Louise callan, rscj


OFIARA ROZDZIAŁ 6 Pierwszy rok w Saint Charles



Pobieranie 2.06 Mb.
Strona8/26
Data25.10.2017
Rozmiar2.06 Mb.
1   ...   4   5   6   7   8   9   10   11   ...   26

OFIARA

ROZDZIAŁ 6



Pierwszy rok w Saint Charles



1818 - 1819

Wszak nie oczekiwałyście, że będziecie mieszkać w Saint Louis?” 169 Pytanie Biskupa rozbudzało w Filipinie wszystkie emocje, które starała się wyciszyć, aby zapanować nad swoiym rozgoryczeniem. Zaprzęg i jego eskorta księży posuwał się wzdłuż rue du Marché w kierunku Starego Fortu. Wóz wlókł się ciężko z tyłu, a Filipina się modliła. Musiały przebyć „wspólne pole”, by znaleźć się na błotnistej, zatłoczonej, wyboistej „drodze królewskiej”; pojazd zapewniał swym pasażerkom bardzo umiarkowaną wygodę.

Tak, oczekiwała, że będzie mieszkać w Saint Louis. Matka Barat również miała taką nadzieję, a biskup sam ją o tym zapewnił, kiedy uległa jego prośbie posłania mu misjonarek. Filipina zamierzała pracować z dziećmi indiańskimi, nigdy nie przyszło jej na myśl otwieranie szkoły dla dzieci amerykańskich, czy kreolskich, kiedy rozmawiała w Paryżu z Monseigneur’em du Bourg’iem. Kiedy to było? Już piętnaście miesięcy temu! Biskup podkreślał potrzebę obecności misjonarzy pośród Dzikich urodzonych w Ameryce. W Nowym Orleanie zaczęła podejrzewać, jakiego typu pracy Msg du Bourg od niej oczekuje, nie pozwalała sobie jednak na uleganie zniechęceniu. W drodze do Saint Charles uzmysławiała sobie stopniowo przyziemną prawdę170.

Wciąż się modląc przypominała sobie inne słowa, które Biskup, jak mówił, napisał do niej w liście, którego nigdy w Nowym Orleanie nie otrzymała. Wysłał go 28 czerwca. Jakim sposobem list ten mógł się zagubić?171 „Przybyłaś, jak mówisz, szukać krzyża. O! Jakże dobrze trafiłaś, aby go znaleźć!” 172 Posuwała się rzeczywiście „drogą królewską”, wiodącą je teraz przez pofalowane krajobrazy ku zachodowi. Wokół roztaczały się olbrzymie równiny regularnie poprzecinane przez strumienie, dębowe starodrzewy, kasztanowce czy sykomory. Na hurmach owoce były jeszcze twarde, bo stają się soczyste dopiero po pierwszych jesiennych mrozach. Wzdłuż drogi, prześwietlone przez niebieskie szałwie i kwiaty słonecznika, ciągnęły się zarośla dzikich jagód. Widać było na trasie pewne oznaki zamieszkania: chatę z bali, a obok pole pokryte ścierniskiem, świeżo ścięte gałęzie drzew na budowę domu, pasmo dymu wskazujące na miejsce obozowiska. Pył wzbijał się nad drogą, dzień był bardzo gorący, a jednak jesień naznaczała już wieś swoim piętnem.

Co powiedział jej Biskup na temat angielskiego? „Język ten jest równie konieczny, jak chleb (i) że mając pięćdziesiąt lat już nie można się go nauczyć.” 173 Z całą pewnością Opatrzność pomoże jej w tym, jak również i w innych rzeczach. Droga wznosiła się po raz ostatni i biskup objaśniał, że zbliżają się do skarpy biegnącej wzdłuż południowego brzegu Missouri. Te stromizny sięgały w głąb lądu bardzo daleko od rzeki, zostawiając przed sobą wielkie połacie prerii. Saint Charles w wielu aspektach przypominało Saint Louis, i Monseigneur nie omieszkał dowartościować wszelkich tego korzyści.
Za prom do Saint Charles odpowiedzialny był Lafrenière Chauvin. Zapewniał solidny załadunek, znających rzekę flisaków i bezpieczną przeprawę. Wyładowano wóz, który w tym samym dniu powrócił do Saint Louis. Inny odebrał rzeczy na przeciwległym brzegu rzeki. Konie powierzono mężczyźnie na molo i grupka ruszyła pieszo w stronę domu położonego na szczycie wzniesienia.
Saint Charles było pierwotnie ośrodkiem handlu Białych z Indianami na północnym brzegu Missouri, o trzydzieści mil od jej ujścia do Mississipi, w miejscu, gdzie rzeka zwraca się od północy ku południowi. Pierwsze ulice wioski zbudowano niemal równolegle do rzeki, lecz drogi pnące się wzdłuż skarpy na dwóch poziomach były strome i stanowiły niebezpieczną pochyłość dla wozów i jeźdźców. Blanchette Chasseur, francuski Kanadyjczyk, wybrał to miejsce i osiedlił się w nim w roku 1769, który był również rokiem narodzin Filipiny. Przez ponad trzydzieści lat uważano go za gubernatora cywilnego i wojskowego „Les Petites Côtes”. Pierwsze szałasy i pierwsze domy wzniesiono w pewnej odległości od rzeki, tam gdzie skarpy spadają stromo na dobrze osłoniętą zatokę. Pas drzew wieńczył płaskowyż, a prerię wykorzystano na farmy i pastwiska.

Kiedy angielscy koloniści z wybrzeża atlantyckiego ogłosili niepodległość, Blanchette Chasseur kierował we wsi budową drewnianego kościoła. Misjonarze, którzy ciągnęli w te okolice byli szczęśliwi spotykając się z dobrym przyjęciem w domu założyciela, gdzie usługiwała im jego indiańska żona Pawnee. Wraz ze śmiercią Blanchette’a w roku 1793, francuską nazwę „Les Petites Côtes” zastąpiono nazwą hiszpańską „San Carlos de Missouri”, chociaż francuski język i obyczaje przeważały jeszcze przez wiele lat.

Każdy wieśniak miał swój skrawek ziemi, część wspólnego pola do uprawy, prawo do pastwiska i ścinania drzew wokół tego pola. Lęk przed osiedlonymi w pobliżu Indianami przyczyniał się prawdopodobnie do takiej organizacji. Osagowie koczowali nad Missouri przy ujściu do niej rzeki Kansas, Siuksowie ponad „Moines” nad Mississipi, Kickapoo’wie w okolicy „San Carlos”, którego ludność w tamtych czasach składała się w dużej mierze z Indian i Kanadyjczyków.

Inny Kanadyjski Francuz, Franciszek Duquette, również odcisnął w tym miejscu swoje piętno. Przybyły on za młodu do Górnej Luizjany i zamieszkał przez jakiś czas w Sainte Geneviève. Następnie wyprowadził się stamtąd, aby osiąść w Saint Charles, gdzie uzyskał teren na południu wioski. Tam wybudował pionierski dom, „dom z pogranicza”, wystarczająco obszerny, aby w swoim czasie uzyskał miano „siedziby”. Skonstruowany na modłę francuskich kolonistów, z bali z białego dębu, miał spadzisty dach pokryty gontem i otaczającą galerię szerokości półtora metra. Duquette poślubił Marię Luizę Beauvais z Sainte Geneviève, i wprowadził ją do swego nowego mieszkania w chwili, kiedy we Francji szalała Rewolucja. Dom Duquette stał się religijnym ośrodkiem katolików z Saint Charles, bo księża rzadko mogli przybywać do miasta. Obrzędy odbywały się w niedziele i w Wielkim Poście, kiedy to Franciszek Duquette odczytywał modlitwy i fragmenty Ewangelii. Był handlarzem skór, i chociaż handel nie zawsze był w rozkwicie, wraz z żoną żyli wygodnie i cieszyli się u wszytkich w mieście wielkim poważaniem.



