Louise callan, rscj


W drodze do Saint Louis, kraju Illinois



Pobieranie 2.06 Mb.
Strona6/26
Data25.10.2017
Rozmiar2.06 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   26

W drodze do Saint Louis, kraju Illinois




luty - maj 1818

W miesiącu styczniu 1818 roku członkowie rodzin Duchesne i Perier bardzo licznie przybyli do Paryża, aby wziąć udział w zaślubinach najstarszej córki Mariny Teisseire, Amelii, mającej wyjść za mąż za Ludwika Bergasse’a, kupca z Marsylii. Przyjęcie weselne odbywało się w Paryżu, a dla Filipiny stanowiło okazję ponownego spotkania z drogimi kuzynami; tworzyli oni elegancką grupę ludzi dobrych manier zbierającą się niekiedy w klasztornej rozmównicy, być może nie tyle po to, aby rozmawiać o planowanej misji, co raczej o poruszeniu wywołanym w stolicy przez wystąpienia Kazimierza Perier132.

Był on od piętnastu lat wybitną osobistością kręgów finansowych i pracował wraz ze swym bratem Scypionem jako dyrektor banku „Perier-Frères”, który dzięki temu znakomitemu tandemowi zyskał europejską renomę. W roku 1815 Kazimierz opublikował swój pierwszy pamflet, lansując się tym samym w życie polityczne, i chociaż jego krytyka rządu była bardzo surowa, nikt nie podawał w wątpliwość patriotyzmu i lojalności tego uznanego geniusza finansów. Demaskował on w rzeczy samej politykę, zgodnie z którą sekretnie zaciągano pożyczki zagraniczne, aby spłacać ciężkie reparacje narzucone przez Sprzymierzonych w Traktacie Pokojowym z roku 1815133. Szlechetność charakteru i prawość życia nie dopuszczały żadnych podejrzeń co do czystości jego intencji w walce z metodami stosowanymi przez Ministra Finansów.

We wrześniu Kazimierza Perier wybrano do Izby Deputowanych w Paryżu. Na listopadowym posiedzeniu otwierającym obrady w obecności króla, ten czterdziestolatek był najmłodszym deputowanym Izby. W grudniu 1817 roku, po jego krótkim, ale ostrym wystąpieniu umieszczającym go pośród najlepszych ówczesnych mówców, cały Paryż mówił tylko o nim. Sukces ten zapewnił mu stanowisko lidera opozycji, które zachowa nieprzerwanie przez dwanaście lat.

Filipina lubiła tego eleganckiego kuzyna, którego niegdyś złościł jej zupełny brak talentu do arytmetyki134 i dumna była z bronionych przez niego zasad. Jego siostra, Marina Teisseire, również przebywała w Paryżu jako matka przyszłej panny młodej bardziej niż kiedykolwiek zachwycającej, a dla ciotki Filipiny zawsze pełnej względów. Perier’owie nie zdradzali sekretu swojej kuzynki, czekając, aż napisze ona do swoich sióstr, bo, w rzeczy samej, data wyjazdu była już ustalona, zanim Filipina odważyła się uprzedzić kogokolwiek, poza Józefiną.
Przygotowania tymczasem szły naprzód pełną parą. Obietnica złożona przez Przełożoną Generalną Msg du Bourg’owi była już znana w Amiens, Poitiers, Grenoble, Niort i Quimper. We wszystkich klasztorach poszukiwano pozostałych uczestniczek tej misji. Wiele zakonnic, które podzielały aspiracje Matki Duchesne, zgłaszało się na przygodę do Ameryki, ale Matka Barat nie spieszyła się z ogłaszaniem swoich decyzji. Jesienią 1817 roku klasztor paryski doświadczyła epidemia: „straciłyśmy wiele dzieci, wiele zakonnic”, pisze kronikarka. Matka Duchesne była dzień i noc na służbie przy chorych, nigdy nie myśląc o sobie. A później, na początku roku 1818, ksiądz Martial, wikariusz generalny Msg du Bourg’a, oznajmił w swoim liście, że wyrusza do Ameryki w połowie lutego i przewiduje zabranie ze sobą zakonnic Sacré Coeur, mających udać się od Saint Louis. Matkę Duchesne uradowała ta zmiana programu, chociaż stwarzało to dla niej kilka problemów natury rodzinnej. Życzliwy świadek przekazuje sprawozdanie z tych wydarzeń: „Matka Duchesne, na polecenie naszej Matki, zajmowała się wszystkim; bo inaczej porzuciłaby troskę o to, co doczesne. Zaraz zamówiono kupców, robotników, był natłok ludzi, a Matka Duchesne rozmawiała ze wszystkimi, z radością, ale radością spokojną; przygotowując wszystkie te kufry, skrzynie, paczki, bez zatroskania, bez zamętu, o niczym nie zapominając. Wszystko się układało, wszystko szło sprawnie; i wyraźnie widać było, że Bóg przykładał do tego swoją rękę. Widząc jej radość nie mogłyśmy być smutne, że wyjeżdża, i wyobrażałam sobie wzruszenie, jakie miała odczuć stawiając stopę na tej ziemi, której tak żarliwie wyczekiwała.” 135

Największą troskę sprawiały paszporty, obawiano się, że nie będzie można otrzymać ich w terminie. Krewny Matki Duchesne wziął sprawy w swoje ręce, pokonał wszystkie przeszkody i dostarczył papiery na kilka chwil przez odjazdem całej grupy. „Wszystko ułożyło się z taką prędkością, z takim powodzeniem, że nawet ci, którzy byli najbardziej przeciwni przedsięwzięciu uznawanemu za nieprzemyślaną przygodę, właśnie w tej chwili rozpoznali palec Boży w tym wszystkim i Jego plany, aby dać poznać godne czci Serce Jezusa w Nowym Świecie za pośrednictwem naszego małego Zgromadzenia.” 136



Do otrzymania papierów w wymaganym czasie bardzo cenna okazała się pomoc Józefiny Savoye de Rollin. Pełniąc zarazem funkcję protektorki, jak i dyplomatki, nie uskarżała się na brak zajęć przez ostatnie dwa tygodnie, jakie jej krewna spędziła w Paryżu. Mężczyźni ze swej strony zajmowali się biletami i wymianą sumy sięgającej 2 000 franków, aby sfinansować misjonarskie wyposażenie kuzynki, którą tak szczerze kochali. W niedzielę 1 lutego znalazła ona czas i odwagę, aby napisać do swoich sióstr. Listy do Adelaidy i Melanii zaginęły. Do Amelii de Mauduit pisze:
...Od dawna bardzo wyraźna i bardzo mocna skłonność pociągała mnie do nauczania niewiernych, zamyślałam nawet pojechać do Chin, lecz jest to nieprzydatne, bo kobiety nie mogą w tym kraju pojawiać się (publicznie). Bóg miał wzgląd na me życzenia, i dał mi znaleźć bliżej i mniejszym kosztem upragnione przeze mnie szczęście. Widziałam się w Paryżu z biskupem Luizjany i to do jego diecezji pojadę pracować nad nauczaniem Dzikich i założeniem wraz z towarzyszkami Domu naszego Zgromadzenia.

