Louise callan, rscj



Pobieranie 2.06 Mb.
Strona3/26
Data25.10.2017
Rozmiar2.06 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   26

Lata niepewności



1793 - 1801


W Grâne Filipina zastała rodziców, najmłodsze rodzeństwo i Amelię de Mauduit wraz z dwoma małymi synkami. Pozostawiła nam mało informacji na temat swojego życia w tym okresie, ale fragmenty napisanej przez nią później „Historii Sainte-Marie” rzucają światło na jej charakter i zajęcia:


Chociaż Dekret, który zobowiazał [francuskie] zakonnice do powrotu do życia świeckiego przymusił i mnie, aby się w nim znaleźć, nigdy nie przywiązywałam doń mego serca; zawsze była to dla mnie ziemia wygnańcza, obcy kraj, a Syjon moja ojczyzna pozostawał przedmiotem mych pragnień i moich najdroższych projektów. Mieszkaniem, za którym wzdychałam było sanktuarium życia zakonnego, i chociaż bardzo słodka skłonność pociągała mnie do tego [zakonu], który ujrzał, jak rodzę się do pobożności i chociaż nigdy ani przez chwilę nie czułam się zniechęcona do mego powołania, jednakże, w chwili naszego rozproszenia, wiele zakonów i wiele krajów pochłaniało moje myśli i było przedmiotem moich modlitw, aby poznać zamysły Boże. Wiele razy zmieniałam miejsca i Towarzystwo, lecz nigdy nie zatrzymywałam się na tym, aż do utraty z [pola] widzenia moich wzniosłych nadziei. Mieszkałam dwa lata na wsi w departamencie Drôme, sąsiadującym z tym, w którym spoczywa ciało świętego Franciszka Régis’a... Każdy czy prawie każdy, nawet mało skłonny do modlitwy, odwiedza ten grób. Niektórzy udają się tam co roku. Ja często udaję się tam duchem. Moja rodzina uważa jednak, że odległość jest zbyt znaczna i że powinnam wyrzec się tej przyjemności.”
Podczas najkrwawszego okresu Rewolucji, na początku roku 1793, w rodzinie Duchesne’ów znaleźli schronienie ukrywający się księża. Ich posługa odpowiadała aspiracjom rodziny, a zwłaszcza Filipiny, która gorąco pragnęła duchowego kierownictwa. Bóg wysłuchał jej próśb i posłał jej człowieka wybitnej świętości.

W owym czasie jej Ojciec zdecydował się na budowę małej fabryczki tekstyliów, najprawdopodobniej w powiązaniu z manufakturami wuja Perier. Otóż pewnego dnia przyjął do pracy nieznajomego, który przedstawił mu się jako ktoś poszukujący stanowiska nadintendenta budowy. Człowiek ten był inteligentny, odpowiedzialny i szybko stał się zarządcą posiadłości i przedsiębiorstwa, ku wielkiemu zadowoleniu pana Duchesne. Był to powściągliwy mężczyzna, który przede wszystkim nie chciał się wyróżniać i nigdy nie pojawiał się w domu, kiedy byli w nim goście. Po kilku tygodniach dał się rozpoznać jako ksiądz Poidebard, który o włos uniknął gilotyny i był jeszcze, jak mówił, bardzo poszukiwany. Pozostał w rodzinie Duchesne’ów przez okres niemal dwóch lat, stając się przyjacielem i powiernikiem wszystkich. Dobra wola Piotra Franciszka Duchesne, aby z narażeniem życia przyjąć u siebie ściganego księdza, i to w najczarniejszym okresie terroru, ukazuje jego szacunek dla rodziny i wyznawanych przez nią zasad.

Przebywający w Grâne Duchesne’owie pozostawali w kontakcie ze swymi kuzynami mieszkającymi w Lyonie i w Grenoble. Od czasu do czasu nowiny przychodziły listownie lub przez odwiedzających. Pod koniec stycznia dotarła szokująca wieść o egzekucji króla. Grenoble na kilka miesięcy zamarło. Rada Miejska złożona była z ludzi o umiarkowanych poglądach, mających nadzieję uchronić miasto od wszelkich ekscesów. Wkradło się tam ubóstwo, bezrobocie i nieporządek; od czasu zamknięcia szkół i sierocińców dzieci włóczyły się po ulicach; wiele błąkało się bez celu, wymykając się czujności policji, całkiem zadziwione taką swobodą.

Na początku wiosny przedstawiciele ludu zaczęli reagować, miasto było zbyt umiarkowane, aby zadowolić rewolucyjny rząd, rozpoczęły się rewizje po domach, jak w wielkiej zabawie w chowanego w poszukiwaniu opornych księży29, których denuncjowano, chwytano i bez procesu wtrącano do więzienia. Następnie, zgodnie z dekretem promulgowanym przeciwko obywatelom notorycznie podejrzanym o brak patriotyzmu, aresztowano wielu członków władz miejskich. W kwietniu 1793 roku, kiedy to setki imion wpisano na listy osób poszukiwanych, klasztor Sainte-Marie stał się więzieniem.


Gdy wieści o tym wszystkim dotarły do Grâne, wraz z urywkami informacji o pracy Józefiny Savoye de Rollin wykonywanej na rzecz ubogich, Filipina nie mogła już dłużej znieść bezczynności swojego ukrytego życia. Całkowicie lekceważąc niebezpieczeństwo udała się do Grenoble, aby wziąć udział w apostolstwie miłosierdzia, którego nieprzewidywalność musiała niekiedy zaspokajać jej najśmielsze skłonności do przygody. Wiele domów w Grenoble stało dla niej otworem, zdecydowała się jednak nie narażać przez swoje przedsięwzięcia żadnego członka rodziny. Wybrała mieszkanie z bardzo zaufaną towarzyszką, w sektorze miasta, w którym dysponowała największą swobodą działania. Ponieważ niezbędna okazała się organizacja, Filipina utworzyła w tym celu stowarzyszenie „Pań Współczujących” (Dames de la Pitié). Za pierwszy cel wybrała niesienie pomocy materialnej i duchowej opornym księżom uwięzionym w Sainte-Marie, albo ukrywającym się w przebraniu pod inną tożsamością. W dodatku, ponieważ ustały w Grenoble wszelkie przejawy religijności, a wszędzie srożyły się śmierć i choroba, Filipina z narażeniem życia starała się doprowadzać księży do ludzi potrzebujących ich posługi, opiekowała się też chorymi i umierającymi i przygotowywała zmarłych do pochówku.

Podzielała zarazem wszelkie smutki i niepokoje swoich bliskich. Pewnego dnia 1793 roku dowiedziała się o zamordowaniu wuja, Jakuba Augustyna Perier i jego rodziny. Nie zdołał on w owym roku uzyskać ponownie stanowiska komendanta Gwardii Narodowej w Lorient30, podniosła się przeciw niemu gwałtowna reakcja, zatrzymano go jako podejrzanego i wysłano do Paryża, aby go tam osądzić. Augustyn Perier nie dotarł jednak do stolicy. Został po drodze zamordowany w zajeździe. Żona jego i córka dowiedziały się o tej śmierci przebywając w Paryżu. Wyruszyły natychmiast dyliżansem do Lorient, ale po drodze zostały wciągnięte w zasadzkę i zamordowane przez bretońskich powstańców31.


Francja była w stanie wojny z sąsiadami, a Grenoble po raz kolejny stawało się ważnym przyczółkiem dla obrony jej granic. Nadciągały oddziały wojska mające wzmocnić garnizon, powiększano też milicję, a „Regiment Nadziei” werbował chłopców w wieku od 8 do 13 lat. Najmłodsi Perier’owie ćwiczyli na skwerze przed merostwem. Następnie rozeszła się pogłoska o powstaniu przeciwko terrorowi zapoczątkowanemu przez Konwencję. Jednym z przywódców tego ruchu32 został Kamil Jordan, a Jan Józef Jouve jednym z jego najbardziej aktywnych uczestników. Eufrozyna wraz z dziećmi przebywała w Lyonie.