Duquette zmarł w roku 1816. Wdowa po nim zaczęła wtedy przyjmować w swoim domu pensjonarki, w tym rodzinę wielebnego Tymoteusza Flint’a. Jej „spokojna i wygodna rezydencja” położona była pomiędzy pierwszą a drugą skarpą, w niewielkiej odległości od wioski, w miejscu dobrze osłoniętym przez drzewa owocowe i zarośla. Do tego właśnie domu Monseigneur du Bourg przyprowadził zakonnice Sacré Coeur. Pani Duquette przyjęła je serdecznie i przekazała Filipinie siedzibę złożoną z siedmiu umeblowanych pokoi, zachowując dla siebie małe pomieszczenie, z którego zresztą nigdy po przybyciu zakonnic nie korzystała. Matka Lucyla Mathevon, która tam później zamieszka, przekazała nam opis tego miejsca: duży centralny pokój mierzył dziewięć łokci na dziewięć174, z każdej strony trzy małe pokoje liczyły po sześć łokci na trzy; każdy z nich miał troje drzwi i dwa okna, tak, że można było wejść do domu, bądź przez drzwi frontowe lub tylne drzwi dużej sali, bądź przechodząc przez galerię do każdego z pokojów bocznych. Drzwi komunikacyjne pozwalały przechodzić z jednego pokoju do drugiego. Ponad salą był rodzaj strychu, na który wchodziło się po opartej o mur drabinie; dwa duże kominki ozdabiały to pomieszczenie centralne, a cztery małe rozlokowane były w pokojach na rogach domu. Matka Duchesne opowiada o wprowadzeniu się do domu w swoim Dzienniku:
Pani Duquette przyjęła nas miło 7 września, nazajutrz urządziłyśmy pospiesznie ołtarz i Biskup odprawił mszę w naszej intencji. Kiedy pojechał do Portage des Sioux przygotowałyśmy w domu małą kaplicę. Monseigneur odprawił tam Mszę i zostawił nam Najświętszy Sakrament: nasz największy Skarb. Odjechał 12, mianowawszy księdza Gerarda tutejszym proboszczem. Będzie on mieszkał w domku obok naszego domu i będziemy miały mszę w niedziele w naszej kaplicy, w dni tygodnia również... Umieściłyśmy w kaplicy obraz Świętego Régis’a, przed którym odmówiono tyle modlitw za amerykańskie misje. Został on wybrany na szczególnego patrona tego domu, zgodnie z obietnicami złożonymi w Paryżu, za pozwoleniem naszej Matki Generalnej, pod warunkiem, że uzyska dla nas upraszaną łaskę. Złożyłyśmy wtedy ślub wzniesienia relikwiarza na jego cześć i obchodzenia jego święta, jako święta patronalnego domu. Monseigneur wszystko to zatwierdził.”
Opisując nowy klasztor Matka Duchesne nazwała go „schronieniem” porównując rozmiar dużej sali z rozmiarami rozmównicy w paryskim klasztorze. W ciągu dnia była to sala klasowa, która po godzinach lekcyjnych stawała się salą studium lub rekreacji, a w nocy pełniła rolę sypialni. Kiedy w październiku przybyły pierwsze pensjonarki, spały na materacach rozłożonych w tym pomieszczeniu na podłodze, podobnie jak Matka Duchesne, Matka Audé, Matka Berthold i siostra Lamarre, natomiast Siotra Manteau rozkładała swój siennik w kuchni.
Pierwszy list Matki Duchesne na temat tego małego klasztoru na prowizorycznych krańcach cywilizowanego świata, na „pograniczu”, zaadresowany był do Matki Barat 12 września i posłany do Saint Louis za pośrednictwem biskupa, który sam nadał go na pocztę. Był to list odważny, w niczym nie okazujący wielkiego rozczarowania, które tak bardzo Filipinie ciążyło. Biskup był w nim postacią centralną; przytaczano jego poglądy i zajęcia, jego kłopoty wymieniano ze współczuciem. Poruszono pewne dotyczące go problemy, również pewne nadzieje, ale już wtedy odnieść można wrażenie, że nad misją w Saint Charles ciąży porażka. Biskup oczywiście próbował dodać zakonnicom odwagi, nęcąc je wielką posiadłością we Florissant, wcale jednak nie miał zamiaru oddawać im tego, co tam posiadał. Pewne jest to, że 12 września 1818 roku musiała Filipina uczynić wielki wysiłek, aby ukryć całą gorycz swojego serca przed przyjaciółką, która zawsze ją rozumiała.
Po tym, jak w myślach przenoszono mnie, i to kolejno, do Saint-Louis, Sainte-Geneviève, Florissant i Saint-Charles, to ostatnie miejsce przeważyło, aby umieścić nas w miejscu Ameryki jakby najbardziej od ciebie odległym ze względu na konieczne objazdy i postoje, aby tam dotrzeć. Monseigneur, którego wzrok sięga daleko, uważa to miejsce za bardzo ważne, bo jest najpewniejszą siedzibą nad Missouri, o trzy mile od jej połączenia z Mississipi (która jest w tym miejscu mniej od niej wartka), a której brzegi zasiedlane są z każdym dniem przez emigrujących ze wschodu Amerykanów, lud bardzo wędrowny; i w nadziei, że Saint-Charles będzie (kiedyś) wielką bazą handlową między Stanami Zjednoczonymi a Chinami; bo w Górnej Missouri jest rzeka, która dopływa do Oceanu Spokojnego, w miejscu, gdzie przebycie morza, aby dotrzeć do Azji zajmuje zaledwie piętnaście dni175.

Na razie wszystko jest tu skrajnie rzadkie i drogie; nie (da się) znaleźć robotników za 10 f. dziennie; wynajmujemy dom, ale za mały i za drogi...

Jeśli nie zajmiemy terenu w Saint-Charles, mamy również wielki we Florissant; co do Saint-Louis, wcale nie widzę tam (możliwości) pobytu. Monseigneur ma tam dostatecznie (dużo) zmartwień. Swoją atencję okazał nam zwłaszcza podczas podróży do Saint-Charles, towarzysząc konno naszemu pojazdowi, pomagając nam wchodzić i schodzić z promu na rzece, doprowadzając nas do naszego mieszkania, gdzie (też) często składał nam wizyty...

Monseigneur przeznacza na misje w Missouri księży, którzy przybędą z Rzymu, bo Ojciec Święty bardzo interesuje się tym krajem, którego nie nazywają już Górną Luizjaną, ale terytorium Missouri, a wkrótce Stanem. Ci, którzy przeszli przez wodę z naszymi bagażami i zawieźli je później na wozie do domu nie chcieli ani centa mówiąc, że przedstawiamy N. P. J. Ch. Protestanci, co do których Monseigneur chce, abyśmy nie odmawiały (przyjmowania ich) córek, mówią że kiedy odbywa się u nas edukację, nie można już z tego wyjść. Monseigneur pobudza nas swoim przykładem, i mówi, że jesteśmy ziarnkiem gorczycy; że przygotowują się największe dobra; był bardzo zadowolony z naszej zakrystii; a jest jeszcze bardziej z Eugenii i Oktawii... ” 176
14 września matka Duchesne otworzyła w Saint Charles pierwszą bezpłatną szkołę dla dziewcząt na zachód od Mississipi. Dzieci z wioski, zebrane przez księdza Richard’a, przychodziły uczyć się tam podstawowych prawd wiary, a jednocześnie wdrażać do czytania, pisania i rachunków. Dla Filipiny był to praktyczny sprawdzian Reguły Magdaleny Zofii Barat, która uwzględniała posługę względem tej klasy dzieci i ich kształcenie. Wkrótce przynajmniej ta część Reguły była w pełni stosowana. Dzieci miały trudny charakter, były niezdyscyplinowane, ale tworzyły grupę, której Matka Duchesne poświęcała się całym sercem, uszczęśliwiona z odkrycia, że większość z nich mówi po francusku. Stopniowo reagowały one na wysiłki zakonnic i z czasem wytworzył się klimat serdecznego poszanowania czyniący ze szkoły gościnne miejsce, w którym mógł się rozwijać kult Najświętszego Serca. Wkrótce utworzono klasę eksternistek opłacających koszty szkolnego nauczania. Była to mała grupka Kreolek, Metysek, Mulatek, których program nauczania był niemal równie elementarny, jak w szkole bezpłatnej. Kiedy pozwalała na to pogoda, lekcja z jedną grupą odbywała się na galerii, podczas gdy Matka Duchesne nauczała drugą grupę w dużej sali wewnątrz domu. Górował on nad zdradliwymi wodami Missouri i nad prerią na drugim brzegu. Często przepływające rzeką łodzie były niekiedy bardziej interesujące od katechizmu, alfabetu czy arkan arytmetyki. O wyznaczonej porze wszystkie dzieci zbierały się na modlitwę i śpiew pieśni religijnych. Spotkania te odbywały się w dużym pomieszczeniu przy otwartych drzwiach kaplicy.

