Louise callan, rscj


Budowanie na „pograniczu”



Pobieranie 2.06 Mb.
Strona9/26
Data25.10.2017
Rozmiar2.06 Mb.
1   ...   5   6   7   8   9   10   11   12   ...   26

Budowanie na „pograniczu”



1819 - 1821

Przeprawa do Florissant przebiegła zgodnie z tym, czego można się było spodziewać na tym „pograniczu”, i nikt lepiej od Filipiny nie zdołałby jej opisać. Wydaje się bawić własną opowieścia, i wydarzenie to opisuje ze stoickim humorem, tak charakterystycznym dla anegdot przytaczanych przez nią w listach. Przeprowadzkę rozpoczęto 3 września. Ścieżką prowadzącą do rzeki zwieziono na wózkach paczki i meble. Przewoźnik załadował je następnie na dwie tratwy, które, popychane drągami z prądem rzeki, przybiły do brzegu po południowej stronie Missouri. Matka Audé i Siostra Lamarre przebyły rzekę w ślad za nimi, wraz z trójką dzieci. Rozdzierające pożegnania z uczennicami z Saint Charles, które bez końca czepiały się zakonnic, poddały ciężkiej próbie cierpliwość flisaka. Ojciec Dunand, proboszcz z Saint Ferdinand, i ksiądz Delacroix, obaj przybyli do La Charbonnière, i tam czekali na Siostry. Pierwszy sprowadził wóz załadowany robotnikami pracującymi przy budowie nowego klasztoru, drugi tych, którzy pracowali na farmie biskupiej: Odbyło się w tym dniu 17 podróży; i nie oznacza to, byśmy były bardzo bogate, bo wóz konny bierze nie więcej niż trzy osoby, a rzeczy w proporcji.” 190


Po tej pierwszej przeprawie nastąpiła przeprawa M. Oktawii, z dwiema dużymi pensjonarkami... ja miałam wieczorem zamykać pochód, z krowami, cielętami, kurami i S. Małgorzatą. Krowy były jednak tak zbuntowane tym, że je przywiązano i szły w upale, że trzeba było odczekać aż do następnego dnia, (kiedy to) późnym rankiem resztę naszych rzeczy załadowano jeszcze na trzy wozy. Umieściłyśmy je tam, używając kapusty dla uspokojenia krów, które na początku strasznie ciągnęły, a następnie, poskromione przez sznur i zmęczenie, zdecydowały się pójść za nimi, ze swymi cielętami. Na moim wozie byłam podzielona pomiędzy troskę o relikwiarze, a troskę o kury; w końcu na łodzi przebyłyśmy Missouri na wprost Florissant. Po dobiciu do brzegu, Małgorzata z matczyna czułością ustawiła w szeregu swoje kury i dała im pić i jeść; ja to samo uczyniłam krowom za pomocą mojej kapusty, a Ks. Delacroix, pojawiwszy się konno, torował nam drogę i zachęcał konia do galopu za każdym razem, kiedy krowy, w końcu odwiązane, chciały uciec do lasu. Przybyłam wieczorem do domku...” 191
Opisując tę nową rezydencję Matka Duchesne kontynuuje:
Składa się ona z jednego pomieszczenia, które posłuży dzieciom za sypialnię, refektarz, rozmównicę i salę klasową. Powyżej jest strych pod dachem, w którym prześwitują liczne dziury. Będzie to nasz sektor mieszkalny na dzień i noc. Zatkamy dziury tak dobrze, jak zdołamy, a strychu używać będziemy również jako kuchni, refektarza i spiżarni.”
Farma była szałasem z bali, w stylu amerykańskiego „long house” o powierzchni około 35 metrów kwardratowych; miała dwa okna z solidnymi okiennicami z drewna i jedno wejście, zamknięte drzwiami z grubych desek zabezpieczonymi drewnianym ryglem na skórzanych rzemieniach. Na końcu pomieszczenia w kamiennym kominku złożono olbrzymie kłody i wkrótce rozgorzał wielki ogień, dający pomieszczeniu światło i ciepło. Pogoda na brzegu Missouri zmieniała się w miesiącu wrześniu faktycznie z dnia na dzień; po palacych upałach z dni przeprowadzki nastąpiły mrozy.
Jesteśmy w sytuacji wymagającej nieustannego wyrzeczenia, pisze Matka Duchesne, chwilami stłoczone z powodu gości, bez kąta, aby zebrać się na modlitwę; albo duszące się od gorąca, albo zdrętwiałe od zimna i wiatru, który wpada ze wszystkich stron.”
Kapelanem klasztoru mianowano księdza Delacroix, i Matka Duchesne doznała wielkiej przykrości, dowiadując się, że jest bardzo chory. Aby ustąpić miejsca zakonnicom i dzieciom, znalazł schronienie w szopie na zboże, „otwartej, jak klatka dla ptaków, komentuje Matka Duchesne, miał tam przez wiele dni gorączkę, a my nie mogłyśmy nawet przenieść krzesła przez otwór szałasu stanowiący okno i drzwi. Monseigneur, poinformowany o jego stanie, kazał zbudować drewniany domek, aby przygotować mu pokój, i wyszykować kaplicę. Dom ten niewielu robotników wzniosło i wykończyło w osiem dni. Ks. Delacroix był pod dachem, Najświętszy Sakrament umieszczony w kaplicy, a my osadzone zgodnie z naszymi życzeniami: bo kto ma Jezusa ma wszystko.192

Ku zdziwieniu sióstr szkoła bardzo szybko przyciągnęła uczennice. Najpierw Matyldę Hamilton, której dom rodzinny w pobliżu Sainte Geneviève gościł już wielu młodych misjonarzy francuskich i włoskich. Kiedy przybywali oni na brzegi Missouri, musieli pozostawać wiele miesięcy na miejscu, aby uczyć się angielskiego. 19 października przybyły trzy nowe uczennice: Wirginia Labadie, kuzynka Państwa Pratte’ów, i dwie siostry Rolette, Emilia i Betsie. Były miłe, dobrze wychowane, a Matka Duchesne natychmiast podbiła ich serca; polubiły wielką prostotę jej obyczajów, delikatność i dobroć. Przybywając do „klasztoru - szałasu” Filipina komentowała: „Ludzie mają w tym kraju tak złe mieszkania, że nawet najbogatsze rodziny nie obawiają się posyłać nam swoich córek”. Przyjęcie tych dziewcząt stanowiło przyjemność, lecz i nie oszczędzało Matce Duchesne żadnej troski.


Ludzie z farmy dostali gorączki, a ponieważ nie mogli sobie usłużyć, S. Małgorzata im gotowała. M. Eugenia wieczorem i rano miała do dojenia sześć krów, dwie nasze i cztery z fermy; trwało to krótko, aby ustąpić (miejsca) innemu doświadczeniu: M. Oktawia i dwie pensjonarki również zagorączkowały; a ponieważ jest tylko jeden pokój dla uczennic i jeden dla nas, obawiałyśmy się, że wszystkie przez to przejdą, lecz czuwała nad nami dobra Opatrzność i dzisiaj, 28 września, wszystkie czują się dobrze.” 193
Szałas z bali ze swoją jedyną izbą i strychem postawił przed wspólnotą wymagania, które pozwolą lepiej poznać subtelność cnót Matki Duchesne. Można było dopatrywać się w tym aż nadto powodów do zniechęcenia, ufność jednak zawsze była obecna, oświecona przez miłość. Kiedy wspólnota i szkoła były jeszcze tak źle ulokowane, Filipina zauważała jednak z satysfakcją wiele korzyści kompensujących brak wygody:
znajdujemy tutaj tę samą obfitość owoców i jarzyn; zasoliłyśmy małego byczka, chleb mamy z Florissant, wraz z mąką, na kredyt na sześć miesięcy. Resztkami drewna, które posłużyło do produkcji cegieł będziemy grzać od pierwszych chwil zimy. Trzydzieści kur, z których wiele znosi jajka przez całą zimę, czeka na nas po przyjeździe.