Wyjazd ustalono na maj, lecz podróż innych misjonarzy, wygodny i znany statek i dobry kapitan, (wszystko to) wpłynęło na decyzję, aby wyruszyć w tym miesiącu. Opuszczam Paryż w (najbliższą) niedzielę, pięć nas tylko zaokrętuje się tym razem, ale we wrześniu będą inne..., mam nadzieję, że prześlesz mi wiadomości od ciebie...

Wierz mi, ukochana siostro, (że) zawsze będę z tobą zjednoczona; ty, twoje córki, twój mąż, twój syn będziecie stałym przedmiotem moich modlitw. Powiedz Amelii137, aby pamiętała swoją pierwszą gorliwość i nie zapominała o jedynym koniecznym.

Z Bogiem, kochana siostro, zamów mszę do świętego Régis’a.”
Należało też napisać list do Wspólnoty z Sainte-Marie. List ten, akt wynagrodzenia za przeszłość, wyraża też pokorną wdzięczność za łaskę, jaka znalazła się w jej zasięgu. Znajdujemy w nim szczególny ton zaniżonej samooceny, tak trudny do zrozumienia u tylu innych, lecz u Filipiny szczerze oddający opinię, jaką miała o sobie. Dni jej pewości siebie dawno minęły, a naturalna u niej niezależność ustępowała stopniowo miejsca całkowitemu zawierzeniu Bogu. Do swoich „drogich Matek i Sióstr” pisze:
Kiedy badam moją duszę, nie znajduję żadnego powodu, abyście o mnie pamiętały. Wiem bardzo dobrze, że zasługuję tylko na zapomnienie i doprawdy tylko tego mam pragnąć. Bo jeśli sobie o mnie przypomnicie, niechybnie staną wam przed oczami wszystkie przewinienia szkodliwe dla instytucji, za którą chętnie oddałabym życie, przewinienia, których szczerze żałuję. Lecz kiedy myślę o miłości, jaka jest więzią naszego Zgromadzenia, nie dziwi mnie wasza delikatność, i proszę was o tę dobroć: i, aby dodać do niej przebaczenie moich win i modlitwy, abym mogła w przyszłości uniknąć takiego prowadzenia. Powinnyście mieć dla mnie tę litość, jaką (ma) sam Bóg.

Zwykle daje On duszy wyjątkową łaskę i staje się ona źródłem wielu innych. W moim przypadku oznaką tej łaski był powrót do Sainte-Marie i stanie się członkiem Zgromadzenia Sacré Coeur138. Wszystko to znacznie przekraczało to, na co miałam nadzieję. I w dodatku, mimo, że tak mało korzystałam z całej otrzymanej przeze mnie nauki i z przykładów solidnych i wzniosłych cnót, Bóg w swej dobroci otwiera mnie na nowe zadania, co domaga się całej mej wdzięczności i co, gdy o tym myślę, napełnia mnie zmieszaniem... Mam nadzieję, że nieustannie modlić się będziecie do Błogosławionej Dziewicy i Świętego Régis’a za to wielkie przedsięwzięcie. Wylałam wiele łez i modlitw za Amerykę w sanktuarium Matki Bożej, gdzie Święty Franciszek uwolniony został od swej pokusy. Posąg ten jest obecnie w klasztorze Świętego Tomasza, gdzie mieszkałam przez wiele miesięcy. Myślę, że wiele łask otrzymałam w tym miejscu i na Montmartre. Błagam was, abyście się za nas szczególnie modliły... ”
Najtrudniej jej było napisać do drogiej Alojzji, a mała notatka dopisana dla niej w liście do wspólnoty Sainte-Marie, przez swoją chaotyczność wyraźnie świadczy o napięciu, w jakim była pisana:
Opuszczam Paryż, moja dobra Alojzjo, a wkrótce opuszczę Francję; ujrzymy się ponownie, mam nadzieję, przynajmniej w Niebie, jeśli nie będziemy miały tej pociechy na ziemi. Ofiaruj za nas swoje cierpienia, a my będziemy modlić się za ciebie... Mówią mi, że znowu jesteś chora. Niech twoje cierpienia będą modlitwami za mnie i za naszych opuszczonych... Ofiaruję za ciebie wymowne prośby ubogich... ”
Wyprawa do Saint Louis, mająca trwać sześć miesięcy, rozpoczęła się 8 lutego:
Nasza Matka zebrała nas w wigilię ich odjazdu. Tam, powiedziawszy to, co wiecie w podobnych okolicznościach, dała Matce Duchesne jej misję, mianując ją przełożoną małej kolonii. Ta była trochę przerażona, bo jak wiecie, funkcja ta była dla niej nieznośnym ciężarem i uważała, że jest na zawsze od niej daleko. Jednak się temu poddała, niewątpliwie dlatego, że zapowiadała jej ona wiele trudów i krzyży. Nasza dobra Matka zalecała im największe zjednoczenie pomiędzy sobą i ze Zgromadzeniem, jako prawdziwy środek wzajemnego wsparcia. W konsekwencji będą do nas pisać najczęściej, jak będą mogły.” 139
Następnego dnia Ojciec Perreau odprawił mszę, podczas której Eugenia Audé złożyła śluby wieczyste. Później wystawiono Najświętszy Sakrament, aby zaznaczyć wielki dzień w historii Zgromadzenia. Goście tłoczyli się przy wejściu do klasztoru. Kamil Jordan przybył z Augustynem Perier i Mariną Teisseire, która dodała trochę zapasów do tych już przygotowanych na drogę. Być może znajdowali się tam również Hipolit i Coralie Duchesne: byli w rzeczy samej w Paryżu z okazji zaślubin Amelii, a rodzina Duchesne mocno przyczyniła się do pokrycia kosztów podróży. W domu panowało wielkie poruszenie, a nowicjuszki spieszyły nosić bagaże. W sercu Filipiny radość zmagała się z cierpieniem. Wezwano grupę misjonarek na obiad; posiłek był nieco zakłócony, bo bardzo prędko Matka Bigeu oznajmiła o przyjeździe powozu. Filipina podniosła się natychmiast do ostatniego pożegnania z Matką Barat i ze Wspólnotą. Następnie żywo skierowała się do rozmównicy, aby wymienić ostatnie słowa z rodziną. Zakonnice zgromadziły się przy drzwiach zewnętrzych, a jedna z nich pokrótce później opowiada:
Chwila rozstania była bolesna dla nas wszystkich. Co do Matki Duchesne nie wylała (ani) jednej łzy, chociaż wiemy, jak bardzo musiała to wszystko głęboko odczuwać, jest taka uczuciowa z natury! Widząc, że Matka Oktawia płacze mówiąc nam do widzenia... Matka Duchesne wzięła ją za ramię i wyprowadziła z domu. Czekał na nie pojazd i nie było czasu do stracenia. „
Reakcja Matki Duchesne w tak wzruszającej chwili dowodzi, do jakiej samokontroli była zdolna. Przyzna później, że wiele ją to kosztowało, a przecież nie mogła jeszcze wyobrazić sobie rozmiarów drogi, jaka ją czekała, ani okoliczności, jakie będzie musiała przezwyciężyć, aby stanąć na wysokości tak wielkodusznej ofiary.

