczęść, jakie spadły

na umęczony na-

ród. Działo się to we wrześniu, kiedy w całej Angoli byłem jedynym człowiekiem z

Europy wschodniej. W mieście grasowali bojówkarze z PIDE, przychodzili do

hotelu, pytali, kto w nim mieszka. Byli bezkarni, w Lu-andzie nie istniała żadna

władza, a oni chcieli mścić się za wszystko, za rewolucję goździków, za utraconą

Angolę, za złamane kariery. Każde pukanie do drzwi mogło być dla mnie złym

sygnałem. Starałem się o tym nie myśleć, jest to jedyny sposób na takie

sytuacje.

Bojówkarze zbierali się w nocnym barze „Adao", obok hotelu. Było tam zawsze

ciemno, kelnerzy chodzili z latarkami. Właściciel baru, gruby, zniszczony

playboy, o oczach przekrwionych, przesłoniętych spuchły-mi powiekami, wziął mnie

raz do swojego kantorku. Od podłogi do sufitu ściany były zabudowane półkami, na

półkach stało dwieście dwadzieścia sześć odmian whisky. Wyciągnął z szuflady

biurka dwa pistolety i położył je przed sobą.

Zabiję tym dziesięciu komunistów i dopiero będę spokojny, powiedział.

Patrzyłem na niego, uśmiechałem się i czekałem, co zrobi. Przez drzwi słychać

było muzykę, bojówkarze zabawiali się z pijanymi Mulatkami. Gruby schował

pistolety i zatrzasnął szufladę. Do dziś nie wiem, dlaczego zostawił mnie w

spokoju. Może należał do ludzi, jakich nieraz spotykałem, którym większą

satysfakcję od zabijania daje świadomość, że mogliby zabić, a tego nie robią.

Przez cały wrzesień kładłem się spać nie wiedząc, co stanie się tej nocy i

następnego dnia. Koło mnie kręciło się kilku typów, rozpoznawałem ich twarze.

Spotykaliśmy się ciągle, nie zamieniając słowa. Nie wiedziałem, co robić. Z

początku postanowiłem czuwać, nie chciałem, żeby mnie zaskoczyli w czasie snu.

Ale w połowie nocy napięcie słabło i zasypiałem w ubraniu, w butach,

na wielkim łóżku pięknie zasłanym przez donę Cartagi-

nę.


MPLA nie mogło mnie obronić: ci ludzie byli daleko, w dzielnicach afrykańskich,

albo jeszcze dalej - na froncie. Dzielnica europejska, w której mieszkałem, do

nich jeszcze nie należała. Dlatego lubiłem jeździć na front - tam było

bezpieczniej, bardziej swojsko. Jednakże wyjazdy takie trafiały się. rzadko.

Nikt, nawet ludzie ze sztabu, nie umieli dokładnie określić, gdzie jest front.

Nie było komunikacji ani łączności. Samotne, małe oddziały niewprawnych,

początkujących partyzantów, zagubione w ogromnych, zdradliwych przestrzeniach,

poruszały się to tu, to tam, bez planu i myśli. Tę wojnę każdy prowadził na

swoją rękę, każdy był zdany na siebie.

Codziennie, o dziewiątej wieczorem odzywała się Warszawa. W aparacie teleksu,

który stał w recepcji, zapalało się światło i maszyna wystukiwała sygnał:

814251 PAP PL DOBRY WIECZÓR PROSIMY NADAWAĆ

albo:

NARESZCIE UDAŁO NAM SIĘ POŁĄCZYĆ



albo:

CZY COS DZISIAJ DOSTANIEMY? PLS GA GA.

Odpowiadałem:

OK OK MOM SYP

i włączałem taśmę z tekstem depeszy. 14

Dla mnie godzina dziewiąta była najważniejszą chwilą dnia, była powtarzającym

się każdego wieczora przeżyciem. Pisałem codziennie, pisałem z pobudek

najbardziej egoistycznych, przełamywałem wewnętrzny bezwład i depresję, żeby

zrobić choćby najkrótszą depeszę i utrzymać łączność z Warszawą, bo to ratowało

mnie przed samotnością i poczuciem opuszczenia. Jeżeli miałem czas, warowałem

przy teleksie na długo przed dziewiątą. Zapalające się światło wzbudzało we mnie

taki sam entuzjazm, jaki w człowieku zagubionym na pustyni wywołuje odnalezione

nagle źródło. Starałem się na wszystkie sposoby przeciągać czas tych seansów.