W końcu, częste wizyty Monsiegneur’a i jego misjonarzy, stały pobyt w tym miejscu Ks. Delacroix i proboszcza, który daje z góry wszystko, co ma naszym robotnikom, wszystko to nam ukazuje, że byłybyśmy niewdzięczne i niesprawiedliwe wątpiąc w Boską Opatrzność, co do (rzeczy) duchowych i co do (rzeczy) doczesnych.” 194
Obok opowieści o przeprowadzce do Florissant i o pierwszych tygodniach spędzonych w szałasie z bali, zachowały się jeszcze dwa listy napisane przez Matkę Duchesne we wrześniu 1819. Minęło sześć miesięcy od jej ostatniego listu do Ojca Barat. W międzyczasie odebrała wiele oznak jego życzliwości. W nocy 17 września, kiedy już wszyscy śpią, pisze przy świetle świecy w kącie strychu, nie przepraszając adresata listu za swoje długie milczenie:

Dowodzi Ojciec, że wciąż jesteśmy jego córkami, bo Ojca opieka się nie zmniejsza, a wydaje się przeciwnie podwajać na naszą korzyść. Listy Ojca do Pań Oktawii i Eugenii uczyniły im największe dobro i umocniły w doskonałości, w której są bardzo zdecydowane wzrastać. Bardzo dalekie od tego, by przestraszały je trudności, nigdy nie były bardziej szczęśliwe, jak wtedy, gdy miały coś wycierpieć... Brak pieniędzy daje się również odczuć w Stanach Zjedoczonych; mnóstwo banków jest niewypłacalnych, co powoduje utratę wszystkiego u tych, którzy mają ich banknoty, bieżącą monetę kraju, bo jest czymś rzadkim, byśmy wśród papierów otrzymywały kilka gurdów czy piastrów. Wiem, że Monseigneur z braku pieniędzy chciałby spowodować zatrzymanie pracy nad naszym domem; jednak posuwa się ona i będziemy w nim za miesiąc, zakładając, że otynkuje się (go) dopiero na wiosnę.



Byłam zasmucona, że mały szczegół chwilowego kłopotu wywołał u Ojca i (innych) naszych ojców i matek zatroskanie o nas; zapewniam, że te chwile mają (w sobie) prawdziwą rozkosz i że obawiać się (raczej) można znajdywania w nich (powodu do duchowej) pychy. Boska Opatrzność nie daje długo na siebie czekać i mimo trudności i tego, że wchodzimy do naszego domu z długami być może 20 000 f., nie mówi się o tym wcale, w dodatku nie wątpię, że zwrócimy (je) w niedługim czasie, skoro mogłyśmy żyć w Saint Charles z tak małą liczbą dzieci nie zaciągając najmniejszego długu... Pośród tylu świętych duszpasterzy nie znajduję ani jednego, który mógłby mi pomóc; czuję, że moja dusza jest sama, lecz mam zbyt mało uczuć, aby się tym trapić. Nie czuję, jaki jest mój stan, jestem niewierna i nie drżę, jestem wyniosła i niecierpliwa, a smakuję jedynie słodyczy Jezusa, rzadko się naginam, a mam tylko coraz mocniejsze poczucie, jakie Bóg ma dla mnie względy. Ks. Richard mi nie pochlebiał, mam wobec niego to zobowiązanie, lecz czuję z nim, jak i z naszym pasterzem, że w spojrzeniu nie ma tego zaufania, które daje sercu odpocznienie; moje (serce) jest jakby zawieszone i żywsze poruszenie może mieć tylko ku Sercu Jezusa, Maryi, Régis’a.

Proszę Ojca o rozesłanie naszych listów... Jest noc i plotę trzy po trzy. Pozostaje mi podziękować Ojcu ze strony Mosiegneur’a za Narodzenie, które wziął, zanim się dowiedział, że było dla niego. Nie można niczego przed nim ukryć, jego oczy przenikaja wszystko, co zewnętrzne i wewnętrzne; duchowe i doczesne.”
Dziesięć dni później otwiera swoje serce przez Matką Barat, przedkładając jej problemy, jakie musi nieść. Dzień i noc, i to w okolicznościach poddających ją ciężkiej próbie, nawiedzała ją obawa długu. Ponieważ jednak ma poczucie humoru podawane przez nią opisy nigdy nie są jednoznacznie ponure, a jej niezłomna ufność w Bogu wznosi ją ponad troski, które w każdej chwili kładły się w poprzek jej drogi. Powierzając zgodnie ze swym zwyczajem, list świętemu Antoniemu, 27 września pisze:
Ciężko mi było, że stałam się dla ciebie powodem do niepokoju, lecz bardzo słodko usłyszeć słowa: Chciałabym mieć co miesiąc listy od ciebie. Nie miałam jeszcze tej miłej zachęty, kiedy trwałam bez pisania od kwietnia do lipca... Ksiądz Martial, który nas odwiedził w Saint-Charles w drodze z Nowego Orleanu, powiadomił nas o nadejściu do tego miasta pianina i paki wyrobów jedwabnych... zasadnicze są dla nas w tej chwili pieniądze. Monseigneur wyczerpuje się dla swojego seminarium w Barrens i kolegium w Saint-Louis, nie mówiąc o katedrze; nasz dom przytłacza go kłopotem i spłacenie (go przez) nas będzie czymś naglącym... Nie wiem jeszcze, jaki dług zaciągamy z powodu naszej budowy. Monseigneur chciał ją w pewnej chwili zatrzymać z powodu braku gotówki; proboszcz z Florissant195 wziął na siebie przyspieszenie robót, a nawet dobudowanie jednego piętra więcej, dając murarzom jako zapłatę kawałek ziemi i wyczerpując swój ostatni grosz. Niesłychanie nalega, aby nas mieć w swojej parafii, już nas nazywa swoimi córkami...

Byłam tym bardziej ujęta waszym darem (w postaci) pianina, który uczyniłyście ujmując sobie tego, co dla was konieczne; o! moja dobra Matko, wiedz, że cierpimy tylko wtedy, kiedy dowiadujemy się o twoich cierpieniach... Jeśli czynisz nam dar z Julii196 najpotrzebniejszą dla niej rzeczą jest to, aby nauczyła się angielskiego; lecz to mało brać lekcje, trzeba mówić, mówić bez przerwy; ani Eugenia, ani ja nie możemy go jeszcze zrozumieć, a Oktawia, mimo swojej łatwości, swojej pewności, swojej nieustannej nauki często nie może ani zrozumieć pewnych Amerykanów, ani być przez nich zrozumiana. Dzieje się, jak myślę, cud dla księży...” 197
Na początku października Monseigneur w towarzystwie Ojca Feliksa de Andreis, przełożonego Domu Misyjnego Lazarystów w Missouri, złożył wizytę zakonnicom. Biskup był bardzo miły, docenił śpiewy dzieci i dał wspólnocie akt notarialny dotyczący parceli ziemi, na której budowano klaszor. Następnie poprosił Matkę Duchesne o napisanie listu do Pana Mullanphy’ego z prośbą o pożyczkę 2 000 dolarów, „ponieważ nie miał już pieniędzy, aby zapłacić za wykończenie naszej budowli”, przypomina Matka Duchesne w swoim Dzienniku. Następnego dnia zasiadła za stołem, aby napisać list do Matki Barat, i dziwnym trafem nic nie wspomina o pożyczce, o jaką miała prosić Pana Mullanphy’ego.

