Louise callan, rscj



Pobieranie 2.06 Mb.
Strona19/26
Data25.10.2017
Rozmiar2.06 Mb.
1   ...   15   16   17   18   19   20   21   22   ...   26

U Potawatomi




1840 - 1842


W infirmerii Domu w Mieście stan Matki Duchesne pozostawał krytyczny. Rozpoznanie trudno było ustalić. Chora cierpiała na wysoką gorączkę i zdawała się nie móc zapanować nad nerwową depresją, oddychała z trudem, miała nierówne tętno i obrzęki kończyn. Lekarze zaordynowali jej różnorodne leki, zwłaszcza kataplazmy z gorczycą. Nie śmieli jednak przeprowadzić upustu krwi, z obawy, aby wraz z krwią z ciała pacjentki nie uszło i życie.

Podobiznę św. Régis’a zabrano z kaplicy we Florissant. Obraz wyniesiono na strych, mimo protestów zgłaszanych Matce Prowincjalnej, która zarządziła to, co Filipina uważała za świętokradztwo. Zastąpiono go obrazem Najświętszego Serca, do którego nabożeństwo tak drogie jest Zgromadzeniu, lecz jakże można było zapomnieć o tym, by ślub złożony we Francji w celu otrzymania protekcji tego Świętego nad misjami amerykańskimi został dobrze wypełniony. Żaden argument nie mógł ukoić niepokoju starej zakonnicy, a wynikająca z niego choroba trwała długie tygodnie. Jednak, wraz z upływem czasu, modlitwą i staranną opieką, w połowie grudnia Matka Duchesne zdolna była z pomocą udać się do kaplicy. Na Boże Narodzenie poprosiła o pozwolenie przeniesienia się z infirmerii do pokoju, który wybrała, kiedy w październiku przeniesiono ją z Florissant.

Powinna Matka widzieć jej pokój”, pisała Matka Mathevon do swojej Przełożonej Generalnej, kiedy przybyła do Saint Charles po złożonej tam wizycie. „Jej łóżko stoi w rodzaju komórki pod schodami. Mówi, że ma tam większy spokój niż gdziekolwiek indziej w domu, i aby powiedzieć Matce prawdę, jest tam bardzo mało miejsca do dyspozycji. Jest, jak Aleksy... cudowny przykład dla klasztoru w Saint Louis. Chociaż musi mieć kataplazm na swoich obrzękniętych członkach, wlecze się do pokoju Przełożonej, aby prosić ją o pozwolenia... mało świętych kanonizowanych praktykowało tyle cnoty, co ona.”



