O pamięć nie o zemstę



Pobieranie 5.11 Mb.
Strona8/21
Data27.10.2017
Rozmiar5.11 Mb.
1   ...   4   5   6   7   8   9   10   11   ...   21

Było to w Dachau - za drugim moim pobytem w tym obozie, czyli w 1940 r. gdy byliśmy przysłani „zu erholung” – „na wypoczynek” bo w Gusen nie było jeszcze krematorium. Siadaliśmy pod ścianami bloku i czy trzeba było czy nie, szukaliśmy obowiązkowo wszy w swojej bieliźnie - aby tylko nie być bez zajęcia. Podczas takiego to zajęcia odwszawiania, usiadł przypadkowo obok mnie ksiądz Masteja z Czechowic. Od słowa do słowa zaczęliśmy prowadzić dyskusje na tematy religijne i filozoficzne. W pewnym momencie ks. Masteja powziął myśl abym został księdzem! Tłumaczyłem więc, że mam żonę, ale dla niego nie było to przeszkodą. Gdy jednak spotkaliśmy się następnego dnia, miał dla mnie gotowe rozwiązanie, że papież udzieli dyspensy – oczywiście po studiach teologicznych. Powiedziałem jednak, że mam dzieci, ale on znowu na drugi dzień przyszedł z rozwiązaniem, że dzieci zostaną oddane do klasztoru! I w taki to sposób dyskutowaliśmy, a ja to wręcz traktowałem jako „zabicie czasu”. Ks. Mastej wrócił po wyzwoleniu do kraju i przebywał w klasztorze w Czechowicach.

Odzyskana 29.04.1945 r. wolność spowodowała nowe podporządkowanie wewnątrz byłego obozu. Każda nacja miała swój Zarząd, a te Zarządy tworzyły Zarząd obozu. Zakończyły się też obowiązkowe apele w obozie, ale w godzinach wieczornych zbieraliśmy się na placu apelowym, choć nie w szyku piątkowym lecz na tzw. mittingi. Wówczas to, na podwyższenie służące za mównicę - wchodzili mówcy czyli popi, księża, rabini, pastorzy. Nawoływali jak to już wspominałem, abyśmy w podzięce za odzyskaną wolność przyszli z pomocą tym tysiącom biedaków - a chorych w obozie było blisko 30000 więźniów. Leżeli oni w dawnych barakach SS.

Tadek Szwed, ja oraz jeszcze jeden młody człowiek z poznańskiego, zgłosiliśmy się do tej pracy, przekonani o potrzebie podziękowania Bogu za odzyskaną wolność i tak rozpoczęła się praca przy chorych. Do obsługi 120 łóżek było nas dwóch na 12 godzin. Praca była ciężka. Lekarstw nie było! Ludzie umierali już na wolności. A praca jaką wypadało nam wykonywać, to umyć chorych, przynieść lub odebrać kaczkę itd., itd.

Były jednak w szpitalnym bloku sprawy nas denerwujące, bo oto któregoś dnia w korytarzu stał sierżant amerykański i obijając się, palił papierosa. Nie ruszył palcem by pomóc chorym! Kiedyś, obiecał nam, że dostaniemy pomoc, że przyjdą do pomocy siostry (pielęgniarki)! I przyszła taka jedna Freulane - psiakrew! Umyta, uczesana, a cała jej czynność to wkładanie chorym termometru! Oburzyłem się więc, że po co mierzyć gorączkę, gdy karty gorączkowej nie ma i chorzy nie dostają żadnych absolutnie lekarstw - zatem mierzenie gorączki jest zupełnie zbędne. Zaproponowałem, by chociaż wynosiła „kible”. Ale ten „ważny“ żołnierz usprawiedliwiał ją - „nein, nein“, i dalej mierzyła gorączkę i nie robiła nic więcej. Zrozumiałem jednak dlaczego był dla niej taki łaskawy, gdy któregoś dnia wynosząc kibel do ubikacji, zobaczyłem jak ten sierżant obejmując tą Freulein ramieniem, prawą ręką wciska w jej usta czekoladę. Rąbnąłem wtedy o podłogę szklanym (pełnym) kiblem i wyleciałem z bloku chorych - na blok gdzie mieszkałem.

Wieczorem przyszedł Tadek Szwed i inni koledzy z „obsługi chorych” i opowiedziałem im to zdarzenie, więc postanowiliśmy „wyjść” z obozu! Pracowaliśmy przecież w podzięce za uzyskaną wolność chyba więcej niż 3 tygodnie. Po skombinowaniu zamiast pasiaków ubrań cywilnych, wreszcie zdecydowaliśmy się na opuszczenie obozu i powrót do swoich domów.