W sobotę 3 października pensjonat otworzył swe podwoje przed generałem Pratte’m, który, zgodnie z obietnicą przywiózł do Saint Charles Emilię, Teresę i ich kuzynkę, Pelagię Chouteau. Dzieci, mimo czekających je niewygodnych warunków, były zachwycone z ponownego ujrzenia zakonnic. Od czasu spotkania z nimi w Saint Louis Pelagia była bardzo przywiązana do Matki Duchesne, a uczucie to pogłębiało się z czasem, aż do śmierci dziewczynki w roku 1823. Tę radosną trójkę kuzynek powierzono szczególnej pieczy Matki Oktawii, lecz wszystkie pięć zakonnic po kolei zajmowało się pensjonarkami.

1 października Generał Pratte przywiózł pocztę z Francji: listy Matki Generalnej, Ojców Barat i Perreau, oraz kopię listów kardynałów Litta i Fontana, przekazujących błogosławieństwo Papieża Piusa VII dla amerykańskiej misji. Listy te nosiły daty sprzed 6 miesięcy, co nie umniejszało ich wartości. Matka Duchesne wczytywała się w nie, wciąż powracając do słów skreślonych ręką Matki Barat: Widzisz, że nasz Ojciec Święty (Papież) potwierdza twoją misję; była więc ona podług woli Bożej, skoro wszystko w tak podziwu godny sposób przyczyniło się do (jej) powodzenia... O! jakże będziemy szczęśliwe dowiadując się, że w końcu dotarłyście do celu.” 177

Kilka dni później Filipina odpowiada na ten list, pozwalając sobie na swobodne okazanie przepełniającej ją radości. Zbytnio tego nie podkreślając, opisuje pracę, jaką rozpoczyna mała wspólnota, i warunki, w jakich się znajduje, po czym rozwija swoją myśl:


Po długiej (naszej) tęsknocie i wzdychaniu za wiadomościami o naszym drogim Zgromadzeniu, nadeszły w końcu trzy paczki na raz... Najświętsza Dziewica w dniu sobie poświeconym zechciała do tylu innych dobrodziejstw dodać jeszcze (i) to, że stała się świadkiem założenia naszego pierwszego pensjonatu w Nowym Świecie i otrzymania kopii listów z Rzymu; przyzywamy Jej tu pod imieniem Matki Boskiej Nieustającej Pomocy178, bo tak obiecałyśmy dobrym paniom Urszulankom... Jutro odśpiewamy za to Te Deum... wcale nie widziałam jeszcze małych dzikusek; obiecano nam tylko jedną Metyskę na służącą czy postulantkę, w zależności od jej przymiotów; nie ma dla rasy tej odrazy, jaką ma się w Stanach Zjednoczonych dla murzynów i mulatów. Monseigneur oświadczył, że w ogóle nie będzie się ich przyjmować do pensjonatu i do szkoły bezpłatnej, i wyznaczył dla osób kolorowych osobny dzień (nauki katechizmu); mówiąc, że gdybyśmy je dopuściły, wcale nie będziemy miały białych... nie można przezwyciężyć w tym kraju uprzedzenia do ludzi kolorowych...” 179
Nadeszła zima, a wraz z nią nowe doświadczenia. Zaczynało brakować chleba, a w wiosce nie można było kupić już nawet mąki pszennej. Missouri zablokowały dryfujące kry i nie sposób było uzyskać jakiejkolwiek pomocy z Saint Louis. Na szczęście siostry zgromadziły w piwnicy góry jabłek, a owoce pozostawały jeszcze na drzewach w sadzie, bo zbiór był obfity i wszystko późno dojrzewało w tym roku. W dodatku studnia Pani Duquette uległa zamuleniu, a małe okoliczne źródełka skuł lód, albo, zadeptane przez zwierzęta, zamieniły się w błotniste bajora. Nie można się było również spodziewać zaopatrzenia w wodę z rzeki. Najgorsze do zniesienia było jednak zimno. W domu Duquette nie istniało centralne ogrzewanie. Rozpalano co najwyżej ogień w czterech kominkach, ale czasem brakowało opału. Ze względu na niewielką ilość pieniędzy, jaką siostry dysponowały na żywienie, często chodziły głodne, a przez to były mniej odporne na mróz. Matka Duchesne czuła, że siły jej słabną, do tego stopnia, że myślała o rychłej śmierci. Głód przyćmiewał umysł tej zwykle tak świadomej kobiety. Przysiadała przed tabernakulum w maleńkiej kaplicy, z nieruchomym spojrzeniem, nie zwracając uwagi na zimno, które zaczynało boleśnie kąsać jej stawy, już zajęte przez reumatyzm. Starała się ukrywać swoje cierpienia przed towarzyszkami, aby kontynuować swoje wyrzeczenia i postawiać im trochę więcej żywności.

W listopadzie Monseigneur du Bourg spędził w Saint Charles wiele dni. 21 listopada odprawił mszę i zakonnice odnowiły śluby w zjednoczeniu ze Zgromadzeniem we Francji. Chociaż Biskup miał w swoim posiadaniu należące do sióstr ponad 7 000 franków, nie zaproponował im żadnej pomocy materialnej i Matka Duchesne, chcąc utrzymać wspólnotę i szkołę, musiała sięgać do swoich chudych zasobów. Myślała o postawie Biskupa, nie czyniąc jednak w swych listach żadnego komentarza180. Jego nazwisko nie pojawia się nawet w długiej opowieści adresowanej przez nią do Matki Barat. Przesłanie tej korespondencji powierza Msg du Bourg’owi, aby nadał ją na poczcie w Saint Louis. Poważny ton listu jest jednak oznaką niepokoju, który ciąży nad jej umysłem i sercem:


W tym zapadłym zakątku świata, za bariery Missouri i Mississipi, wciąż nie wiem, czy otrzymałaś chociaż jeden z naszych listów; miałam jednak niewysłowioną radość otrzymać ich wiele od ciebie, od M. Bigeu, od naszego Ojca Barat, napisane zanim doszły wieści od nas; lecz twój brat wiedział, że Rebeka dotarła do Nowego Orleanu; gdyby więc chociaż jeden statek dopłynął przed innym do Bordeaux, pokonując szybciej drogę, nasze pierwsze listy wysłane w chwili, kiedy byłyśmy zaledwie u ujścia rzeki powinny zostać wam doręczone... Ten jest dziesiąty. Nie mogę powtarzać wszystkiego, co powiedziałam w tylu różnych sytuacjach, kiedy mówi się i (zaraz) sobie przeczy. Tym, co interesuje cię najbardziej jest nasz stan aktualny; jest taki, jakiego mogłyśmy pragnąć, pełen cierni, trudności, osłodzony namaszczeniem łaski i wspierany przez najdobrotliwszą Opatrzność, której ręka nigdy nas nie opuszcza i w każdej chwili daje się zauważyć... Z wszystkiego, co byłoby dla nas konieczne i o co już cię prosiłam, najbardziej przydatne będzie to, co pomoże nam żyć, bo mamy na tym świecie dusze podległe ciału; i tak, niezbędny dla nas byłby ogrodnik czy robotnik i gospodyni; lecz przywiązani do nas przez religię, w przeciwnym razie same się nimi staniemy na nasz koszt; bo każdy tutejszy biały, uważając się za równego innym, jest na równej stopie ze swoim panem i nie chce już służyć... Na ziemniaki, kapustę, patrzymy, jak wy na wyszukane dania; żadnego targu; na liwr masła i jajka czeka się, jak na fortunę i wbrew naszemu pragnieniu trzeba było skorzystać z dyspensy od jedzenie mięsa we wszystkie soboty roku; teraz, kiedy jest czas polowań, można znaleźć sarny i gęsi, lecz na wiosnę i w lecie jedynym pożywieniem jest solone mięso i ryby; wiele krów prawie nie ma mleka; nasza daje go tylko (tyle, że wystarcza) dla trzech pensjonarek i M. Oktawii, która razem z nimi jada; jeśli się je kupuje, z trudem można je znaleźć po 12 s. Butelka (jest) w zimie po 25; ponadto, przy wszystkich tych solonkach brakuje nam wody, (bo) domowa studnia jest zamulona; trzeba sprowadzać ją z Missouri, dwa małe wiadra po 18 sous za kurs. Tyle trudności kazało mi pomyśleć o budowaniu gdzie indziej niż tutaj. Ale zebrali się mieszkańcy, mianowali komisję z przewodniczącym, która wzięła wszystkie podpisy mieszkańców, aby pójść obciosać bale drzewa z gminnego (lasu) i podnieść szkielet i dach naszego domu; pozostanie nam tylko pokrycie zaprawą i urządzenie wnętrza... Małgorzata śpi w kuchni, ja w klasie dla eksternistek, moje siostry pośród uczennic, których nie będzie mogło być więcej niż dziesięć; są dopiero tylko trzy; ale zapowiedziano dalsze; mamy ponadto sześć eksternistek po 15 f. za miesiąc, i 24 darmowe (uczennice) w odrębnej klasie, przy których trzeba bardzo uważać, aby nie nazwać ich ubogimi, bo zraniłoby to (ich) rodziców i uniemożliwiło im przychodzenie (do szkoły). Widzimy z doświadczenia, (jak) i wiara nas tego uczy, że ci, którzy się gubią, gubią się z własnej winy. Dlaczego ci dzicy, którzy zachowują szacunek dla księży, nie idą do nich, aby się uczyć, jak idą (całymi) grupami prosić o whisky i się nią upijać, chociaż wiedzą, że po jej wypiciu wpadną w stan szału? Czyniłyśmy sobie słodkie wyobrażenie o nauczaniu dzikusek posłusznych, niewinnych; lecz lenistwo i pijaństwo dosięga zarówno kobiety, jak i mężczyzn, i trzeba, aby Ojcowie181 osiedlili się pośród nich, aby uczynić z nich ludzi, zanim będzie można uczynić z nich dobrych chrześcijan. Całym sukcesem nielicznych księży jest doprowadzenie do tego kilku z nich i wspieranie tych, którzy są już chrześcijanami. Nie miałyśmy jeszcze kontaktów z metysami, urodzonymi z dzikich i białych; w Saint-Charles jest ich wielu. Jednakże jestem przekonana, że Bóg miał swoje zamysły sprowadzając nas tutaj. Najświętsze Serce błyszczy już w wielu kościołach, bo wskrzesiłam swoje malarskie i kwiaciarskie talenty; wiele tabernakulów zostało przyozdobionych naszymi rękami; w Saint-Charles nikt nie umiał w kościele odpowiedzieć Amen; teraz nasze eksternistki śpiewają na błogosławieństwo i nauczyły się już kantyczek O. Barat, zwłaszcza jednej do Najświętszego Serca. Są pełne (ducha) współzawodnictwa i łatwości (do nauki)... mam już wystarczająco dużo trosk prowadząc gospodarstwo dla trzech pensjonarek przy tych niesłychanych cenach; trzeba żyć z dnia na dzień i oszczędzać nawet wodę pitną; lecz jest radość w tym ogołoceniu i w tej codziennej zależności od Opatrzności. Czerpię ją również z tego, że w dostrzegalny sposób maleję (i) ciałem i duszą; co umniejsza przed Bogiem i zapowiada koniec. Z przyjemnością zauważam, że Oktawia i Eugenia przyjmują (to) lepiej ode mnie, a ja im tylko pomagam... Opowiadając o tym, co miałyśmy we Francji, sprawia się przykrość Monseigneur’owi. Odpowiada (wtedy): „Uważałyście, że to znajdziecie? Trzeba o tym zapomnieć, nigdy nie będzie wam tak źle, jak było mnie!”...

Robimy sobie tylu przyjaciół naszymi malunkami i kwiatami, że potrzeba by nam było dużo karminu i różu roślinnego, zielonego papieru, igieł, spinek, nici, kartek z kanonem Mszy. W Grenoble nic po tym... gotujemy bez haka, bez kociołka, bez maszynki do gotowania, bez rożna, bez moździerza... „ 182
Większość listów Matki Duchesne zawiera informacje i anegdoty zapamiętane z rozmów z kapelanem lub przejeżdżającymi księżmi misjonarzami, zwłaszcza ojcem Janem Acquaroni i ojcem Marią Józefem Dunand’em. Goście przynosili drobne upominki i zatrzymywali się na chwilę, bo ciekawość popychała ich do spotkania z tymi siostrami, które nigdy nie wychodzą, a o których uczennice wypowiadają się z taką serdecznością. Filipina była miła z natury, a ci, który mogli z nią rozmawiać, nie omieszkali tego zapamiętać. Uprzejmości odwiedzających wspólnota i dzieci zawdzięczały często swoje główne danie z dziczyzny, dzikie indyki, masło, a nawet trochę wina, napoju wytwarzanego na bazie dzikich rodzynek lub wiśni, który leczył katary i rozweselał nieco ich ubogie posiłki.

15 grudnia Matka Duchesne zanotowała w swoim Dzienniku: „dzisiaj przyjmujemy postulantkę, Mary Mullen, która mówi po angielsku. Przysłał ją do nas Monseigneur. Zrozumiał, jak my, naszą potrzebę profesora angielskiego. Na szczęście wszystkie nasze dzieci mówią po francusku, dlatego Matka Oktawia może zająć się ich lekcjami, wspomagana przez Matkę Eugenię... Przyszły do nas listy z Grenoble, gdzie nasza Matka Generalna i Matka Bigeu aktualnie przebywają.” Podczas odczytywanie tych listów czas jakby już nie istniał, a Filipina odnosiła wrażenie, że znów przebywa w Sainte-Marie. Twarz jej łagodniała, a spojrzenie napełniało się smutkiem. Magdalena Zofia pisała:


Pragnęłam napisać do ciebie, moja dobra Matko, ale odkąd opuściłam Paryż nie było sposobu chwili na to znaleźć. O! odkąd jestem na twojej ukochanej górze, ileż myśli, ileż wspomnień słodkich i rozdzierających napływa falami jedne po drugich. Zda mi się jeszcze, że cię widzę, jak mnie przyjmujesz pierwszy raz, powierzając mi ten dom, tę rodzinę. Przypominam sobie, jakiej doznawałam radości, kiedy wracając z moich podróży zastawałam się w tym spokojnym ustroniu. Jakże tym razem było mi ciężko, nie tylko dlatego, że cię już nie zastałam, ale i wiedząc, że tak daleko jesteś ode mnie! Co prawda wiara przychodzi mi z pomocą, i na koniec, zapominając o sobie, znajduję cię szczęśliwą183... Pan nadal dokonuje swego dzieła poprzez sprzeczności. Nieważne, że cierpimy, oby tylko Bóg był pochwalony.