Opisywałem szczegółowo wszystkie bitwy. Pytałem, jaka jest pogoda w kraju, i

skarżyłem się, że nie mam co jeść. Ale w końcu przychodził moment, kiedy

Warszawa odzywała się:

ODBIÓR DOBRY ŁĄCZYMY SIĘ JUTRO GODZ. 20 00 GMT DZKB BY BY

światło gasło i znowu zostawałem sam.

Luanda ginęła inaczej niż nasze miasta w latach wojny. Nie było nalotów,

pacyfikacji, burzenia dzielnicy za dzielnicą. Nie było cmentarzy na ulicach i

placach. Nie pamiętam ani jednego pożaru. Miasto umierało tak, jak ginie oaza, w

której wyschły studnie - pustoszało, zapadało w martwotę, odchodziło w

zapomnienie. Ale ta agonia nastąpiła później, na razie wszędzie panował

gorączkowy ruch. Wszyscy spieszyli się, wszyscy wyjeżdżali! Każdy starał się

odlecieć najbliższym samolotem do Europy, do Ameryki, byle gdzie. Do Luandy

ściągali Portugalczycy z całej Angoli. Z najdalszych zakątków przyjeżdżały

karawany samochodów wyładowa-

i5

nych ludźmi i bagażem. Mężczyźni zarośnięci, kobiety wymięte i rozczochrane,



dzieci brudne i senne. Po drodze uciekinierzy łączyli się w długie kolumny i tak

przemierzali kraj, bo im większa gromada, tym bezpieczniej. Z początku zajmowali

w Luandzie hotele, ale potem nie było już miejsc, więc kierowali się prosto na

lotnisko. Wokół lotniska powstało koczownicze miasto, bez ulic i domów. Ludzie

mieszkali pod gołym niebem, wiecznie zmoknięci, bo ciągle padały deszcze. Żyli

teraz gorzej niż czarni w sąsiadującej z lotniskiem dzielnicy afrykańskiej, ale

przyjmowali to apatycznie, z ponurą rezygnacją, nie wiedząc, kogo przeklinać za

swój los. Salazar już nie żył, Caetano uciekł do Brazylii, a w Lizbonie rządy

ciągle się zmieniały. Wszystkiemu winna była rewolucja, bo przedtem panował

spokój. Teraz rząd obiecał czarnym wolność, czarni pobili się między sobą, palą

i mordują. Oni nie są zdolni do rządzenia. Czarny to tak: wypić, a potem spać

cały dzień. Nawie-sza na siebie koralików i chodzi zadowolony. Pracować? Tutaj

nikt nie pracuje. Oni żyją jak sto lat temu. Jak sto, panie? Jak tysiąc! Ja

widziałem takich, co żyją jak tysiąc lat temu. A co można wiedzieć, jak było

tysiąc lat temu? Pewnie, że można, każdy wie, jak było. Tego kraju więcej nie

będzie. Mobutu weźmie kawałek, ci z południa wezmą kawałek i tak się skończy.

Żeby tylko zaraz stąd odlecieć. Żeby na to więcej nie patrzeć. Ja tu włożyłem

czterdzieści lat pracy. Całą swój ą krwawicę. Kto mi teraz zwróci? Pan myśli, że

można zacząć życie od nowa?

Ludzie siedzą na tobołkach okryci plastykiem, bo deszcz siąpi, medytują,

rozważają wszystko. Czasem w tym porzuconym tłumie, który wegetuje tutaj

tygodniami, wybucha iskra buntu. Kobiety pobij ą żołnierzy wyznaczonych do

pilnowania porządku, a mężczyźni usiłuj ą porwać samolot, aby świat dowiedział

się, do jakiej

rozpaczy zostali doprowadzeni. Nikt nie wie, kiedy stąd odleci i w jakim

kierunku. Panuje kosmiczny bałagan. Zorganizować Portugalczyków jest trudno,

ponieważ są to zdeklarowani indywidualiści, natury, które nie potrafią żyć w

ścisku i we wspólnocie. Pierwszeństwo mają kobiety ciężarne. Dlaczego one? Czyja

mam być gorsza, bo urodziłam pół roku temu? Dobrze, pierwszeństwo mają ciężarne

i z niemowlętami. Dlaczego one? Czy mam być gorsza, bo mój syn skończył trzy

lata? Dobrze, pierwszeństwo maj ą kobiety z dziećmi. Tak? A ja, dlatego że

jestem mężczyzną, mam tutaj zginąć? I oto co silniejsi ładują się do samolotu, a

kobiety z dziećmi kładą się na betonie, pod kołami, tak żeby piloci nie mogli

ruszyć, przychodzi wojsko, wypędza mężczyzn, każe wsiadać kobietom, one wchodzą

po schodkach triumfujące, jak oddział zwycięzców do nowo zdobytego miasta.