Oblężenie Lyonu trwało wiele tygodni. Kiedy w październiku miasto się poddało, Państwo Jouve uratowali życie, ale nic więcej. Filipina notuje, że Jouve wyróżnił się podczas oblężenia, lecz po kapitulacji miasta musiał ukrywać się wraz z rodziną w pobliskich górach. Poznał tam trudności wychowywania dzieci w biedzie. Kamil Jordan również się ukrywał i był zmuszony odczekać na wygnaniu aż do upadku Robespierre'a.

W tym samym czasie rząd rewolucyjny ścigał też innego członka rodziny. W październiku 1793 roku kapitan Konstanty de Mauduit został zdymisjonowany z francuskiej armii, bo jego krew bretońskiego szlachcica i nazwisko czyniły go podejrzanym, chociaż więzy z Perier’em i Duchesne’m pomogły mu uniknąć przymusowej emigracji. Mógł dzięki temu dołączyć do swej rodziny w Grâne.

Filipina pozostawała w Grenoble, ale była tym bardziej ostrożna, im bardziej niebezpieczną prowadziła działalność. Nigdy nie zapominała zwracać się do przyjaciół przez „obywatelu” i „obywatelko”, bo nowy porządek zabraniał stosowania starych form grzecznościowych „Pan, Pani, Panna”. Kościoły były teraz opustoszałe, nie pojawiał się w nich nawet kler zaprzysiężony na wierność Konstytucji. Olbrzymie dzwony Świętego Andrzeja pozostawały milczące. Katedrę Notre-Dame zbeszczeszczono33. Pozmieniano nazwy ulic i Filipinie niełatwo było wskazać tym, którzy jej pomagali, jak znaleźć powierzonych jej pieczy chorych i umierających. Zima 1793-1794 roku była okresem wielkiej biedy i utrapienia; brak żywności powodował bitwy uliczne, do utrzymania porządku wzywano wojsko. Kamil Teisseire, prokurator Komuny posłany został do Paryża, aby prosić o pomoc; nie odniósłszy jednak żadnego sukcesu powrócił wkrótce do Grenoble. Nie miał też więcej szczęścia w swoich dramatycznych apelach na rzecz więźniów stłoczonych bez litości i opieki w Sainte-Marie i w innych miejscach odosobnienia.

Terror późno zawitał do Grenoble, a zapoczątkowały go umiarkowane przejawy zewnętrzne. Wiosną 1794 roku wznowiono jednak polowania na księży, na placu Grenette pojawiła się gilotyna. 26 czerwca wykonano tam wyrok na dwóch księżach. Nikogo innego nie skazano na śmierć, ale tysiące ludzi zginęły w więzieniu wskutek epidemii tyfusu, szalejącej w miesiącach letnich. Istnieje mało wspomnień z tego okresu, lecz wymowne są fakty. Filipina z odwagą roztaczała opiekę nad uwięzionymi ofiarami, odwiedzała kler i świeckich stłoczonych w cuchnących basztach, wyszukiwała „opornych księży” w ich kryjówkach i bardzo często ryzykując życiem doprowadzała ich do wezgłowia chorych, którymi się zajmowała. Jej siostra Eufrozyna opowiada, że któregoś ranka podczas swego obchodu Filipina dotarła do ubogiej kobiety w widoczny sposób bliskiej śmierci. Uważając, że doprowadzenie księdza do tego sektora miasta będzie zbyt ryzykowne, kazała położyć kobietę na noszach, zanieść do swego własnego mieszkania i tam doprowadziła księdza. Gdy powróciła jej współlokatorka i zastała chorą w łóżku, jakie dzieliła z Filipiną, była tym bardzo zdziwiona, lecz rozumiejąc sytuację nie mogła powstrzymać się od uśmiechu. Bez wyjaśniania szczegółów Filipina ubłagała ją o to, aby razem czuwały nad umierającą. Obie modliły się u jej wezgłowia, a kobieta zmarła na ich rękach. Przypadki takie powtarzały się dosyć często.

W zamęcie Terroru, 31 lipca 1794 roku Klaudiusz Perier wydał swoją córkę Marinę za mąż za Hiacynta Teisseire’a, bogatego trzydziestoletniego kupca winnego, zamieszkującego przestronną siedzibę w pobliżu placu Grenette. Marina wchodziła w wiek szesnastu lat i, jak mówił Stendhal, była „jedną z najpiękniejszych kobiet w mieście”. Filipina nie miała w Grenoble bardziej lojalnego oparcia, od tego przyszłego kuzyna, którego uważała za jednego ze swoich największych przyjaciół.

Ledwie małżeństwo to ogłoszono, kiedy do Grenoble przybyli kurierzy przynoszący wieści o upadku Robespierre'a. Reakcja miasta była taka, jak i całego Delfinatu, w którym lud wstrząśnięty był skrajnościami Terroru, prześladowaniami, publicznymi zbrodniami i bezbożnym życiem. Stowarzyszenie „Pań Współczujących” uzyskało pozwolenie na przeprowadzienie reorganizacji, a ruch na rzecz poprawy warunków życia więźniów umożliwiał im spobodę działania. Na szczęście lokalne władze o umiarkowanych tendencjach zachowano przez krytyczny okres przejściowy. Na początku roku 1795 w całym Delfinacie, jak i nieomal w całej Francji, zapanował spokój.
Filipina mogła teraz powrócić do Grâne. Z pewnością w poprzednim roku również raz czy dwa razy odwiedzała rodzinę, napisała bowiem, że tam właśnie spędziła najbardziej burzliwe chwile Rewolucji. Znalazła matkę w złym stanie zdrowia, a Ojca wciąż aktywnego w życiu politycznym. Siostra jej, Amelia, oczekiwała trzeciego dziecka, Adelaida, chociaż znudzona życiem na wsi, prowadziła dom, a Filipina poświęcała swój czas na kształcenie najmłodszej siostry Melanii, mającej wtedy 9 lat. W lutym 1795 roku przegłosowano prawo zapowiadające swobodę praktyk religijnych. Ponieważ jednak gromadzenie się w miejscach kultu nadal było zabronione, w kościele w Grâne nie można było odprawiać żadnego nabożeństwa. Na wiosnę 1797 roku choroba Pani Duchesne gwałtownie się zaostrzyła. Jej siostra bliźniaczka, matka Kamila Jordan'a, zmarła w grudniu 1798 roku, w wieku lat 48, wyczerpana straszliwą presją Terroru i Rewolucji, pokrzepiona jednak pewnością, że jej synowie wytrwali wierni wierze. Śmierć Marii Elżbiety, nazywanej w dzieciństwie Lizą, zdawała się odbierać resztki sił i odporności jej siostrze, chociaż Pani Duchesne była przedmiotem największych względów rodziny, a Filipina, bardziej niż ktokolwiek umiała otoczyć ją swoją troskliwą opieką. Pani Jouve pisała później: „ta córka, która wcześniej ją opuściła, aby odpowiedzieć na Boże wezwanie, była przez całą chorobę jej najwierniejszą pielęgniarką. Dzień i noc u jej wezgłowia, pielęgnując ciało i duszę, nie opuściła jej ani na chwilę, aż do ostatniego tchnienia.”