Tłum ciekawskich zebrał się przy furcie. Skrzynie i walizy odjechały wcześniej wozem. Filipina pozdrowiła przyjaciół przybyłych asystować przy jej wyjeździe uśmiechem i szerokim gestem dłoni, po czym zajęła miejsce w powozie obok swoich towarzyszek. Lejce uniosły się nad końskie grzbiety, bicz klasnął w mroźnym powietrzu i dyliżans potoczył się drogą w kierunku Orleanu. Zakonnice modliły się w ciszy, aż pewien oficer, prędko znudzony podróżą, dla zabicia czasu zaczął głośno śpiewać. Młody seminarzysta, Evremont Harissard, również posłany na misje do Ameryki, zaintonował wtedy psalm, aby zagłuszyć słowa pijackiej piosenki, tak bardzo się obawiał, by zakonice nie były nią zgorszone. Był to wysoki, młody mężczyzna, ascetyczny i poważny, o przemyślanym i powściągliwym sposobie mówienia.


Matka Berthold i Matka Audé pogrążyły się wkrótce zupełnie w widowisku roztaczającym się przed ich oczami. Podobnie, jak Matka Duchesne urodziły się w górach. Oktawia Berthold, nawrócona protestantka rodem z Genewy, przyciągała uwagę swoją urodą, przede wszystkim jednak przez powściągliwe maniery i sposób bycia wywierała wielkie wrażenie na tych, którzy ją spotkali. Eugenia Audé pochodziła z Moutier w Sabaudii. Wiele lat spędziła we Włoszech i podobno zaprezentowano ją nawet na dworze Napoleona, zanim, pod wpływem łaski, wybrała życie klauzurowe w Sainte-Marie.

Nowy Świat otwierał się już teraz przed Filipiną i jej towarzyszkami, a zachwycało je wszystko: Orlean, Tours, Blois... Dopiero, kiedy dotarły do Poitiers, gdzie dyliżans zatrzymał się na kilka godzin, podróżniczki ponownie poczuły się u siebie. Filipina po raz pierwszy i ostatni zobaczyła wtedy stary klasztor Feuillants, tak często opisywany jej przez przyjaciółkę, Matkę Teresę Maillucheau. Spotkała się tam z siostrą Małgorzatą Manteau, piątym uczestnikiem misji. Następny postój był w Angoulême, a w końcu dotarły do Bordeaux, z jego eleganckim portem na Garonnie i katedrą świętego Andrzeja górującą nad nadbrzeżem i handlowymi statkami przybyłymi z czterech stron świata.



Ojciec Barat i ksiądz Boyer, wikariusz generalny Monseigneur ‘a d’Aviau, zaprowadzili Siostry do klasztoru Notre Dame, w którym Pani Vincent, przełożona, udzieliła im gościny aż do czasu zaokrętowania. Zakonnice myślały o natychmiastowym wejściu na pokład statku, ale pogoda była kapryśna i należało czekać. Przed wyjazdem z Paryża Matka Duchesne powierzyła Ojcu Perreau długi pamiętnik w formie listu zaadresowanego do Matki Barat. W liście tym starała się nakreślić historię swojego misyjnego powołania, uwydatnić zachęty otrzymane w różnych okresach życia od kierowników duchownych i znaki, którymi Opatrzność naznaczyła drogę prowadzącą ją do tego celu. Jedną z jej pociech w Bordeaux był list od Ojca Perreau, zakończony następująco:
Jestem szczęśliwy widząc, że Matka Barat przyjęła z radością dokument, który oddałem jej z twojej strony. Co do mnie, im więcej o tym myślę, tym bardziej widzę, że Bóg wezwał cię do tej misji. Aby naznaczyć twe święte przedsięwzięcie symbolem charakterystycznym dla wszystkiego, co uczyniono jedynie dla Jego chwały, pozwolił, aby przeszło ono przez wszelkiego rodzaju próby... Kontynuuj z tą samą wytrwałością, z tym samym zawierzeniem woli Bożej, pracę, którą tak szlachetnie rozpoczęłaś; On będzie zawsze z tobą. Powiem nawet więcej; powinnaś liczyć na szczególną protekcję Pana, bo wraz z Jego apostołami możesz w całej prawdzie powiedzieć: ‘Panie, wszystko opuściliśmy, aby pójść za Tobą, co otrzymamy?’ Nagrodą, jaką da ci On za ten wielki czyn wyrzeczenia jest Jego Boskie Serce jako schronienie, Jego Duch, aby cię prowadził i kilka kropel z Jego własnego kielicha goryczy, aby cię oczyścić, oderwać od samej siebie, byś opierała się już tylko na Nim. „
Pierwszy list Matki Barat dał Filipinie więcej pewności, przynosząc jej duszy trochę słońca w chwili, kiedy tak bardzo tego potrzebowała:
Nie było mi potrzebne to opowiadanie, aby mnie przekonać, że dobry Bóg wezwał cię do tego wzniosłego powołania. Trwałość twoich pragnień, łatwość, z jaką ten zamiar tak trudny z pozoru wypełnił się, kiedy nadeszła chwila naznaczona przez Opatrzność, zbiegi okoliczności, które się wzajemnie nałożyły, aby ułatwić ten wyjazd, tak kosztowny dla naszych serc, w końcu siła, jakiej ci dobry Bóg udzielił dla przezwyciężenia wszelkich przeszkód; wszystko to mi dowodzi, że Pan powołał cię do założenia domu N. Serca w Ameryce, wbrew przestrogom ludzkiej roztropności.

A teraz, moja droga córko, wchodź coraz głębiej w plany tego Boga najlepszego; pracuj, aby stać się coraz bardziej godna jego dzieła, opierając się na głębokiej pokorze, z której zrodzi się łagodność i wsparcie dla powierzonych ci dusz. Jestem spokojna o twoje do nich przywiązanie, i dobrze wiem, że zrobisz wszystko, co będzie w twojej mocy, aby osłodzić ofiarę, jaką składają z tego wszystkiego, co mogły tak słusznie kochać jeszcze na ziemi i w zakonie...

Oszczędzaj swoje zdrowie, jedna bardzo ostra pokuta zastąpi wszystkie inne: brzemię tego miejsca przełożonej, którego zawsze tak się obawiałaś.