Niestety, wyjście z obozu mimo owego wyzwolenia nie było takie proste. Nie przepuszczeni przez portiernię, zostaliśmy na odwachu i dopiero po wielkich dogadywaniach się z „wachmistrzem” przekroczyliśmy bramę obozu 9.06.1945 r. udając się pieszo w kierunku Polski.

Byliśmy w mieście Dachau, z którego idąc na „wschód”, dotarliśmy wieczorem do jakiegoś obozu cywilnego gdzie przebywali zgrupowani Polacy z nad Buga – wysłani przez Niemców na prace przymusowe w Karlsfeld. Udręczeni całodziennym marszem, z bolącymi nogami i doskwierającym głodem, zatrzymaliśmy się tam na noc, a kwaterę dostaliśmy w jakimś budynku w piwnicy!

Następnego dnia, w niedzielę rano, ogoleni, umyci wychodzimy na plac, gdzie zgromadzonych było dużo dzieci – ładnie i czysto ubranych. Chyba natura nauczyciela podpowiada zadawane im pytania: „czy umiecie czytać, pisać”? One chórem odpowiedziały: „Nie! Nie”!

Gdy więc zobaczyłem w tym obozie tak wielką ilość dzieci, zgłosiłem się do komendantab – majora Durskiego, że jestem nauczycielem, i czy można by na miejscu założyć szkołę polską. Uzyskałem potwierdzającą odpowiedź, że tak, że czeka na takiego chętnego który by się podjął nauki tych dzieci. Oświadczył też, że na ten cel przeznaczy zameczek z XIX wieku, siedzibę generalnego dyrektora zakładów BMW, a gdy poszliśmy „objąć” w posiadanie tą siedzibę na cele szkoły, policzyłem że miała 144 pokoje. W taki to sposób zostałem znowu nauczycielem.

Po założeniu szkoły w Karlsfeldzie, założyłem drugą we Freimanie k/Monachium. Miejscowość ta liczyła około 28000 mieszkańców, a założone szkoły obejmowały: szkołę podstawowa, przedszkole, małe gimnazjum, szkołę handlową. Ogółem było 30 nauczycieli. Tam uczyłem między innymi Jadzię - córkę przyszłego ministra spraw zagranicznych - Jędrychowskiego.

On też – Jędrychowski, agitował za powrotem do Polski. Zapamiętałem sobie jego argument: „Panowie! W tej chwili odbywa się targ na ludzi. Gdy wrócimy do Polski za późno – będzie po targu”.

Doszedłem i ja szybko do przekonania, że tutaj Polski nie zbuduję, że moje miejsce jest w Polsce, więc pierwszym transportem byłych więźniów 5.09.1945 r. wróciłem do kraju.

Niniejsza uwaga powinna znajdować się w innym miejscu, lecz muszę koniecznie nawiązać do pojęcia Fraternizacji ...

Otóż, to określenie było bardzo modne w okresie po zakończeniu wojny. Obóz w Dachau, uwolniła jeśli się nie mylę - III Armia amerykańska. Ci żołnierze widzieli obóz! Widzieli w rowach przy autostradach setki zastrzelonych więźniów. Ci żołnierze byli obecni przy rozładowywaniu wagonów z trupami. Ci żołnierze zmuszali Niemców z Dachau do kopania grobów dla więźniów. Ci żołnierze byli po naszej stronie! Współczuli bo widzieli co zrobili Tautoni. Ale żołnierze ci z fontem przeszli dalej, a nadeszła Armia IX – tzw. okupacyjna!

Jaki był tego efekt? Jakie konsekwencje to spowodowało? Otóż, ci żołnierze nie widzieli już tych śladów zbrodni. Ci żołnierze zaczęli się „bratać” z Niemcami, jakby jeszcze wczoraj nie prowadzili wojny. Zaczęło się od miłości z Niemkami! Często można było zobaczyć żołnierza amerykańskiego, nie kryjącego się z fizycznym zbliżeniem z niemkami! Rozumiem, że wśród żołnierzy amerykańskich było dużo niemieckiego pochodzenia, krew wzięła więc górę! Niemcy zostali wzięci pod opiekę amerykańską! Biada, gdy Polak wyrządził Niemcowi choć małą krzywdę! Były przypadki, że Polacy którzy „dochodzili” swoich praw za krzywdy doznane u bauerów byli tej swojej racji pozbawieni. Nie Niemcy byli karani, lecz Polacy za niesubordynację wobec Niemców! Gazety dużo pisały na ten temat.

Chyba jest to ów syndrom obozowy – jak powiadają psychologowie, że z natarczywością wracają wspomnienie z pobyty w obozie, tych ekstremalnych okoliczności gdzie rozgrywała się nieustanna walka o przeżycie, więc z góry przepraszam za powtórki w pewnych kwestiach.

