Louise callan, rscj



Pobieranie 2.06 Mb.
Strona21/26
Data25.10.2017
Rozmiar2.06 Mb.
1   ...   18   19   20   21   22   23   24   25   26

1848 - 1852


W roku 1848 krążyły informacje o Rewolucji we Francji i w innych krajach Europy. Zakonnice Sacré Coeur same stały się ofiarami prześladowań we Włoszech, w Piemoncie, w Szwajcarii i we Francji. 15 kwietnia Filipina prosiła swoje siostry o nowiny o tych wszystkich, którzy byli jej drodzy. Pisała krótko w tym dniu: „Mój wzrok stał się w tym roku słabszy, i od czasu do czasu się zmienia. Dzisiaj mogę bardzo mało zobaczyć.” Jej serce przepełniało jednak stare uczucie i kończyła swój list ujmującą formułą: „Cała dla ciebie, droga i czuła przyjaciółko.”

Zdawała się być, raz jeszcze, ogarnięta przez myśl, że lepiej byłoby dla niej pisać mniej często do przyjaciół, nawet do członków własnej rodziny we Francji. Rewolucja przerwała na jakiś czas pocztę, lecz skoro tylko w czerwcu otrzymała nowiny od swojej siostry, odpowiedź przesłała natychmiast do Matki Amelii, która przekazała ją Pani Jouve:

Nie pisałam ostatnio do brata, ani do kuzynki Józefiny, nie wiedząc, gdzie ona jest, a obawiając się, że moje listy mogłyby się jej nie spodobać. Zachowuję tę samą rezerwę wobec Pani Zofii, mojej najwyższej Matki Przełożonej, ale będąc na miejscu zrób mi tę przyjemność, odkryj, gdzie ona jest, powinny to wiedzieć przy rue Boissac w Lyonie, i sama do niej napisz. Powiedz jej, że klasztor w Saint-Ferdinand pozostawał pusty przez rok i został wtedy wynajęty za niska cenę siostrom z Loretto, które prowadzą w nim szkołę. Ponieważ (ten) dom do nas jeszcze należy, a duża część mebli i wyposażenia kaplicy (jeszcze) tam pozostała, jak gdyby oczekując na nasz powrót, życzymy sobie gorąco wiedzieć, czy możemy ponownie odzyskać ten dom dla naszych zakonnic, które mogłyby przybyć z Francji, aby w nim zamieszkać. Mogłyby otworzyć (tam) szkołę całkowicie francuską. Język ten jest tu teraz bardzo ceniony, ale trudno jest się go nauczyć w tym samym czasie, co angielskiego, dzieciom, które nieustannie powracają do swego ojczystego języka. Żadna jednak edukacja nie jest kompletna bez znajomości francuskiego i ludzie są do tego bardzo chętni. Spróbuj uczynić to, o co cię proszę w tej dziedzinie i uzyskaj dla mnie odpowiedź...”

To ponawiane usiłowanie Filipiny, aby raz jeszcze odtworzyć wspólnotę Najświętszego Serca we Florissant odpowiadało na powstałą w Zgromadzeniu potrzebę ofiarowania schronienia tym spośród jego członków, które zostały wygnane ze swoich klasztorów przez prześladowania. Zakonnice amerykańskie wyciągały rękę ponad oceanem do swoich sióstr w Europie, a w oczach Matki Duchesne żadne schronienie nie mogło być do tego bardziej odpowiednie, jak mały dom, który kazała zbudować ponad ćwierć wieku wcześniej na „pograniczu”. Raz jeszcze jej projekty były nierealne, a jej wysiłki chybione.

Dowiedziała się również tego lata, że zdrowie Matki Boilvin nie oparło się brzemieniu pracy i trosk, i młoda Przełożona sama z kolei zapadła na gruźlicę. Usiłowała kontynuować swoją pracę w Eden Hall, pięknym klasztorze otwartym w Filadelfii w roku 1847, ale zmuszona była porzucić ją pod koniec pierwszego roku szkolnego. Z nadzieją, że zmiana klimatu mogłaby ją uratować, Matka Hardey zawiozła ją do Kanady i oddała w ręce Matki Amelii Jouve, mianowanej właśnie tego lata przełożoną w Saint-Vincent. Dowiadując się o tych wydarzeniach Filipina napisała do Matki Jouve 30 Sierpnia:

Widzisz, moja droga Matko, ile Bóg daje radości jednym, a smutku drugim. Ja jestem pośrodku. Nie raduję się, widząc cię w pozycji (obarczonej takim kredytem) zaufania, ale błogosławię Boga, który sprawia, że obawiasz się tej sytuacji Przełożonej, bo tym sposobem będziesz mogła nieść ten ciężar wątpiąc w samą siebie i spoczywając na Nim, jako oparciu. Jest On zbyt dobry, aby pozostawić cię bez podtrzymania. Droga Matka Boilvin, która jest teraz z tobą, przeszła przez te same trudności, a Prowincjał Jezuitów, Ojciec Elet450, powiedział mi, że niewiele osób miał w wyższym od niej poważaniu...



Dlatego wielkodusznie powiedz swoje Fiat.”

22 października Filipina otrzymała wiadomość o śmierci Matki Boilvin. Sposób, w jaki zakończyła się jej krótka trzydziestosześcioletnia kariera odzwierciedlał odwagę i świętość jej konsekrowanego życia. Na małym cmentarzu na Wyspie Jezusa, pochowano to „dziecię Florissant i córkę Matki Duchesne z czasów pionierskich, Julię Adelinę Boilvin, jedną z najwybitniejszych zakonnic Sacré Coeur w Ameryce.” Matka Jouve posłała list do Matki Duchesne powiadamiając ją o tym wydarzeniu, a ta natychmiast odpowiedziała:


Smutna wiadomość o śmierci Matki Gonzagi nie była niespodzianką, ale jednak niezmierną przykrością. Dla mnie była ona podtrzymaniem i pociechą, dla Zgromadzenia członkiem budującym i o wielkiej wartości, dla Boga posłusznym dzieckiem, wierną oblubienicą Najświętszego Serca. Jestem stanowczo przekonana o jej obecnym szczęściu, po śmierci równie świętej. Jak słodkie i pocieszające jest o niej myśleć i przypominać sobie jej cnoty, kiedy wypełniam wobec niej zobowiązanie, jakie mamy, modlenia się za naszych zmarłych członków.

Otrzymałam list, w którym mówisz mi o brzemieniu, jakie na tobie spoczywa, i odpowiadam natychmiast, zachęcając cię do niesienia go z poddaniem. Szczęśliwie Bóg osłodził twoją drogę przyciągając ku tobie uczucie tych wszystkich, z którymi przebywasz. Pisano mi o tym ze wszystkich stron. Dlatego zachowaj odwagę, skoro, wypełniając Jego jawną wolę, jesteś zdolna przyczynić się z taką łatwością do powodzenia i wierności regule w instytucji, która czyni tyle dobra w kraju, gdzie religia jest jeszcze tak wysoce szanowana i jest żywotną siłą...

Pozdrawiam całą twoją wspólnotę w Sercu Jezusa, bo kocham was wszystkie w Najświętszym Sercu, i w nim jestem cała wasza...”
Zimą 1848-1849 roku Filipina Duchesne bez przerwy pracowała dla ubogich kościołów i dla misji. Wiosną posłała dużą paczkę tych robótek Ojcu de Smet, którego listy z podziękowaniem tak głęboko ją ujęły, że posłała natychmiast drugą paczkę, pisząc jednocześnie:
Jestem taka szczęśliwa dowiadując się, że przyjął Ojciec ubogą ofiarę moich prac i że odprawił dwie msze w mojej intencji. Ufam, że przyjmie Ojciec również to, co posyłam mu teraz dla dzikich; dwa nakrycia, jedno jest uczynione z małych gwiazdek, drugie większe i kilka małych (sztuk) bielizny ołtarzowej. To upominek osoby ubogiej dla ubogich, którzy są prawdziwymi przyjaciółmi Jezusa Chrystusa. Zapomni Ojciec miłosiernie wszelkie niedoskonałości.”
Wysiłek, jakiego wymagało wykonanie tych nakryć, bielizny ołtarzowej i ubrań zrobionych na drutach, można sobie wyobrazić dzięki listowi, jaki napisała do siostry:
Za każdym razem, moja bardzo droga siostro, kiedy posyłam ci (jakiś) upominek, myślę, że to ostatni w tym życiu. Wiek mi to mówił, a choroba mówi mi to dzisiaj jeszcze wyraźniej. Choroba ta jest obrzękiem, który przechodzi mi z jednej strony ciała na drugą i, jak mówią, kiedy zaatakuje on jakiś życiowy punkt, będzie to koniec mego życia. Jestem w tych warunkach, mniej lub więcej cierpiąca, od miesiąca listopada. Daleka jestem od uciekania od śmierci, i wzdychałabym za nią, gdybym nie miała wielu (powodów) obawiać się sądu Tego „który osądza samą sprawiedliwość”. Myśl ta jest straszliwa; módl się więc i proś za mnie o modlitwę, jak ja to czynię za ciebie i całą twoją rodzinę. Mogę kołatać się jeszcze długo, sam Bóg zna (tego) kres... Z Bogiem, droga siostro. O! szczęśliwy dzień, w którym znowu będziemy razem! Wtedy zakończą się wszystkie trudy i będziemy miały wieczyste szczęście w sercu Naszego Zbawiciela, w którym jestem twoją kochającą siostrą i przyjaciółką.”
Wielki pożar wywołał znaczne szkody na nadbrzeżach, a straszliwa epidemia cholery pustoszyła Saint Louis między styczniem a sierpniem 1849 roku. Zaraza pociągnęła za sobą ponad sześć tysięcy zgonów pośród sześćdziesięciu tysięcy mieszkańców miasta. Swoje maksymalne natężenie osiągnęła w pobliżu Stawu Chouteau i w nowozbudowanych sektorach Mill-Creek. Panika, która ogarniała ludzi, jeszcze wzrosła na widok przybywającej z Południa fali uciekinierów, bo choroba ogarnęła niemal całkowicie dolną część Doliny Mississipi. W poprzednich latach Dom w Mieście uniknął epidemii, lecz w roku 1849 sześć zakonnic i troje dzieci zmarło w mniej niż trzy tygodnie; wiele innych ciężko chorowało.