21 listopada Monseigneur przewodniczył ceremonii odnowienia ślubów, Matka Duchesne znała go już teraz tak dobrze, że trafnie oceniała wszystko, co mogło dać się wyczytać z jego twarzy: zakłopotanie, wahanie, stanowczość, życzliwość czy rozbawienie. Miał piękną twarz, na której upór zdawał się górować nad siłą. Jego wspaniała postać nadawała mu wygląd okazały, a jego wyszukana uprzejmość czyniła zeń cenionego gościa. Wszystko w tym dni przebiegało jak najlepiej, kiedy nagle oznajmił, że zamierza dokonać zmian w Regule życia Zgromadzenia. „Nie przystałyśmy na to” wspomina lakonicznie Matka Duchesne w swoim Dzienniku. Biskup prawdopodobnie podziwiał jej odważną lojalność. Nie zdenerwował się i kontynuował wprowadzanie do rekolekcji. Miały być głoszone w klasztorze podczas nieobecności księdza Delacroix, mającego odbyć misję, która wiodła go bardziej na północ, tam, gdzie Missouri była jeszcze ziemią indiańską i gdzie biały człowiek udawał się jedynie dla handlu futrami i polowania. Żaden ksiądz nie zapuszczał się jeszcze w te lasy i równiny, aby nieść Ewangelię Indianom. Byli też osadnicy we wsiach na wielkich równinach prerii obrzeżających rzekę powyżej Saint Charles, i misjonarze spodziewali się zebrać wśród nich bogate żniwo.



W liście do Matki Barat Biskup wyraża podziw dla rzadkich cnót i zdolności zakonnic, jakie mu przysłano: „Nie mogę Matce wyrazić wspaniałego wrażenia, jakie robią one w tej części świata. Matka Duchesne jest święta.” W tym samym czasie Matka Duchesne porusza temat tej wizyty w liście do Matki Barat, będącym rodzajem komentarza do życia we Florissant:
Ostatnie nowiny, jakie otrzymałyśmy z Francji, są z miesiąca kwietnia... Miałyśmy nadzieję, że na początku listopada będziemy w domu, który się buduje, ale w najlepszym wypadku będziemy w nim 1 stycznia. Na razie pozostajemy na farmie Monseigneur’a, który dokonał spisania aktu darowizny terenu, na którym jest dom; daru tego nie można uczynić dla wspólnoty, bo prawo tego nie uznaje; lecz na jedną, która spisze testament na rzecz drugiej; i tak nawzajem... Od bogatego P(ana) Mullanphy pożyczyłyśmy właśnie 10 000 f. na wykończenie domu...

Naszą pociechą w tych lasach jest to, że pensjonarki czują się tu znacznie lepiej niż w Saint-Charles; wiele okazuje powołanie; lecz trzeba być bardzo rozważnym ze względu na ich bogactwa i ich rodziny; porządek dnia jest jak w Grenoble, strój amarantowy, obrzeżony czarnym welurem; trzeba było wyjaśniać, że do przystrojenia nie chcemy ani piór, ani kwiatów, ani tiulu i koronek. Sprawą bardzo krępującą jest tu zgorszenie Amerykanów, zwłaszcza protestantów, na najmniejszą grę czy biegi w niedzielę. Mówiłam o tym z Monseigneur’em i uważa on, że trzeba ulec opinii kraju, bo doświadczył tego samego w kolegium w Baltimore... Pragnęłabym bardzo, jeśli ktoś przyjedzie, kilku par chodaków, aby dać tu o nich pojęcie; przy zwierzętach bez stajni jest się zawsze w wodzie; kuchnia jest osobno ze względu na ogień. Pożary prerii i lasów uczyniły w tym roku wielkie spustoszenie; widziałyśmy je z bliska.

Oto sporo o tym, co materialne, moja dobra Matko, lecz serce moje jest z tobą, a oba Zgromadzenia198 w Sercu Jezusa. Kiedy myślę, że do nich należę, dusza mi się rozszerza, otwiera na łzy wdzięczności i w niedostatkach widzi tylko szczęście. Czyż Bóg mógłby udzielić mi innych łask? Z Jego strony pozostaje tylko dać mi męczeństwo. A z mojej, o! (jakiż) ból! Jak źle współdziałałam!” 199
Ojciec de Andreis przybył 5 grudnia poprowadzić rekolekcje. Przez tydzień trzymał pięć zakonnic i najstarsze uczennice pod urokiem swojego gorliwego słowa i swojej osobistej świętości. Pojazd, który po niego przybył, aby zawieźć go do Saint Louis, przywiózł Filipinie list od Matki Barat. „Matka Generalna żałuje, że nasz pierwszy klasztor nie powstał ani w Nowym Orleanie, ani w Saint Louis”, pisze Matka Duchesne w swoim Dzienniku, komentując ten list, „nalega, byśmy założyły dom macierzysty i nowicjat, od którego wychodząc można będzie zakładać małe domy później. Chwilowo nie uważa za rozsądne dzielenie nas na dwie grupy.”
Przenosiny z „biskupiego pałacu” w lesie do nowego klasztoru zostały przez Matkę Duchesne szczegółowo opisane w listach:
Opuściłyśmy farmę Monsiegneur’a w wielki mróz. Proboszcz z Saint-Ferdinand (czy Florissant) napisał do mnie, że ziemia święta będzie dla nas otwarta tydzień przed Bożym Narodzeniem... Przybywając do wsi usłyszałam, że dzwonią na mszę i poszłam najpierw do kościoła. Ponieważ słowa księdza zapowiadały mi święto Świętego Tomasza Apostoła, moja dusza odczuła, jak radość ją rozszerza, że w taki dzień stawiamy stopę w naszym zakładzie. Święty Tomasz, święty Franciszek Ksawery i święty Régis byli kolejno adresatami (moich modlitw), które skupiały się szczególnie (na tym), aby błagać Jezusa i Maryję, by był on200 na chwałę Ich Serc.”
Przeprawa w śniegu i dwa dni intensywnej pracy, aby posprzątać miejsce i przygotować je dla wspólnoty i uczennic są dla Filipiny szczegółami bez znaczenia. Opowiada natomiast o tym, jak 23 grudnia Matka Oktawia, jedna z sióstr i sześć uczennic owiniętych w wełniane kołdry, z pończochami założonymi na obuwie, aby się nie ślizgać, z trudnością pędząc przed sobą zwierzęta, kolejno przybywały pieszo, zapadając się w śnieg po kolana, bez innej wskazówki co do drogi, jak świeże ślady na pół zdziczałych świń. Następnie kontynuuje:
Wyruszyłam pieszo z P(anią) Eugenią, aby przyjaźnie poprowadzić naszą ostatnią krowę, bo nigdy nie można jej było przywiązać i nie miała cielaka, aby ją zwabić. Wypełniłam fartuch kukurydzą, aby za mną poszła, ona jednak, wyżej ceniąc wolność, pobiegła przez śnieg i zarośla, które pokonywałyśmy biegnąc za nią, zapadając się często w śnieg i zaczepiając welony i habity. Ponieważ pogoda się pogarszała, pozwoliłyśmy jej wrócić na farmę... Miałam w kieszeniach i w torbie pieniądze i papiery, lecz nagle troczki się zerwały, wszystko upadło i zagłębiło w śniegu, wraz z moim zegarkiem. Matka Eugenia przyszła mi z pomocą, ponieważ jednak wiatr dął mi śniegiem na rękawiczki, zamarzły mi na ręce; nie mając w palcach siły czegokolwiek utrzymać musiałam włożyć wszystko w brudną chustkę i nieść pod pachą torbę i kieszenie... Kiedy przybyłyśmy do Florissant już się o nas martwiono..., bo pomyliłyśmy drogę. [Była to wigilia Bożego Narodzenia]... Miejsce przeznaczone na kaplicę zaraz opróżniono z zalegającego tam drewna; prześcieradła posłużyły za zasłonę tego, co było w głębi, bo zamarzniętego (drewna) nie dało się wynieść. Ołtarz ustawiono wieczorem, a wigilię poświęcono na przybranie go i wyspowiadanie się. O północy Ks. Delacroix odprawił mszę.”
W swoim Dzienniku Matka Duchesne opisuje inne szczegóły. Po Mszy o północy odprawiono kolejną, a „pobożni robotnicy irlandzcy, którzy zbudowali dom, uczestniczyli w obu”. Była też trzecia Msza o poranku Bożego Narodzenia z kolędami, jak podczas innych Mszy, a po południu śpiewane nieszpory, po czym nastąpiło równie „uroczyste” błogosławieństwo, i trudno sobie dziś wyobrazić, na czym polegała owa uroczystość. Biskup przyjechał nazajutrz, aby pobłogosławić nowy klasztor. Generał Pratte również uczestniczył w tym małym obrzędzie, a następnego ranka zorganizował przejazd przez wioskę, bo ciągły potok powozów sprowadzał coraz to nowych gości; jedni przyjeżdżali przez zwykłą ciekawość, inni, jak Pratte’owie, aby uczestniczyć we Mszy odprawianej przez Biskupa, podczas której Teresa Pratte i Mary Ann Summer przystąpiły do Pierwszej Komunii. Kończył się rok 1819 i nowy rok 1820 zaczynał radośnie życzeniami zakonnic i uczennic, najpierw dla Matki Duchesne, następnie dla Ojca Dunand’a i Księdza Delacroix.