Dajmy najpierw odlecieć załamanym nerwowo. Doskonale, nie trzeba daleko szukać,

żeby nie wojna, już dawno byłbym w domu wariatów. A nas pod Carmoną napadł

oddział dzikusów, wszystko zabrali, pobili, chcieli rozstrzelać. Do dzisiaj

jestem cała rozdygotana. Oszaleję, jeżeli nie wylecę stąd natychmiast. Moi

drodzy, powiem wam tylko tyle, że straciłem cały dorobek życia. Poza tym, u nas,

w Lumbale, dwóch z UNITA trzymało mnie za włosy, a trzeci przystawił mi lufę do

samego oka. Uważam, że jest to dostateczny powód, żeby postradać zmysły.

Żadne kryterium nie zyskiwało aprobaty ogółu. Zrozpaczony tłum napierał na każdy

samolot, mijały godziny, nim dało się ustalić, kto wreszcie dostanie miejsce.

Trzeba przewieźć pół miliona uchodźców mostem powietrznym na drugi koniec

świata.


Wszyscy wiedzą, dlaczego chcą wyjechać. Oni wiedzą, że wrzesień da się

przetrwać, ale w październiku

będzie już bardzo źle, a listopada nie przeżyje nikt. Skąd oni to wiedzą? Pan

pyta o takie rzeczy! Ja tu przeżyłem dwadzieścia osiem lat, ja coś mogę

powiedzieć o tym kraju. Wie pan, czego się dorobiłem? Starej taksówki, którą

zostawiłem tam, na ulicy.

Ludzie uciekali, jak przed nadciągającą zarazą, jak przed morowym powietrzem,

którego nie widać, ale które zadaje śmierć. Potem przyjdzie wiatr i piasek

zasypie ślady ostatniego człowieka.

Ty w to wierzysz? pytałem Artura. Arturo nie wierzy, ale jednak woli wyjechać. A

pani, dono Cartagino, pani w to wierzy? Tak, dona Cartagina jest o tym

przekonana. Jeżeli zostaniemy do listopada, to nas nie będzie. Tu staruszka

energicznie przejeżdża palcem po szyi, na której jej paznokieć pozostawia

czerwony ślad.

Różne rzeczy zdarzyły się przedtem, nim miasto zostało zamknięte i skazane na

śmierć. Jak chory, który w chwilach agonii nagle ożywia się i na moment wracają

mu siły, tak w końcu września życie w Luandzie nabrało szczególnego wigoru i

tempa. Chodniki były zatłoczone, na jezdniach powstawały korki. Ludzie biegali

zdenerwowani, spieszyli się, załatwiali tysiące spraw. Byle szybko wynieść się,

uciec w porę, zanim pierwsza fala morowego powietrza wtargnie do miasta.

Nie chcieli Angoli.

Mieli dosyć tego kraju, który miał być ich ziemią obiecaną, a przyniósł im

rozczarowanie i poniżenie. Żegnali swój afrykański dom z mieszaniną rozpaczy i

wściekłości, żalu i bezsiły, z poczuciem, że odjeżdżają na zawsze. Pragnęli

tylko ujść z życiem i wywieźć swój dobytek.

Wszyscy byli zajęci budowaniem skrzyń. Zwieziono góry desek i dykty. Skoczyły

ceny młotków i gwoździ.

Skrzynie były głównym tematem rozmów -jak je budować i czym najlepiej wzmacniać.