Po tym, jak Monseigneur Kenrick podkreślał konieczność zmiany klimatu, duża cześć wspólnoty wraz z wszystkimi sierotami, udała się do Saint Charles, gdzie nie było żadnego przypadku choroby. „Bardzo trudno byłoby opisać, relacjonuje kronikarka, miłosierdzie, jakie nam tam okazano... Droga i czcigodna Matka Duchesne nie mogła dosyć dla nas uczynić”. W liście tej ostatniej z 29 lipca do Matki Jouve, umysł jej iskrzy się w dodających odwagi frazach, jakimi się posługuje i w podawanych przez nią opisach, i jest w tym stylu świeżość całkiem niezwykła u osiemdziesięciolatki:

W tym czasie epidemii i politycznych przewrotów, moja bardzo droga Matko, ma się rzeczywiście potrzebę oczekiwać pociechy od swoich przyjaciół. Nasza korespondencja z wielkimi trudnościami przewożona jest przez pocztę. Łatwiej jest otrzymać odpowiedź z Francji, niż z Kanady. Wyraziłam do Matki Hardey mój niepokój co do twojego zniechęcenia pod ciężarem (niesionej prze ciebie odpowiedzialności). Odpowiedziała (mi) z Halifax’u, że otrzymała od ciebie list, w którym zdajesz się bardziej poddana. Szczerze ci współczuje w twojej sytuacji, ale nie może jej zmienić. Codziennie modlę się za ciebie do Boskiej Opatrzności, i przyzywam kochającą uwagę Najświętszego Serca Jezusa i Jego Świętej Matki. Są Oni najlepszym zapewnieniem, że wszystko się dla ciebie ułoży. Jeżeli cierpisz, nabywasz zasługi i przez swoje poddanie będziesz mogła sprowadzić łaski na naszego Ojca Świętego, na Kościól i na Francję, która spoczywa na wulkanie. Musimy sobie uświadomić, że jesteśmy grzesznikami, że tyle mamy do wynagrodzenia i że inni, mniej winni od nas, cierpią znacznie bardziej, niż my to czynimy.

Saint-Louis jest miastem, które najbardziej ucierpiało zniszczeń (z powodu) cholery. Było w nim przez pewien czas ponad 100 zmarłych dziennie, a w niektóre dni 150 do 180. W jednym tygodniu było 900 zmarłych. Aktualnie, władze cywilne odczuwają ulgę, kiedy jest tylko trzydziestu zmarłych dziennie, ale epidemia rozprzestrzeniła się w sektorach wiejskich i atakuje ludzi od niedawna przybyłych z Europy... Uniknęłyśmy cholery, ale pustoszy ona kraj wokół nas. Uważa się, że wielki ogień, który zniszczył 300 budynków w ośmiu skupiskach i płonął przez wiele dni, powiększył skażenie. Spróbuj uczynić sobie ideę o ubogich, którzy pozostawieni byli bez pomocy, wystawieni na złą pogodę i bez pożywienia. Ze wszystkich księży, którzy pracowali dzień i noc pośród chorych, żaden nie umarł z epidemii.”
Po swoich osiemdziesiątych urodzinach Filipina pisała do siostry w wyrazistym stylu, z zadziwiającą otwartością umysłu zarówno na to, co działo się w Europie, jak i w Ameryce. Mogłoby wydawać się przesadne wyobrażanie jej sobie siedzącej przy oknie i przeglądającej gazety, gdyby jej własne słowa nie kładły znamienia autentyczności na tym szkicowym portrecie.

Powinnam odpowiedzieć na dwa listy, jakie otrzymałam od ciebie, moja bardzo drogia siostro... Drugi, napisany w lipcu poddał mi szczegóły na temat rewolucji Czerwcowej. Znałam je z naszych dzienników, które są tak powszechne w Stanach Zjednoczonych, że nawet robotnicy i służący otrzymują własny egzemplarz. Są drukowane zarówno w małych miasteczkach, jak i w wielkich miastach, a telegraf, tak teraz w tym kraju rozpowszechniony, przynosi bardzo szybko nowiny europejskie. Przybywają one na Wschód z Anglii i z Francji w tydzień, a oba te kraje otrzymują je ze wszystkich zakątków Europy. Nasze miasto Saint-Louis ma trzy gazety, dwa dzienniki drukowane na dużych stronach, i trzecią, tygodnik, drukowaną na stronach o wysokości trzech stóp.



Miasto Saint-Louis dostarczyło nam właśnie straszliwy przykład kar, jakie Bóg zsyła na tych, którzy odrzucają jego prawo przez przesadny luksus czy napitek, którzy gardzą świętym odpoczynkiem niedzieli przez prace ręczne i brak uczestniczenia we Mszy. Najpierw był wielki ogień, który zniszczył w sumie trzydzieści sześć parostatków i trzysta budynków na ulicach w pobliżu rzeki. Ogień wybuchł na statku parowym i rozszedł się, paląc się wiele dni. Wtedy powstał na nowo i spalił pięć parostatków więcej. Po (tej) klęsce nastąpiła cholera i dezynteria. Obie choroby zabrały blisko 10 000 mieszkańców miasta...

Po Saint Louis, miastem najbardziej dotkniętym przez zarazę było, jak myślę, Cincinnati.

Jakże szczerze pragnę, aby niedole tego budzącego rozczarowanie świata mogły ponownie przywieść mego brata i mego szwagra do służby Bożej. Codziennie w mojej modlitwie niosę ich do stóp ołtarza. Nasza droga Amelia napisała mi z Montrealu, że miała wizytę swego młodego brata Eugena, który osiedlił się w Nowym Jorku. Wydaje się mniej teraz przeciążona przez funkcję przełożonej i jest bardzo kochana przez swoją wspólnotę. Mam nadzieję, że będzie równie dobrą przełożoną, jak jest Konstancja...

Podczas epidemii cholery, Prezydent Stanów Zjednoczonych wysłał odezwę do każdego stanu Unii, wyznaczając Pierwszy Piątek sierpnia dniem modlitwy, ze wstrzymaniem wszelkich robót publicznych tak, że ludzie mogą się sami ukorzyć przed Bogiem i uzyskać wstrzymanie epidemii. Prezydent ten, którym był Generał Zachariasz Taylor dowodził armią amerykańską podczas wojny z Meksykiem. Chwile odprężenia spędzał często z pewnym Ojcem jezuitą (Antoni Rey), który był kapelanem katolickich oddziałów, doskonałym i bardzo wykształconym zakonnikiem. Został zabity przez dzikich, których próbował ewangelizować... Znajdź tutaj, moja droga siostro, wyraz mego głębokiego uczucia w Sercach Jezusa i Maryi...”
Matka Barat powierzyła zakonnicom, które przybywały do Ameryki pod koniec roku 1849, list dla Filipiny. Ta, zaskoczona i bardzo wzruszona, uklękła przy barierce prezbiterium w kaplicy klauzury i czytała:
Jestem szczęśliwa, droga i dobra matko, myśląc, że być może Matka Guinaud będzie miała pociechę cię zobaczyć i wyrazić ci moje czułe uczucia. Powie ci, droga matko i dawna córko, że jesteś dla nas wciąż obecna przed Naszym Panem, że wciąż o tobie myślimy, że o tobie mówimy, zwłaszcza naszym młodym zakonnicom, aby ożywić je zapałem o zbawienie dusz, i (zachęcić) do wielkoduszności w poświęceniu wszystkiego dla miłości Jezusa... Ale, Niestety! mało znajdujemy echa; dobre powołania stają się rzadkie, i nie ma przeszkód jakich nie podnosiliby rodzice, a nawet księża, powołaniom, zwłaszcza do naszego Zgromadzenia; bo powołania mnożą się gdzie indziej; u was tyle potrzeba poświęceń, a zdrowia są też bardzo słabe. Módl się więc z nami, droga i dobra Matko, aby otrzymać od Serca Jezusa dusze mocne i wielkoduszne, jakie nasz dobry Mistrz dawał nam na początku Zgromadzenia...