Wszyscy tutaj pozdrawiają cię z tkliwym uczuciem...

Modlimy się za ciebie, rób to samo za nas... „ 140
W pierwszym liście z 15 lutego, jaki Filipina napisała z Bordeaux do swojej rodziny, wpływ Ojca Perreau jest widoczny:
W chwili tej, kiedy wszystko opuszczam prawie tak rzeczywiście, jak gdybym miała umrzeć, skoro jest niemal pewne, że już was nie zobaczę na tym świecie, jak również tylu Matek, Sióstr, krewnych i przyjaciół, uważam się za upoważnioną, aby wiele upraszać u Boga, z taką samą ufnością, z jaką Święty Piotr mówił do Jezusa Chrystusa: ‘wszystko pozostawiliśmy dla Ciebie, jaka będzie nasza nagroda ?’ O! Nagrodą tą, której pragnę u Niego, jest wielka, niewypowiedziana pociecha, że jesteście wszyscy gorliwi w Jego miłości... Kiedy to przez olbrzymią przestrzeń, jaka nas wkrótce rozdzieli, moje serce będzie was poszukiwać i wypowie prośby o wasze szczęście. Obym mogła się do niego przyczynić, powierzając was modlitwom interesującej młodzieży, która stanie się gromadką J. Ch... Kiedy ujrzę się pośród dusz prostych i niewinnych powiem: Módlmy się za te dzieci, które opuściłam, a które przez swoje drogie wspomnienie dołożyły taką cenę do mej ofiary, módlmy się za wasze pierwsze dobrodziejki, one was nie znają, a już modliły się o wasze nawrócenie... Nasza podróż przez Nowy Orlean będzie znacznie dłuższa niż przez Baltimore, ale mniej niebezpieczna; popłyniemy w górę Mississipi na statkach parowych, które zrobione są, jak małe okręty, z pokojami i łóżkami. Będziemy na nim dwadzieścia czy dwadzieścia pięć dni; statki popychane są parą ognia. ”
Tego samego dnia pisze w sposób bardziej osobisty do Matki Teresy:
„ ...spieszno mi wejść na okręt, który mnie powiezie do kresu moich pragnień. Wyruszyć mogę codziennie, lecz może się to jeszcze opóźnić, zależy to od pogody. Pozostawiam we Francji tylu ukochanych ludzi; pozostanę na zawsze związana z nimi przez najmocniejsze więzy (uczucia). Wydadzą się one coraz bardziej zacieśniać, kiedy dzięki temu wszystkiemu, co zawdzięczam Zgromadzeniu, będę miała radość przyczyniać się do rozszerzania go na nowych ziemiach i do rozkwitu nabożeństwa do naszego (Najświętszego) Serca... Ponieważ nie jestem tu na nic potrzebna, próbuje On dać mi robić coś (przydatnego) gdzie indziej... módl się, abym nie była zawsze niewierna.

Moje towarzyszki zachowują odwagę i wielu im zazdrości...

Pan Morange był tak uprzejmy, że zechciał dostarczyć nam wino na drogę, tobie zawdzięczam te względy. Po wielu dniach oczekiwań uściskałam dziś w końcu Panią Morange i Pannę Emelinę; są niezwykle dobre; nigdy nie podejmowano mnie w sposób równie serdeczny141... dostarczą nam konfitur i jabłek, najlepszych owoców, aby gasić pragnienie... ”
Wyjazd był jeszcze opóźniony i zakonnice odprawiły rekolekcje: pojawiały się one w trudnej chwili, i nawet kierownictwo duchowne Ojca Barat nie wywołało entuzjazmu. Filipina korzysta z tego czasu, aby 18 lutego napisać do Matki Barat:
Byłam u M. Fournier, siostry Msg du Bourg’a, która zarezerwowała dla nas mieszkanie, służącą i osobę dostarczającą nam żywność; wszystko to blisko Stowarzyszenia, dokąd w każdym razie chciała nas zaprowadzić; prawdę mówiąc obroniłam się przed tym rekolekcjami; zajęła się też naszymi łóżkami, a teraz mówi o słodkościach, to znaczy o rzeczach do zabrania dla potrzeb ciała, (czyli) po prostu o żywności.

Co do wina, P(an) Marange jest tak dobry, aby się tym zająć... Nie można okazać więcej względów i miłości, niż ona (Pani Vincent) nam okazuje, jak również (i) jej Siostry, czym jesteśmy bardzo zbudowane.

Lecz przy całym tym szczęściu, jakie mnie otacza nie ma (tu) ani ciebie, ani moich Sióstr, i chociaż Bóg podtrzymuje moje siły, a nawet żarliwość pragnień, przybywając tutaj znalazłam się jednak w stanie smutku, odrętwienia, ciemności, który kazał mi, kiedy weszłam do kościoła św. Andrzeja, powtarzać te słowa: O bona Crux, diu desiderata et iam concupiscienti animae praeparata142. Moje siostry też miały swoją chwilę słabości, którą przewidywałam i podwójnie odczuwałam, dostrzegając jednocześnie sporo nędzy, co sprawia, że pełen dobroci wybór, jakiego Bóg względem nas dokonał jest tym bardziej zdumiewający.” 143
Tego samego dnia Filipina napisała do Józefiny i do swojej siostry, a ponieważ stary adres rue Saint Honoré uleciał jej z pamięci, posyła list na adres Pani Bergasse:
Nasza podróż była dotychczas szczęśliwa; a ponieważ okręt nie jest jeszcze gotowy, odbywamy kilkudniowe rekolekcje. Wychodziłam jedynie po to, aby pójść do arcybiskupa i do siostry mojego przyszłego biskupa, która sześć razy odbyła podróż, jaką podejmujmy i doskonale wie, czego nam potrzeba... Zapewniono mnie, że żegluga na Mississipi jest z każdym dniem łatwiejsza; jest w nieustannej służbie około dwunastu parostatków, które są równie obszerne i wygodne, jak okręt (pełnomorski). Zapowiedziano nasze przybycie urszulankom z Nowego Orleanu i tam zamieszkamy, albo u krewnych naszego biskupa...

Okręt opuszcza Bordeaux we wtorek i popłynie do Pauillac, lecz nie wiem, w jakim dniu wejdziemy na pokład, będzie to niebawem.