Nieobecność Ojca w takiej chwili była dla Filipiny i jej sióstr wielkim strapieniem. Od czasu swego powrotu do życia politycznego był on mianowany syndykiem w Crest, następnie w roku 1797 wybrany przez elektorów departamentu Drôme na członka Rady Pięciuset. Do Paryża wyjechał wiosną, nie spodziewając się tego, co się w lecie wydarzy. Cierpiąca Pani Duchesne uważała za swój obowiązek nie pozwolić rodzinie na wezwanie męża. Usiłowała napisać do niego list pożegnalny, ale go nie dokończyła. Powiedziała mu w nim najpierw o swoim stanie zdrowia, a nakazawszy odszukanie nieobecnych dzieci, skierowała do niego ostatnie wyrazy miłości:


Śmierć byłaby dla mnie zbyt słodka, gdybym miała satysfakcję mieć przy sobie w tych ostatnich chwilach ciebie, mego najlepszego przyjaciela. Umieram w pokoju, pozostawiając dzieciom najlepszego z ojców, a tobie pozostawiając dzieci pełne szacunku i uczucia, które zrobią wszystko, co w ich mocy, abyś mógł zapomnieć o mojej nieobecności. Jedyny niepokój, jaki zabieram ze sobą do grobu, mój drogi towarzyszu, to...”
Piotr Franciszek Duchesne dobrze wiedział, co żona miała na myśli. Zmarła 30 czerwca 1797 roku, a pochowano ją obok jej dzieci, utraconych w pierwszych latach małżeństwa. Eufrozyna Duchesne nie przybyła w porę, aby czuwać u wezgłowia umierającej, Amelia i Adelaida były w chwili jej śmierci w innej części domu, jedynie Filipina trzymała matkę w ramionach, a Melania klęczała w nogach jej łóżka.
Po śmierci Pani Duchesne Filipina odstąpiła swojej siostrze Amelii swą część posiadłości w Grâne i podzieliła między brata i siostry część, która przypadała na nią z posiadłości w Grenoble i w innych miejscach, w zamian za doroczną rentę, którą zgodzili się wypłacać jej do końca życia. Tranzakcję tę zawarto z jej inicjatywy. Uwalniała się tym samym od wszelkiego zarządzania własnością czy kapitałem kupieckim i mogła zachować niezależność, aby poświęcić życie dziełom przez siebie wybranym.
Jej pierwsze podyktowane miłosierdziem przedsięwzięcie nie naruszało w niczym jej dochodów, lecz stanowiło surowy test dla jej cnoty. Za namową Ojca udała się do Romans, aby zamieszkać u babki, Marii Luizy Duchesne34. Starsza Pani przebywała tam z najstarszą ze swych córek, wizytką, i kilkoma wiernymi domownikami. Miała silną osobowość i twardy charakter, któremu pozwalała rozwijać się przez całe życie, aż z wiekiem stał się on zupełnie nie do opanowania. Od rana do wieczora grzmiała na wszystkich, którzy ośmielili się jej nawinąć, nie wyłączając najstarszej córki i godnej podziwu służącej Róży, której uległość i poświęcenie wynikały raczej ze współczucia niż z lęku. Filipina bardzo szybko uległa wyczerpaniu i szukała sposobu, aby opuścić to miejsce nikogo nie urażając, kiedy to babka pozbyła się jej w słowach tak jednoznacznych, że Filipina nie wahała się już dłużej z wyjazdem. Rozmyślając nad tym doświadczeniem napisała do Amelii z rozbrajającą szczerością:
Jestem jeszcze w Romans. Nie jest tak łatwo stąd wyjechać, jak myślałam. Przepuściłam kilka okazji, nie chcąc zostawiać naszej babki samej, a teraz nie mam żadnego sposobu, aby się wynieść, a Julia35 zdaje się nie cenić tego przedłużania się mojej wizyty. Lecz nie mam skrzydeł, aby do niej polecieć. Babka wyraziła się w słowach nie pozostawiających żadnych wątpliwości co do mego wyjazdu: była z niego bardzo zadowolona. Zasłużyłam sobie na dosyć żywą scenę, po kilku komentarzach, jakie ośmieliłam się uczynić, choć nie udało mi się uspokoić jej wściekłości na otoczenie i służące... Zyskałam na tej rozmowie tylko moje odesłanie i to w języku najbardziej precyzyjnym.

Widząc zmiany, jakich lata dokonały w naszych Babkach, nie mogę się powstrzymać od uczynienia kilku smutnych refleksji. To ich krew płynie w naszych żyłach i doświadczamy już przebłysków ich wyniosłej niecierpliwości. Spróbujmy kontrolować się teraz, w pierwszych etapach tej wady, która narasta z wiekiem i może stać się nie do naprawienia. Spróbujmy nie być wymagające względem innych, lecz raczej przemilczeć te tysiączne małe niedogodności, które mają skłonność do wywoływania w nas goryczy. Bo wiemy, że nikt w tym życiu nie jest doskonały i że powinnyśmy dostosować się do wad innych.”
Z pewnością Filipina wyczuwała w samej sobie skłonność do wad, które czyniły jej babkę tak nieznośną, wiedziała jednak również, że domem w Grâne często wstrząsały zmienne humory jej ukochanej Amelii. Szczerość, z jaką pisze o wspólnej im słabości daje wyobrażenie nie tylko o bliskości, jaka między nimi istniała, lecz i o odwadze, z jaką Filipina miała zwyczaj wyrażać to, co myśli.

Po krótkim pobycie w Saint-Marcellin, o którym mało mamy informacji, Filipina zdecydowała się powrócić do Grenoble, aby poświęcić się apostolstwu miłosierdzia względem ubogich, a także w nadziei odtworzenia życia zakonnego w swoim ukochanym klasztorze. Odcisnęła się na niej pieczęć Wizytek i Filipina pozostawała głęboko przywiązana do klasztoru Sainte-Marie. Dwadzieścia lat później nawiązując do tego okresu napisała:


Czas próby, lecz nie niezdecydowania, wydawał mi się wiecznością, i jeśli rozmyślając nad jego długim trwaniem zapytywałam się niekiedy, czy Bóg miał intencję zachować mnie w świecie, czuwał On zaraz nad tym, abym zauważała urywek Ewangelii dotyczący oderwania od rodziny i to ożywiało moją odwagę. Rozłąka z ojcem, który wyjechał do Paryża, i śmierć matki, która umarła wkrótce potem, dały mi swobodę, abym powróciła do Grenoble i stowarzyszyła się z kilkoma osobami chcącymi żyć regułą zakonną. Jeden z jezuitów, których kiedyś znałam, żył jeszcze. Kiedy tylko zapoznał się z moja decyzją napisał do mnie, aby mi powiedzieć, że podjęłam krok, za który Bóg mnie wynagrodzi.”
Ta zachęta jezuity stanowiła moralne oparcie dla Filipiny w chwili, gdy zdawała się być źle rozumiana, zarówno przez zakonnice, jak i przez rodzinę. Kiedy oznajmiła o podjęciu swojej decyzji, wszyscy z jej otoczenia stali się wobec niej dosyć nieprzyjemni i wydaje się nawet, że Pani de Mauduit zwróciła się do niej z najżywszymi wymówkami, oskarżając ją o egoizm i słabość, aby ją zranić. Pióro Amelii mogło być równie ostre, jak i jej język, o czym świadczy odpowiedź Filipiny. Adresując swój list do obywatelki Mauduit w Crest, bo Grâne leżało poza drogami pocztowymi, pisała:
Wiesz, moja ukochana siostro, że przybyłam do Grenoble i na pewno rozumiesz przyczynę mojej podróży. Z pewnością nie miałabym odwagi przedsięwziąć jej tutaj dla kilku dni rozrywki. Nie widzę z mojej strony żadnego wobec ciebie zawodu, moja bardzo droga przyjaciółko. Jeśli opuszczając miejsce, w którym mieszkasz, nie przedstawiłam moich ostatecznych intencji, poddanych jeszcze wtedy tysiącznym wątpliwościom, stało się tak dlatego, że w rzeczy samej nie miałam w tamtej chwili określonego planu. Po prostu zostawiłam Opatrzności troskę o oświecenie moich kroków przez ukazanie mi woli Bożej. Było też łatwiej wtedy, opuszczając siostry, które czule kochałam, nie brać pod uwagę możliwości długiej nieobecności.