Jak bardzo już więc od dawna, droga i dobra Matko, nie otrzymałam od ciebie wiadomości. Moje serce żywo ich pragnie. Kiedy znajdziesz okazję, podaj mi kilka szczegółów o tym wszystkim, co może cię interesować. Z Bogiem, droga i dobra Matko. Przyjmij zapewnienie o moich bardzo głębokich i serdecznych uczuciach in C.J.M...

Jeśli potrzebujesz jakiś przedmiotów, będę szczęśliwa wysyłając ci je przy okazji drugiego wyjazdu, jaki uczynimy w najbliższą wiosnę.” 451
Odpowiedź Filipiny była okrzykiem wdzięczności i radości452, chociaż przyznawała, że często była sama i przygnębiona, bo czas starość, jak myślała, był czasem smutku. Jej słabnący wzrok odcinał ją od lektury i od szycia, którymi lubiła wypełniać swoje dni. „Ale Bóg jest dobry, dodawała do Matki Barat, wciąż tak dobry, że mam pociechę spędzać mój czas w ciszy blisko kaplicy. Za łaską Bożą, jestem jeszcze zdolna stać i się przemieszczać. Codziennie uczestniczę w dwóch albo trzech Mszach i prawie codziennie Bóg dopuszcza mnie do swego Świętego Stołu.” 453
Święta Komunia często ją przemieniała. Ci, którzy ją widzieli uderzeni byli blaskiem, jaki promieniował z jej oblicza podczas dziękczynienia po Komunii. Kiedy wychodziła z kaplicy, dzieci często czekały, aby się jej ukłonić w pełnej poszanowania ciszy, a następnie szeptały między sobą: „Matka Duchesne jeszcze się modli”. Czasem ludzie w kościele zauważali to promieniowanie, kiedy klękała przy ołtarzu, aby przyjąć Świętą Komunię. „Nigdy nie widziałem niczego podobnego”, mówił stary mężczyzna do pewnej siostry ze wspólnoty. „Matka Duchesne jest święta” i opisywał światło, które od niej biło.
W lutym 1850 roku, Filipina znowu pisała do Ojca Delacroix na prośbę Ojca Van Assche. „Chciałby on (mieć) dzwon dla kościoła w Saint-Ferdinand, ważący około 1 000 liwrów, i mimo mojego wstrętu, aby prosić Ojca o pieniądze, nalegał on, abym była jego rzecznikiem w tej sprawie. Proszę, niech mnie Ojciec powiadomi, jeśli może zadowolić jego pragnienie.” Pod koniec tego długiego, utrzymanego w gawędziarskim tonie listu, w którym podaje nowiny o indiańskich misjach, o dwunastu obecnie klasztorach Sacré Coeur w Ameryce, o ogniu i cholerze, o porażce mieszkańców Saint Louis w sprawie zreformowania obyczajów po takich karach, dorzuca kilka uwag o sobie:
Oto więc doszłam do mego osiemdziesiątego pierwszego roku; trzydzieści jeden z nich jestem w Ameryce. Zrobiłam tu bardzo mało dla chwały naszego wspólnego Mistrza! Módl się do Niego za mnie, Ojcze, i ofiaruj, proszę, Mszę za mnie, abym miała dobrą śmierć. Mam teraz za Przełożoną Matkę Saint Cyr, którą znał Ojciec w Saint-Ferdinand i w Opelousas. Niech nam obu udzieli Ojciec swojego błogosławieństwa przez miłość Serca Jezusa.” 454
Zajmowała się tej ostatniej zimy i wiosny przygotowywaniem przydatnych przedmiotów i szat dla zakrystii, o które prosili misjonarze, i pisała do Ojca de Smet, aby mu je ofiarować. Pod koniec maja złożył on wizytę w Saint Charles w towarzystwie Ojca Christiana Hoecken’a, innego zaprzyjaźnionego dziecka Matki Duchesne i wielkiego misjonarza. Byli jeszcze w Saint Charles, kiedy 30 maja pisała do Matki Jouve:
Miałyśmy właśnie wizytę Matki Cutts455. Opuściła nas tego ranka, za tydzień wyjedzie z Saint-Louis, i prosi nas usilnie, aby się modlić za nasze zakonnice na Południu... za robotników brakujących do żniwa. Saint-Michel ma 140 dzieci, Opelousas 110, Natchitoches 100, w tym eksternistki w akademii. Nie znam liczby uczennic w innych domach...

Tu, w Saint-Charles, w te dwa ostatnie dni goście w rezydencji Jezuitów sprawili nam (radość) uczestniczenia codziennie w sześciu Mszach. Jedna Msza ofiarowana była w mojej intencji. Mówiłam odpowiedzi przy innej, klęcząc pomiędzy dwoma ołtarzami (jednym w kościele i drugim w kaplicy), gdzie Świętą Ofiarę sprawowało dwóch naszych największych misjonarzy, Ojciec de Smet, który przebył cztery razy kontynent stąd do Pacyfiku i odwiedzał tam indiańskie plemiona, i Ojciec Hoecken, który jest tak wyszkolony w indiańskich językach, że może mówić dwunastoma czy piętnastoma, ale chciałby podjąć jeszcze nowe podboje. Wyobraź sobie moją radość ze znajdowania się pomiędzy tymi dwoma świętymi, których miłosierdzie względem mnie jest tak wielkie, że często składają za mnie Świętą Ofiarę Mszy. Dobrze zrobisz sprowadzając sobie z Paryża książki o misjach Ojca de Smet. Są drukowane w Lille, a także, jak myślę, we Flandrii456. Ofiarował mi dwa tomy, każdy jako osobne dzieło. Rzadko mam wieści od mojej rodziny; masz je z pewnością świeższe ode mnie... Podziel się tym listem z Matką Hamilton, jeśli jest nadal w Saint Jacques...”
W roku 1850 zakonnice Sacré Coeur przygotowywały się właśnie do obchodów pięćdziesiątej rocznicy istnienia Zgromadzenia, kiedy to w kwietniu dowiedziano się o śmierci Ojca Varin. Matka Barat ogłosiła tę stratę całemu Zgromadzeniu w liście okólnym z 19 kwietnia i klasztory europejskie szybko otrzymały tę nowinę. Jednak poczta adresowana do Ameryki była jeszcze powolna i często niepewna. List Matki Barat wysłany dwa i pół miesiąca wcześniej i nie dotarł jeszcze do Missouri 30 czerwca, kiedy Filipina pisała:
Moja ukochana i wielebna Matko,

Odpowiedziałam ci na list powierzony M. Guinand, której nie miałam jeszcze przyjemności spotkać; lecz do mnie napisała. Nie wiedziałam, jak powstrzymać moje wzruszenie widząc i odczytując twój list, i okazać moją wdzięczność za twoje prezenty; odpowiadając ci starałam się ją wyrazić; ale brak mi określeń, aby temu sprostać. Trzeba, bym nieustannie przedstawiała mojemu Bogu mój wobec ciebie dług, aby móc go spłacić. Napisałam do ciebie jeszcze (drugi raz), lecz twój ostatni list jest zawsze tym z września 1849 (roku).

Uważam się jeszcze (za) zbytnio wyróżnioną przez twoje listy, stawszy się zupełnie nieprzydatną, jedynie miłosierdzie może mi ich dostarczać.

Kiedy dowiedziałam się, jak bardzo podupadało zdrowie Wielebnego Ojca Varin, miałam nadzieję na kilka listów, które by nas informowały na bieżąco o jego chorobie457. Jednak (dopiero) z Gazety Kentucky dowiedziałam się o jego śmierci, i przedstawiono go tam jako autora naszych Konstytucji. Ileż wspomnień obudziła we mnie ta śmierć! Jaką wobec niego wdzięczność, której nigdy nie będzie można spłacić. Ileż współczucia dla mojej czczonej Matki, już tak doświadczonej utratą brata, jej oparcia! Trzeba twojej wielkiej duszy, aby znieść ciężar tylu trosk, wraz z tym spowodowanym przez rewolucje...

Bardzo pragniemy powrotu Matki Hamilton. Ma ona szczególny talent do prowadzenia wspólnot. Proszono o nią tylko na rok, a oto brakuje nam jej już trzy (lata).

Dwa domy w Kanadzie prosperują po pewnych (wstępnych) trudnościach i, ogólnie, te w Stanach Zjednoczonych...