Godziny rekonwalescencji spędzała często na czytaniu starych listów, które troskliwie przechowywała, albo swojego Dziennika. Praca pośród Indian wciąż jeszcze była jej celem i w tych starych manuskryptach odnajdywała radość i stymulację dla swoich pragnień. Nigdy nie utraciła nadziei na wypełnienie ślubu, który złożyła kiedyś wraz ze swymi czterema towarzyszkami wyruszając z Francji w roku 1818, że poświęcą się zbawieniu Indian. Myśląc o swoich czterech towarzyszkach zdawała sobie sprawę, że teraz tylko ona sama mogłaby mieć nadzieję kiedyś go wypełnić. Matka Audé była w Rzymie, chora; Matka Berthold otrzymała już swoją nagrodę; Siostry Katarzyna i Małgorzata, jedna we Florissant, druga w Grand Coteau były bardzo stare i schorowane. Wiedziała, że okoliczności w oczywisty sposób ukazywały wolę Bożą, uniemożliwiając jej dotrzymanie obietnicy, lecz pośród wyrzeczeń, porażki, i mimo szwankującego obecnie zdrowia, żarliwość jej pragnienia nie osłabła, cel jej ambicji się nie zmienił.
Pewnego dnia, pod koniec lata 1837 roku, dowiedziawszy się już o śmierci Ojca Van Quickenborne’a, otrzymała od Ojca Verhaegen’a list, który ożywił cały jej misjonarski zapał. Ksiądz ten przebywał u plemienia Kickapoo, w misji, którą Ojciec Van Quickenborne tak pracowicie zakładał latem 1836 roku i która rozciągała się od zachodniego brzegu Missouri aż do miejsca, w którym osady białych zaznaczały „granicę”, a dalsze ziemie pozostawiały Indianom. Żniwo dotychczas zebranie przez misjonarzy było bardzo skromne, ale Ojciec Verhaegen nie o tym pisał w swoim liście:
20 czerwca dotarłem do obozowiska Kickapoo i zaprowadzono mnie, abym zobaczył szałasy Indian. Kiedy wódz plemienia dowiedział się o moim przybyciu, przyszedł się ze mną spotkać i okazał mi wiele serdeczności. Jest to dziki w całym tego słowa znaczeniu. Maluje twarz z odrobiną czerwieni wokół oczu, i szczyci się tym, że nigdy nie wziął ani jednej sztuki z ubrania białych. Dzicy przychodzą co tydzień na pouczenie, jakiego im udziela Ojciec Hoecken w ich własnym języku. Mówi nim bardzo dobrze, dzicy nazywają go Ojcem Kickapoo. Ośmiu czy dziesięciu dorosłych zostało (już) ochrzczonych i ponad setka dzieci... Nazywają Boga Wielkim Duchem i proszą każdego ranka o jego błogosławieństwo. Jeśli czują się smutni czy winni, zaczerniają sobie twarze i poszczą przez cały dzień, wcale nie przyjmując pokarmu. Kiedy jakiś dzielny człowiek umiera, grzebią przy nim jego konia tak, aby jego dusza mogła pójść do Raju Wielkiego Ducha, który, jak myślą, jest bardzo daleko od ich wioski, za Prerią na Zachodzie. Módl się, Matko, aby Bóg posłał robotników do swojej winnicy i pobłogosławił ich prace dla swojej większej chwały.”
Matka Duchesne wiedziała, że mimo wysiłków Jezuitów, aby schrystianizować to plemię, Indianie nie odpowiedzieli na ich wysiłki. Wkrótce Ojciec Verhaegen uznał misję za całkowicie nieskuteczną i jesienią 1840 roku zdecydował się ją zamknąć, na rzecz innego pola działalności, bardziej obiecującego dla Chrystusa. Matka Duchesne mogła naszkicować w swoim Dzienniku początki misji w Sugar Creek.
Potawatomi należeli do rasy Algonkinów, bardzo bliskiej Ottawów i Chippewów. Ich miano, „czyniący ogień”, wywodziło się stąd, że oddalili się od narodu, z którego się wywodzili, i rozpalili własny ogień, stając się tym samym nowym plemieniem. Ze swoich rodzinnych stron wzdłuż jeziora Huron i Michigan, powędrowali w dół do Iillinois i Indiany. Stanowili rasę wojowników, rozmiłowanych w polowaniu, mało zainteresowanych uprawą ziemi, nawet dla potrzeb zbioru kukurydzy. Jezuiccy misjonarze poświęcili im dużo uwagi w siedemnastym i osiemnastym stuleciu, lecz bez większego powodzenia. Księża, którzy w następstwie żyli pośród nich, przeczuwali to, co zawrotne roszczenia białych emigrantów mogły oznaczać dla tych leśnych ludzi. Rząd kontynuował swoją politykę: należało wydziedziczyć Indian przez wymuszone traktaty i wyznaczyć im inne miejsca zamieszkania i polowania poza Mississipi. Matka Duchesne wielokrotnie w swoich listach czyniła wzmianki o tego rodzaju polityce.

W roku 1835 delegacja Potawatomi wybrała tereny nad rzeką Osage, w obecnym stanie Kansas i zaraz zaczęła się tam osiedlać. Niektórzy z nich byli katolikami. Kiedy ich wódz Nesfwawke dowiedział się, że w obozowisku Kickapoo są „Czarne Suknie” poprosił je o przybycie na spotkanie z jego ludem i pouczenie go. W styczniu 1838 roku odbył tam podróż Ojciec Hoecken, znajdując Indian w stanie wielkiego ubóstwa. Uczynił bardzo mało, aby ulżyć ich nędzy i omal sam nie zginął w burzy śnieżnej, uznał jednak, że jego podróż nie była daremna, bo przyniósł duchowe wsparcie kilku wierzącym wojownikom i kilku indiańskim squaw. Obiecał im, że misjonarze przybędą zamieszkać w ich obozowisku. Ojciec Verhaegen towarzyszył mu w miesiącu maju następnego roku podczas jego odwiedzin u Potawatomi i był pod tak korzystnym wrażeniem, że zezwolił na założenie tam stałej misji pośród Indian.