Niewątpliwie i ty musisz mieć swoją dawkę trosk i przykrości. Jak spieszno mi dowiedzieć się, jak zniosłaś podróż, czy zbliżasz się do twego drogiego Saint-Louis; czy wasze zdrowie się utrzymało, w końcu, jak się czują twoje drogie towarzyszki. Potrzeba cierpliwości. To bardzo długo od Wielkanocy nie mieć od ciebie ani linijki... ” 184
List nosił datę 21 sierpnia, dnia, w którym Filipina przybyła do Saint Louis, a Matka Barat otrzymała dopiero listy z Nowego Orleanu, powiadamiające ją o szczęśliwym przybyciu zakonnic.
Okres Bożego Narodzenia przyniósł nieco odmiany w codziennych zajęciach. Dzieci, które przystąpiły już wcześniej do pierwszej komunii, zaproszono do spędzenia Nocy Wigilijnej w klasztorze razem z pensjonarkami. Uczennice przyniosły kołdry i skóry bizonów, aby w sali klasowej przygotować własne prowizoryczne posłania. Po kolacji zebrały się wszystkie wokół płonących szczap, które migotliwym blaskiem oświetlały tę rustykalną salę o niskim pułapie i słuchały bardzo pięknej opowieści: cuda Dzieciątka Jezus przychodzącego na świat przykuwały uwagę ich serc i umysłów. Następnie odśpiewano Bożonarodzeniowe kolędy, a Matka Duchesne opowiadała o wigiliach spędzonych we Francji z dziećmi z Sainte-Marie, do których była nadal głęboko przywiązana. Kiedy siostry modliły się, albo kończyły świąteczne przygotowania, dzieci na dwie godziny poszły spać. Na dźwiek dzwonu wszyscy zebrali się w kaplicy i w przyległych pomieszczeniach na Mszę Świętą o Północy. Chrystus znowu narodził się na ołtarzu i w sercach dwadzieściorga dzieci i zakonnic, które przyjmowały Go z miłością i wdzięcznością. Następnie cisza ogarnęła ten mały klasztor, póki zakonnice nie przywołały dzieci na śniadanie. Posiłek był świąteczny dzięki Państwu Pratte’om, bo Emilia kończyła właśnie 12 lat i jej rodzina przysłała mnóstwo zapasów.
Życzenia Monseigneur’a du Bourga dotarły do Saint Charles 28 grudnia. Powoływał się w nich na braterskie uczucia i dodawał parę stylistycznych upiekszeń wyrażających pragnienie oglądana w swojej diecezji licznych klasztorów Sacré Coeur. Z wyrafinowaną uprzejmością i w wyszukanym francuskim Matka Duchesne posłała mu noworoczne życzenia od współnoty i uczennic, dołączając do nich list, w którym wyłuszcza najważniejsze dręczące ją pytania i proponuje również szereg rozwiązań mogacych jej umożliwić bardziej skuteczną pracę w diecezji. Cztery miesiące dowiodły ponad wszelką wątpliwość, że miejsce nie jest odpowiednie na pensjonat. Matka Duchesne kochała jednak dzieci ze szkoły bezpłatnej, wiedziała, że potrzebne jest im kształcenie i że dobrze przyswajały udzielane im nauki; lubiła tę zapadłą wioskę nad Misssouri, lubiła rzekę, stanowiącą jednak największą przeszkodę dla rozwoju pensjonatu, ich jedynego źródła utrzymania. Zdaniem biskupa, dla Saint Charles jedyną alternatywą było Florissant. Filipina już wcześniej odwiedziła to miejsce i odmówiła rozpatrywania tam fundacji. Cóż powinna uczynić? Gdyby mogła skonsultować się z Matką Generalną, zajęłaby stanowisko i nakłoniła biskupa do bardziej racjonalnej i praktycznej decyzji. Czy jednak miała teraz większą szansę uzyskać to, czego nie uzyskała w miesiącu sierpniu ubiegłego roku? Przyszedł jej nawet do głowy pomysł podzielenia wspólnoty na dwie grupy. Napisała do Msg du Bourg’a między innymi i na ten temat, a jego odpowiedź nosi datę 29 stycznia 1819 roku:
„ W zupełności potwierdzam wasz plan podzielenia zakładu i pozostawienia w Saint Charles jedynie szkoły dla eksternistek, pod kierownictwem Pani Eugenii, Siostry i Panny Mullen. Waszemu pensjonatowi będzie pod każdym względem o wiele lepiej we Florissant. Teren jest tam zapewniony. Dam wam też grube drewno budowlane. Siła robocza jest tam tańsza, a w Przeorze185 mieć będziecie człowieka bardziej słuchanego i bardziej aktywnego niż mogłybyście go znaleźć w Saint Charles, aby tam nadzorować prace. Drewno na opał nie będzie was tam prawie nic kosztować; i nie zabraknie wam posiadania tam znacznie większej liczby pensjonarek, rzecz o wiele ważniejsza niż zdajecie się sądzić; bo dla reformy oczekiwać można najwięcej od klasy wyższej, a jest ona równie nieoświecona, co ostatnie szeregi. Zresztą jest to środek skonsolidowania waszego zakładu. Jestem więc z mojej strony bardzo w tym punkcie zdecydowany, jeśli (i) z waszej strony macie stanowczą dyspozycję pójścia za moją opinią; co do rozkazów, to ich nie wydam. Potrzeba więc, nie tracąc czasu, przyłożyć rękę do dzieła. „ 186
Hojność, z jaką Monseigneur proponował ofiarowanie większej części koniecznej kwoty na budowę tego nowego klasztoru, zaskoczyła prawdopodobnie Matkę Duchesne, która była dobrze poinformowana o trudnościach finansowych, z jakimi musiał się on borykać w Saint Louis. Oczywiście nie liczyła zbytnio na tę obietnicę. Czyż biskup nie obiecał Matce Barat, że Zakonnice Sacré Coeur założą swój pierwszy amerykański klasztor w Saint Louis? Zadawała sobie pytanie, co Matka Barat pomyślała, dowiadując się, że ich pierwsza placówka była w Saint Charles. Ileż jeszcze czasu potrzeba będzie czekać, zanim dotrą od niej wiadomości?
Na początku miesiąca lutego list Ojca Perreau udzielił odpowiedzi na pytania, jakie Filipina postawiłą osiem miesięcy wcześniej. Nawiązując do wyrażonego przez nią pragnienia męczeństwa, pisał:
... jak słodkie jest dla duszy, która rzeczywiście kocha Boga zakończyć swoje śmiertelne życie przez taką ofiarę! Lecz uważaj się za całkiem jej niegodną i żyj tylko w stanowczym postanowieniu oddania się bez zastrzeżeń twojemu Boskiemu Oblubieńcowi, i udzielania Mu zawsze wielkodusznie wszystkiego, o co cię poprosi. ”
Z odnowioną odwagą pisze Filipina do Przełożonej Generalnej:
Trzeba było zobaczyć tutaj zimę, i to jeszcze jedną z najłagodniejszych, aby odczuć, że chwilowo wegetujemy tu i nie czynimy dobra, jakie może pojawiać się gdzie indziej. Dużo by jednak kosztowało porzucenie tylu interesujących dzieci, z których wiele zostanie w Sercu Jezusa, i wydało mi się konieczne pozostawić (tu) na razie Siostrę Eugenię; niedługo Małgorzata, która z nią będzie, wystarczy do zarządzania tą szkołą zewnętrzną, z młodymi osobami do pomocy... Widzisz więc, dobra Matko, że będąc zmuszone zrezygnować tutaj z pensjonatu, byłoby (czymś) bolesnym pozostawić bez żadnej pomocy te dzieci, z których wiele może skorzystać. W cztery miesiące wiele (z nich) nauczyło się czytać, pisać, całego małego katechizmu, sporo kantyczek, modlitw błogosławieństw; same ponoszą wszystkie tego koszta; ksiądz nie miał przedtem nikogo, kto (by) mówił: Amen. Mam nadzieję, że zatwierdzisz to, czego Monseigneur bardzo mocno pragnie...