Nasz dom ma tyle osób i uczennic, ile tylko może ich pomieścić. Myśli się o jego powiększeniu, i wydaje się to bardzo przydatne dla (potrzeb) zdrowia...” 458

Jest rzeczą oczywistą, że Matka Duchesne była całkiem na bieżąco w tym, co działo się w Saint Charles i w tym, co dotyczyło wzrostu Zgromadzenia w Ameryce. W opowieści tej przytoczono wiele listów, bo wyraźnie ukazują one jej charakter. Ponadto Matka Jouve, zebrawszy wszelkiego rodzaju informacje od zakonnic będących blisko Matki Duchesne od pierwszych lat jej pobytu w Saint Charles459, odmalowuje najcenniejszy z jej portretów, jaki kiedykolwiek od tamtych czasów nakreślono.

Nabożeństwo do Najświętszego Serca w Najświętszym Sakramencie, umiłowanie ubóstwa, głęboka pokora, zaparcie się siebie, pokuta, gorliwość o zbawienie dusz i miłość należały do najbardziej wybitnych cnót Matki Duchesne. To wyliczenie ukazuje, jak bardzo „z jednej bryły” była jej świętości. Nasiona tych cnót zakorzenione zostały w jej dzieciństwie, a swoją pełną dojrzałość pod działaniem łaski Bożej osiągnęły przez dziesięć ostatnich lat jej życia w Saint Charles.

Opisując ten rozwój Matka Jouve, podkreśla fakt, że Ciocia Filipina była w naturalny sposób poważna, a jednak swoją wesołością i radością ożywiała rekreacje Wspólnoty. Postawa ta była tym bardziej zasługująca, gdy się pomyśli o doświadczeniach duchowych, przez jakie przechodziła, kiedy dusza jej była pogrążona w oschłości, goryczy i przygniatającym poczuciu własnej nieprzydatności. Bez przesady można powiedzieć, że było ono jej najcięższym krzyżem. Mimo wysiłków, aby nabyć słodyczy, uległości i pokory Serca Chrystusowego, Bóg pozostawił jej pewną szorstkość w zachowaniu, którą zdradzał ton głosu, gwałtowność ruchów, twardość, z powodu której często uszkadzała wykonywane, czy używane przez siebie przedmioty. Gubiła to, co było jej potrzebne, zapominała o tym, co obiecała zrobić, zobowiązując się niekiedy zbyt pospiesznie. Nigdy jednak nie zostawiała takich błędów bez ich naprawienia. Jej przeprosiny wobec Sióstr, czy wobec Wspólnoty, nie były niczym innym, jak cieniem skruchy, która wypełniała jej duszę i stawiała ją w najbardziej pokornym unicestwieniu przed Bogiem. Długo, zanim jej życie doszło do swego kresu, dokonała takich podbojów swojego wnętrza, że jej otoczenie mówiło już tylko o jej słodyczy, cierpliwości, o jej pokornej wdzięczności, a zwłaszcza o duchu modlitwy.

W świętości jej przeplatały się ściśle głębia myśli i ofiary w zjednoczeniu z Bogiem, zmysł wyrzeczenia i intensywność nadprzyrodzonego życia, którego głębię świat zaledwie może wyczuć; wyciszenie, pokój, radość, których świat nigdy nie może dać. Sama osądzała siebie surowo. Czasem przytłaczał ją grzech, nie tylko własny, ale i świata, zwłaszcza małego świata, który ją otaczał na pograniczu Missouri. Normy zwykłego życia nigdy nie były jej normami. Żywa, aktywna wiara rozświetlona przez miłość, skłaniała ją do wielkiej czystości intencji i wielkiej delikatności sumienia. W osobie Ojca Verhaegen’a znalazła duchowego przewodnika, który gotów był jej pomóc w końcowym etapie jej drogi ku Bogu.

Drabiną, jaką posługiwała się na tej drodze, była modlitwa adoracji i oddania w obecności Najświętszego Sakramentu. Modlitwa była jej życiem, a żyła w sposób prosty, lecz heroiczny. Niekiedy zdawała się walczyć na pustyni, lecz miała tam zawsze, u swego źródła, żywą wodę łaski, aby ugasić pragnienie. Przez lata jej aktywnego życia, bez żadnego uprzedzenia następowały po sobie słońce i ciemności, ale długie godziny nocnych czuwań przed tabernakulum wytyczały jej drogę. W cieniu ostatnich lat, w oczekiwaniu dnia, który nie będzie już miał zachodu, jedynym przywilejem jakiego poszukiwała był przywilej życia w bliskości Najświętszego Sakramentu, a jej ulubionym zajęciem było szycie dla potrzeb zakrystii. Praca jej i modlitwa były adoracją, najwyższym celem, jaki chciała osiągnąć; osobista doskonałość, czy postępy w świętości nie niepokoiły jej, lecz tylko adoracja i miłość Serca Jezusa obecnego w tabernakulum w Najświętszym Sakramencie.

Przez ostatnie lata jej życia, pisała Matka Jouve, kiedy miała swobodę podążać za skłonnościami swojej duszy, rzadko opuszczała kaplicę w dniach, kiedy był wystawiony Najświętszy Sakrament. Pewnego dnia młoda zakonnica, obawiając się, by Matka Duchesne nie wyczerpała swoich sił na tych długich godzinach modlitwy, uklękła przy niej i poprosiła cichym głosem: „Moja Matko, zechciej pójść do swego pokoju i chwilę odpocząć.” Stara zakonnica popatrzyła na nią z uśmiechem i powiedziała jej na ucho: „Siostro, czy ktoś mógłby się zmęczyć, kiedy jest z Panem Jezusem?”
Podobnie, jak w twardych latach znoju czerpała siłę i natchnienie z tabernakulum, tak i w latach wielkiej słabości tam właśnie odnajdywała odwagę, aby przetrwać fizyczne wyczerpanie. Jej doświadczenie życia sakramentalnego nauczyło ją rozumienia rzeczywistości woli Bożej wyrażonej w każdej okoliczności życia, a kiedy zbliżała się do swoich osiemdziesiątych pierwszych urodzin, życie to jeszcze ją interesowało. Pisywała długie listy do swoich starych przyjaciół, jak Ojciec Delacroix, wypełniając je zgodnie ze swoim upodobaniem statystykami, aby podać liczbową panoramę pewnych sektorów rozwoju katolicyzmu w Ameryce. Znajomi z jej najwcześniejszej misji były zawsze serdecznie wspominani.
W sierpniu, Filipina dowiedziała się o śmierci swojego ostatniego szwagra, Konstantego de Mauduit. Od dawna był on przedmiotem jej codziennych modlitw, jak mówiła do swojej siostry, i z ulgą dowiedziała się o tym, że przyjął ostatnie sakramenty. Była niespokojna o swego siostrzeńca Eugena, który zdawał się błąkać po kontynencie amerykańskim i 4 sierpnia pisała do jego matki:
Pojechał do Meksyku, skąd, jak się obawiam, wyjedzie do Kalifornii, gdzie gorączka złota przyciąga tłumy ludzi. Uważam jednak, zgodnie z tym, co było powiedziane w liście przybyłym ostatnio z tamej części świata, że na jedną osobę, która zrobiła fortunę, pięćset zubożało i nie ma nawet dosyć pieniędzy, aby opłacić swój powrót, bo ekstrawagancja, taniec i wszelkiego rodzaju rozrywki sąsiadują z cierpieniem i skrajną nędzą...

Nie niepokój się moim zdrowiem, jest równie dobre, jak na to, czego można się spodziewać u kogoś, kto przekroczył osiemdziesiąt lat. Ty i ja jesteśmy ściśle zjednoczone, będąc mniej więcej w tym samym wieku i powiązane, jedna i druga, nie tylko przez związki rodzinne, ale przez najściślejszą przyjaźń. Jestem cała dla ciebie w Sercu Jezusa.”

Wiadomość o śmierci Józefiny Savoye de Rollin przybyła 8 listopada, w liście od jej brata: „Matka ubogich i moja najbliższa przyjaciółka”, jak nazwała ją nazajutrz pisząc do Matki Jouve bez innego komentarza od zdania wypełnionego nieokreślonym pragnieniem: „Bóg, który widział, że jej dusza gotowa była dla nieba, kiedy przybliżał się kres, odebrał jej świadomość, bo zawsze obawiała się śmierci”. Przepraszała, że tak w tym dniu bazgrze, składając to na karb osłabionego wzroku, lecz niewątpliwie to przez gorące łzy, które trysnęły z jej kochającego serca na wspomnienie ukochanej kuzynki Józefiny.