Wyrazy głębokiego szacunku od moich towarzyszek. Nie mogąc przypomnieć sobie adresu Pani de Rollin proszę Panią Bergasse o wybaczenie mi śmiałości.”
Przyszedł marzec, a wraz z nim wiatry zachodnie wywołujące gwałtowną burzę na oceanie, co zmusiło „Rebekę” do pozostania na cumach u nadbrzeża Garonny. Zapowiadano jednak zmianę i „Rebeka” oddaliła się od mola w mieście, aby zejść do Pauillac na zachodnim brzegu rzeki, gdzie pasażerowie mogli się zaokrętować. Minęło pięć tygodni od wyjazdu z Paryża i dopiero 14 marca Siostry wyruszą do Pauillac. Opowieść z tego etapu, spisana przez siostrę Lamarre, jest uroczą narracją pozwalającą nam odkryć osobowość tej misjonarki: list pisany z Royan 16 marca adresowany był do Matki Prèvost, przełożonej domu w Amiens, w którym mieszkała Siostra Lamarre aż do chwili swego przeznaczenia na misję z Filipiną Duchesne:
Jak (Matka) widzi nie jesteśmy jeszcze umarłe. Potrzeba nam jednak wielkiej cierpliwości, wielkiej rezygnacji, aby przebyć to wszystko, co Serce Jezusa dla nas zechciało. Kiedy napisałam do Matki mój ostatni list myślałyśmy, że właśnie wyruszamy, lecz powróciła zła pogoda i zmusiła nas do pozostania w Bordeaux... Piękna pogoda zdawała się pojawiać w poniedziałek Męki Pańskiej, ze sprzyjającym wiatrem. Kapitan przekazał nam wiadomość, że mamy być na pokładzie o 10 rano i byłyśmy tam.

Ojciec Barat dał nam swoje błogoslawieństwo zanim zszedł na molo, gdzie mały stateczek miał nas dowieźć do statku dalekomorskiego oczekującego w Pauillac, około 30 km od Bordeaux. Podczas tej krótkiej drogi pogoda się zmieniła. Spędziwszy noc na „Rebece” byłyśmy zmuszone wyokrętować się na nowo za pomocą małego statku, który zdawał się być w każdej chwili gotów do zatonięcia. Było tam naprawdę czego się bać. Wiatr był straszliwy, lecz Bóg był dla nas dobry, i jakąż ufność powinnam w Nim pokładać. Spodziewałyśmy się znaleźć nocleg przy domu Pasterza, lecz jaką było dla nas niespodzianką, gdy dowiedziałyśmy się, że mamy się podzielić na trzy grupy. Miałyśmy ze sobą pewną panią z Bordeaux, która nie jest bardzo zamożna i która była bardzo zadowolona korzystając z miłosierdzia, jakie nam okazano, i naturalnie to mnie wyznaczono, aby z nią być. Oto więc jestem z nią, a Matka może sobie wyobrazić całą resztę. Chciałabym naprawdę opowiedzieć Matce naszą noc na pokładzie statku. W chwili udania się na spoczynek nie wiedziałam dokładnie, jak się zainstalować w tych wąskich kojach, co wywołało u nas dużo śmiechu; z cierpliwością i ostrożnością na koniec mi się to udało. Moja koja była najwyższa. Kiedy w końcu udało mi się do niej dotrzeć, zdałam sobie sprawę, że miałam tylko bardzo mało do przykrycia, lecz nie mogłam już zejść i na nowo wejść. Kiedy próbowałam się odwrócić, zderzałam się z czymś, później z czymś innym. Postanowiłam już się nie ruszać, ale nie mogłam spać i nie było miejsca, aby podnieść głowę. Wytrzymamy to wszystko i o wiele więcej dla miłości Serca Jezusa... najwięcej będzie najlepiej i aby Bóg był za wszystko błogosławiony. Teraz powróciła ładna pogoda. Kapitan kazał nam powiedzieć, że mamy się zaokrętować o 7 rano w Wielki Wtorek. Niech Bóg nam udzieli (łaski) przybycia żywymi do Ameryki!”
Rebeka” pilotowana wzdłuż ostatniego kanału wypłynęła w końcu na otwarte morze. Przez tydzień okrętem targała bardzo zła pogoda i pasażerowie poznali beznadzieję morskiej choroby. Później sytuacja się poprawiła, 30 marca okręt osiągnął szerokość geograficzną Lizbony, co odpowiada szerokości Saint Louis; 2 kwietnia zbliżył się do Azorów, następnie wyszedł na ogrom nieprzerwanego oceanu. Przyjemne były dni na mostku, kiedy to Filipina i jej towarzyszki mogły rozmyślać, spokojnie się modlić, słuchać z większą uwagą rad księdza Martial’a i lekcji angielskiego, które wszystkie uważały za tak trudny. Czasem Filipina nieco się oddalała, aby rozmyślać nad treścią stronicy troskliwie ochranianej przed wiatrem i wilgocią. Jej towarzyszki rozpoznawały dokument dany jej przez Matkę Generalną, gdy wyznaczała ją na przełożoną misji. Ze strony świętej Magdaleny Zofii było oznaką pełniego zaufania do jej „najstarszej córki” powierzenie jej władzy wyjątkowej, pozwalającej na uwiecznienie dzieła Sacré Coeur w Ameryce. Wyposażyła ją bowiem w uprawnienia, którymi w normalnej sytuacji posługiwać się mogła jedynie przełożona generalna.

Przyjmowanie, zachowywanie lub odsyłanie osób, czasowe zmiany w stroju zakonnym, dysponowanie funduszami, nabywanie dóbr, zakładanie klasztorów, nominacja do władz we wspólnocie, zmiana urzędów, dyspensy od klauzury w dni nauczania w szkołach publicznych i celem wysłuchania Mszy w niedziele i dni świąteczne, pod nieobecność kapelana. Taka była władza delegowana tej, która miała nieść odpowiedzialność za przedsięwzięcie misyjne, jak precyzuje to list, dla chwały i czci Najświętszych Serc Jezusa i Maryi.

Przebywając Atlantyk „Rebeka” natrafi na przeciwności, które literat mógłby przypisać jakiejś wyimaginowanej karaweli z fantastycznej morskiej opowieści: straszliwe burze zagrażające rzuceniem statku na kamieniste wysepki, ulewne deszcze spadające na mostek, wietrzne szkwały, nadmierny upał, martwą ciszę, podczas której statek pozostawał w dryfie, i w końcu spotkanie z okrętem korsarskim z Buenos Aires z 110 marynarzami na pokładzie, uzbrojonym w 11 dział: „zmusili nas do zatrzymania się” zapisała Matka Duchesne, ”lecz uzyskawszy informację, że statek był amerykański, pozwolili nam przejść bez złupienia”. Z ładowni unosił się mdlący odór, gdy popękały beczki z winem, gniła żywność, psuła sie woda i pleśniały żeglarskie suchary. 23 kwietnia wybuchł pożar na mostku, lecz Siostra Katarzyna podniosła alarm i pasażerowie ugasili płomienie.