Liczba pensjonarek wzrosła wraz z przybyciem 6 stycznia panienek Leduc, Chénier i Cabane. Tego samego dnia klasztor otrzymał od Biskupa kilka wspaniałych obrazów: Najświętszego Serca Jezusa, świętego Franciszka z Asyżu, świętej Agaty, Benedykta Labre, i w końcu przedstawienie śmierci świętego Franciszka Régis’a. W ten sposób można było prowizorycznie urządzić małe sanktuarium, aby wypełnić złożoną obietnicę uczczenia tego świętego na amerykańskim „pograniczu”.

17 marca olbrzymi wóz z trudem przytoczył się z Saint-Louis przywożąc tak wyczekiwane skrzynie. Załadowano je we Francji poprzedniej wiosny, a ich zawartość sprawiła radość zakonnicom na równi z dziećmi: metalowe posrebrzane świeczniki, krucyfiks do ołtarza, tkaniny do szycia ubrań, asortyment papierów do korespondencji i lekcji, kolorowy papier do wytwarzania tak przez wszystkich cenionych sztucznych kwiatów, książki, nasiona roślin, i w końcu, największe ze wszystkich, pianino, ku oczarowaniu nieomal wszystkich mieszkających w klasztorze, ale i rozdrażnieniu niektórych. Nazajutrz inny wóz przywiózł skrzynie zapasów wysłane z Nowego Orleanu przez zawsze miłosierne Urszulanki.

19 marca Matka Duchesne, dowiadując się o wyjeździe młodego księdza do Francji, pospiesznie napisała list, aby oznajmić Matce Barat o przybyciu podarków. Musiała jednak przyznać, że transport statkiem po rzece kosztował ją 400 franków, a prawa celne ponad 900 franków: „banknot 1000-frankowy, który mi posłałaś, opłacił cło, dodawała, lecz reszta tych pieniędzy wydana została dla nas, i jesteśmy winne ojcu jednej uczennicy opłatę za transport. Zgadza się on zaczekać na to, by być spłacony.”

Wielka aktywność zaczynała rozwijać się wokół klasztoru wraz z budową domu201 identycznego z tymi, jakie wznosili osadnicy na amerykańskim „pograniczu”. Kłody drewna pocięto i dopasowano zgodnie z instrukcjami Ojca Dunand’a, i 21 marca 26 mężczyzn z okolicy zebrało się, aby dokonać wielkiego dzieła budowy domu w jeden dzień. Dobrze zasłużyli na degustację obiadu przygotowanego wdzięcznymi rękami zakonnic. Rodzynki, konfitury i inne słodkości czerpały z zapasów przysłanych przez Urszulanki.

25 marca całe miasto Saint Louis i nowe osady kolonistów nie posiadały się z radości, kiedy to okolicę obiegła wiadomość pochodząca z oficjalnego źródła, że Kongres w Waszyngtonie zatwierdził proklamowanie Stanu Missouri bez dodatkowych ograniczeń: Missouri zaliczało się więc odtąd do stanów Narodu dopuszczających niewolnictwo. Nowinę tę przywiózł podróżny mający w swojej sakwie egzemplarz „Dziennika oficjalnego” z 4 marca. Dziennik w chwili przybycia do Saint Louis nosił datę sprzed trzech tygodni, lecz jego treść i tak wywołała wielkie manifestacje w mieście i w otaczających je wsiach. Matka Duchesne przez wiele tygodni nie czyni o tym żadnej wzmianki w swoich listach, jest zbytnio zatroskana problemami kościoła i klasztoru we Florissant.

Zapowiadał się Wielki Tydzień ze swymi obrzędami i liturgią. Filipina spędziła noc Wielkiego Czwartku na adoracji na kolanach przed monstrancją. Duszę jej wypełniał pokój, lecz z jej modlitwy emanowało intensywne błaganie. Tygodniowe rekolekcje przygotowały grupkę dzieci do bierzmowania 6 kwietnia. Biskup zdawał się być w tym dniu zatroskany i przez dłuższą chwile rozmawiał z Ojcem Delacroix, zanim podzielił się z Matką Duchesne tym, co było przedmiotem ich dyskusji: ksiądz Delacroix został mianowany proboszczem w Saint Ferdinand. Ojciec Dunand osiadły tam od roku 1814, jedyny misjonarz całego regionu aż do chwili przybycia tam Monseigneur’a du Bourg’a, miał się teraz wyprowadzić z plebanii i zbudować sobie mały domek w sąsiedztwie. Zaistniała sytuacja była niezręczna, bo wierni z parafii, oddani swemu opatowi, kontestowali decyzję biskupa jako mało lojalną; wszyscy stanęli w obronie swego starego przyjaciela, a chór odmówił śpiewu, gdy nowy proboszcz dokonywał uroczystego objęcia kościoła.

Pozycja Matki Duchesne stała się bardzo niezręczna, bo miała wielki dług wdzięczności wobec Ojca Dunand’a za to, co uczynił, aby im pomóc. Był hojnym i oddanym przyjacielem, a wspólnota była mu jeszcze winna co najmniej tysiąc franków w chwili, kiedy doświadczyć miał ubóstwa, nie mając już parafii, ani określonej misji, po latach gorliwości i samozaparcia dla zbawienia katolików z „pogranicza” Missouri. Z drugiej stronny podporządkowanie się władzy duchownej było obowiązkiem. Biskup miał pełne prawo decydować o tym, co dotyczyło proboszcza z Saint Ferdinand, chociaż jego decyzja była w tej chwili bardzo nie na czasie. Matka Duchesne obawiała się jej konsekwencji dla zamieszanych w tę sprawę, a w odczuciu parafian i okolicznych katolików, zakonnice były związane z Biskupem, którego niepopularność rosła nieprzerwanie od kilku lat.