Co do klauzury, w całej krainie na 500 wiorst nie ma ani jednego muru, stawia się drewniane bariery, które lepiej chronią przed zwierzętami niż przed ludźmi; całą naszą klauzurą jest pozostawanie u siebie; lecz (i tak ludzie) wchodzą, ile chcą, a nawet wchodzą bez nas. Trzeba będzie być u siebie, aby stosować się do reguły; w tym domu to niemożliwe... Jeśli nasze Siostry widzą nas otoczone dzikuskami, to bardzo się mylą. Ja widziałam z nich tylko stare, przyjmujące pierwszą komunię w wieku 50 czy 60 lat, kiedy przeminął wiek namiętności. Ale za to wykonuję nowe zawody, jak również M. Oktawia i Eugenia; kopiemy ogród, nosimy nawóz, prowadzimy do wodopoju krowę, czyścimy jej obórkę, jedyną w tej krainie, gdzie wszystkie zwierzęta błąkaja się na los szczęścia; i (wszystko) to z taką radością, jakbyśmy uczyły, skoro Bóg tego tak chce, i skoro nasza bieda i delikatność mieszkańców uniemożliwiają (nam) znalezienie służących... Listy Siostry Marii od Wcielenia mogą dać wyobrażenie o naszym kraju, zaludnionym zaledwie 40 lat temu przez Kanadyjczyków; tak więc wszyscy pierwsi mieszkańcy mówią po francusku... Od naszego przyjazdu niebo było tu bardzo ładne, lecz jak mi mówiono, bywają często gwałtowne wichury i silne grzmoty, bywają lekkie trzesienia ziemi. Ponieważ kraj nie jest zorganizowany i łatwo się ukryć, dużo jest przestępstw, zamierzone podpalenia, otrucia, zwłaszcza przez niewolników, których jest zresztą niewielu. Podpala się też lasy i prerie, kiedy trawa jest wysoka i sucha. Pewnej nocy Amerykanie z Saint-Charles czuwali, aby nie dopuścić do ogarnięcia (przez ogień) wsi, bo szerzy się on jak wicher. Jesienią widziałyśmy je ze wszystkich stron, i w lesie naprzeciw nas, na drugim brzegu Missouri... 187
20 lutego Matki Duchesne i Berthold udały się do Florissant, aby spotkać się z Biskupem i zwiedzić teren, z którego czynił on dar dla Zgromadzenia. Nie była to część zakupionej przez niego farmy, ale wydzielona we wsi działka, przewidziana pierwotnie pod budowę kościoła, dlatego też Biskup zachowywał jej część dla siebie. Pokazał siostrom wykonane przez siebie plany tego klasztoru i mającego przylegać doń kościoła, pozostawał jednak mało konkretny, co do środków finansowych na wzniesienie tych obiektów. Obawa przed wydatkami na budowę dała Matce Duchesne długie godziny niepokoju. Doznała już wcześniej tego typu doświadczeń w Sainte-Marie i w Paryżu, dysponowała jednak wtedy pieniędzmi i mogła liczyć na pomoc rodziny. Otrzymała ostatnio listy od swojej siostry Eufrozyny i od Józefiny Savoye de Rollin. Minęły miesiące od kiedy do nich nie pisała. Rodzinie Jouve, z którą niewiele się dzieliła napotkanymi przez siebie trudnościami, wspomina jednak o reumatyzmie, który utrudnia jej pisanie. Do Józefiny zwraca się natomiast z większą swobodą, powtarzając wiele szczegółów, o których pisała już do Francji, i prosi ją o wsparcie ze zwykłą dla siebie bezpośredniością:
„ Moja bardzo dobra kuzynko,
Dotarłszy do kresu naszej podróży bardzo oczekiwałam, że twoja czuła przyjaźń będzie tu za mną podążać, jest ona dla mnie równie cenna jak wtedy, gdy smakowałam wszelkich jej słodkości, kiedy wszystko nas przybliżało w naszym dzieciństwie, i nigdy nie zapomnę mojej pierwszej i najbliższej przyjaciółki.

Wszystkie jesteśmy zadowolone, bo znałazłyśmy krzyż, którego szukałyśmy, lecz skoro prawdziwe krzyże są tylko wtedy, kiedy nie ma się wyboru, Bóg przygotował dla nas doświadczenia, których się nie spodziewałyśmy. Uważałyśmy, że znajdziemy (tu ludzi) nieoświeconych w niewinności, a spotykamy dzieci, których ojcowie wydani są pijaństwu i lenistwu, a matki miłości do strojów i tańców, obojętnych na to, że ich dzieci wiedzą więcej od nich. Dzieci jednak przywiązują się do nas nieprzeparcie, to one chcą przychodzić do szkoły i płaczą, aby to uzyskać. Nie możemy przyuczać ich do pracy; nie mają żadnych materiałów, garstka bawełny do szydełkowania kosztuje 5 franków, naparstki, nici, igły, etc. (są) w wysokich cenach, i (nawet) kiedy będziemy miały mieszkanie, aby wydobyć je z wszelkiego zagrożenia, nie jesteśmy w stanie dostarczyć im zajęcia. Wszystko tu jest ubogie, a każdy sam sobie szyje koszulę, sukienkę, nawet buty, a trzeba mówić o tym wszystkim prawie w liczbie pojedyńczej, tak jest się (tego) pozbawionym.

Mamy czynsz za prawie 2000 franków, w jedynym domu, jaki można było znaleźć, bo kraj nowo zamieszkały wcale nie jest zabudowany. Ponieważ koszty podróży były olbrzymie, pozostaje nam 5000 franków na budowę małego domu, który kosztowałby ich 15000, bez pierwszego piętra, bo wszystko jest tak drogie, zwłaszcza robocizna. Biskup daje nam ziemię na ogród i dom, z chatą dla eksternistek. Opinia jest dla nas w Saint Louis bardzo przychylna, przybliżymy się do niego opuszczając tę lokalizację. Skoro mi mówisz, aby powierzyć ci moje troski, oto te, które mi ciążą, nie odbierając mi odwagi, bo skoro opinia staje się dla nas coraz bardziej przychylna w Saint Louis, będziemy tam miały dosyć uczennic, aby zwrócić to, co by nam pożyczono; zobacz czy możesz sprawić nam coś, co oddam ci najwcześniej, jak będzie to możliwe; podałam Pani Barat adres bankiera z Filadelfii, który ma swego korespondenta w Saint Charles, oddającego nam tysiączne przysługi, ta droga byłaby najkrótsza i najpewniejsza...

Dziękuję ci za szczegóły o twojej i mojej rodzinie, przekaż moje uczucia wszystkim, zwłaszcza ciotce, jej mężowi, P(anu) i M. Perier, mojemu bratu i szwagierce. Posłałam bratu, wyjeżdzając z Paryża, moje świadectwo życia, aby wycofał rentę, wszystko co należne za 1817, a teraz posłałam mu nowe, aby wycofał tę za 1818. Nie wiem, czy zostanie uznane, od dziś za rok będę o tym powiadomiona. Zapytaj mego brata, czy otrzymał oba egzemplarze, zapewniając go o moim czułym uczuciu. Wiesz, jak bardzo jestem ci oddana, moja dobra kuzynko, wszystko tu przypomina o twoich dobrodziejstwach, zwłaszcza nasza kaplica cała jest nimi przyozdobiona.”
Nadszedł Wielki Post i trochę pomocy, dodającej zakonnicom odwagi i nadziei. Boska Opatrzność była ich zdaniem cudowna, a Matka Duchesne wspomina o tym z wdzięcznością, dorzucając jednak swoje niepokoje. Biskup, który lubił dużo mówić, dał Siostrze Lamarre do zrozumienia, że życzyłby sobie, aby przybyła do Saint Louis założyć tam szkołę bezpłatną. Trafił na osobę gorliwą, sumienną, zdolną, lecz gadatliwą i sprawiającą wrażenie, że chce działać niezależnie, w chwili, gdy Matka Duchesne poświęcała modlitwę i energię na to, aby znaleźć rozwiązanie problemu przyszłego domu. Również Matka Audé stwarzała jej powody do niepokoju. Napięta i uczuciowa Eugenia miała niekiedy trudności z własnymi emocjami. Myśl o tym, że po odjeździe Matki Duchesne do Florissant będzie sama odpowiadać za małą szkołę w Saint Charles budziła w niej lęk, który trudno jej było opanować. W dużej wspólnocie stan ten mógł ujść niepostrzeżenie, ale w takiej małej grupie było to o wiele bardziej uciążliwe. Ponadto Mary Mullen, niespełniona w życiu zakonnym, zamierzała powrócić do Saint Louis. Matce Duchesne wyjazd ten sprawił ulgę. Wkrótce zresztą miejsce tej pierwszej postulantki zajęła lepiej rokująca dziewczyna, Mary Ann Summer z Saint Louis. Była jeszcze zbyt młoda, aby być postulantką, bawiło ją odosobnienie i dyscyplina, kochała jednak życie modlitwy i pracę, i miała zostać odpowiedzialnym i poważnym domownikiem. Pozbawiona już odtąd rodziny protegowana Pani Pratte stanie się pierwszą z wielu sierot, którym Pani Duchesne ofiaruje dach nad głową.
Lekkie napięcia odczuwane we wspólnocie przez całą wiosnę nasiliły się jeszcze wraz z krytykami Biskupa odnośnie dwóch punktów Reguły, które uważał za niedostosowane do warunków „pionierki”: klauzury i rozróżnienia na zakonnice chórowe i koadiutorki, chociaż rozróżnienie to miało swoje miejsce w życiu całej współnoty. Matka Duchesne wspomina tę sprawę w liście do Ojca Barat. Porównawszy w tym punkcie zwyczaje Urszulanek z Nowego Orleanu ze zwyczajami Zgromadzenia Sacré Coeur, nie rozwodzi się nad tematem i przechodzi do spraw bardziej osobistych:
Myślałam, że straciłam zdrowie, (lecz) całkowicie się ono odbudowało i teraz na nic nie cierpię. Bardzo potrzebowałabym jednak wynagrodzić, bo w tej odmianie miara pocieszeń jest większa niż trosk...