Po burzach nastąpiły dni pięknej pogody, sprowadzające dobry, suchy wiatr, który wzdymał żagle. Wtedy, o świcie, Ojciec Martial, jeśli nie był chory, celebrował Mszę Świętą. Po komunii zakonnice pozostawały na długie dziękczynienie, oczekując na dzwon zapowiadający śniadanie. Często późnym popołudniem zbierały się na mostku okrętu, a ich szerokie spodnice falowały w wieczornej bryzie. Następnie kapitan wzywał na „Pieśń” i nad wodami rozbrzmiewały akordy. Kiedy zapadał wieczór i przy ładnej pogodzie zakonnice pozostawały na mostku „aż do 9h ”, a ksiądz Martial cicho się do nich przysiadał, aby wraz z nimi wspominać pozostawionych we Francji krewnych i przyjaciół, albo wydarzenia, które przerwały monotonię dnia: „sygnalizowany okręt na widoku, kierujący się na Granadę, zapowiedziany przez tubę; złapany morświn, tak ciężki, że trzeba było wielu mężczyzn, aby wydobyć go na pokład, obliczenia położenia okrętu i rozpoznawanie widocznych wysp, bruzdę świetlną, która rysowała się za okrętem, kiedy posuwał się on z małą prędkościa” 144. Ta fosforescencja wód zachwycała wszystkich pasażerów.

Chociaż siostry cierpiały z powodu ciasnoty w duszącym nocnym sektorze okrętu, nie uskarżały się wcale na posiłki serwowane na „Rebece”. Matka Duchesne mówiła po prostu, że pożywienie było obfite, chociaż była głęboko zdegustowana zupą z kapusty, podaną jej podczas morskiej choroby. Matka Audé ceniła menu: „było nam (również) bardzo dobrze pod względem wyżywienia. Mało solonego mięsa, często pięć do sześciu dań na obiad, to znaczy zupa, drób, świeże pieczyste, szynka, chude jarzyny, deser z suchych owoców, likiery etc... Na śniadanie: omlet, śledzie, anchois, szynka, kiełbasy; trzy razy w tygodniu herbata lub kawa z dobrze zakonserwowanym mlekiem, groszek, szczaw, wszystko zachowane tak, jak w ich sezonie. Zabijano jednego barana albo jedną świnię na tydzień, następnie często łowiono ryby. Wino było doskonałe i w obfitości... Kapitan był dla nas bardzo dobry... Załoga składała się z sześciu marynarzy, łagodnych jak jagnięta; na najmniejszy znak manewry przeprowadzano bezgłośnie, bez żadnego niestosownego słowa. Dowodził nimi drugi (oficer), był to człowiek najbardziej słuchany, lecz (i) najcichszy i najłagodniejszy; wszyscy ci ludzie byli mu posłuszni bez jednego słowa szemrania... Była tam świecka dama, która nieustannie z nami przebywała145.

Wieczorem w dniu Zesłania Ducha Świętego marynarzowi z wachty na bocianim gnieździe zdawało się, że widzi ląd, ale straszliwa burza zmusiła kapitana do postawienia okrętu w dryfie, po zwinięciu wszystkich żagli. 12 przeszli obok Wielkiej Inagui, a dwa dni później, przy wspaniałej pogodzie, żeglowali kanałem oddzielającym Kubę od Wysp Bahama.



Przybliżając się do Hawany 16 maja statek utknął w ciszy morskiej i Matka Duchesne mogła wydobyć swój zestaw do pisania wiedząc, że wkrótce nadarzy się okazja przesłania listu do Francji, czego gorąco sobie życzyła. Ostrząc swe gęsie pióro przebiegała myślą dwanaście ostatnich miesięcy, uśmiechając się do obrazów, które stawały jej przed oczami z taką wyrazistością. Ogarniał ją wielki pokój, kiedy pisała do Matki Barat:
W ubiegłym roku o tej godzinie i w podobny dzień przyjmowałyśmy w Paryżu ostatnią wizytę Monseigneur’a z Luizjany, i udzieliłaś swego przyzwolenia na nasz zakład w Nowym Świecie. Cieszyłam się wtedy bardzo i nie myślałam, że rocznica tak ma nas przybliżyć do pierwszego etapu naszej podróży; bo czymże jest 180 wiorst w porównaniu z ponad 2 200, które przy dobrej i złej pogodzie przebyłyśmy od Royan?

Jeden z oficerów, zatrzymany (na brzegu) z powodu braku w paszporcie, przybył łodzią, aby dołączyć do nas w nocy, i przekazał pogłoski o zamieszkach w Paryżu i w Bordeaux. Myśl, że z tego powodu cierpisz ty, jak również tyle drogich (mi) osób, jest największą troską, jakiej doznałam; bo gdybyśmy my zginęły na morzu, jedna tylko gałąź by zginęła, i to gałąź dotychczas nieużyteczna; lecz gdyby pień drzewa został zaatakowany!

Z jakąż niecierpliwością oczekujemy któregoś z twoich listów; żyjemy nadzieją, że zastaniemy jeden (z nich) w Nowym Orleanie; bo jeśli okręt, który miał wyruszyć po nas, szybciej przebył swoją drogę, to wcale nie tracę nadziei, że zabrał listy; wyraźnie zaznaczyłam, że będą do nas wysłane. Jednakże na pewno jeden z tych, które napisałam do ciebie z Bordeaux zaginął. Mówiłam ci w nim, że będę miała czas otrzymać odpowiedź. A czas ten przed odjazdem już więcej niż upłynął.

Zbliżamy się do celu w dosyć dobrym zdrowiu. Pora roku umożliwiła przepłynięcie wzdłuż (wybrzeży) Kuby, drogą, którą nie zawsze się podąża z powodu prądów, a która zaoszczędziła nam ponad 400 wiorst... Przez 52 dni widziałyśmy tylko niebo i wodę; dopiero 11 maja z daleka dostrzegłyśmy ląd...