Matka Duchesne odnosiła wrażenie, że trapista zamierza wkrótce powrócić do Francji, i na początku maja napisała list, którego dostarczenie miała nadzieję jemu właśnie powierzyć. Słówko jej do Magdaleny Zofii Barat jest dziwnie krótkie, post scriptum podwaja jego długość:
Oprócz nieocenionych przysług, jakich doznałyśmy od Wielebnego Ojca Marii Józefa Dunand’a, zakonnika trapisty, któremu zawdzięczamy poprowadzenie i przyspieszenie prac naszej budowy, a do czego przyczynił się przez swój trud i wyłożone fundusze, jesteśmy mu jeszcze winne tysiąc franków, które zapłacił za nas na różne użyteczne przedmioty, po obietnicy, że suma ta zostanie wyliczona we Francji Ojcu Opatowi de Lestrange, albo jemu samemu, bo gotuje się do niej powrócić.

Proszę cię więc o zachowanie z pieniędzy, jakie zakład w Niort jest jeszcze winien naszemu zakładowi, aby nas spłacił u tego godnego dobroczyńcy. Do wszystkich swych dobrodziejstw dodaje on jeszcze obawę, aby nie sprawiać nam kłopotu przez podanie dokładnego terminu spłaty, lecz jego i moim pragnieniem jest, aby było to zaraz, jak tylko Matka Geoffroy będzie mogła; dla nas jest to święty dług...

P. S. Liczyłam na to, że list ten będzie dołączony do listu Cz. O. Dunand’a, lecz odesłał mi go wraz ze swoimi, abym je sama wysłała. Dodaję więc kilka słów, aby ponowić zapewnienie o moich czułych i pełnych szacunku uczuciach, i raz jeszcze poprosić cię zasadniczo o dwie osoby, jedną jako przełożoną na czele wszystkiego, drugą konwerskę na czele kuchni zdanej obecnie na dzieci, z poważnymi niedogodnościami dla ich sumień, a naszych korzyści.” 202
Ojcu Barat Filipina bardziej obszernie wyjaśnia swój niepokój i to, co myśli o ojcu Dunand’zie, któremu zarówno ona sama i jej wspólnota tyle zawdzięczają.
Zobaczy Ojciec być może w tym roku innego księdza z tego kraju, zakonnika trapistę, i to on jest zasadniczo okazją mego listu, bo jesteśmy mu winne tysiąc franków, które zgadza się otrzymać we Francji, co bardzo nam odpowiadało, ponieważ jesteśmy tu zawsze cienko z pieniędzmi... Jeśli jakimś trafem będzie miał Ojciec tysiąc franków do dyspozycji dla nas, proszę o ich zachowanie dla spłacenia tego świętego długu, chyba że pozostaje dosyć naszych funduszy, aby go pokryć. Nie ośmielam się tego spodziewać, a wtedy zdarzy się, że ten dobry Ojciec nie zostanie wypłacony, bo to wszystko, co przechodzi przez Msg du Bourg’a (do Nowego Orleanu) posłuży do spłacenia nas wobec Monseigneur’a, który ma wciąż nadzieję na 15 000 franków, o które prosił: nie podtrzymałam tej pochlebnej myśli.

Ojciec, któremu jesteśmy winne te 1 000 fr. to ten sam, który poprowadził prace nad naszym domem, który, skropiony jego potem był świadkiem jego dla nas czuwań, bo nawet byśmy (w nim) nie zamieszkały, gdyby nie udzielił nam zaliczek pieniędzy, których bez niego by zabrakło. Ponieważ wszelka czynna gorliwość natrafia na przeciwności, po przepracowaniu piętnastu lat na tej misji, a długo niemal samotnie, musi ją porzucić z powodu oskarżeń, jakie przeciwko niemu wniesiono i zostać zastąpiony w swojej parafii; pozornym pretekstem było odczuwane przez niego pragnienie powrotu do swego klasztoru. Miałyśmy przy tym trudną chwilę, (bo) wiele zawdzięczamy temu Ojcu, chociaż inny kierownik duchowny lepiej nam odpowiadał. Każda strona chciała sprowokować nas do mówienia, a my nie mogłyśmy iść ani przeciw wdzięczności, ani przeciw dobru naszego domu, pozwoliłyśmy działać władzy, powierzając rzecz Bogu. Byłoby czymś bardzo wstrętnym powiedzieć choć jedno słowo mogące przyczynić się do oddalenia tego, który wszystko poświęcił, aby mieć nas w swojej parafii.

Mamy teraz 20 pensjonarek w większości dobrych; bez powodzenia staramy sie ogrodzić, bo w tych krainach, przez ogrodzenia, zrobione jak drabiny, da się przełazić, a nie jesteśmy dosyć bogate, aby mieć deski, jak siostry w Nowym Orleanie; bo kamienia tu nie ma.

Proszę o ponawianie u naszej Matki prośby o osoby, oto trzy postulantki amerykańskie nie mające ani powołania, ani żadnego talentu; powołania są tu rzadkością. Potrzeba by było dla naszego dobra dobrej Przełożonej i dobrej dziewczyny do kuchni, (bo) zdrowie albo talenty naszych sióstr nie pozwalają im objąć tego ostatniego urzędu... Uważam, że Msg wyczuł, że nie możemy obyć się bez sióstr, a jego rozsądek każe mu zatwierdzić zmianę Przełożonej, i nie ma osoby, która by na tym ucierpiała, ja nigdy nie będę miała zaufania, ani wewnątrz, ani na zewnątrz... ”
Miesiąc maj przywiódł trzy nowe uczennice: Marię i Adelinę Boilvin i Elizę Bosseron; wszystkie trzy kilka lat później zostaną zakonnicami, ale Maria zmuszona będzie z przyczyn zdrowotnich wcześnie opuścić klasztor, Eliza umrze bardzo młodo, a Adelina stanie się wybitną zakonnicą Sacré Coeur, jedną z tych, które z bliska poznają serce i umysł Filipiny Duchesne. Inna uczennica, Emilia Saint Cyr, ciotka sióstr Boilvin, zaledwie nieco od nich starsza, była w Sacré Coeur od pierwszego roku w Saint Charles. Spod jej pióra pochodzi opis Matki Duchesne pośród swoich uczennic:
„ W moim dzieciństwie uważałam Matkę Duchesne za wzór wszelkich cnót. Było dla nas wielkim szczęściem mieć naszą świętą Matkę za mistrzynię klasową przez dwa lata. Ani razu nie widziałam, aby straciła spokój, ani razu nie zdołałam zobaczyć u niej najmniejszego poruszenia niecierpliwości, chociaż miała do czynienia z grupą dzieci tak trudnych do kierowania. Okazywała wobec wszystkich tę samą miłą łagodność. Więcej niż raz zwracałam uwagę moich koleżanek na boskie promieniowanie oświetlające jej twarz. Można było pomylić się i myśleć, że chodziło o słońce, ale jej światło było łagodniejsze, wtedy mówiłyśmy: ‘Matka Duchesne wraca z kaplicy, gdzie miała ekstazę’, i byłyśmy pewne, że miała właśnie widzenie Pana. Z całą pewnością miałyśmy świętą za profesora, nawet uczennice najbardziej nieznośne miały dla niej cześć. Nigdy nie kończyła lekcji nie mówiąc nam słowa o Bogu; nigdy nie mówiła długo i nigdy nie pozwalała nam tracić chwili. W moim życiu zakonnym zawsze patrzyłam na Matkę Duchesne jako na doskonały wzór, bezstronną Przełożoną, gotową do tylu umartwień, że nie ma nikogo, z kim mogłabym ją porównać. Zupełnie nie zważała na (potrzeby) własnej natury i samą siebie. Była wierna regule aż po najdrobniejsze jej szczegóły.”
Mary Ann Layton była pierwszą amerykańska postulantką, która wytrwała w powołaniu w Sacré Coeur; miała 19 lat i przybywała z Perry Country w Missouri, kiedy to Matka Duchesne przyjęła ją we Florissant. Jej Ojciec, Bernard Layton, bogaty właściciel ziemski, darował hrabstwu ponad pięćdziesiąt hektarów ziemi, na których założono centrum miasta Perryville. W południowo-wschodniej części hrabstwa, wzdłuż Brazeau Bottom, Silines, rzeki Saint Cosme, rozciągała się wielka preria zwana „Barrens”, gdzie osiedlili się potomkowie rodzin z Marylandu i z Kentucky: Mannings’owie, Haydens’owie, Fenwicks’owie, Layton’owie. Była to grupa katolików zachowująca, jak skarb swoje religijne dziedzictwo i przekazująca swoim dzieciom poznanie, miłość i poszanowanie wiary, które ubogacały ich życie.