Ich liczba zwiększyła się wraz z przybyciem grup określonych mianem Wabash i Saint Joseph Potawatomi, z którymi przybył pewien młody misjonarz z Francji, Ojciec Beniamin Maria Petit, wyświęcony przez Biskupa Bruté w roku 1837. Jego pierwszym i jedynym przydziałem była praca pośród tych Indian. Podzielając wyrzeczenia tego plemienia podczas jego podróży do Sugar Creek, zachorował. Ojciec Hoecken pomógł mu odzyskać na tyle sił, aby zdołał powrócić do Saint Louis, gdzie został bardzo dobrze przyjęty przez Jezuitów. Zmarł 10 lutego 1839 roku.
Matka Duchesne zanotowała te wydarzenia w swoim Dzienniku pod datą 15 lutego 1839 roku i później się na nie powoływała, aby bronić sprawy misji pośród Indian. Była głęboko poruszona heroizmem Ojca Petit i kiedy Jezuici wzięli pod opiekę chrześcijan Potawatomi, poprosiła Magdalenę Zofię Barat i Mgr Rosati’ego, aby móc uczestniczyć w ich pracy. Podtrzymywała ją w tym Matka Lucyla Mathevon, której powołanie misyjne, jak i jej własne, od początku było ukierunkowane na Indian. Kiedy Mgr Rosati pojechał spotkać się z Matką Barat w Paryżu, latem 1840 roku, rozmowa w naturalny sposób potoczyła się w tym kierunku i Przełożona Generalna zaskoczyła Biskupa mówiąc mu, że Matka Duchesne broniła sprawy Indian z tak serdecznym zaangażowaniem, że wydawało się niemożliwością odmówić jej takiego pozwolenia. Znając jej zły stan zdrowia Biskup Rosati trochę wątpił w mądrość takiej decyzji, ale był bardzo szczęśliwy na myśl, że zakonnice poszłyby pracować pośród Potawatomi i bezzwłocznie napisał do Matki Duchesne list powierzony Matce Galicyn, która wsiadała właśnie na statek płynący do Ameryki. Biskup, podczas audiencji u papieża Grzegorza XVI w Rzymie, wspomniał o misjonarskim dążeniu Matki Duchesne i perspektywie, jaka się przed nią otwierała. Pod koniec listopada list Mgr Rosati’ego informował Matkę Barat, że Ojciec Święty wyraził pragnienie oglądania zakonnic Sacré Coeur w pracy u Indian. Gdyby Filipina wiedziała to wszystko, sprawa byłaby wygrana.
Tymczasem w Saint Louis Ojciec de Smet starał się uzyskać taki sam wynik. Podczas rozmowy z Matką Galicyn powiedział jej bez ogródek, że błogosławieństwo Boże dla Zgromadzenia Sacré Coeur w Ameryce zależy bezpośrednio od założenia szkoły misyjnej pośród Indian. Prowincjalna zapewniła, że Matka Barat z całego serca życzy sobie takiej fundacji, lecz na razie brakowało jej ludzi i pieniędzy. Wypowiedziała się, jak zwykle, w sposób ostateczny i wyruszyła do Luizjany przed nastaniem zimy.

6 stycznia 1841 roku Ojciec de Smet przybył do klasztoru w Saint Louis. Podczas rozmowy prosił Matkę Duchesne o ponowienie jej apelu o otrzymanie pozwolenia na otwarcie szkoły pośród Potawatomi. Ze swojej strony, brał na siebie sprawę pozyskania koniecznych funduszy na rozpoczęcie pracy. Wtedy Matka Duchesne wyciągnęła z kieszeni paryski list Mgr Rosati’ego noszący datę z lipca ubiegłego roku i razem przeczytali:


Przykład, jaki dała Matka opuszczając Europę, aby pojechać założyć pierwszy zakład w Ameryce, jest jeszcze dostatecznie mocny, aby wpłynąć na innych, by za Matką poszli. Niech Bóg będzie za to błogosławiony! Jestem jednak rzeczywiście zaskoczony, dowiadując się, że teraz prosi Matka o opuszczenie Missouri, z zamiarem pojechania do dzikich. Kiedy jednak kocha się Boga, nigdy nie mówi się „dosyć”. Gdybym dobrze Matki nie znał, powiedziałbym, że to przesada. Ale nie, znam Matkę dostatecznie, i (dlatego) mówię: ‘Niech Matka jedzie, pójdzie za tym, co ją pociąga, czy raczej, co jest głosem Boga. On będzie z nią’. Proszę Go, aby jej błogosławił.”
W ten sposób, razem, ten pełen energii ksiądz i stara, wyczerpana zakonnica rozpatrywali możliwość założenia szkoły dla małych Indianek w Sugar Creek. Ponaglająca miłość i zapał łagodziły wszelkie przeszkody na drodze do wypełnienia ich planów, a wizja dusz pozyskanych dla Chrystusa zdawała się czynić wszelką przeszkodę czymś bez znaczenia. Ustalono, że Filipina zaraz napisze do Matki Galicyn, Ojciec De Smet natomiast zaczął kwestować, aby zdobyć fundusze, lecz nie w Saint Louis, gdzie katolicy nie byli, ani skłonni do myślenia o misjach, ani dostatecznie hojni, aby odpowiedzieć na tego typu apele, lecz w Nowym Orleanie, gdzie było więcej bogactw i więcej katolików.
List ułożony przez Matkę Duchesne do Matki Prowincjalnej 7 stycznia, rozpoczyna się małym podsumowaniem jej misyjnych aspiracji i kilkakrotnych prób wypełnienia obietnicy złożonej we Francji, a dotyczącej pracy pośród Indian.
Wczoraj, w święto Trzech Króli, wizyta Ojca De Smet, który powraca z Gór Skalistych, tak bardzo obudziła moje pragnienia i moją żarliwość, że doświadczyłam rodzaju fizycznego zmartwychwstania wynikającego z nadziei, że mogę być pośród tych wybranych do misji, która przedstawia się nam teraz pod bardzo korzystnymi auspicjami...