Morze to w pewnych chwilach jest tak straszne, że zamierzałam ci napisać, aby nikogo nie wysyłać, zanim nie będziesz miała dokładniejszych od nas wiadomości i pewności, że tyle ofiar mieć będzie przydatny cel. Bardzo mi będzie szkoda okazji Ks. Velay’a i zakonnic Urszulanek w miesiącu wrześniu, lecz kiedy wszystko dobrze się policzy, nowiny od nas z Saint-Louis i pewne rozeznanie w naszych potrzebach mieć będziesz mogła dopiero najwcześniej w miesiącu październiku. Dlatego, jeśli przeznaczasz dla nas pomoc, spodziewam się jej dopiero na przyszłą wiosnę; i będę pierwszą, która cię poprosi, aby używać do naszego dzieła tylko osób mocnych, nieprzesądnych, i w których dojrzysz raczej wyraźne Boże wezwanie niż pragnienia wyrażające się tylko w słowach... Wiem i zrozumiałam, że ci, którzy jadą tam, gdzie my jedziemy, opowiadają tylko to, co piękne, aby nikogo nie zniechęcać, i taka jest nawet prośba Ks. M[artial’a]. Lecz ja, która ci jestem winna całą prawdę, nic przed tobą nie ukryję, ani z niebezpieczeństw morza, ani z mojej własnej słabości. Wzburzone morze jest naprawdę widowiskiem straszliwym. Huk jego, połączony z hukiem wiatrów, przewyższa grzmot i silną kanonadę, i męczy uszy. Trzeba dodać do tego hałas wywołany ruchami statku w skrajnych przechyłach. Krzyk marynarzy, aby zachęcić się do pracy ma w sobie coś posępnego, ale ich milczenie jest jeszcze bardziej posępne, jak również kapitana, który przechadza się zamyślony. Kiedy widać, jak w gwałtownej burzy statek stanowi widowisko zamętu dnia ostatniego, niebo zdaje się szybko przetaczać za górami wody i pociągać (za sobą) gwiazdy. Te morskie wody, nieomal czarne w czasie burzy, bez przerwy otwierają i zamykają swoje bezdenne otchłanie. Fale w każdej chwili napływają, aby pokryć mostek i uciekają przy nowym przechyle. Dwa razy wyłamały nam okienka i w nocy zalały łóżka. Gnące się maszty, rwące żagle, które się zwija, ster porzucony, aby nie męczyć zbytnio okrętu, wszystko to nie jest śmieszne, kiedy nie widzi się Boga w burzy.... Odór panujący na statku jest osobnym doświadczeniem... Dolegliwość morska jest prawdziwą chorobą. Poza tym, że doświadcza, jak cztery czy pięć środków wymiotnych razem wziętych, nadwyręża głowę na równi z żołądkiem. Do niczego nie jest się zdolnym; myśli się rwą, małe westchnienia (do Boga) ledwie zdołają wydobyć z serca zimne uczucie. Potrafiłam (mówić) tylko Ita Pater146, lub Wszystko dla Ciebie porzuciłam, o mój Boże... W Bordeaux poradzono kapitanowi, aby nie obarczał się księżmi i zakonnicami, bo to z pewnością zgubi statek. ‘Doświadczyłem, odpowiedział, że nie przynoszą nieszczęścia’. Pod koniec trzech tygodni przeciwności powiedziano kapitanowi przy stole, że jeśli pogoda się nie zmieni trzeba będzie wylosować, kto przynosi nieszczęście. ‘Podczas innych podróży rozbieraliśmy i chłostaliśmy chłopców okrętowych, to przynosiło pogodę’. Bardzo się modliłyśmy i dwa dni później, pod koniec dwudziestu i jeden dni kapitan powiedział do mnie: ‘Jesteśmy uratowani! Znajdujemy się teraz na pięknych morzach, pod wpływem wiatrów pasatowych, blisko zwrotnika, który przekroczyliśmy w tę i z powrotem siedem czy osiem razy. 147
Kiedy pisano ten list, „Rebeka” była od dwóch miesięcy na morzu, a należało doliczyć jeszcze dziesięć dni, zanim dotrze do ujścia Mississipi. Matka Duchesne i siostra Małgorzata miały swoje piętrowe koje w alkowie wspólnego pomieszczenia okrętu. Był to dla Filipiny sposób zajęcia najbardziej niewygodnego miejsca, a także pozostawania w pobliżu siostry, która tak źle adaptowała się do zmian. Małgorzata okazała już więcej nerwowości i drażliwości niż przewidywano. Lękliwa i pobudliwa, spokój i wyciszenie znajdowała jedynie w towarzystwie Matki Duchesne. Jednakże ksiądz Martial wyrobił sobie o całej grupie pogląd bardzo pochlebny. Zaraz po przybyciu do Nowego Orleanu napisał do Przełożonej Generalnej:
Pozostawiam Matce Duchesne opowieść o naszej podróży, napisze Wam o niej całkiem dokładne sprawozdanie. Ja zachowuję sobie prawo napisać Matce moją opinie na temat życia wewnętrznego waszych zakonnic. Msg du Bourg i sama Matka chcieliście mnie przez siedemdziesiąt dni upokorzyć, powierzając mi prowadzenie osób, których cnota mogła często jedynie zamknąć mi usta. Obydwojgu wam przyjdzie odpowiedzieć przed Bogiem za to, że wybraliście im kierownika, którego zdolności i cnota nie były w żaden sposób porównywalne ze zdolnościami i cnotami dusz, które zostały mu powierzone. Dostarczyliście mi przynajmniej środków do odnowienia we mnie ducha wewnętrznego przez codzienny przykład, który miałem przed oczami, bo należy powiedzieć, (że) ani jedna z waszych sióstr nie zawiodła. Pasażerowie, załoga, wszyscy byli pełni podziwu. Musiałem tylko miarkować ich zapał, i to dla własnego bezpieczeństwa: kontrast między moimi swobodnymi manierami, a ich stałą gorliwością byłby zbytnio zauważalny.”
Ocena ta jest tym bardziej prawdziwa w odniesieniu do Matki Duchesne. Dla niej cała ta podróż była w rzeczywistości okresem duchowego strapienia; przez trzy miesiące z nadzwyczajnym hartem ducha okazywała niezmiennie tę samą radosną odwagę, to samo delikatne poszanowanie innych, tę samą akceptację, bez skargi na okoliczności czy wydarzenia, które doświadczały ją niekiedy ponad to, co można było wytrzymać. Pod koniec podróży przyznała jednak, że przez wszystkie te dni odczuwała jedynie ciemność i obrzydzenie, i nigdy nie doznała pociechy w postaci uczuć nadziei czy miłości. Przyczyną tej depresji była niewątpliwie słabość fizyczna, bo już wyjeżdżając z Paryża była w stanie zmęczenia bliskiego wyczerpaniu. Odpowiedzialność powierzona jej przez Matkę Barat, pogarszała jeszcze ten stan, a rekolekcje w Bordeaux pozostawiły ją w najgłębszej nocy duchowej. Wraz z czasem zacierało się dawne natchnienie. Szukała więc umocnienia na modlitwie, przypominając sobie tragiczne strapienie świętego Franciszka Xavier, które zmusiło go do napisania: „dłużej już nie mogę”, chociaż wytrwał. Świadomie walczyła, aby ukryć swoje duchowe zmaganie, z heroizmem, jedynym antidotum na duchową chorobę. Czy ksiądz Martial świadom był tego cierpienia? W jego liście do Matki Generalnej nie ma o tym żadnej wzmianki.

Zatokę Meksykańską przebyto względnie spokojnie, a zakonnice skorzystały z tego, aby napisać i zapowiedzieć swoje przybycie w dobrym zdrowiu, z nadzieją, że ich listy będzie mógł zabrać okręt, mający niedługo po ich przybyciu do Nowego Orleanu opuścić tamtejszy port. Matka Duchesne prowadziła Dziennik podróży, Matki Berthold i Audé również. Ich opowieść o przybyciu do Ameryki jest bardziej szczegółowa od tej Matki Duchesne, i lepsza od wszystkich opisów z drugiej ręki, jakie dotychczas powstały. Częste ich czytanie sprawiło, że stały się one rodzajem klasyki w piśmiennictwie Zgromadzenia Najświętszego Serca Jezusa.