Przyjęcie, jakie zgotowała mi babka i odprawa, jaką mi dała, stanowiły pierwszy bodziec dla wykonania mego projektu. Daleka do złości z powodu zgotowanej mi gościny, uważam ją za realną korzyść, bo to zmniejszyło wymówki, jakie nasz Ojciec mógłby mi uczynić, że odmawiam spełnienia jego pragnień, skoro ona sama wyrzekła się oglądania mnie przy sobie.

Dzięki refleksjom zajmującym mój umysł w tych czasach rozrywek, obudziły się we mnie dawne pragnienia, a kiedy wyjechałam do Saint-Marcellin, nie miałam najmniejszej intencji tam pozostać. W rekolekcjach, które wtedy odprawiłam, starałam się pozbyć wszelkiego rozgorączkowania w moich pragnieniach, wszelkiego zbyt ludzkiego uczucia. Lecz jakże ludzkie uczucia mogłyby mieć swój udział w postanowieniu, które zmusiło mnie do ich zdominowania i do wzniesienia się ponad moją naturę, aby odpowiedzieć na silniejsze upodobanie? Wyzwolona od samej siebie poszukiwałam poznania woli Bożej i podjęłam decyzję. Mało ludzi rozumie, o czym mówię i niemało będzie skłonnych mnie potępić. Wybaczam im, ponieważ mają swoje racje i proszę ich (również) o to, aby zrobili to samo względem mnie, jeśli nie mogą ich docenić.

Mój Ojciec, jako pozbawiony religii, zawsze zachowa wobec mnie pewne żale, i aż po grób znosić muszę cierpienie, że przysporzyłam mu trosk... Wiesz, że nie jest w mojej mocy ani pocieszyć go, ani udzielić mu pokoju, lecz w jedności z Tym, który kieruje wydarzeniami i pociesza wszystkie serca mogę uczynić dla mego Ojca więcej, niż gdybym usiłowała podobać się mu przez moje względy i stałą obecność...

Najpierw oczekiwałam od Religii36 bezpiecznego życia. Teraz wszystko się zmieniło, moje plany nie są już takie same, bo wydaje mi się niemożliwe iść za moimi pragnieniami, gdyż nie ma już we Francji zgromadzeń zakonnych. Chcę, aby ten list świadczył przeciwko mnie, jeśli rzeczywiście jakaś egoistyczna korzyść nas rozdziela i jeśli nie jestem gotowa uczynić wszelkich, jak najbardziej dla was korzystnych aranżacji. Znalazłam towarzyszkę trochę starszą ode mnie i wolną, jak i ja. Ma ona mały dochód, a z kilkoma dodatkowymi pracami, wystarczy on by ją utrzymać, ją i jeszcze bardzo dobrą młodą dziewczynę, która była do jej posług od dziesięciu lat i którą nadal trzymamy. Załatwiamy wynajęcie mieszkania, a ponieważ pierwszej wpłaty powinnyśmy dokonać natychmiast, potrzebuję pieniędzy. Czy będziesz miała uprzejmość posłać mi 300 franków, jeśli możesz uczynić to bez niedogodności. Mam zamiar napisać do Ojca, aby prosić go o pozwolenie wzięcia kilku mebli, których ogromnie potrzebuję, z rzeczy, które ma w zapasie.

Wstaw się w mojej sprawie u Ojca i zrób to zaraz, błagam. Nie pozwól, aby się niepokoił, chyba, że wydarzenia byłyby przyczyną porażki moich planów, są one tak ograniczone, że w rzeczy samej nie wiążą się z ryzykiem. Nie podejmujemy nic niebezpiecznego, lecz tylko dobre dzieła. Żyjemy w ukryciu, to nasze życzenie, nie mów też o mnie nikomu, ostrożność tego wymaga.”
„Ostrożność tego wymaga”. Warunki w Grenoble były jeszcze dalekie od normalnych i Filipina zdawała sobie sprawę, jak powinna być ostrożna, jeśli chce doprowadzić do końca projekt jeszcze z początku niesprecyzowany. Odtworzenie katolickiego życia i modlitwy wymagało czasu, a ambicją Filipiny było aktywnie uczestniczyć w tej odnowie. Odtworzenie życia monastycznego, wychowywanie dzieci, praca społeczna pośród ubogich i opuszczonych, wszystko to stanowiło przedmiot jej pragnień i modlitw, kiedy przemierzała miasto niosąc pociechę i zachętę wszędzie tam, gdzie się udawała.

Zachodziła czasem do swej ciotki Perier w poszukiwaniu nowin od najbliższych. W roku 1798 Kazimierza powołano do wojska, Augustyn poślubił Luizę de Berckheim, a ich Ojciec, Klaudiusz, objął niedawno zarząd swych interesów w Delfinacie, doprowadzając do rozkwitu dużą fabrykę tekstyliów. Innym razem udawała się do Mariny Teisseire, gdzie było niespełna roczne dziecko. Marinę angażowało planowane w Grâne małżeństwo, bo w roku 1798 Adelaida Duchesne miała poślubić Henryka Lebrument z Bourg'a. Filipina prawdopodobnie brała udział w tej uroczystości i spotkała się tam z ojcem. Był jak zwykle bardzo zajęty, bo w marcu tegoż roku wybrano go na sekretarza Rady Pięciuset. Mógł przekazać jej wiadomości o kuzynce Józefinie mieszkającej w Paryżu, odkąd jej mąż, Jakub Savoye de Rollin, objął funkcję w Dyrektoriacie.

Wszystkie te eksponowane stanowiska nie oznaczały wcale, że ludzie z Delfinatu, z którymi Filipina była spokrewniona, popierali politykę i postępowanie rządu, któremu służyli. Kamil Jordan tak odważnie posługiwał się w Radzie Pięciuset swoją legendarną bezpośredniością w mowie dla obrony wolności praktyk religijnych, że nadano mu przydomek „Jordan kościelny dzwon”, a podczas Rewolucji wrześniowej wpisano na listy deportacyjne. Kolejny raz otwierała się przed nim droga wygnania. Do Francji powrócił w roku 1800 i był czasowo internowany w Grenoble, gdzie Filipina znów mogła docenić obecność i przyjaźń tego szczerego i odważnego kuzyna.

Podczas, gdy dźwiganie się Francji za Dyrektoriatu zadowalało z grubsza tych, którym leżały na sercu interesy kraju, coraz większa władza Bonapartego niepokoiła tych, którzy, jak Piotr Franciszek Duchesne, wnikliwie odczytywali znaki czasu. Ze śmiałością nieliczącą się z konsekwencjami zajął on stanowisko w tej sprawie, i w listopadzie 1799 roku dał się zauważyć jako przeciwnik przewrotu, przez który korsykański wojskowy obalił Dyrektoriat. W tym dniu „wystrychniętych na dudka” przynajmniej jeden reprezentant Delfinatu nie dał się w wciągnąć w grę i nie utracił z tego powodu swego fotela w Radzie Pięciuset. Jego wyjątkowa kompetencja w dziedzinie prawa sprawiła, że po wprowadzeniu Konstytucji z roku VIII37 mianowano go członkiem Trybunatu38.