Pojawili się samo-zwańczy znawcy - skrzyniarze, domorośli architekci

skrzyniarstwa, skrzyniarskie style, szkoły i kierunki. Wewnątrz Luandy -

zbudowanej z betonu i cegły, zaczęło powstawać nowe, drewniane miasto. Chodziłem

teraz po ulicach jak po wielkim placu budowy. Potykałem się o rozrzucone deski,

gwóźdź wystający z belki rozerwał mi koszulę. Niektóre skrzynie były wielkości

letnich domków, bo wytworzyła się nagle skrzyniarska skala prestiżu - im kto

bogatszy, tym większą budo wał skrzynię. Imponujące były skrzynie milionerów -

belkowane i wybite od wewnątrz żeglarskim płótnem, miały ściany solidne i

eleganckie, zrobione z najdroższych gatunków tropikalnego drewna, o słojach tak

pięknie przyciętych i tak starannie spolerowanych, że przypominały antyczne

meble. W skrzynie te pakowano całe salony i sypialnie, kanapy, stoły i szafy,

kuchnie i lodówki, komody i fotele, obrazy, dywany, żyrandole, porcelanę,

pościel i bieliznę, wszystkie ubrania, makatki, pufy i wazony, nawet sztuczne

kwiaty (co także widziałem), całą monstrualną i nieprzebraną rupieciarnię

zagracającą dom każdego mieszczucha, a więc figurki, muszle, szklane kule,

flakony, wypchane jaszczurki, metalową miniaturkę katedry mediolańskiej

przywiezioną z wycieczki do Włoch, listy! listy i fotografie, ślubne zdj ecie w

złoconych ramach - to może zostawimy, mówi pan, no wiesz, jak ci nie wstyd, woła

oburzona pani - wszystkie zdjęcia maluchów, a tu j ak pierwszy raz usiadł, a tu

j ak pierwszy raz powiedział daj, daj, a tu z lizakiem, a tu z babcią, no więc

to wszystko, wszystko dosłownie, bo także skrzynki z winem, ten zapas makaronu,

który kupiłam, jak tylko zaczęli się strzelać, i jeszcze wędka, szydełko, moje

nici! mój sztu-cer, kolorowe klocki Tutuni, ptaszki, fłstaszki, odkurzacz i

dziadek do orzechów też muszą się zmieścić, po

prostu - muszą i już, tak żeby zostały tylko goła podłoga, nagie ściany, pełny

negliż, strip-tease mieszkania zrobiony do końca, przy oknie bez zasłon i tylko

jeszcze zamkniemy drzwi i w drodze na lotnisko zatrzymamy się na bulwarze i

wrzucimy klucz do morza.

Skrzynie biedoty są gorsze o kilka klas. Są przede wszystkim mniejsze, a często

wręcz małe i niepozorne. Nie mogą ubiegać się o znak jakości, ponieważ ich

robocizna pozostawia wiele do życzenia. W przeciwieństwie do bogaczy, których

stać na wynajęcie mistrzów stolarskich, biedota musi zbijać skrzynie własnymi

rękoma. Jako materiał służą j ej tartaczne odpady, ścinki desek, krzywe belki,

spęczniała dykta, cała drewniana tandeta, którą można kupić za grosze w

trzeciorzędnym składzie. Wiele z tych skrzyń obitych blachą z baniek po oliwie,

ze starych szyldów i zardzewiałych reklam przydrożnych, wygląda jak rozpadające

się slumsy dzielnicy afrykańskiej. Nie warto zaglądać do ich wnętrza, nie warto

i nawet nie wypada.

Skrzynie bogaczy stoją na ważnych śródmiejskich ulicach albo w ocienionych

zaułkach luksusowych dzielnic. Można je oglądać i podziwiać. Natomiast skrzynie

biedoty kryją się w bramach, na podwórzach i w szopach. Kryją się do czasu, bo

przecież trzeba je będzie przewieźć przez całe miasto, do portu — i myśl o tym

żałosnym widowisku jest przykra.

Z powodu tej obfitości drewna, które znalazło się w Luandzie, pustynne,

zakurzone miasto, ubogie w zieleń i drzewa, pachnie teraz wspaniałym, żywicznym

lasem. Jakby ten las nagle wyrósł na ulicach, na placach, na skwerach. Wieczorem

otwieram okno, wdycham głęboko ten zapach i wtedy oddala się wojna, nie słyszę

jęków dony Esmeraldy, nie widzę zniszczonego playboya z dwoma pistoletami i jest

mi tak, jakbym spał w leśniczówce w Borach Tucholskich.

Budowa drewnianego miasta, miasta skrzyń, trwa całymi dniami, od świtu do

zmierzchu. Pracują wszyscy, moczeni deszczem, paleni słońcem, nawet milionerzy,

jeśli sprawni fizycznie, przykładają się do roboty. Zapał dorosłych udziela się

dzieciom. One też budują sobie skrzynki na lalki i zabawki. Pakowanie odbywa się

pod osłoną nocy. Tak jest lepiej, bo wtedy nikt nie wtyka nosa w cudze rzeczy,

nikt nie będzie liczyć, ile wywożę i czego, a wiadomo, że kręci się dużo takich,

którzy wysługują się MPLA i chcieliby donosić.

A więc nocami, w najgłębszych ciemnościach, przenosimy wnętrze kamiennego miasta

do wnętrza miasta drewnianego. Kosztuje to dużo wysiłku i potu, dźwigania i

szamotania się, bólu ramion od upychania bagażu, bólu kolan od ugniatania

rzeczy, ponieważ wszystko musi się zmieścić, a przecież miasto kamienne było

duże, a miasto drewniane jest małe.

Stopniowo, z nocy na noc, miasto kamienne traciło swoją wartość na rzecz miasta



Pobieranie 0.72 Mb.

Share with your friends:
  1   2   3   4   5   6   7   8   9   10




©operacji.org 2020
wyślij wiadomość

    Strona główna