Nowa postulantka urodziła się w Kentucky 2 lipca 1802 roku. Matkę straciła we wczesnym dzieciństwie. Szybko stała się bożyszczem dla swego Ojca i braci, i chociaż była rozpieszczana, od najmłodszych lat jej pragnieniem było kochać i służyć Bogu należąc do Niego bez reszty. Ojciec umieścił ją pod szczególną opieką Matki Bożej, i Mary powierzała swej Matce duchowej pragnienie należenia tylko do Boga. Ojciec Henryk Pratte pierwszy powiadomił ją o pojawieniu się zakonnic Sacré Coeur w Missouri. Przybyła więc z „Barrens” wraz z ojcem Rosati’m, do którego dołączyli po drodze ojcowie Borgna i Deys. Od tych ostatnich gości Matka Duchesne zebrała informacje, które przekaże w szczegółach Matce Barat 29 sierpnia, w dniach swojej trzeciej rocznicy pobytu w Ameryce:


Zebrałam kilka [interesujących] informacji, aby w odpowiedzi otrzymać kilka modlitw.

Tym, co najbardziej mi się spodobało jest delegacja dzikiego narodu Osagów, do Msg du Bourg’a. [Ich] Wódz przybył do Saint Louis i zaprosił go do nich ; [Biskup] uda się tam w przyszłym miesiącu z kupcami z Missouri, którzy obiecali na wszelkie sposoby pomóc, aby został potraktowany z szacunkiem pośród tego ludu, trochę jak kupcy portugalscy względem świętego Franciszka Ksawerego... 203
Do swojej kuzynki Józefiny kieruje list na jej pięćdziesiąte pierwsze urodziny. Po zapewnieniu w nim o wierności swoich uczuć względem drogich kuzynów przypomina, że tego roku Missouri stało się jednym ze sfederowanych stanów Republiki, że Saint Louis jest jego stolicą na sześć lat, i w końcu, że osobą najbardziej wybitną w mieście jest Generał Pratte, całkowicie oddany sprawie zakonnic Sacré Coeur. Projekty praw są w trakcie opracowania. Punktem najbardziej dyskusyjnym jest dopuszczenie niewolnictwa. Okazuje się, że wszystkim posiadającym niewolników pozwolono ich zachować, i chociaż będą do nich należeć jeszcze dzieci ich niewolników, zostanie jednak wstrzymany handel niewolnikami pochodzącymi z Afryki.
Drugi rok szkolny zaledwie się rozpoczął, kiedy to Filipina ciężko zachorowała. Monseigneur du Bourg wielokrotnie przyjeżdżał ją odwiedzać i przywoził ze sobą doktora Todsen’a z Saint Louis, Filpina wolała jednak lekarza z wioski, który bezpłatnie wziął jej przypadek w swoje ręce. Przez dwa miesiące musiała pozostawać w swoim pokoju, w prawdziwym pokoju, na który nie mogła się nie zgodzić przynajmniej na czas choroby, zamiast komórki pod schodami prowadzącymi na pierwsze pietro. Jednakże w odczuciu Filipiny, z „dziurką” tą wiązało się wiele korzyści: ubóstwo, ciasnota, brak komfortu, a zwłaszcza bliskość kaplicy. Drażniła ją więc ta przymusowa rola rekonwalescenki, czyniąca ją niezdolną do zajmowania się Matką Oktawią, którą właśnie unieruchomił w łóżku upadek. 30 października roztacza przed Matką Barat opowieść o tym, co wydarzyło się jesienią we Florissant, i o działaniu łaski, jakie dokonało się w jej duszy:
Nigdy bardziej nie potrzebowałam listów od ciebie i nigdy nie dawały one tak (długo) na siebie czekać. Na koniec pojawia się powierzona Panu de Menou paczka, która pociesza nas listami od ciebie, od drogiego Ojca Varin, od sióstr; i nadzieją, że trochę ich przyjedzie. Moje poprzednie listy, które musiały cię zaniepokoić o zdrowie Matek Oktawii i Eugenii, dają ci odczuć potrzebę (przyjazdu) nowych sił, a ten (list) tego samego ci dowiedzie. Po tym, jak te wielkoduszne chore wyzwolone zostały od wszelkich swoich wezykatoryjnych upustów krwi204, sama popadłam w chorobę, która, (wraz) z rekonwalescencją trwała dwa miesiące. Otrzymałam Święty Wiatyk i nigdy nie byłam tak bliska oglądania Boga. (Wcześniej) tyle razy towarzyszyło mi palące pragnienie, aby z Nim być, (a) w chwili, gdy mogłam mieć na to nadzieję, odczułam tylko pustkę mych dokonań, dokładność Boskich sądów i twardość mego serca.

Zachorowałam na różę, która wędrowała mi po całym ciele z towarzyszącą (jej) gorączką, a po zniknięciu zmian pozostała jeszcze gorączka żółciowa. Ponieważ (i) na głowę mi się rzuciło, Monseigneur, który był tak dobry, że przybył wraz ze swoim lekarzem, kazał mi zaraz nałożyć trzy wezykatoria i dwa synapizmy205. Od tej pory nie miałam już majaków, ani nie brałam już więcej rtęci, którą szeroko stosuje się w amerykańskiej medycynie, a której złe skutki (mocno na sobie) odczułam: bóle jamy ustnej, nieustanne ślinienie, osłabienie nóg i głowy, do tego stopnia, że przez długi czas pracowała ona wciąż nad myślą, że byłam dwiema osobami: i mówiłam, że gdyby jedna z nich umarła, to jedna z nich nadal by została. I jej szukałam. Nim zakończę o sobie, musisz wraz ze mną podziwiać (Boską) Opatrzność. Pewien młody amerykański lekarz traktował mnie z synowską czułością, jak matkę, bo odnajdywał we mnie podobieństwo do swojej (własnej); pewnego przedpołudnia przyszedł aż cztery razy, a (teraz) nie chce nic za wizyty.

Ledwie odzyskiwałam siły, kiedy M. Oktawia pozwoliła sobie upaść w swoich pięknych butach z czarnego weluru, przywiezionych z Francji i bardzo śliskich od spodu. Złamała kość w nodze i oto na trzydzieści czy czterdzieści dni w łóżku; jest dopiero siódmy, a wczoraj miała gorączkę z majaczeniem. Dzisiaj czuje się lepiej, ale już bardzo znużona swoją pozycją leżącą.