Filipina próbowała w tym czasie skupić całą swoją energię na jednym projekcie, odrodzeniu życia zakonnego w Sainte-Marie. Wizja starego klasztoru od nowa poświęconego życiu wspólnotowemu zdominowała wszystkie jej natchnienia. Historię jej wysiłków, aby doprowadzić do tej odnowy wyczytać można w najdłuższym opowiadaniu autobiograficznym, jakie po sobie zostawiła, opowieści zredagowanej w roku 1805.
Wiosną 1800 roku odważa się na kolejną podróż do Romans, a podczas swego tam pobytu decyduje się odbyć pielgrzymkę do grobu Świętego Franciszka Régis'a w La Louvesc. Podróż przebiegła pomyślnie, lecz po przybyciu na miejsce Filipina doznała wielkiego rozczarowania:
Towarzyszyła mi służąca mojej babki, która była bardzo przywiązana do tego świętego... Pielgrzymka była na odpust Świętego Krzyża, 3 maja 1800 roku... Nie jechałam do La Louvesc w poszukiwaniu odczuwalnej pociechy, nawet jeśli jej oczekiwałam. Wszystkie te miejsca miały wygląd rozpaczliwy, wynikający z dewastacji Kościoła. W prezbiterium, gdzie ołtarz potłuczono na kawałki, nie można było odprawiać Mszy. Stłuczono wiele figur aniołów podtrzymujących statuę. Kurz z ołtarza zbierać można było garściami. Mszę odprawiono w nędznej stodole, a był taki tłum, że nie mogłam przystąpić do komunii, miałam jednak to szczęście, kiedy tłum się oddalił.”
Filipina pokrótce tylko wspomina doświadczenie duchowe z tego dnia, musiała jednak modlić się i medytować nad heroicznym życiem Jana Franciszka Régis'a, nad jego zapałem misyjnym i apostolstwem pośród wszystkich kategorii ubogich, bo widział w nich dusze, dla których Chrystus cierpiał na krzyżu.


1801 - 1804


W roku 1801, w dniu Zesłania Ducha Świętego, Filipina, zdecydowana zabiegać o własność Sainte-Marie, z całą ufnością zwróciła się ku modlitwie. Jej „Historia Sainte-Marie” nie wymaga komentarzy, zostanią tu przytoczone obszerne jej fragmenty, ze względu na bogactwo szczegółów i wszystko, co tekst ten mówi o charakterze jego autorki.


Zbliżało się święto Świętego Franciszka Régis'a i czułam, że moja ufność w nim codziennie się powiększa. Przed i po jego święcie odprawiłam nowenny ku jego czci, aby poznać wolę Bożą odnośnie mojej osoby. Pewnego dnia przyszło mi na myśl, że mój powrót do Sainte-Marie byłby całkiem możliwy, gdyby ten klasztor stał się instytucją religijną, i miałam natchnienie złożyć ślub Świętemu Régis’owi, aby uzyskać tę łaskę. Poprosiłam o pozwolenie mojego spowiednika, a moją obietnicę wyraziłam następująco: jeśli za rok będę w Sainte-Marie d'en Haut, zgodnie z moimi pragnieniami, 1) wyślę kogoś do La Louvesc, aby tam zamówić odprawienie nowenny Mszy przy grobie Świętego Franciszka Régis'a, i nowenny modlitw, 2) będę co roku przystępować do komunii w dniu jego święta, poszcząc w wigilię na jego cześć; a jeśli będzie to niemożliwe, poproszę, aby ktoś mnie zastąpił; 3) ustanowię w domu oratorium na cześć tego Świętego; 4) będę uczyć albo poproszę, by dziesięciu ubogich kształcono w religii. Ponieważ moje intencje miały tak mocną rekomendację, wzmogła się moja odwaga i zaczęłam działać.”
Filipina zwraca się więc do administratorów diecezji, aby dowiedzieć się, jak przystąpić do nabycia Sainte-Marie. Otrzymała jednak niewiele wsparcia, zachęcono ją raczej do czekania. W Romans, gdzie przez jakiś czas spotykała się z Ojcem, ten ostrzegł ją przed jej impulsywnością i oznajmił, że dochody jego nie są wystarczające, aby przyjść jej z pomocą, chociaż Filipina prosiła go tylko o zatwierdzenie jej planów. Ostatecznie wygrała sprawę u wszystkich. Wspominając swoje zwycięstwo pisze:
Budynek przekazano mi 10 marca 1801 roku39. Prefekt okazał się uradowany moim zadowoleniem. Miałam płacić 800 franków rocznie i być odpowiedzialna za naprawy. Po wyjściu z Prefektury moją pierwszą troską było pójść podziękować Bogu za Jego hojność u ubogiego chorego, którego chodziłam doglądać niemal codziennie i u którego często przyzywałam Świętego Franciszka Régis'a w jego i w moich intencjach... Następnie powróciłam do siebie i zaczęłam przygotowywać bagaże i rozdzielać to, czego nie potrzebowałam. Pozostawałam w środku, aby uniknąć spotkań z ludźmi, którzy nie byli ze mnie zadowoleni, poczynając od wszystkich dawnych zakonnic tego domu. Uważano mnie za zuchwałą, że zamierzałam zamieszkać w domu, który się walił i z którego można było ponownie zostać wygnanym. Oskarżano mnie, że z nikim się nie konsultowałam, że wszystko poświęciłam dla miłości własnej... Uznałam za bezużytecznie szukanie towarzystwa tych kobiet, które irytowała sama (nawet) myśl o powrocie do Sainte-Marie. Dla spokoju sumienia wystarczało mi to, że drzwi zostały dla nich teraz otwarte i że zasięgnięto opinii przełożonych kościelnych...

14 grudnia powróciłam do domu Pana. Nie mogłam tego uczynić w wigilię, rocznicę śmierci Świętej Chantal, co byłoby dla mnie pociechą. Małe dzieci z mojego katechizmu z niewiarygodnym zapałem, mimo padającego na nie przez cały dzień deszczu, nosiły moje paczki. Nie dopuściły się najmniejszej niewierności40. Myślałam, że moją jedyną towarzyszką będzie ubogie dziecko, które uczyłam katechizmu, bo Pani Faucherand41 napisała do mnie, że cierpi na lekki krwotok i uważała, że bardziej miłosiernie będzie poczekać do Wielkanocy, aby dać tym zakonnicom czas na podjęcie decyzji. Odpowiedziałam, że nawet o godzinę nie opóźnię mojego powrotu do świętego schronienia, za którym tyle wzdychałam; że pora pokazać światu, jaki jest kłamliwy ośmielając się mówić, że byłyśmy przymuszonymi ofiarami i że mamy upodobania takie, jak on.

Następnie spieszyłam się, aby opuścić moje mieszkanie. Przybyłam do Sainte-Marie wieczorem, kiedy zapadała noc, po dostarczeniu wszystkich moich manatków, które przyjął (wcześniej) dozorca. Wiał silny wiatr i wciąż padał deszcz, ale nie byłam tak przemoknięta, jak moje biedne dzieci; woda spływała im strumyczkami po ubraniach, lecz na twarzach widniało zadowolenie, szczęśliwa oznaka zadowolenia Pana. Pani Faucherand, uświadomiwszy sobie moją determinację w wykonywaniu projektu, odnalazła w sobie odwagę i przybyła kilka godzin przede mną. Moją ambicją było spędzić noc w boskim sanktuarium, gdzie od dawna nie słyszano błogosławionego imienia Pana, wykorzystać ją w całości na smakowanie Jego dobrodziejstw i złożenie Mu pokornego dziękczynienia. Tak więc, mimo radości, że mam towarzyszkę, trochę przeszkadzało mi to, że muszę przy niej spać, aby ją chronić od lęku.