Dobry Bóg nas zasmuca, oto pierwsza z naszych pensjonarek, wyróżnająca się (w nauce), chora. Jest najstarszą córką Pani, która tak dobrze nas przyjęła w Saint Louis; gdyby umarła, czego bardzo się obawiam, byłby to dla nas po ludzku patrząc, bardzo wielki cios; ale Bóg jest wszechmocny.”
Choroba Emilii Pratte była tak ciężka, że Matka Duchesne posłała po Panią Pratte, która przybyła z rodzinną nianią, młodą czarnoskórą kobietą, bardzo kompetentną. Zajmowała się ona wcześniej wszystkimi dziećmi Pratte’ów, a Miss Emilię kochała, jak własną córkę. Pokój Pani Duquette zamieniono na szkolną infirmerię i umieszczono tam Panią Pratte wraz z jej chorym dzieckiem. Było dla małego domu wielkim przeżyciem, kiedy pewnego wieczora niania wznieciła zbyt duży ogień na palenisku w infirmerii, zapalił się drewniany i kamienny kominek, a siostry i dzieci ogarnęła panika, „nie mając mężczyzny, aby im pomógł i prawie bez wody.” Na szczęście płomienie zgasły, a zniszczenia były niewielkie. Wkrótce Emilia wyzdrowiała i podjęła normalne życie. Doświadczenie to zjednoczyło małą współnotę „bardzo mocną więzią uczucia, bo wszystkie podzielały niepokój i modliły się z tym większą żarliwościa”. Wszystko szło teraz prawie dobrze, a Mary Ann Summer okazała się znacznie bardziej wydajna od Mary Mullen.
Zbliżał się Wielki Tydzień i ksiądz Richard podzielił się swym zamiarem sprawowania obrzędów liturgicznych w kaplicy klasztornej, bo wieśniacy rzadko przychodzili na mszę poza niedzielą i obowiązkowymi świętami. Matka Duchesne ucieszyła się z perspektywy spędzenia nocy na modlitwie w Wielki Czwartek, jak niegdyś w Sainte-Marie. Matka Audé i dzieci przygotowały ciemnicę z białym muślinem i sztucznymi kwiatami. W Wielki Czwartek po Mszy milczenie i modlitwa bardziej niż kiedykolwiek wypełniały mały klasztor; eksternistki nie miały w tym dniu lekcji, a pensjonarki szły za przykładem sióstr. Wieczorem, kiedy trzy zakonnice modliły się w kaplicy, podmuch wiatru przedostał się przez szczelinę w ścianie i pchnął skrawek draperii wprost na płomień świecy. Natychmiast zajął się ołtarz. Zakonnice odsunęły te meble, których mogły dosięgnąć, płomienie posuwały się jednak wzdłuż ścian. Krzyk przywołał Matkę Duchesne. Mary Ann i dzieci pobiegły po wiadra. Z beczki opatrznościowo wypełnionej przez opady z miesiąca kwietnia czerpały wodą deszczową, po czym, wspinając się, podawały je Matce Duchesne, która pierwsza dotarła na strych po drabinie opartej na drewnianym słupie i wylewała wodę na suche krokwie i gontowy dach. Jak powiódł się jej ten bohaterski wyczyn? Nikt tego nie zrozumiał. Dzięki modlitwie, przytomność umysłu i inteligentnemu pokierowaniu akcją mała gromadka ugasiła pożar i uratowała dom. Nikt we wsi nawet nie widział ognia i nie przybiegł z pomocą.
Przez cały sezon wiosenny i letni Matka Duchesne i jej zakonnice pracowały bez wytchnienia z dziećmi, próbując w krótkim czasie, jaki im pozostał, dać im maksimum wykształcenia. Maj i czerwiec obchodzono na brzegach Missouri w taki sam sposób, jak na brzegach Sekwany w Paryżu, czy Izery w Grenoble. Dzieci na długo zapamiętają Święto świętego Franciszka Régis’a, czy Uroczystość Najświętszego Serca.

Nastała teraz dla wszystkich pora obfitości, a zbiór z ogrodu był bogaty w owoce i warzywa. Długie dni letnie stawały się znośne dzięki godzinom odprężenia, kiedy dzieci bawiły się pod drzewami, brodziły w zatoczce, lub zbierały owoce w sadzie na swój podwieczorek. Serce Filipiny przepełniała jednak gorycz, kiedy tydzień później pisała do Matki Barat:


„ ...dobry Bóg wyróżnia nas swoim krzyżem. Największym i niewątpliwie najbardziej uciążliwym jest małe powodzenie naszych prac. Gdyby kierowała nimi święta , wszystko szłoby lepiej; czyni to moją funkcję bardziej uciążliwą. Co dzień widzę, że nie mam tego, co potrzeba, aby ją wypełniać... Dom we Florissant rośnie; mówią, że będziemy mogły tam zamieszkać 1 września... Powierzam się Opatrzności w sprawie długów, jakie pozostawi mi ten dom, i w sprawie transportu... Bóg będzie naszym oparciem...

Mało jest nadziei na dzikich. W czasach Marii od Wcielenia, rozsiani wszędzie Jezuici zbierali dzieci, łagodzili (obyczaje) rodziców, tłumaczyli ich tak różnorodne języki i czynili z nich sztukę, układając słowniki i książki. Prace te przerastają to, co mogą uczynić pojedyńczy misjonarze, a będąc tutaj dobrze się to pojmuje. Mam tym niemniej pragnienie poświęcenia się dla tych biednych dusz, jeśli Bóg otworzy po temu drogę... 188
W miesiącu sierpniu nie brakowało zajęć. Obrzęd Pierwszej Komunii miał się odbyć 15-tego tego miesiąca i przygotowania, zarówno materialne, jak i duchowe rozpoczęły się przed rekolekcjami, które miał głosić dzieciom ksiądz Richard. Myślano też o pakowaniu skrzyń, Filipina znalazła jednak czas na napisanie 29 sierpnia do Józefiny, od której nie miała wiadomości od sześciu miesięcy :
„ Jest dziś rok, jak pisałam do ciebie z Saint Louis po naszym przyjeździe...

Od tego czasu nasza sytuacja, chociaż niepewna, mało przedstawia zmian. Miałyśmy bardzo mało pensjonarek, bo Saint Charles jest zbyt ubogie, aby ich dostarczyć, i cała północ Missouri. A ponieważ ta rzeka oddziela nas od Saint Louis i jest straszliwa, kiedy wzbierze, przy wiatrach i mrozach, matki uczyniły z niej przeszkodę nie do pokonania przed posyłaniem swoich dzieci na pensję. Każe się budować we Florissant, bliżej Saint Louis, dom dla nas, który po trochu spłacimy, i opuszczamy Saint Charles w następnym miesiącu, z żalem, że zostawiamy miejsce bardziej ludne, dzieci dobrze usposobione, eksternistki, lokalizację o wiele bardziej korzystną niż ta Fleurissant, i która będzie kiedyś ważna, bo handel na Missouri z Dzikimi, czy nowe osady amerykańskie w górnym Missouri wzrastają z każdym dniem; rząd, aby im sprzyjać, przemieścił właśnie w górę oddziały i artylerię na parostatkach, jakich na Missouri jeszcze nie widziano. W Saint Charles, od czasu kiedy tam jesteśmy, zbudowano być może ze 20 domów; mieszkańcy przyznali nam tam teren, lecz, aby dobrze był on zapewniony, potrzeba darowizny Kongresu, i proszę Pana Petry189, aby o to poprosił. Nie ma nic trudniejszego w tych nowych krainach, jak mieć ziemie; wszystko należy do Kongresu...