Rząd przyczynił się do wydatku na kościół z drewna i może również pomóc zbudować nam dom. Misjonarz, którego wczoraj widziałam, uważa, że jest naszym obowiązkiem pochwycić (tę) okazję zanim inni, nie katolicy, to uczynią...”
Zasugerowawszy nazwiska zakonnic, które uważała za najbardziej odpowiednie do tej pracy, dodała: „Bóg mnie uleczy. Mogę być dodatkowym tylko członkiem grupy, pomagającym w gospodarstwie i innych pracach...”
W Saint Michel, Matka Galicyn była zdumiona, kiedy wezwano ją do rozmównicy „do księdza z Saint Louis i znowu znalazła się twarzą w twarz z Ojcem De Smet. Jej zdziwienie wzrosło, kiedy przedstawił jej drugi list od Matki Duchesne i pięćset dolarów w złocie, owoc swojej kwesty w Nowym Orleanie i pośród plantatorów Złotego Wybrzeża Mississipi.

Ojciec De Smet pozostawił opowieść o tym, co wydarzyło się w Saint Michel, gdzie natrafił początkowo na bardzo stanowczy sprzeciw Matki Prowincjalnej. Trzeba było poprosić ją o to, aby nie podejmowała zbyt pochopnej decyzji w sprawie tak ważnej, lecz zastanowiła się i poszukała rady u stóp Tabernakulum. Kilka dni później prośba została rozpatrzona i mianowano zakonnice mające rozpocząć misję.

Matka Galicyn nie spieszyła się z opuszczaniem Luizjany w pełni zimy, ale list Matki Barat zobowiązał ją do zmiany zdania. Życzenie Ojca Świętego Grzegorza XVI było dla Zgromadzenia rozkazem i w marcu Prowincjalna przybyła do Saint Louis, aby oznajmić rozpoczęcie dwóch nowych fundacji: jednej na wschodzie w New York City, drugiej na zachodzie w Sugar Creek. Wolontariuszki z trzech domów w Missouri zgłaszały się na misję u Potawatomi.

Nominacja Matki Lucyli Mathevon na Przełożoną Misji Indiańskiej nie była niespodzianką, bo dobrze znano jej żarliwe misjonarskie pragnienia. Przełożoną w Saint Charles mianowano na jej miejsce Matkę Regis Hamilton, która dotarła tam w kwietniu. Matka O'Connor również zyskała miejsce w wyruszającej grupie, i w końcu Siostra Luiza Amyot. Żadne jednak inne imię nie zostało wymienione. Matka Eleonora Gray, Przełożona Domu w Mieście od lutego, usiłowała pocieszyć swoją drogą Matkę Duchesne, której Matka Galicyn nie dawała żadnego znaku zachęty z powodu jej słabego zdrowia, o czym Matka Mathevon pisała do św. Magdaleny Zofii 10 maja: „Matka Duchesne staje się znacznie słabsza. Obawiam się, że nie będzie zdolna daleko pojechać... Ledwie jest w niej tchnienie życia.” Matka Duchesne uznawała uczciwie swój stan pod koniec listu do Matki Barat, 18 maja: „Moje pismo, moje bazgroły zapowiadają słabość głowy i ręki. Cud (mojego uzdrowienia) nie dokonał się. Oczekuję woli Bożej.” 425