Dom źle się zamykał, ale nie miałam obaw w tej samotni, myśląc, że Bóg, będąc moim przewodnikiem, będzie też moim strażnikiem aż do chwili, w której będę miała czas roztropnie zatroszczyć się o nasze bezpieczeństwo. Zajęłam się nim wkrótce i czas spędzałam z robotnikami lub na gotowaniu, albo na sprzątaniu części domu, które nie były sprzątane od dziesięciu lat, lub na wylewaniu wody i wynoszeniu śniegu z naszej siedziby, albo na próbie naprawiania okien, najbardziej niewdzięcznym zajęciu, bo kit natychmiast zamarzał, kiedy go tylko przyłożyłam i nie chciał spływać, co dało mi wiele okazji do ćwiczenia się w cierpliwości. Poza tym wyjątkiem, wszystko w tych zajęciach było przyjemnością. Doznawałam zadowolenia Świętej Teresy zamiatającej swój klasztor. Nigdy najżywsze przyjemności świata tyle mi go nie dostarczyły. Chodziłyśmy modlić się do kościoła, gdzie brakowało trzech okien i drzwi. Panowało przenikliwe zimno, lecz go nie czułyśmy. Żadna z nas się nie przeziębiła.

Po dwóch tygodniach miałyśmy w końcu pierwszą Mszę w kościele. Drzwi zewnętrzne były jeszcze zamknięte42. Ponieważ w Boże Narodzenie żaden ksiądz nie mógł przyjść, poszłyśmy do miasta uczestniczyć we Mszy o północy, w towarzystwie dziewczyny, będącej z nami od kilku dni i (naszego) pracownika, dawnego brata z Wielkiej Kartuzji. Uszyłyśmy sobie strój i został on pobłogosławiony przed Mszą. Następnie wzięłyśmy go jako upominek od rodzącego się Dzieciątka Jezus i nosiłam go dwa dni później, kiedy odwiedził nas Monseigneur Spina, arcybiskup Koryntu i Monseigneur Castelli. Obaj są dzisiaj kardynałami. Ukończyli swoją pracę nad konkordatem.

Rozumiałam w tamtej chwili, że gdybym chciała mieć towarzyszki, musiałyby one przyjść z różnych zgromadzeń, albo być osobami świeckimi myślącymi o rozpoczęciu życia zakonnego, w tej sprawie doszłam do wniosku, że do tego trzeba by mieć Regułę, którą mogłybyśmy proponować nowoprzybyłym. Reguły Wizytek z Sainte-Marie nie można było jeszcze stosować dosłownie, lecz w wielkiej części można jej było przestrzegać. Dałam jeden egzemplarz Ojcu Brochier, prosząc go, aby wskazał artykuły Reguły, których należy przestrzegać i te, które na razie można by zmodyfikować. Zgodził się, że to zrobi, i z wielką mądrością ułożył regułę, która zachowywała ducha Sainte-Marie: odosobnienie, oderwanie, posłuszeństwo, wspólnotę dóbr, lecz w swoich zewnętrznych przejawach była mniej ścisła. Życzyłam sobie przełożonej wybranej na rok, gdyby tylko była grupa czterech zakonnic, następnie Przełożonej wybranej na trzy lata, zgodnie z regułą, gdyby ich było dwanaście i mogłybyśmy być pewniejsze naszego wyboru...

Reguła ta, po której spodziewałam się wielkich rzeczy, wywołała jak najgorszy skutek. Zakonnice otwarcie ją krytykowały, w szczególności artykuł o wspólnocie dóbr, który uważały po prostu za niewykonalny. Nie miały żadnych skrupułów zachowując własność swoich dóbr, a jednocześnie unosiły się żywo przeciwko zmianom uczynionym w Regule w tym, co dotyczyło organizacji dnia, która nie była ściśle taka, jak przedtem i przeciwko wyborowi (przełożonej), który lekko się różnił: ‘Nasza dawna Przełożona żyje, mówiły, po co mówić o wybraniu innej’. W tym wszystkim nie dostrzegały, że nie chodziło o zakonnice, które wciąż były rozproszone, ale wyłącznie o te, które powróciły do klasztoru, że potrzebny był ktoś na ich czele. Inny artykuł reguły odpowiadał na (te) ich zastrzeżenia, ponieważ wyrażał, że kiedy tylko okoliczności na to pozwolą, wszystkie proponowane zmiany będą mogły zostać zniesione na rzecz ścisłej obserwancji pierwotnej Reguły.

Większość nie przyszła obchodzić z nami w Sainte-Marie święta Św. Franciszka Salezego, lecz spotkała się w prywatnym oratorium i po Mszy zebrała po to, aby protestować przeciwko temu, co nazywały zwyczajami wprowadzonymi przez Panią Duchesne. Następnie nawiązały kontakt z pewnymi wikariuszami generalnymi, aby ich zapoznać z tym protestem. Byłam zupełnie nieświadoma tego, co się działo. Doznawałam w tym dniu święta Św. Franciszka Salezego (29 stycznia) najczystszych pocieszeń. Wielu szacownych księży przyszło odprawić nam Mszę z takim wylaniem radości, jakie wywołuje w świętych duszach widok dzieła, które może się obrócić na chwałę Bożą. Zewnętrzne drzwi kościoła były jeszcze zamknięte, ale ludzi wprowadzono przez wnętrze klasztoru i odprawiono uroczyste nabożeństwo. W ten sposób nasz kościół w Grenoble był pierwszym, w którym katolicki obrządek ukazał się po Rewolucji w (całym) swoim splendorze.

Kilka dni później dowiedziałam się, że uważano mnie za intruza, powiedziałam to żartując mojej towarzyszce (Pani Faucherand), do której dołączyła inna siostra i siostra z zewnątrz. Umysł jej nie był zbyt normalny i ucierpiał (już) uprzednio z powodu kilku (ataków) nieobecności. Pewnego ranka powiedziała mi, że potrzebuje zmiany, opuściła Dom i nigdy (już) nie powróciła, aby ze mną mieszkać. Bardzo cierpiałam, zwłaszcza nad tym, że pozwalało to przewidywać inne odejścia w przyszłości. Spędziłam bardzo smutne godziny i trochę liczyłam na pomoc matki de Murinais. Zawsze utrzymywała, że niczego nie uczyniłam bez jej zgody i że miała zamiar dotrzymać obietnicy powrotu do klasztoru.”

Pogłoski krążące po Grenoble w zimie 1801-1802 roku nie oszczędzały Filipiny. W liście do siostry Eufrozyny odsłania szczerze własną reakcję, okazując jednocześnie serdeczne zainteresowanie rodziną Jouve:


Jakże się ucieszyłam, moja droga Siostro, że twoje dzieci czują się lepiej. Dwa dni temu otrzymałam list od Melanii, która pozostawiła mi mało nadziei, co do życia Eufrozyny43. Wciąż o tobie myślę i zamierzałam do ciebie napisać, kiedy przyszedł twój list mówiący, że Bóg wysłuchał naszych łez, naszych modlitw i oszczędził ci córkę. Jesteś przedobra interesując się trudnościami nieodłącznymi od (każdego) przedsięwzięcia. Najwięcej cierpię z powodu opozycji kilku osób, od których oczekiwałam wdzięczności. Mówiono o mnie w sposób korzystny i niekorzystny, ponieważ jednak przyczyny mego działania nie są z tego świata, ani nie niepokoi mnie nagana, ani nie pochlebia mi pochwała...”
Filipina liczyła na obecność Matki de Murinais bardziej niż jakiegokolwiek innego człowieka. Była to kiedyś doskonała Przełożona, stanowcza i dzielna w doświadczeniach i w prześladowaniu. Pozostała w kontakcie z licznymi członkami rozproszonej wspólnoty, wspierała projekt odnowy, miała jednak ponad osiemdziesiąt lat, słabła, i łatwo poddawała się wpływom otoczenia. Jej przybycie do Saint-Marie stanowiło dla Filipiny, jak sama to opowiada, triumf krótkotrwały:
W końcu Matka de Murinais zdecydowała się przyjechać w tygodniu z inną młodą zakonnicą, która postawiła warunek, że nie będzie miała innego zajęcia, jak troszczyć się o zdrowie Matki Przełożonej. Przywiozła też dwie siostry konwerski, z których jedna miała prawie osiemdziesiąt lat. Kilka dni później dołączyła do mnie nowa towarzyszka, Urszulanka, która w rzeczywistości była tylko (naszą) lokatorką....