25, tego dnia przybył też pilot, aby poprowadzić nas w te trudne przejścia. Na nasz pokład przybył również celnik, aby porozmawiać z kapitanem. Oddałyśmy mu listy, które napisałyśmy do Ks. Ludwika (Barat) i do Pani Vincent. Odtąd kierowaliśmy się tylko sondą. Mieliśmy 25 sążni w wodach białych, to znaczy u ujścia rzeki, a następnie 6, 7, 4, 2. Okręt raz dotknął dna. Przechodząc koło boi widzieliśmy wiele głazów, pośród których przeszliśmy bez zagrożenia dzięki zręczności manewru. Odtąd nasz wzrok miał w każdej chwili czym się karmić. Topole posadzone po obu stronach rzeki, pośród których widać było w nocy latające muchy rzucające światło żywsze niż świetliki. Widać było z daleka wiele krokodyli, złapano jednego, był z rodzaju małych, długi na jeden łokieć, przypominał jaszczurkę o skórze czarnej i pręgowanej, a łapach ropuchy. Kucharz powiedział nam, że był dobry do jedzenia. Podróż z dnia na dzień stawała się (coraz) bardziej interesująca. Widać było mieszkańców, murzynów, dużych i małych, stada krów, urocze lasy, etc… Ponieważ często byliśmy zmuszeni zarzucać kotwicę ze względu na ląd, znajdowaliśmy się niekiedy tak blisko niego, że po przepłynięciu czółnem (i uczynieniu) czterech czy pięciu kroków można się było przechadzać; to właśnie czynili wielokrotnie nasi pasażerowie, którzy donosili nam stamtąd to, co było najciekawsze. Zauważono tam palmę, z której liścia przypominającego słomę ryżową wytwarza się słomkowe kapelusze, sykomorę, która przypomina tę, co we Francji, drzewo o wielkich kolcach, wierzby, drzewa z zieloną witką, która odarta z kory przypomina włosie, i rzeczywiście posługują się nią ludzie ubodzy, bądź tam, bądź w Nowym Orleanie. Co do ptaków jeden tylko ładnie śpiewa, nazywa się go kpiarzem. Jest również kardynał, czerwony z czarnym dziobem, papież, zielony. Ten ostatni jest interesujący tylko ze względu na upierzenie i nazwę. Jedynie Biskup, niebieski, jest jadalny. Zbierano też w tych lasach doskonałe jeżyny.

28, czterech pasażerów odpłynęło małym czółnem, aby udać się do miasta. Tego samego wieczora, przyleciały w końcu i odnalazły nas moskity i po raz pierwszy, mimo moskitier, przeszkodziły nam w spaniu, zarówno przez swoje bzykanie, jak i kłucie, które drażni i wywołuje stan zapalny. Panie Eugenia i Oktawia miały przez nie obrzękniętą twarz, a stopy i ręce pokryte bąblami, jak również pewien biedny marynarz, który z tego powodu był nie do poznania.

29, wielkie święto N. Serca Jezusa. Ks. Martial wygłosił nam małe kazanie i podczas Mszy odnowiłyśmy śluby. Cały dzień posuwaliśmy się powoli, wiele razy nas zmoczyło. Brzegi stawały się bardziej przyjazne i bardziej zagospodarowane, a plantacje cukru, bawełny, kukurydzy ukazywały przedsiębiorczość mieszkańców. Właśnie wtedy, kiedy kontemplowałyśmy te nowe wsie, przybyto uprzedzić Ks. Martial’a, że czekał na nas powóz, aby nas zawieźć do miasta. Mieliśmy jeszcze do zrobienia 6 wiorst. Zamiast jednego powozu były dwa. Wsiadłyśmy do jednego z Ks. Martial’em, drugi był dla księży. Kiedy opuściłyśmy statek była dziewiąta wieczorem... ” 148
Kiedy postawiłyśmy stopy na tej ziemi, która w perspektywach wiary i Bożych zamysłów jest dla nas ziemią obiecaną, nasze serca uległy wzruszeniu, a serce naszej Matki [Duchesne] nie mogło ogarnąć jej uczuć wdzięczności; jej pierwszym odruchem, pomimo wielkiej wilgoci, było uklęknąć i ucałować ziemię z oczami wilgotnymi od łez, ale płynęly one z radości. ‘Nikt nas nie widzi, powiedziała do nas ta dobra Matka, ucałujcie ją również.’ Uradowałybyście się na jej widok: na jej twarzy [widać] było uczucie, którego nie można lepiej zdefiniować jak mówiąc, że jednoczyło te wszystkie, jakie Jezus Chrystus może kształtować w sercu pełnym Jego dobrodziejstw i [trawionym] pragnieniem niesienia Jego chwały. Wsiadłyśmy do powozu błogosławiąc Serce Jezusa za tę nową łaskę i oddając mu ponownie nasze serca. Noc była wspaniała, niebo czyste i pokryte gwiazdami; rzeka wzdłuż której jechałyśmy toczyła swe wody posrebrzone przez gwiazdy odbijające się w niej z doskonałym spokojem. Małe krzaczki rojące się od muszek rzucających światło, jak świetliki, tworzyły najpiękniejszą iluminację; bardzo piękne siedziby rozproszone [były] tu i tam; w jednej z nich kupiłyśmy chleb: nie jadłyśmy go od siedemdziesięciu dni! ” 149



Directory: images
images -> Lokalna strategia rozwoju lokalnej grupy działania „lider zielonej wielkopolski” na lata
images -> „ Gra tajemnic reżyseria Morten Tyldum. Czas projekcji 110 minut
images -> Wykład z polityki gospodarczej Temat 3 Polityka pieniężna I walutowa Pojęcie I cele
images -> Skarżyski klub szaradzistóW „anagram” zał. 12 maja 1958 roku przy miejskim centrum kultury im. Leopolda staffa 26-110 skarżysko-kamienna, ul. SŁOwackiego nr 25
images -> Załącznik 1
images -> Postępowanie znak: sz-2100-13(52/ZP/07)-07
images -> Spzoz/ZP/…
images -> Xviii konferencja naukowo – szkoleniowagastroenterologii klinicznej wp
images -> Załącznik nr 3 do siwz opis przedmiotu zamówienia (opz) dot przetargu nieograniczonego znak: A/ZP/szp. 251-37/16 na: „dostawę wraz z wdrożeniem zintegrowanego elektronicznego systemu zarządzania dokumentacją medyczną”

Pobieranie 2.06 Mb.

Share with your friends:
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   26




©operacji.org 2020
wyślij wiadomość

    Strona główna