Będąc w obozie w Oświęcimiu, nie myślałem nawet o ucieczce z obozu, chociażby z tego powodu o czym już znacznie wcześniej wspominałem. Do Bielska z Oświęcimia była jedna godzina jazdy samochodem. W razie mojej ucieczki, za godzinę cała rodzina byłaby w KL Auschwitz! Więc moje myśli o ucieczce nie zrodziła się. Już na wolności, wielokrotnie przeżywałem ucieczkę we śnie. Zawsze jednak „coś” mnie trzymało. A to jakieś ciężkie nogi, którymi poruszać nie mogłem, a to jakąś kulę u nogi wlokłem za sobą, a tu uciekać trzeba było by wykorzystać okazję! Stąd krzyki, jęki w nocy, stąd budziłem się oblany potem! Było takich snów na przestrzeni tych lat wolnościowych wiele, zawsze na podobnej osnowie. Skąd się biorą właśnie takie sny, skoro jak powiedziałem, nigdy nie myślałem o ucieczce z obozu!

Pewnego razu gdy wracaliśmy wieczorem z roboty, a na zbiegu dróg obozowych (w Oświęcimiu) stała „świta” SS-mańska i na jej czele Lagerführer Fritzsch16. Więźniowie zawsze szeptali między sobą: „ubrać go w nasz mundur a byłby muzułmanem”. Otóż, Lagerführer często palcem wywoływał więźnia z szeregu - „na rozmowę”. Dostał się i mnie kiedyś taki „zaszczyt” - kiedyś wskazał palcem na mnie. Podszedłem do niego, oczywiście stanąłem wyprężony w postawie na baczność, i wówczas zadał pytanie: „jak długo jesteś w obozie”?

Odpowiadam: „trzy lata”! – „To z ciebie musi być dobry złodziej odpowiada Lagerführer!” No więc znowu ja odpowiadam – choć było to niezgodne z prawdą: „Jawohl“! Han ab!


W listach z obozu nie wolno było pisać o obozie. Zasadniczo, każdy list musiał rozpoczynać się słowami: „Jestem zdrów i czuję się dobrze”. Obowiązywało to nawet wówczas, gdy leżało się w „szpitalu” obozowym. Dlatego zastosowałem pewną symbolikę - niemal wszystkie listy przepełnione były pytaniami o dom, o rodzinę, a o sobie w ogóle nic pisać nie można było, lub pisać bardzo mało. O sobie mogłem napisać, gdy „podszyłem” się pod „Maciusia” - moja matka za swoich młodych lat wołała na mnie „Maciuś”. Gdy tylko zorientowałem się, że w domu rozumieją to przybrane imię, zacząłem pisać o „Maciusiu”, ale ostrożność była nakazana, choć cenzorzy listów to przecież nie najgłupsi Niemcy.

Często wspominany w listach „Onkel Kopiasz” – to ksiądz proboszcz ze Straconki. Wspominałem go wtedy, gdy było ze mną źle, gdy chorowałem lub wycieńczony byłem i leczyłem się z „wykończenia” – a znaczyło to wtedy, aby rodzina modliła się za mnie.

Była zima 1940 r. Po przyjściu z pracy na blok, więzień funkcyjny tzn. blokowy, rozrzucił kilkanaście jakichś drukowanych karteczek, a kilka więźniów kartki te łapało.

Jeden kolega - z tego oczywiście blokowy, w rozmowie ze mną, był skłonny dać mi tę kartkę za 3 porcje chleba. Zgodziłem się. Ale mnie nie chodziło o tę paczkę żywnościową, ja dopisałem między wierszami ołówkiem: „schicke sofort wramus hend pulower u so”! - „przyślijcie mi zaraz ciepłą bieliznę, kalesony, sweter itp.”. Cenzor nie zauważył tego dopisku.

Było już po świętach Bożego Narodzenia, gdy zostałem zawezwany do blokowego. Pokazuje mi dwa pakunki: „was ist das” (co to jest)? Odpowiadam że nie wiem. A wiesz, że tak dużej paczki odebrać nie wolno? Oczywiście wiem.

Zabieraj sobie tą dużą a tę małą (żywnościową) zabieram ja. Zgodziłem się z radością. Miałem bowiem bieliznę całą zimę 1940/1941 r. Uszyta była z ciemnej flaneli (na kartki niemieckie). Uszyła wszystko siostra Kazia. Pulowery były zeszyte dwa razem, były kalesony, koszula, pończochy, pas na nerki i kominiarka.

Gdy zrobiło się ciepło, zdjąłem i schowałem tak cenny skarb między betony. Ale ktoś wypatrzył i zabrał je. Niemniej, najcięższą zimę przetrwałem!

Kolejny symbol dla mnie to kamyki związane z początkowym pobytem w KL Dachau.



B



Pobieranie 5.11 Mb.

Share with your friends:
1   ...   4   5   6   7   8   9   10   11   ...   21




©operacji.org 2020
wyślij wiadomość

    Strona główna