W tym czasie Ojciec Rivet głosił rekolekcje w naszym kościele. Było dużo ludzi, drzwi zewnętrzne były jeszcze zamknięte. Ośmieliłyśmy się otworzyć je w Wielki Czwartek i od tego czasu pozostały otwarte. To samo było z drzwiami szpitala, które zostały otwarte przed naszymi. Było dla mnie wielką radością przyprowadzić do ołtarza, w obecności tylu ludzi, czcigodną Matkę, której tak długo oczekiwałam. To był triumf. Myślałam, że jej przyjazd wywoła wielkie wrażenie na ludziach z zewnątrz i spodoba się mojej rodzinie, która bardzo cierpiała nad samotnością mojej sytuacji i ciężkim brzemieniem, jakim był dom; a także, że zbuduje to opinię publiczną, która krytykowała obojętność zakonnic niekorzystających z klasztoru, który dla nich został otwarty. Miałam też nadzieję, że przywrócony zostanie pensjonat. Kiedy przybyła Matka do tego ograniczałam moje nadzieje.

Niektóre rzeczy szły lepiej, niż przedtem, lecz nie miało to nic wspólnego z tym, czego oczekiwałam od instytucji zakonnej: oficjum w chórze i medytacji. Nie było milczenia, praktyk religijnych, klauzury, jednolitości stroju, a w żadnym wypadku kwestii ich wprowadzenia. Wszystkie mówiły, że przyjechały tylko na próbę, bo nie były jeszcze zdecydowane wytrwać, nawet przy tak łatwym stylu życia... W największej głębi odczuwałam wielką gorycz myśląc o wszystkim, co to wróżyło na przyszłość... Lecz o wiele większy smutek budziła we mnie choroba Przełożonej, która uzasadniała przewidywania, że zmiana miejsca zamieszkania w jej wieku będzie fatalna, i w rzeczy samej już ganiono mnie za jej śmierć. Wróciła jednak do zdrowia. Myślałam, że Bóg mnie oszczędził, lecz przygotowywał mnie do jeszcze większego zmartwienia. Powiedziałam mojemu spowiednikowi, jak bardzo płakałam zrozumiawszy, w jakich intencjach wszystkie przybyły, i że nie było żadnej nadziei, aby zarządzanie tym domem było dostatecznie stanowcze dla najłagodniejszej z reguł... Przytaknął i odpowiedział, że nie dosyć płakałam i że dopiero zaczęłam płakać, jeśli myślałam, że wystarczy mi zaproponować jakąś rzecz, aby była zaakceptowana, i że powinnam uzbroić się w odwagę.”
Wiosną i latem 1802 roku Filipina doznaje najpoważniejszych rozczarowań. Płonęła w niej wielka gorliwość domagająca się życia w ścisłej obserwancji reguły, w pokucie, wynagrodzeniu, modlitwie, co czyniło sytuację nie do zniesienia. Czy pomyliła się w odczytywaniu Bożych zamiarów, jakie jej dotyczyły? Ogarniała ją niekiedy udręka wątpliwości i strapienia, chociaż bez skargi wypełniała wszystkie swoje zajęcia. Wszyscy wokół niej szemrali o nieuniknionych trudnościach takiego przedsięwzięcia44. Nawet jej gorliwość wydawała się innym jak gdyby wyrzutem, i ściągała na nią surowe krytyki. Całe Grenoble było na bieżąco w sprawach, które działy się w Sainte-Marie.
Komentowano tego lata również postępowanie Piotra Franciszka Duchesne. Element republikański Delfinatu bardzo podziwiał jego odwagę i dalekowzroczność, która pozwoliła mu uniknąć czystki Trybunatu w roku 1801, sprawy jednak ewoluowały bardzo szybko w roku następnym. Zarówno w Radzie Pięciuset, jak i w Trybunacie, prowadził on z zasady działanie kompromisowe, bądź to zwalczając prawo emigrantów do powrotu, bądź to podtrzymując prawo umożliwiające dawnej szlachcie sprawowanie funkcji publicznych. 27 kwietnia 1802 roku wzbudził sensację atakując projekt prawa dotyczący wychowania świeckiego, chociaz dobrze wiedział, że Pierwszy Konsul osobiście uczestniczył w jego opracowywaniu. Duchesne oskarżył rząd o próbę utrzymania ubogich w ignorancji. Dwa tygodnie później Napoleon sam wysunął swoją kandydaturę na dożywotniego Konsula. Zgromadzenie w całości podało się do dymisji, trzej członkowie Ciała Legislacyjnego, których imiona nie są znane, głosowało na „nie”. Łazarz Carnot i Piotr Franciszek Duchesne również ośmielili się okazać sprzeciw wobec dyktatora. Głosowanie to zadecydowało o końcu kariery politycznej Duchesne’a. Miał wtedy 60 lat. W chwili przyjazdu do Grenoble, w lecie 1802 roku, wiadomości otrzymane od Filipiny bardzo go zaniepokoiły, ostatecznie więc wsparł finansowo jej święte ambicje, podobnie jak i państwo Savoye de Rollin i Perier:
Domem kierowała Przełożona, która, aby przyciągnąć kandydatki, akceptowała każdy typ charakteru, czy raczej ustępowała wielu zakonnicom, które robiły, co im się podobało, i kilka dziewcząt, które były pensjonarkami. Pytałam o to, jakie będzie moje zajęcie, i odpowiedziała mi, że pozostanę przy obowiązku napraw domu, zakrystii, furty i zajmowania się uczennicami... Był w stosunku do mnie taki chłód, że przeczuwałam rozpad wspólnoty. Nie chciałam mieć sobie do zarzucenia najmniejszej rzeczy, która mogłaby się do tego przyczynić, ale wszystko nas ku temu prowadziło... Kilka dni później dowiedziałam się, że zakonnice zamierzały wyjechać, ale nie chciały, abym się o tym dowiedziała. Jedna siostra, która była mi wierna, przyszła mi powiedzieć to, co wiedziała. W święto Świetej Joanny de Chantal badałam głębie mojej duszy, aby się dowiedzieć, czy jakieś uczucie, czy jakaś egoistyczna korzyść, jakaś niechęć przeszkadza mi uczynić konieczny krok, aby uniknąć skandalu, jakim byłby rozpad wspólnoty. Wydawało mi się, że z całą szczerością mogę powiedzieć, iż w całości podporządkowałabym się nawet osobie, która zadała mi największy ból, byleby tylko zgodziła się ona na umocnienie ścisłej obserwancji Reguły, i błagałam Świętą Joannę de Chantal, aby była sędzią pomiędzy mną, a swoimi córkami. Myśl ta zajmowała mnie przez cały czas uroczystej Mszy, podczas której ofiarowałam się Bogu, że opuszczę dom, jeśli byłabym przeszkodą dla dobra, jakie mogłoby się w nim dokonać. Wiedziałam jednak, że jeśli wyjadę, nikt nie zostanie, tak więc poddawałam się temu, że będę praktycznie znowu sama...