Zgromadzenie Sacré Coeur obchodziło swój złoty jubileusz 21 listopada 1850 roku. Matka Barat przebywała w Rzymie, z racji ważnych spraw dotyczących całego zakonu. Liczył on teraz dwa tysiące pięćdziesiąt pięć zakonnic, mieszkających w sześćdziesięciu pięciu klasztorach we Francji, Belgii, Austrii460, Anglii, Irlandii, Kanadzie i Stanach Zjednoczonych. Taką organizacją, jako całością, nie mogła już odtąd kierować bezpośrednio Przełożona Generalna, nawet z pomocą Matek zachowujących tytuł Wizytatorek, dostarczających informacji o warunkach panujących w nadzorowanych przez siebie domach. Konieczność zgrupowania Domów w Prowincje, pod władzą Przełożonych Prowincjalnych, stawała się widoczna. Jednak odmowa Stolicy Świętej, aby wyrazić zgodę na tę zmianę w roku 1842, czyniła czymś bardzo delikatnym ponowne wprowadzenie tego tematu pod obrady. Tymczasem, kiedy wiosną 1851 roku komisja kardynałów przebadała tę propozycję, możliwe było udzielenie odpowiedzi pozytywnej. Przełożonym mającym nieść odpowiedzialność za poszczególne części Zgromadzenia, Papież Pius IX wolał nadać tytuł Matek Wikariuszek, niż tytuł Prowincjalnych. W ten sposób, za życia Matki Duchesne, nadany został „ostateczny kształt” Konstytucji Zgromadzenia.
Na początku roku 1851, Filipina zaczęła cierpieć na nagłe ataki słabości. Obawiała się tej niezdolności, mogącej uczynić z niej ciężar dla wspólnoty. Pisząc o tym do Matki Jouve, dodawała: „Powinnam również napisać do Matki Hamilton. Nigdy wcześniej nie była ona wobec mnie równie milcząca i przez tak długi czas. Mając jednak 82 lata doświadczam wielkiego zmęczenia przy pisaniu, i pocieszam się myślą, że może jest w drodze, aby tu do nas dołączyć.” 461 Kiedy nadeszła Wielkanoc i nie było żadnej oznaki powrotu Matki Hamilton, Filipina pisała do Matki Barat:
W ubiegłym roku, dowiedziałam się, że wyjeżdżasz do Rzymu i że nie powinnyśmy do ciebie pisać, poza przypadkami konieczności. Dlatego zachowywałam milczenie; ale nie.... [mogę]... dłużej powstrzymać się od przerwania tego milczenia, od kiedy dowiedziałam się, że nasza (czci)godna wizytatorka, Matka Cutts, była od dawna chora w Saint-Michel i nie uważa się za możliwe, że przybędzie w tym roku (złożyć nam wizytę).

Jesteśmy u kresu pięciu lat przełożeństwa Matki Saint-Cyr; kiedy skończy się jej czas, miałyśmy nadzieję, że będzie jeszcze nami zarządzać Matka Hamilton, która przez wszystkich była kochana z racji swoich cnót. Tu, jak i w Saint-Louis, potrzeba Przełożonej, która mówi po angielsku. Bo (kiedy ktoś przychodzi) zawsze się prosi o przełożoną. Matka Hamilton, co prawda, boi się rozmównicy, a jeszcze bardziej przełożeństwa, bo jest bardzo skrupulatna, lecz wielką przeszkodą (dla jej powrotu) jest to, że potrzebuje się jej w Saint-Jacques w Kanadzie, gdzie (tylko) Francuzka, albo (osoba) mówiąca po francusku, może dobrze pokierować (domem)...

Moja ukochana Matko, bardzo się starzeję, zechciej przygotować mnie na śmierć, przez swoje tak słodkie i ujmujące napomnienia. Błagam cię o podtrzymanie tego domu w Saint-Charles. Saint-Ferdinand, które porzucono, ma prawie tyle (samo) pensjonarek, co Saint-Louis. Siostry de la Croix powiększyły tam budynki...” 462
12 czerwca, w liściku do swojej siostrzenicy, uznawała, że jest niezdolna napisać nawet do Pani Jouve: „Proszę cię o wyjaśnienie jej, dlaczego nie piszę... Mój umysł jest w wielkim pomieszaniu, a ciało bardzo słabe.” Srodze cierpiała z powodu wyczerpującego letniego upału, lecz nie było żadnych ewidentnych objawów umysłowego pomieszania w długim liście, z jakim zwróciłą się do Matki Barat 18 sierpnia 1851 roku, który kończyły następujące paragrafy:
Powiedziawszy ci o naszych trudnościach, proszę cię, aby raczej je nam pozostawić niż nas niszczyć, jak Forissant czy Saint-Ferdinand (to ten sam). Wciąż mamy dzienne (uczennice) płatne, ubogie podrzutki i kilka pensjonarek z okolic, a nawet kilka z Saint-Louis, jak obecnie, i które są bardzo dobrze płatne.

Wszystkie domy Ameryki skarżą się na brak osób, (a) to dlatego, że próby są zbyt długie i (każda) rzuca się, jak najbliżej gdzie indziej463.

Gdybyś widziała nasz ładny lokal, który przylega do kościoła, nie miałabyś odwagi nam go wyrywać, nawet gdybyśmy były tylko cztery.

Miałam wczoraj długie konwersacje z Matką Bathilde, która przyjechała się z nami spotkać. Zwierzyła mi się, że wkrótce nas opuści. Mówiła mi o twoich krzyżach, bardzo im współczuję; ale zabierz (mi) mój, poprzysięgam cię, zachowując w istnieniu naszą pierwszą siedzibę...

Wybacz mi moje bazgroły, wszystko mi było w tym (pisaniu) przeciwne, pióro, atrament, etc.” 464
Błaganie Filipiny o Saint Charles zostało wysłuchane, i chociaż nie otrzymała natychmiastowej odpowiedzi, dotarła do niej wiadomość, która była wielką radością dla jej kochającego serca. Matka Hamilton wracała do jej wspólnoty. Za jaki czas się to stanie, Filipina nie wiedziała, lecz napisała w październiku do swojej „bardzo drogiej” Amelii:
Zobaczyłam z listu Matki Regis, że złożyła wam wizytę w Saint-Vincent, ale doznała opóźnienia w Nowym Jorku z powodu jakiejś sprawy. Piszę do ciebie, aby podziękować ci za twoją dla mnie uprzejmość. Ostatnio często nie pisałam, (bo) starość to uniemożliwia, i miałam nadzieję, że P. Jouve i mój brat informują cię o tym, co dotyczy naszej rodziny. P. Teisseire jest bardzo bliska śmierci, jeśli już nie jest w wieczności465. Straszliwie bała się śmierci, i jest to czas, kiedy potrzebujemy dużo modlitw. Proszę cię pilnie, aby jej ich udzielić.

Staję się bardzo stara, stopniowo tracę pamięć i siłę. Być może nie otrzymasz ode mnie innego listu. Mam nadzieję, że zawsze będę miała twoje modlitwy i te twojej drogiej Wspólnoty, której się powierzam...”
Matka Saint Cyr dodała słówko do tego listu, mówiąc:
Mam nadzieję, droga Matko, że wybaczysz mi, że nie piszę. Pozwól mi zapewnić cię, że tylko brak czasu przeszkadza mi to czynić... Słabość naszej drogiej Matki Duchesne niepokoi nas, lecz jej gorliwość i wierność regule dodaje nam odwagi do praktykowania cnoty. Módl się za nią, módl się za nas wszystkie.”
Matka Hamilton przybyła do Saint Charles w listopadzie, a klaszorna kronikarka zanotowała: „Nasza święta i czcigodna Matka Duchesne, której dni zdają się chylić, zdała się odnajdywać żywotność i wigor na widok swojej kochanej i oddanej córki, Matki Regis Hamilton”. Wkrótce Matka Hamilton z radością mogła powiedzieć Matce Jouve:
Wiesz, że jestem teraz w Saint Charles z moją świętą Matką Duchesne, która zamiast powiedzieć swoje „Nunc dimittis” jest prawie zmartwychwstała. Kiedy ją zobaczyłam, w chwili mego przybycia, zaledwie zdolną chodzić i dać się słyszeć, ogarnął mnie nieopisany smutek. Poprosiła mnie, czy nie zechciałabym spać w jej pokoju. Wyobraź sobie moją radość! Układam ją wieczorem w łóżku, rano pomagam jej się ubrać; (słowem), opiekuję się nią, nie tak, jak chcę, bo ma ona jeszcze w myśli, że powinna czynić pokutę i że wszystko jest dla niej za dobre. Wynika z tego, że czasem trochę się spieramy: raz wygrywam, a raz przegrywam...”.466
Podczas zimy i wiosny 1852 roku wspólnota w Saint Charles była w nieustannym podziwie wobec zmiany, jaką przyniosły Matce Duchesne starania, którymi otaczała ją jej oddana pielęgniarka. Te, które mieszkały w Domu w Mieście w latach, kiedy to Matka Hamilton była tak ciężko chora, a Filipina użyła wobec niej całego swego doświadczenia nabytego przy chorych przez ponad trzydzieści lat, oglądały teraz odwrotną sytuację, a Matka Regis nie szczędziła trudu, aby przywrócić trochę siły temu staremu, wyniszczonemu i zużytemu ciału, które chroniło żarliwą duszę jej Matki w Chrystusie. Rozmawiały często o tym, co działo się tej zimy we Francji, w La Ferrandière, gdzie odbywała się Siódma Rada Generalna Zgromadzenia. Jej celem było zwłaszcza przywrócenie jednolitego przestrzegania Reguły i Konstytucji, takich, jak interpretowano je przed rokiem 1839; promulgowanie zmian w zarządzaniu Zgromadzeniem, do czego upoważniła Stolica Święta w maju 1851 roku i zgrupowanie sześćdziesięciu pięciu klasztorów Zgromadzenia w dziesięć Wikariatów, w tym dwa w Ameryce. Matki Hardey i Cutts, które reprezentowały na Radzie amerykańskie domy, nominowane zostały na urząd Wikariuszek, pierwsza, aby kierować dziewięcioma klasztorami Kanady i części wschodniej Stanów Zjednoczonych, druga, siedmioma klasztorami doliny Mississipi. Święta Magdalena Zofia powierzyła Matce Cutts list z 18 lutego 1852 roku, dla swojej ukochanej „starej córki”, Filipiny:
Nasze matki jutro wyruszają, droga i dobra Matko Duchesne, aby pojechać dołączyć do swojej drogiej misji. Nie wątpię, że Matka Cutts będzie się spieszyć, aby złożyć ci, po swoim powrocie, małą wizytę, aby ci powiedzieć o Zgromadzeniu, o twoich dawnych Matkach, które wszystkie zachowują o tobie tak czułe wspomnienie; zwłaszcza powie ci, jak bardzo nasze zebranie było pocieszające i, mam nadzieję, przydatne dla całego Zgromadzenia; będzie to więc, mam na to nadzieję, droga Filipino, jedną z pociech moich starych dni!...