Nim zakończę artykuł o chorobach, poproszę cię, abyś uzyskała dla nas opinię P. Laënnec’a206 w sprawie rtęci. Uważa się ją tu za najlepszy lek przeciwgorączkowy, konieczny na żółtą febrę; lecz używa się jej prawie na wszystkie dolegliwości. Byłam po niej tak chora, że powiedziałam Monseigneur’owi, iż lekarstwo było gorsze od choroby i że na przyszłość ustalę z naszymi doktorami, aby jej nigdy wobec nas nie stosowali. Uważa to za dobre (rozwiązanie).

Monseigneur, cała diecezja, i my w szczególności doznałyśmy wielkiej straty w osobie Ks. de Andreis, prowincjała Lazarystów, pierwszego wikariusza generalnego, o nadzwyczajnej wiedzy, wielkiego świętością i utalentowanego w swojej posłudze... Ks. Richard, nasz pierwszy spowiednik, zastępuje go w świętości i jako (nowy) generalny wikary; ale nie zdołał nauczyć się angielskiego i nie ma takiej wiedzy... Na czele Lazarystów stanął teraz Ks. Rosati. Przysłał nam z Barrens postulantkę i proponuje drugą. Jest to wyraźnie najlepsza z tych, jakie miałyśmy, ale może być tylko Siostrą... Jakaż to trudność przekazać zrozumienie życia zakonnego osobom odmiennego języka, nie mającym żadnego o nim wyobrażenia, z (jego) zwyczajami, odżywianiem, ubiorem, wszystkim innym.” 207
Mary Layton przystosowała się do klasztornego życia ze zdumiewającą odwagą, okazała się tak gorliwa i spisywała tak dobrze, że Matka Audé, której powierzono jej formację, oświadczyła, że może już przywdziać święty strój zakonny. Biskup udzielił na to swojego pozwolenia, nie był jednak obecny na tych pierwszych obłóczynach Amerykanki na wschód od Mississipi. Przybył do klasztoru 18 listopada, aby pozdrowić zakonnice przed swoim wyjazdem do Nowego Orleanu, gdzie, jak liczył, będzie tym razem przyjęty z należytym poszanowaniem. 22 listopada siostra Mary Layton przyjęła habit; rozpoczęła się dla niej długa droga gorliwej służby, mającej trwać ponad pół wieku w Zgromadzeniu Sacré Coeur.
29 lutego Ojciec Delacroix wmurował kamień węgielny nowego kościoła przylegającego do klasztoru we Florissant. Obrzęd był bardzo prosty, lecz przepojony wielką radością, bo nadzieja zdawała się konkretyzować: kościół poświęcony Najświętszemu Sercu Jezusa wznosił się na amerykańskim „pograniczu”, a kamień węgielny podała sama Filipina Duchesne. Przez szacunek dla jej najdroższych ślubów święty Franciszek Régis został wybrany na drugiego patrona kościoła, wybór zadziwiająco profetyczny: ołtarz ku czci tego świętego wzniesiono w kaplicy klasztoru. W wigilię ceremonii serce Filipiny napełniała nadzieja i obawa, kiedy pisała do Matki Barat:
Długo pozbawiona byłam wiadomości od ciebie; lody Missisipi zatrzymały w zimie parostatki. Korzystając z odwilży przybył właśnie w końcu jeden z nich i przywiózł mi wiele paczek listów, z których szereg miało daty sprzed 19 miesięcy, inne były z kwietnia, maja, a na koniec z miesiąca sierpnia. Ponad miesiąc temu otrzymałam jeden z nich, z miesiąca września, od Ojca Barat, naszego drogiego protektora. Wysłał mi triplikat banknotu 571 gurdów, który pospiesznie dałam a konto temu, któremu jesteśmy winne 10 000 fr. i który, jak mówią, opierając się na hipotece i na skrajnej trudności posiadania pieniędzy przez osoby (takie), jak my, ma widoki na nasz dom. Wolę odrzucać tę myśl, jako dla niego obraźliwą, a (także) znieważającą wobec Boskiej dobroci, której Opatrzność ukazuje się nam na tysiące sposobów...

Jutro zostanie położony pierwszy kamień kościoła Monseigneur’a przylegającego do naszego domu, gdzie będzie się sprawować służba parafialna... Dom dla eksternistek ukończono na nasz koszt i opłacono. Kiedy wszystko było gotowe, nikt do niego nie przyszedł, pod pretekstem złych dróg i mrozu. Uda się to na wiosnę. Mam nadzieję, że od teraz do tego czasu będziemy miały dwie nowicjuszki (będące) w stanie utworzyć klasę amerykańską. M. Oktawia prowadzi tę klasę w pensjonacie... Co do Irlandki, byłam pod urokiem jej listu, a pod kątem języka angielskiego będzie bardzo przydatna. Trzeba jej jednak przedstawić rzeczywisty obraz naszej sytuacji: ograniczenie we wszystkim, zwłaszcza co do mieszkania, bo nie wiemy nawet, gdzie złożyć nasze robótki, przybory do pisania, żadnego stołu dla siebie, jedzenie często obrzydliwe i mało urozmaicone, siarczysty mróz, przytłaczający upał, żadnej wiosny. Sam Bóg i pragnienie Jego chwały: jest tylko to.