25 sierpnia, w święto Świętego Ludwika, Matka de Murinais kazała mnie zawołać i oznajmiła mi, że następnego dnia rano mnie opuszcza. Była spokojna i przemawiała do mnie z dobrocią. Pomyślałam później, że Bóg odebrał jej wszelki żal, abym mogła działać z większą swobodą dla większego dzieła. Bardziej odpowiedziałam Matce przez łzy, niż przez słowa. Wyraziłam jej ufność, że ją zobaczę, lecz nie udzieliła mi najmniejszej zachęty w tym względzie, mówiąc, że była zbyt stara do takich przedsięwzięć i że one wymagają młodości i odwagi, jak moja45.

27 sierpnia znalazłam się (sama) z zakonnicą Urszulanką, siostrą Giraud46, jedną pensjonarką, która przybyła do szkoły w dniu święta Świętego Alojzego Gonzagi (21 czerca 1802 roku), jedną siostrą konwerską, towarzyszką z czasów, kiedy byłam w nowicjacie, która poprosiła swoją siostrę o przybycie, aby pomogła nam w pracy, i z sześcioma czy ośmioma uczennicami. Byłam załamana. Krążyła pogłoska, że wygnałam zakonnice, że byłam nieustępliwa, że nikt nie mógł ze mną wytrzymać, że tylko Ojcowie Brochier i Rivet brali moją stronę. Ten ostatni przybył spotkać się ze mną w tym dniu wielkiego strapienia i zauważył, że niegdyś, w podobnej sytuacji, Święta Teresa rozpoczęła reformę Karmelu, a całe miasto powstało przeciwko niej. Napisał zaraz do Ojca Roger, że dom był teraz wolny, gdyby mógł tylko nakłonić Ojca Varin47 do przysłania kilka zakonnic. Lecz na tę łaskę trzeba było zasłużyć długim oczekiwaniem.

Duch Święty dał (w końcu) do zrozumienia Ojcu Varin, że jest przeciwny opóźnieniu i że decyzja w naszej sprawie musi zostać podjęta. Po tym natchnieniu Ojciec Varin wysłał do nas słówko, że przyjedzie obchodzić z nami święto Świętego Ignacego. On i Ojciec Roger przybyli w wigilię (30 lipca 1802 roku). Po Mszy następnego ranka zwiedzili dom. Zajęłam miejsce bezpośrednio za Ojcem Varin, aby móc słyszeć wszystko, co mógłby mówić, i notować jakikolwiek najmniejszy znak, jaki mógłby dać, zadowolenia czy dezaprobaty. Nie dało się jednak poznać myśli tych ludzi, którzy zachowywali tak pełną (samo)kontrolę, że ja, która nie jestem tego typu, zaczęłam być niemało zniecierpliwiona.

Kiedy wszedł do kaplicy Najświętszego Serca Jezusa, zawołał, „Oto, co sprawia życie zakonne u Wizytek, tak pociągające dla dusz”. Nie było to wcale tym, co chciałam (usłyszeć). Ojciec Roger nie dał mi żadnej więcej satysfakcji, niż uczynił to Ojciec Varin...

W ten sposób zaświtał kolejny dzień. Pani Rivet48 i ja poszłyśmy znowu, aby po Mszy spotkać się z oboma księżmi. Ojciec Varin mówił mi znowu o Świętej Obojętności i o powolności, z jaką dokonują się dzieła Boże... odpowiedziałam mu, iż przeciwnie, Pismo Święte przedstawia Go jako biegnącego krokami olbrzyma i dodałam, że gdyby św. Franciszek Ksawery działał tak rozważnie zanim by przedsięwziął dobre dzieła, nigdy by ich nie dokonał tylu w tak krótkim czasie. Ojciec śmiał się z mojej niecierpliwości i zgodził się, że miałam rację i że musi posłać Panią Barat, aby założyła dla nas klasztor możliwie jak najszybciej. Ta pocieszająca obietnica zdjęła w końcu z mego serca ciężką górę niepewności... Był to dzień radości i szczęścia...”
Przez tygodnie, które nastąpiły po tej wizycie Filipiną targały sprzeczne uczucia. Nadzieja ustępowała obawie przed wielkim rozczarowaniem. Podzieliła się swymi emocjami z Ojcem Varin, który napisał do niej uspokajający list:
Pani Barat wyjedzie (stąd) na początku października, aby spełnić złożoną przeze mnie obietnicę. Weźmie ze sobą dwie ze swoich młodych towarzyszek. Przyjedzie z nią ksiądz, który, zapewniam cię, godzien jest całego waszego zaufania. Jest dla mnie wielką ofiarą polecać mu, by mnie opuścił, lecz wynagrodzą mnie usługi, jakie odda waszemu domowi i zrobię wszystko, co w mojej mocy, aby sam zobaczyć, jak wszystko przebiega, jak tylko da się najszybciej.”
Doszło do innych opóźnień, które Filipina ledwie mogła zrozumieć. Jednakże na początku listopada napisała:
„ W końcu nastąpił koniec próby. List od Ojca Varin, napisany 25 października, dodał nam znowu odwagi: Codziennie czuję się przynaglony wypełnić wasze nadzieje. Widzę z ostatniego listu Pani Barat, że ona również podziela te moje odczucia... Wytrwałość Pani i jej towarzyszek, co do projektu połączenia, na które się zdecydowaliśmy jest dla mnie oznaką, że drogi Pan pobłogosławi jego wykonaniu. Wyjadę w poniedziałek do Amiens i mam nadzieję, że bardzo niedługo zapowiem ci dzień, w którym nasi przyjaciele wyruszą do Grenoble. Zauważ, że cię nie zawiodłem, zapewniając, że wasze sprawy wezmę do serca, jak własne i że wasza rodzina będzie mi równie bliska, jak moja....’ ”
Jesień 1804 roku przyniosła Filipinie nowy dowód uczucia i zaufania ze strony rodziny, kiedy to jej siostra, Pani Jouve, powierzyła jej wychowanie swojej ośmioletniej córki Eufrozyny. Dziecko było kruche, a dostosowanie go do surowej dyscypliny trudne, lecz we właściwym czasie stanie się jedną z najwybitniejszych uczennic Sainte-Marie. Należała do małej, wspomnianej przez Filipinę grupki dzieci, które przyjęły Matkę Barat w starym klasztorze w grudniu 1804 roku.

ROZDZIAŁ 3




Directory: images
images -> Lokalna strategia rozwoju lokalnej grupy działania „lider zielonej wielkopolski” na lata
images -> „ Gra tajemnic reżyseria Morten Tyldum. Czas projekcji 110 minut
images -> Wykład z polityki gospodarczej Temat 3 Polityka pieniężna I walutowa Pojęcie I cele
images -> Skarżyski klub szaradzistóW „anagram” zał. 12 maja 1958 roku przy miejskim centrum kultury im. Leopolda staffa 26-110 skarżysko-kamienna, ul. SŁOwackiego nr 25
images -> Załącznik 1
images -> Postępowanie znak: sz-2100-13(52/ZP/07)-07
images -> Spzoz/ZP/…
images -> Xviii konferencja naukowo – szkoleniowagastroenterologii klinicznej wp
images -> Załącznik nr 3 do siwz opis przedmiotu zamówienia (opz) dot przetargu nieograniczonego znak: A/ZP/szp. 251-37/16 na: „dostawę wraz z wdrożeniem zintegrowanego elektronicznego systemu zarządzania dokumentacją medyczną”

Pobieranie 2.06 Mb.

Share with your friends:
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   26




©operacji.org 2020
wyślij wiadomość

    Strona główna