Gdyby przychodziły do nas dusze równie oderwane, jakimi były Matki, które opanowały kraj, w którym jesteś, nie potrzeba by było tylu osób, a fundacje byłyby łatwe; lecz potrzeba ich teraz tak wielkiej liczby, że staje się niemożliwe je znaleźć; tak więc trzeba odmawiać. Módl się więc, droga i dobra Matko, z naleganiem i żarliwością, by Boski Mistrz miał wzgląd na potrzeby dusz, które się o nas dopominają i zechciał posłać nam osoby podług Swojego Serca; ciebie wysłucha, jestem tego pewna, ciebie, mojej starej córki, która tak dobrze zrozumiałaś, kiedy Jezus wezwał cię, aby iść im z pomocą! Mam to przekonanie, że jeśli modlimy się z ufnością i wytrwałością, Boskie Serce nas wysłucha.” 467
List ten dotarł do Saint Charles w połowie kwietnia i Filipina oddała się bardzo przyjemnemu, ale trudnemu zadaniu obszernie nań odpowiedzieć. Serce jej wypełniała radość, a jej umysł był otwarty na wszystko, co dotyczyło wspólnoty, szkoły, misji indiańskiej i całego Zgromadzenia. Była z pewnością w pełni sobą pisząc 22 kwietnia 1952 roku:
Byłam zdziwiona i bardzo pocieszona otrzymując twój list. Od Wielkanocy ubiegłego roku nie wierzyłam, że go skończę, zwłaszcza podczas lata, kiedy to wiele razy nie mogłam napisać mego własnego nazwiska. Zimno przywróciło mi siły, ale pamięć pogarsza się coraz bardziej, jak również wzrok. Bóg zgotował mi wielką pociechę przez powrót matki Hamilton. Serca i ramiona wyciągały się ku niej od dawna. Siostry, które ją znały były często poddane ciężkiej próbie, a te, które jej nie znały również rozradowały się w Panu, i wszystkie czują się szczęśliwe, po wielkich pokusach spowodowanych przez smutek. Ojcowie cenią ją i są zadowoleni, a pensjonarki są do niej bardziej przywiązane, niż do ich poprzednich Matek, i jeszcze przyjaciele z zewnątrz; co jest przedmiotem wdzięczności wobec Boga, który podźwiga po doświadczeniach. Miłość tej, która rządzi, dla wszystkich jest przykładem; śpi w tym samym pokoju, co ja, co daje dużo ćwiczenia dla jej miłosierdzia. Miała okazję ćwiczyć je jeszcze bardziej, z powodu choroby jednej Siostry konwerski i jednej młodej pensjonarki, które zmarły i zostały razem pochowane.

Doszło wiele pensjonarek; lecz byłoby niemożliwe przekroczyć liczbę 35 bez dużego ograniczania się i bez narażania na nowe choroby. Trzeba by było powiększyć (dom), a będąc tak nieprzydatna, prosiłam Boga o moją śmierć, aby miano gdzie postawić dwa łóżka więcej. Gdyby dom w Saint-Louis mógł pomóc, byłoby to łatwe...

Moja miłość dla dzikich zobowiązuje mnie do nakreślenia ci stanu jedynego zakładu, jaki pośród nich mamy, a który cierpiałby z braku osób, gdyby się mu ich nie dostarczało, (bo) wszystkie domy Ameryki również domagają się osób. Matka Lucyla Mathevon mówi mi, że ma w swoim pensjonacie ponad 60 uczennic, 4 osoby, które bardzo pomagają zakonnicom nauczycielkom i które mają powołanie, aby nimi zostać. Rząd płaci na utrzymanie koniecznych księży, zakonnic dla szkoły i pewnej liczby uczniów; chłopców i dziewcząt. Dochód w tych klasach zakładu wynika, albo z produkcji olbrzymiej ziemi danej zakładowi, albo innych pensji od rodziców. Te ziemie są uprawiane i miały w tym roku 1°) dużo kukurydzy do sprzedania, 2°) mają ponad 60 (sztuk) rogacizny, 3°) dużo jarzyn.

Byłoby bardzo odpowiednie uformować tam jednocześnie nauczycielki i zakonnice, które byłyby dla tej misji, a później dla tych, o jakie się prosi, z regułami zależnymi od ich prac. Czy wolno, aby święte osoby były pozbawione życia zakonnego ponieważ mają (w sobie) krew dzikich? Mają one w większości tyle samo rozumu, co biali i mogą dojść do wysokiej świętości. Miała tam właśnie miejsce plaga wietrznej ospy, która jest straszliwa dla Indian i większość umarła jako święci. Pomoce duchowe są obfite. Ta misja jest rezydencją biskupa całego terytorium. Jest tam czterech czy pięciu Ojców Jezuitów, ośmiu Braci do prac nad uprawą (ziemi) i (do) innych, i do nauczania i pomagania dzikim; i mają oni również zapłatę (od) Rządu...

Znam bardzo mało osób, które mają szczęście cię widzieć; lecz mam wielką skwapliwość, aby polecić się modlitwom Matek Demarquest, Teresy i Konstancji Jouve, którą widziałam tylko jako dziecko.

Mój list tak źle napisany, jednak przyćmił mi wzrok, (co) zmusza mnie, abym upadła ci do stóp, aby otrzymać twoje błogosławieństwo, z całym uczuciem i szacunkiem możliwym w Sercu Jezusa.” 468
Lato powoli nadeszło w tym roku, a czerwiec był przyjemny. Na początku lipca Filipina otrzymała list od swojej siostry, na który spieszyła się odpowiedzieć, nie wiedząc, że rodzina Jouve w Lyonie pogrążona była w wielkim smutku z powodu śmierci Matki Konstancji Jouve, zmarłej w Chambèry 15 czerwca 1852 roku, w wieku 45 lat469.
Wczoraj, moja bardzo droga siostro, pisała Filipina 7 lipca, otrzymałam list, który napisałaś w styczniu. Bardzo mnie to zdziwiło, bo listy przychodzą do nas teraz bez opóźnienia. Niewątpliwie Bóg zechciał, abym odczuła nie tylko nieobecność tych, których kocham, ale i nieobecność wiadomości od nich. Trzeba się temu poddać. Pozostają dla nas jedynie cierpienia starości, oprócz wydarzeń życia, które są sprzeczne z naszymi życzeniami. W naszym wieku chciałybyśmy cieszyć się spokojem, ciszą, i słodką przyjemnością przyjaźni, a tymczasem mamy nieść brzemię lat i znosić nieszczęsne wydarzenia, czy to w życiu publicznym, czy w naszym życiu osobistym.