Po nowennie odprawionej w tej intencji, zdeklarowały się w pensjonacie trzy powołania: młode osoby (w wieku) od 16 do 18 lat, dwie Amerykanki i jedna Francuzka, ta ostatnia ma przyzwolenie (rodziny)... Druga jeszcze go nie ma, trzecia jest sierotą, opiekun nie czyni przeszkód. Ma 16 lat, sama gotuje z zadziwiającą łatwością, zna się na wszystkim i byłaby bardzo odpowiednia do nauki, gdyby nie było dla jej duszy korzystne pozostać nieco w uniżeniu (Mary Ann Summer)... Dobrze mówi w obu językach, pisze w nich i czyta ze zrozumieniem, któremu nic nie można dodać.” 208
Rok 1821 wypełniały radości, troski i nadzieja. Marzec zaczynał się pod dobrymi auspicjami listów z Francji, których przybycie było zawsze dla wspólnoty wielkim wydarzeniem. List Monseigneur’a du Bourg’a opisywał święty entuzjazm, z jakim przyjęty został w Luizjanie, i udzielał zgody na obłóczyny postulantek. 7 marca Filipina pisze jeden ze swoich długich lisów do Ojca Barat. Pisze tak, jak gdyby mówiła, z uroczą żywością i właściwym dla niej poczuciem humoru w sercu najbardziej nawet poważnych tematów. Przy pełnej znajomości otaczającego ją świata, jej uniesienie ducha objawia nadprzyrodzoną atmosferę, w jakiej żyła.
Czy powinnam się radować czy lamentować nad wyjazdem Ojców Jezuitów z Rosji? Jeśli niektórzy z nich, powracając z Syberii, szukają misji z tym samym rodzajem pracy i z tym samym klimatem przez dużą część roku, mogą przybyć do naszej części globu. Potrzeba dusz tego wymiaru, aby tu wytrwać; a jeśli jadą na misję do dzikich, mogą mieć nadzieję na męczeństwo z ręki Indian, lecz z o wiele większą pewnością z ręki tych, którzy z nimi handlują... Napisałam do naszej Matki w ubiegłym miesiącu. Podała mi nowiny o agonii mojej drogiej Alojzji. Kiedy jednak jest się tutaj po drugiej stronie oceanu, można jedynie mieć nadzieję, że tych, których się kocha zobaczy się w raju. Tam to ich sobie wszystkich wyobrażam... Z natury jestem bardziej przeznaczona do tego, aby być sługą. Ktoś kierujący duszami potrzebuje czegoś całkiem innego (ode mnie)... Bóg jednak wykonuje swoją pracę... „
Podczas, gdy Matka Duchesne używa wobec siebie określeń równie krytycznych, należy przytoczyć to, co miały do powiedzenia na jej temat inne zakonnice w swoich listach adresowanych do Francji. W kwietniu 1821 roku Matka Berthold pisze do Matki Barat:
Nadprzyrodzona miłość zacieśnia coraz bardziej więzy, jakie mnie jednoczą z naszą Matką (Przełożoną), jestem jej posłuszna, ale miłość, jaką dla niej mam pozbawia mnie zasługi posłuszeństwa, albo niekiedy odwraca (mnie od) jego (nadprzyrodzonej) intencji. Jesteśmy przy niej takie szczęśliwe! Upłynęły już jej trzy lata (przełożeństwa), lecz, moja bardzo (czci)godna Matko, nie ulegaj jej prośbie, aby ją złożyć (z urzędu). Co byśmy zrobiły? W jej małej rodzinie jest teraz siedem osób, co byśmy bez niej zrobiły? Bardzo się wzajemnie kochamy i wszystkie nasze serca stanowią jedno z jej sercem. Zresztą obecnie zna ona kraj, charakter mieszkańców, inna byłaby ledwie czeladnikiem.”
Następnego dnia Siostra Katarzyna Lamarre pisze do Matki Prévost do Amiens: „Ostatniej jesieni byłyśmy przekonane, że stracimy naszą drogą Matkę Duchesne, ale nasz Boski Mistrz wie, jak bardzo jest nam konieczna, i dlatego przywrócił jej zdrowie. Jakaż by to była straszliwa strata, gdyby została nam zabrana! Niech Najświętsze Serce będzie po tysiąc razy błogosławione za to, że ją uratowało!”
Podczas ceremonii 19 marca, Emilia Saint Cyr, kończąca właśnie swoje piętnaście lat, otrzymała habit zakonnicy chórowej, a Mary Ann Summer, mająca szesnaście lat, stała się siostrą koadiutorką. Inna uczennica pensjonatu również z przejęciem przyglądała się obrzędowi. Usłyszała bowiem wezwanie Chrystusa, lecz jej matka nie udzieliła odpowiedzi na trzy listy napisane do niej na ten temat. Oczekiwanie zaczynało już niepokoić Eulalię Hamilton, tak więc i Matka Duchesne chwyciła za pióro, aby prosić Ojca Rosati’ego o wstawienie się u rodziny za tą młodą dziewczyną.
Wiosna pojawiła się we Florissant wraz z ciężkim wozem, który wyjechał z rozpędem z rue du Marché w Saint Louis, kierując się w stronę klasztoru, aby przywieźć Matce Duchesne praktyczne prezenty od jej bardzo wiernych przyjaciółek, Urszulanek z Nowego Orleanu. „Baryłki cukru, ryżu, dorsza, suche rodzynki, konfitury”, notowała z wdzięcznością. Były jeszcze przed nimi cztery tygodnie Wielkiego Postu, więc dorsz stanowił upominek całkiem pożądany; zachowywano go jednak raczej dla uczennic, niż dla zakonnic. Na początku kwietnia można wyczytać w Dzienniku Matki Duchesne, jak bardzo najmniejsza nowina przychodząca z Francji była dla niej cenna. Dla wzmocnienia więzi między rodzimym pniem, a kruchym przeszczepem transplantowanym na amerykańskie „pogranicze”, istotny był każdy szczegół. Filipina zwięźle podsumowuje nowiny i zapisuje nazwiska zakonnic, które znała niegdyś, w czasach wydających się jej obecnie bardzo odległą przeszłością.
3 kwietnia; dowiadujemy się, że Rada Generalna Zgromadzenia dobiega końca. Najważniejszą decyzją było przeniesienie klasztoru z rue des Postes do Pałacu Biron, rue de Varennes, na przedmieściu Saint Germain w Paryżu. Matka de Charbonnel jest pierwszą Asystentką Generalną, Matka Bigeu drugą i Mistrzynią Nowicjatu. Innymi Matkami Radnymi są Matki: Grosier209, de Gramont210, Desmarquest211, Geoffroy212, Prévost213, Deshayes214.”
Z Grenoble Matka Duchesne otrzymała nowiny, które dotyczyły jej bardziej osobiście. Podczas, gdy Alojzja dobiegała kresu swego krótkiego i świętego życia, siostra jej, Amelia, i kuzynka, Karolina Lebrument, wstępowały w Sainte-Marie do postulatu. Natomiast Melanię, jej ukochaną siostrę215, mianowano dyrektorką szkoły Wizytek w Romans.
Wielki Post stanowił zawsze dla Filipiny okres intensywnej gorliwości. Tego roku zachęciła wspólnotę do szczególnego wysiłku w tygodniu poprzedzającym święto Współcierpienia Matki Bożej216, aby otrzymać od Jerzego Hamiltona nie jedną, ale dwie jego córki za nowicjuszki. Spodziewana odpowiedź nadeszła w samym dniu tego Święta, i serce Filipiny napełniło się wdzięcznością. Tego dnia dowiedziała się również z ulgą o wyjeździe John’a Mullanphy’ego do Francji. Przez kilka przynajmniej miesięcy nie będzie jej już nachodził, a ponadto jego wyjazd stanowił bezpłatną okazję do całkiem bezpiecznego przesłania listów.

Rozterki Matyldy Hamilton wymagały interwencji Ojca Dunand’a, który był jej chrzestnym. Pewien jej powołania sam udał się do jej domu, spotkać się z nią w rodzinie. Nawykły do wyboistych dróg Missouri wyruszył bryczką do Fredonii, aby dziesięć dni później wrócić z triumfem swoim starym, konnym zaprzęgiem z Matyldą u boku, dokładnie po to, aby zdążyć na pierwszy piątek maja i ceremonię obłóczyn Eulalii Hamilton, która przybrała imię Régis. Ojciec Dunand nie pomylił się, co do Matyldy. Pomimo trudnych chwil podczas nowicjatu, stanie się ona wspaniałą zakonnicą. Trapista miał jeszcze satysfakcję być w czerwcu obecny na jej obłóczynach. Niedługo potem wyjedzie z Florissant do Francji i do milczenia la Trappe. Filipina na modlitwie wyrażać mu będzie swoją wdzięczność i wierność.




Directory: images
images -> Lokalna strategia rozwoju lokalnej grupy działania „lider zielonej wielkopolski” na lata
images -> „ Gra tajemnic reżyseria Morten Tyldum. Czas projekcji 110 minut
images -> Wykład z polityki gospodarczej Temat 3 Polityka pieniężna I walutowa Pojęcie I cele
images -> Skarżyski klub szaradzistóW „anagram” zał. 12 maja 1958 roku przy miejskim centrum kultury im. Leopolda staffa 26-110 skarżysko-kamienna, ul. SŁOwackiego nr 25
images -> Załącznik 1
images -> Postępowanie znak: sz-2100-13(52/ZP/07)-07
images -> Spzoz/ZP/…
images -> Xviii konferencja naukowo – szkoleniowagastroenterologii klinicznej wp
images -> Załącznik nr 3 do siwz opis przedmiotu zamówienia (opz) dot przetargu nieograniczonego znak: A/ZP/szp. 251-37/16 na: „dostawę wraz z wdrożeniem zintegrowanego elektronicznego systemu zarządzania dokumentacją medyczną”

Pobieranie 2.06 Mb.

Share with your friends:
1   ...   5   6   7   8   9   10   11   12   ...   26




©operacji.org 2020
wyślij wiadomość

    Strona główna