Mówi mi się o parostatku, który popłynął z Nowego Jorku do Nowego Orleanu, ze swoimi piecami i kołami w dziesięć dni; zwinął żagle w Nowym Orleanie i popłynął w górę Mississipi bez masztu, jak inne parostatki; jest to pierwszy przykład podobnej trasy; jak również o takich samych okrętach na Missouri, widziałyśmy tam cztery pierwsze...

Mam dzisiaj pięćdziesiąt lat, moja dobra przyjaciółko, wiek ten daje mi odczuć moją słabość wobec przedsięwzięcia, do jakiego zostałam użyta, lecz wcale nie ostudził czułego uczucia, jakie wiąże mnie z tobą, z Augustynem, z Kamilem od tylu lat; byliście moimi pierwszymi przyjaciółmi w świecie, a opuszczając go, pośród tej śmierci uczucie przyjaźni przeżyło... Moje towarzyszki są tu bardzo kochane i czynią tu dobro; tobie się przypominają. Dowiedziałaś się o naszym wypadku z ogniem w wielki czwartek, kiedy to rozłożyłyśmy wszystkie twoje dary w kaplicy; twoja wielkoduszność dała nam jeszcze możliwość mieć ich trochę z twojej ręki w dniu Wielkanocy...

Trudno jest nas ulokować; Msg biskup każe budować, lecz na nasz koszt; gdzie znaleźć 30 000 franków mając ich nie więcej niż pięć, wynik (budowy) będę znała dopiero, jak wejdziemy, obawiam się go, nie wątpiąc jednak w Opatrzność. Uchwyciłam się, jako rozwiązania, które mi Ona ofiarowała, propozycji z jednego z twoich listów, dołączonego do listu P. Dumolard’a, aby wyłożyć ci naszą sytuację; proszę cię o małą pożyczkę, aby nam pomóc, lecz jeśli nie jest dla ciebie możliwa, licz niemniej na moją wdzięczność, moje stałe wspomnienie przed Bogiem i moją wieczną przyjaźń.”
30 sierpnia przybył do Saint Charles Monseigneur du Bourg wraz z księżmi Martial’em i Delacroix. Przewodnicząc nazajutrz ceremoni rozdania nagród, gratulował Odylii de Lassus, która otrzymała Nagrodę Honorową i chwalił dzieci za ich dobre maniery, wysławianie się i śpiewy. Był szczery w swych pochwałach i z żalem powoływał się na rację siły wyższej, która zobowiązała zakonnice do wyjazdu z Saint Charles. W wigilę wieczorem, mówiąc do wspólnoty o domu we Florissant, którego Matka Duchesne nawet nie widziała, powiedział, że nie był on jeszcze gotów. Skoro jednak kontrakt wynajmu domu Duquette wygasał 16 września, proponował najlepsze z możliwych rozwiązań, jakim było zamieszkanie na należącej do niego farmie położonej dwa kilometry od Florissant. Chociaż ksiądz Delacroix, który również przysłuchiwał się rozmowie, chwilowo tam mieszkał, jednak na kilka tygodni mógłby przenieść się gdzie indziej. Nikt jednak, w rzeczy samej, nie zapytał, czym mogłoby być to „gdzie indziej”, i wiecej na ten temat nic nie powiedziano.

Z optymizmem Biskupa równać się mogła jedynie jego żywa wyobraźnia, która odmawiała uwzględniania trudności nieodłącznych do proponowanych przez niego rozwiazań. Nazajutrz rano odjechał konno, a obu księży i dwóch służących jechało za nim w powozie, który przywiózł ich z Saint Louis. Zakonnice zostały same w obliczu bardzo niewdzięcznego zadania.


Łatwiej było zamknąć szkołę, niż rozstać się z dziećmi. Chciały one spędzić przynajmniej część pierwszego piątku września w klasztorze. Przybyły w wigilię wieczorem, aby powtórzyć śpiewy, a w piątek rano wszystkie te, które przystąpiły do Pierwszej Komunii w sierpniu, albo podczas roku szkolnego, przyszły na Mszę i śniadanie. ”Ojciec Richard był równie, jak my wzruszony, zauważa Matka Duchesne, i po krótkim, bardzo poruszającym kazaniu, poszedł sobie nawet nie jedząc śniadania.”
W ten to sposob pierwszy rok misji na „pograniczu” dobiegał końca. W oczach Filipiny była to porażka, a porażka, realna, czy pozorna, była najcięższym doświadczeniem, jakie mogło się jej przytrafić. Należała do rodziny, która zawsze odnosiła sukcesy, do zakonu, którego regularny wzrost i rozwój był czymś nadzwyczajnym. Otrzymała apostolskie zadanie, które pozwalało spodziewać się największego sukcesu, a które przedstawiało sobą wszelkie oznaki niepowodzenia. Poza czynnikami natury materialnej, które w sposób oczywisty uwarunkowały taki stan rzeczy, odnosiła wrażenie, że jest pierwszą przyczyną tej porażki. Nie była zaślepiona co do oczywistych faktów, czy rozpaczliwych okoliczności, w jakich przyszło jej pracować przez dwanaście miesięcy. Była jednak niezdolna docenić odwagę, jakiej dała dowody stojąc na czele tej misji, niezolna zobaczyć swoją niezłomną lojalność i samozaparcie, z jakim wypełniała to zadanie. Jej nieustanne, a nawet heroiczne zmaganie nie było w stanie zmienić jej opinii o własnej niezdolności i nie mogła zobaczyć realiów w innym naświetleniu. Wewnętrzne przekonanie o własnym braku umiejętności kierowało ją nieco bardziej ku życiu kontemplacyjnemu, które było jej prawdziwym żywiołem. Nigdy nie rozczulała się nad sobą, jej intymna więź z Bogiem, nabożeństwo do Najświętszego Serca Jezusa kazało jej postępować w samozaparciu i zawierzeniu woli Boga, który był nieskończenie bardziej hojny od tego, co dotychczas dane jej było poznać. Pozostawała więc otwarta na przyjęcie wszystkiego, co zgotować jej miała przyszłość w tej kwitnącej dolinie na drugim brzegu wartkiej Missouri.

ROZDZIAŁ 7




Directory: images
images -> Lokalna strategia rozwoju lokalnej grupy działania „lider zielonej wielkopolski” na lata
images -> „ Gra tajemnic reżyseria Morten Tyldum. Czas projekcji 110 minut
images -> Wykład z polityki gospodarczej Temat 3 Polityka pieniężna I walutowa Pojęcie I cele
images -> Skarżyski klub szaradzistóW „anagram” zał. 12 maja 1958 roku przy miejskim centrum kultury im. Leopolda staffa 26-110 skarżysko-kamienna, ul. SŁOwackiego nr 25
images -> Załącznik 1
images -> Postępowanie znak: sz-2100-13(52/ZP/07)-07
images -> Spzoz/ZP/…
images -> Xviii konferencja naukowo – szkoleniowagastroenterologii klinicznej wp
images -> Załącznik nr 3 do siwz opis przedmiotu zamówienia (opz) dot przetargu nieograniczonego znak: A/ZP/szp. 251-37/16 na: „dostawę wraz z wdrożeniem zintegrowanego elektronicznego systemu zarządzania dokumentacją medyczną”

Pobieranie 2.06 Mb.

Share with your friends:
1   ...   4   5   6   7   8   9   10   11   ...   26




©operacji.org 2020
wyślij wiadomość

    Strona główna