Jestem zdziwiona, że musisz się żalić na milczenie twojej drogiej córki Amelii, chociaż wszyscy oskarżają ją o lenistwo w pisaniu listów. Ale jest ona bardzo aktywna w swoim klasztorze. Wielce wyśpiewuje się jej pochwały i wszystko idzie dobrze. Rzadko do mnie pisze, (a ja też) chociaż wcześniej nie potrzebowałam być popędzana do pisania, myślę niekiedy, że lepiej jest przestać pisać listy, chyba, że chce się wydać śmiesznym. Było to szczególnie prawdziwe ostatniego lata, kiedy straciłam na jakiś czas i pamięć i inteligencję. Lecz zamiast umrzeć podczas zimy, która była bardzo sroga, okazałam się mocniejsza, kiedy nadeszła wiosna. Przestałam teraz wyliczać, kiedy napotkam śmierć. Będzie to, kiedy Bóg zechce. Starość musi składać wiele ofiar, i może to być okres o wielkiej wartości, jak ten czyśćca. Będzie on z pewnością mniej surowy niż ten (naszego) następnego życia.”
Powiedziawszy Pani Jouve o tym, że „misja u dzikich przebiega bardzo dobrze”, napisała o tym długi paragraf, zamykając go zdaniem na temat śmierci swego dobrego przyjaciela, Ojca Christiana Hoeken’a:
W ubiegłym roku ten wybitny misjonarz, który mógł mówić czternastoma czy piętnastoma dialektami indiańskimi równie dobrze, jak wieloma językami cywilizowanymi, umarł na cholerę, którą zaraził się wtedy, gdy zajmował się ofiarami epidemii. Inny (Ojciec Bare) jest u bram śmierci w misji u Osagów. Są to wielkie straty...

Nie ma nikogo we wspólnocie, kto by ciebie znał, lecz miłość każe nam modlić się za tych, którzy są nam drodzy, za tych, których kochamy w życiu zakonnym, tak więc masz udział we wszystkich naszych modlitwach.”

Z charakterystyczną dla siebie determinacją, Filipina zdecydowała się odprawić rekolekcje ze wspólnotą; ale przy wilgotnej i upalnej pogodzie była bardzo umęczona i pobudzona: Spędzam prawie całe dnie w kaplicy, i z każdym dniem jestem bardziej zmęczona. Nasz spowiednik mi mówi, że nie potrzeba, bym się przymuszała i sama to czułam” 470. Ponieważ zapomnienia i umysłowe nieobecności stawały się coraz częste, Matka Hamilton zaniepokoiła się i wezwała doktora.


Doktor (pisała sama pacjentka kilka dni później) odkrył u mnie wieczorem wysoką gorączkę; ale ubolewam nad nią mniej, niż nad zaburzeniami w głowie. Aby stawić czoła mojej obecnej sytuacji, perspektywie utraty rozumu, trzeba stanowczo trzymać się przekonania, że Bóg czyni wszystko dla naszego dobra. Co do atencji, nic mi nie brakuje. Nasza Matka (Hamilton) śpi w moim pokoju i czuwa z czułością nad wszystkimi moimi potrzebami. Spotykam się również jedynie z dobrym traktowaniem (ze strony) Sióstr. Proszę o objęcie ich (wszystkich) modlitwami, o jakie dla siebie proszę, zwłaszcza ze strony naszych pierwszych Matek, których nie mogę wymienić, bo wszystkie nazwiska teraz mi umykają.

Proszę cię bardzo o wybaczenie przykrości, jakie ci sprawiłam. Nie myślę, bym jeszcze (raz) mogła to uczynić.” 471
16 sierpnia, droga stara chora była tak słaba, że poprosiła o ostatnie sakramenty. Przybył Ojciec Verhaegen i udzielił jej ostatniego namaszczenia. Podziękowała mu za to promiennym uśmiechem. Następnego dnia czuła się lepiej i napisała pewną ręką trzy małe liściki. Było to jej potrójne pożegnanie ze wszystkimi, których najbardziej w świecie kochała: ze Zgromadzeniem i jego świętą Założycielką, ze swoją rodziną i z Indiańskimi Misjami. Do Matki Barat pisała:
Według wszelkich oznak jest to ostatni raz, kiedy mogę do ciebie napisać; wczoraj otrzymałam ostatnie sakramenty; ale być może Bóg zechce kazać mi jeszcze czekać na szczęście oglądania Go.

Zaburzenia umysłowe, które miałam, pochodziły jedynie z wysokiej gorączki, przy której zawsze tak (to) u mnie szło. Nie wiem obecnie, kiedy nadejdzie koniec. Przychodzę jeszcze paść ci do stóp, prosić cię o przebaczenie, zapewnić cię o moim głębokim poszanowaniu.472
Jej pióro było znowu wyrazicielem jej serca, kiedy pisała do swojej siostry:
Otrzymałam właśnie twój list, moja droga, ukochana Siostro, i muszę się spieszyć, aby nań odpowiedzieć. Wczoraj otrzymałam ostatnie sakramenty. Opuszczam cię ze smutkiem, że jesteś taka samotna. Ponieważ jednak Bóg obiecał stokrotną nagrodę tym, którzy opuszczają dla niego Ojca i matkę, ty również otrzymasz stokrotnie, bo twoje ofiary przewyższają te twoich dzieci. Podzielasz zasługę wszystkich dobrych dzieł, jakich dokonują. Tak więc, odwagi. Na ofiarach składanych dla Boga zawsze się zyskuje. Spraw, aby twoje pobożne dzieci modliły się za mnie. Ich wspomnienie i twoje niosę do wieczności. Z Bogiem ukochana i droga siostro.”
Ojciec de Smet był w Saint Louis, kiedy otrzymał od niej mały bilecik z 17 sierpnia:
Ojca dobroć względem mnie w przeszłości daje mi pewność, że ujrzę, jak dobroć ta trwa do końca mego życia. Wczoraj otrzymałam ostatnie sakramenty, i mam nadzieję, że nie zapomni mnie Ojciec w swoich modlitwach. Gdyby zechciał Ojciec wyświadczyć mi przysługę zarządzenia modlitw w mojej intencji, byłoby to przejawem wielkiej miłości... Jeżeli Bóg okaże mi miłosierdzie, będzie miał Ojciec wielki udział w moich modlitwach. Proszę Ojca o błogosławieństwo i jestem jego pokorną sługą.”
Z uniwersytetu Saint Louis, Ojciec de Smet posyłał zapewnienie o swoich modlitwach i o modlitwach wszystkich jezuitów z okolicy. Kiedy Matka Duchesne odzyskała nieco sił, napisała ponownie do Ojca de Smet:
...Bóg musi być bardzo dobry, skoro daje mi wobec Siebie takiego, jak Ojciec rzecznika. Po tysiąckroć dziękuję Ojcu za Msze ofiarowane Bogu za moją biedną duszę, którą proszę, aby ochraniał Ojciec swoimi modlitwami, bo jeśli Bóg uzna za stosowne przedłużyć moje życie pośród słabości zarówno duszy, jak i ciała, wystawiona będę na wiele pokus.

Filipina Duchesne, która dosięgła swego 83 roku (życia) 29 sierpnia” 473
Matka Hamilton i wspólnota widziały, że Matka Duchesne słabnie z każdym dniem. Ani medyczna opieka Doktora Behrens’a, ani lekarstwa, które przepisywał, nie mogły powstrzymać powolnego uchodzenia z niej życia. Odnowiono zapas klasztornych leków: kwiatu bzu, kory wiązu, smażonych skórek pomarańczowych, gencjany, chininy, kordiału, wina z Bordeaux, odrobiny francuskiego koniaku, wszystko zakupione zostało dla chorej. A ona wolała trochę mleka.
Każdego ranka w godzinie Mszy, szła do kaplicy, prawie niesiona przez zakonnice które się nią opiekowały i zajmowała miejsce tuż przy barierce prezbiterium. Msza była najważniejsza, a Święta Komunia była jej codziennym chlebem. Słaba, chwiejąca się, przygięta, jej wychudzona sylwetka odziana w połatane stare ubrania, mogła wzbudzać litości u kogoś obcego patrzącego, jak w niej uczestniczy. Jednakże jej zakonne siostry, znając prawdę, której ona sama nie była świadoma, czuwały nad nią z gorliwością i czcia. Dla nich przesłanie, jakie niosła, było przesłaniem żywej wiary. Umieściła Boga na pierwszym miejscu w swoim życiu, ponieważ uświadomiła sobie z zadziwiającą jasnością, że jest On Alfą i Omegą i że pomiędzy Nim, a każdą inną rzeczą we wszechświecie nie ma i nie może być żadnego porównania.

Po Świętej Ofierze Mszy prowadzono ją do jej małego pokoju, aby spędzała tam dzień na spokojnej komunii z Bogiem. Nie mogła już ani czytać, ani szyć, a tylko odpoczywać na sercu Chrystusa i gubić się całkowicie w woli Bożej. Każdego popołudnia szła do kaplicy na adorację, jej modlitwą było pełne pokoju spojrzenie, słuchanie, jej pobudzony umysł uspokajał się, głód nasycał, przedkładane przez Mistrzem petycje zawierzane zaraz Jego Woli. Słowa „Niczym jestem, nic nie mogę i nic nie wiem474 były nie tylko cytatem przepisanym w jej brewiarzu. Jej własna nicość była w jej umyśle rzeczywistością, bo cała oddała się Bogu i ukształtowała swoją ofiarę na modlitwie zapisanej w zeszycie z notatkami wiele lat wcześniej, na modlitwie, którą żyła przez prawie trzydzieści pięć lat na amerykańskim „pograniczu”.


