O pamięć nie o zemstę



Pobieranie 5.11 Mb.
Strona2/21
Data27.10.2017
Rozmiar5.11 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   21
hociaż, nie wolno było napisać nic osobistego o sobie ani o obozie, to jednak poprzez rozmyślnie dobrane imiona i nazwiska (osobisty szyfr), można było podać niektóre wiadomości. W listach obozowych wpisywałem więc dużo nazwisk, ale każde coś oznaczało. I tak Maciuś – to ja, Onkel Kopiasz – to ksiądz w Straconce.

Gdzieś w okolicach 10 sierpnia 1940 r., całe nasze komando wezwane było do lekarza. Po obejrzeniu każdego z osobna, u mnie nazbyt widoczne były owe dwie przepukliny no i oczy – więc coś tam lekarz zanotował na mój temat. Zostałem „muzułmaninem5” - „żywym nieboszczykiem” i niezdolnym do pracy. 13 sierpnia 1940 r., kilku takich więźniów jak ja, samochodami ciężarowymi wywieziono do Mauthausen, gdzie podobno czynne było krematorium. Skojarzyłem ten wyjazd z tym, że nadszedł mój koniec, że pójdę do gazu a potem do spalenia. Ale, po przyjeździe do Mauthausen, dołączono mnie do grupy około 500 innych więźniów i razem (około 1000 osób), po załadowaniu wszystkich do wagonów towarowych, wieziono do Dachau - „zur erholung” (na wypoczynek). Był to chyba pierwszy i ostatni odruch sumienia u SS-owskich oprawców.

Wprawdzie trochę haotycznie przedstawiam wydarzenia jakie mi się przypominają, ale jeszcze w Gusen - któregoś dnia gdy udaliśmy się na obiad, po tymże posiłku, zamiast rozejść do bloków, zatrzymano wszystkich na placu apelowym. Nieświadomi co jest powodem niezapowiedzianego i nietypowego apelu, musieliśmy tam stać w postawie niemal na „baczność”, do późnego wieczora, bez nadziei na kolację. W tym samym czasie – od strony kantyny dla SS-manów, słychać było ryki i pijackie śpiewy tychże SS-manów.

Zrobiła się późna godzina nocna, i dopiero wówczas ze wspomnianej kantyny zaczęli wychodzić członkowie sztabu obozowego z komendantem Karlem Chmielewskim6 na czele, a widząc nas nadal stojących więźniów, na jego polecenie przyniesiono tzw. „kozioł” który służył do bicia ułożonych na nim więźniów. Następnie, wyszukiwał z szeregów więźniów, którzy mieli być poddani karze chłosty i wyznaczył wskazując ręką może 20 lub 30 więźniów.

Rozpoczęło się bicie a zarazem jęk i płacz bitych. W pewnej chwili mój blok okazał coś w rodzaju buntu i wszyscy w panicznym strachu mocno się zwarli - tworząc kłębowisko splecionych ciał, falujących to w jedną to w drugą stronę. Ktoś ze strachu zawył! Wycie podjęli wszyscy pozostali z bloku, a obok SS mani nadal bezlitośnie okładali wyznaczone ofiary.

Może nastąpiło u SS-manów otrzeźwienie, gdyż usłyszeliśmy głos komendanta „Was ist da los?” (co się dzieje). Blokowi bijąc nas deskami po głowach - aby rozluźnić to kłębowisko, tłumaczą, że jest jakiś bunt,. Ponieważ jednak nic to nie pomagało, więc usłyszeliśmy rozkaz by szukać „Josefa Nowaka”.

Dopiero teraz się okazało, że uciekł z obozu więzień o nazwisku Nowak. Szukamy więc a raczej pozorowaliśmy szukanie tego więźnia. Wchodziliśmy pod bloki ustawione na palach i przez to pozostawioną przestrzeń od dołu, gdzie ewentualnie można by się było schować. Wołamy głośno: Nowak, wo bist Du? (Nowak gdzie jesteś)?

Przez przeżycia jakie w ten dzień i noc doznałem, nazwałem tę noc - „nocą szatana”.

Wracam jednak do opisu o Dachau, do którego przybyłem po raz drugi 15 sierpnia 1940 r. Oczywiście, ponownie przechodziłem procedurę rejestrowania i tym razem otrzymałem nowy numer obozowy 14572

Znalazłem się na bloku izolowanym – zwanym blokiem kwarantanny, a że przebywający tam więźniowie nie pracowali, otrzymywali zmniejszone racje żywnościowe, czyli tylko pół litra zupy i kawałek chleba.



P



Pobieranie 5.11 Mb.

Share with your friends:
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   21




©operacji.org 2020
wyślij wiadomość

    Strona główna