O mój Boże, pragnę żyć jako ofiara złożona w duchu pokuty i miłości. Pozwól mi więc przygotować to wszystko, co jest konieczne dla (tej) miłosnej ofiary, której woń wzniesie się aż do Serca Jezusa. Niech cały mój byt będzie ofiarą. Wszystko, czym jestem, wszystko, co mam. Niech moje serce będzie ołtarzem, a moje oderwanie od tego świata i od wszystkich ziemskich przyjemności, ofiarniczym nożem. Niech moja miłość będzie trawiącym ogniem, a płomienne pragnienia żarem, który go podsyca. Pozwól mi rozlać kadzidło i wonny olejek wszelkich cnót, a na tę mistyczną ofiarę pozwól mi przynieść wszystko, na czym mi zależy, abym mogła wszystko ofiarować, wszystko spalić, wszystko strawić, nie zachowując nic dla siebie. O Boska Miłości, mój jedyny Boże, przyjmij tę ofiarę, jaką pragnę Ci składać w każdej chwili mojego życia.”
Wtorek 16 listopada był ponurym dniem ulewnego deszczu, wiatru i zimna. Matka Duchesne pragnęła wstać, by uczestniczyć we Mszy, była jednak tak słaba, że kiedy Matka Hamilton zabroniła jej tego, posłuchała. Przed południem, jakiś pojazd przybył do klasztoru wywołując nadzwyczajne poruszenie. Matka Hamilton przyszła zapowiedzieć Matce Duchesne wizytę. Matka Cutts i Matka du Rousier, reprezentująca Przełożoną Generalną jako Wizytatorka w Ameryce, przybyła przynieść Filipinie ostatnie przesłanie od Matki Barat. Dowiadując się o tym, umierająca siostra ujęła rękę odwiedzającej i poprosiła ją o błogosławieństwo, którego Matka du Rousier udzieliła w imieniu świętej Magdaleny Zofii. W zamian poprosiła o błogosławieństwo Matki Duchesne, która podniosła swoją bardzo wychudłą rękę i naznaczyła krzyż na czole Matki Wizytatorki. „Czuję jeszcze ten krzyż, mawiała później często Matka du Rousier, jestem pewna, że przyniósł mi szczęście”. Kiedy ktoś zasugerował Matce Duchesne, aby ofiarowała swoje cierpienia za powodzenie prac Matki Wizytatorki, Filipina odpowiedziała prędko: „Ależ ja nie cierpię”. Ofiaruj więc, Matko, swoje ogołocenie: „Tak, ofiaruję je” powiedziała, a jej bardzo słaby głos był stanowczy i poważny.
W następnym dniu, suchy i nieustanny kaszel nie dawał jej odpocząć. Matka Hamilton była przy niej, aby podawać jej trochę łagodzącego napoju. Około północy, kiedy przyszła z filiżanką, Matka Duchesne odmówiła, obawiając się złamać post Eucharystyczny. „Niech Matka to wypije, nalegała Matka Hamilton, nie ma jeszcze północy”. - „Czy jesteś tego pewna?”, zapytała Filipina tonem, który sprawił, że z oczu jej pielęgniarki popłynęły łzy, bo odnajdywała Matkę Duchesne z czasów swej młodości, kiedy to kontrolowała ona swoją zakonną córkę.

O chłodnej godzinie, która poprzedza jutrzenkę, Ojciec Verhaegen skierował się na drogę prowadzącą z plebanii do Kościoła i przygotowywał się do zaniesienia Świętej Komunii chorej. Wspólnota zebrała się w kaplicy za klauzurą na modlitwę. Kiedy siostra Couture rozniecała mały ogień w pokoju, Matka Duchesne powiedziała tonem wymówki: „Myślicie tylko o sprawach materialnych, lepiej by było odmówić jedno Pater i jedno Ave za dobro mojej duszy”. Matka Hamilton powiedziła jej wtedy, że zakonnice modlą się wszystkie w sąsiednim pomieszczeniu. „O, zawołała wtedy, jakże jestem szczęśliwa, że umieram w domu, w którym panuje takie miłosierdzie”. Cichy głos dzwonka zapowiedział nadejście księdza, aby wysłuchać jej ostatniej spowiedzi i udzielić jej Wiatyku. Następnie powrócił on do ołtarza, aby złożyć Świętą Ofiarę. Później, przed południem przyszedł udzielić jej znowu Ostatniego Namaszczenia, ponieważ stan jej szybko się pogarszał. Jednak, gdy usłyszała inwokację: „Jezus, Maryja, Józef”, zdołała jeszcze w słyszalny sposób odpowiedzieć: „Daję Ci moje serce, moją duszę, i moje życie, o tak, moje życie z hojnością”. W południe, kiedy przestano dzwonić na Angelus, dnia 18 listopada 1852 roku heroiczne życie Filipiny osiągnęło swój kres.


Złożono ją w trumnie z sosnowego drewna wykonanej przez wioskowego cieślę i czuwano przy niej w ciszy przepełnionej smutkiem i radością. Odśpiewano Oficjum za zmarłych w kaplicy, i pozostawiono ją samą przed tabernakulum na jej ostatnią noc czuwania. Kiedy Ojciec Verhaegen sprawował Mszę Żałobną w Kościele Świętego Karola Boromeusza, wielka liczba księży stała w prezbiterium, a tłum nieoczekiwanych przyjaciół wypełniał ławki. Po odśpiewaniu Requiem, złożono ją w grobie na wzgórzu cmentarnym, a proboszcz wrócił do zakrystii, aby dokonać wpisu do rejestru pogrzebów. Znając jej energię z czasów jej pierwszych lat we Florissant, cierpienia i upokorzenia z lat przeżytych w Saint Louis, patos jej niemocy w obozie Indian i ciemności ostatniego okresu jej życia w Saint Charles, mógł powiedzieć: „Była doskonałą zakonnicą, i na miarę, w jakiej mogę to osądzić, nigdy nie utraciła swojej chrzcielnej niewinności”. Teraz, kiedy śmierć przywiodła ją do życia wiecznego, zapisał:
20 listopada 1852 roku, ja niżej podpisany, pochowałem doczesne szczątki Pani Filipiny Duchesne, zakonnicy profeski Zgromadzenia Najświętszego Serca Jezusa zmarłej w wieku lat 83.

Pani Duchesne urodziła się we Francji i przybyła do Stanów Zjednoczonych Ameryki z małą liczbą zakonnic zgromadzenia Sacré Coeur, w roku 1818. Można ją uważać za założycielkę wszystkich domów Sacré Coeur w Stanach Zjednoczonych. Wybitna we wszystkich cnotach życia zakonnego, ale zwłaszcza w pokorze, cicho i spokojnie opuściła to życie w opinii świętości 18 listopada 1852 roku.
[podpisany] O. J. Verhaegen SJ.”
W klasztornym Dzienniku historia ostatnich dni Filipiny opowiedziana jest w sposób prosty i bezpośredni, mogący stanowić wzór dla swego stylu. Jednak miłość i cześć Kronikarki ukazują w sposób oczywisty słowa zakończenia:
Kazałyśmy wykonać dagereotyp475, na wypadek, gdyby kiedyś mogła być kanonizowana.”

EPILOG



Directory: images
images -> Lokalna strategia rozwoju lokalnej grupy działania „lider zielonej wielkopolski” na lata
images -> „ Gra tajemnic reżyseria Morten Tyldum. Czas projekcji 110 minut
images -> Wykład z polityki gospodarczej Temat 3 Polityka pieniężna I walutowa Pojęcie I cele
images -> Skarżyski klub szaradzistóW „anagram” zał. 12 maja 1958 roku przy miejskim centrum kultury im. Leopolda staffa 26-110 skarżysko-kamienna, ul. SŁOwackiego nr 25
images -> Załącznik 1
images -> Postępowanie znak: sz-2100-13(52/ZP/07)-07
images -> Spzoz/ZP/…
images -> Xviii konferencja naukowo – szkoleniowagastroenterologii klinicznej wp
images -> Załącznik nr 3 do siwz opis przedmiotu zamówienia (opz) dot przetargu nieograniczonego znak: A/ZP/szp. 251-37/16 na: „dostawę wraz z wdrożeniem zintegrowanego elektronicznego systemu zarządzania dokumentacją medyczną”

Pobieranie 2.06 Mb.

Share with your friends:
1   ...   18   19   20   21   22   23   24   25   26




©operacji.org 2020
wyślij wiadomość

    Strona główna