Matka Galicyn wyruszyła z Saint Louis na fundację do Nowego Jorku pod koniec kwietnia. Zabierała ze sobą Matki Katarzynę Thieffry i Judytę Shannon. Alojzja Hardey dołączyła do nich w połowie marca z Ellen Hogan, a następnie, na koniec, Adelina Boilvin wraz z siostrami Gallien i Pratt. Matka Duchesne była bardzo usatysfakcjonowana widząc, że zalety i cnoty jej drogiej „Gonzagi” zostały uznane, każda z nich wiedziała, że ich rozłąka jest na całe życie. Więzi, które je tak serdecznie łączyły, podtrzymywane będą przez listy, i Matka Boilvin starannie zachowa te, które Matka Duchesne napisała do niej przez kilka krótkich lat dalszego życia młodej zakonnicy. Pierwszy, z 4 czerwca, kończył się następująco:
Mówi się mi, że nie będziecie zainstalowane w waszym nowym domu przed miesiącem sierpniem. Czas ten będzie dla was okresem bardzo korzystnym, aby rosnąć w cnocie i w wiedzy. Nie wiem, jaka wiedza byłaby dla mnie dobra; lecz kiedy przypominam sobie, jak cieszyłam się nią, jak ją szanowałam, i jak mało była dla mnie użyteczna, raduję się na myśl, że w niebie wszelka ziemska wiedza zagubi się w Bogu. Będziemy tylko mówić wieczyste ‘Amen’ i ‘Święty, Święty, Święty Pan’… ”
Filipina nieomal godziła się już z faktem, że stan zdrowia nie pozwalał jej znieść podróży i trudności, jakie czekały siostry misjonarki. Jednak modliła się o cud i właśnie cudu było trzeba, jeśli oceniać to z opisu Matki Mathevon:
Doktor myśli, że jest w stałym zagrożeniu śmiercią, a jednak chciała pościć i wyrzekać się wszystkiego podczas Wielkiego Postu. Od tamtego czasu obrzęki się zwiększyły i podchodzą od stóp aż do klatki piersiowej, w taki sposób, że w każdej chwili może się udusić. Czuje, że jest bardzo bliska śmierci, lecz jeśli tylko Matka Generalna da jej pozwolenie, uzna to za rozkaz i żadna nie będzie zdolna jej powstrzymać.”
Data wyjazdu nie była jeszcze ustalona, kiedy Ojciec Verhaegen przybył pewnego ranka bez uprzedzenia do klasztoru. Zdecydował się udać na misję do Sugar Creek na początku lipca i myślał, że dla zakonnic byłoby czymś właściwym podróżować pod jego eskortą. Matka Duchesne siedziała w rozmównicy podczas, gdy rozmawiał z Matkami Mathevon i Gray, bo Ojciec Verhaegen nigdy nie przychodził do Domu w Mieście nie prosząc Matki Duchesne. Rozważali materialne aspekty podróży: parostatek, bagaże, datę, godzinę odjazdu i rezerwację miejsc dla trzech zakonnic. Dla trzech? Ojciec spodziewał się ich czterech. Obrócił się w stronę, gdzie cicho się modląc siedziała Matka Duchesne, a łzy spływały na jej pergaminowe, zniszczone przez trudy ręce, w których zaciskała różaniec. „Ależ ona również musi pojechać”, powiedział do Matki Gray, a jego mocna twarz rozjaśniła się nagle pełnym szacunku uczuciem. Była osobą, które najbardziej pragnął w Sugar Creek. „Nawet gdyby mogła posługiwać się tylko jedną nogą, pojedzie z nami, nawet gdybyśmy musieli nieść ją na ramionach przez całą drogę, pojedzie z nami. Być może nie będzie mogła wykonywać dużej pracy, dodał, a jego życzliwe oczy zwęziły się w dwie bardzo charakterystyczne szparki, „ale zapewni sukces naszej misji modląc się za nas. Właśnie jej obecność ściągnie na naszą pracę wszelkie niebiańskie przywileje.”

Co Filipina zrozumiała z tej żywiołowej deklaracji pozostanie w sferze domysłów. Lecz kiedy Matka Gray serdecznie wyciągnęła do niej ramiona, wniosek był jasny i natychmiastowy, więc wyszeptała wtedy słowa mocno przypominające te, które niegdyś usłyszała od Magdaleny Zofii w Paryżu pewnego majowego dnia 1817 roku, kiedy to święta założycielka przystawała na jej amerykańską misje426. Matka Mathevon, jednakże, niechętnie przyjmowała odpowiedzialność za tak kochaną, tak czczoną, lecz i tak osłabioną siostrę, i Filipina szybko wyczuła tę postawę, nie uświadamiając sobie jednak jej prawdziwej przyczyny. Tak więc pośród radości było też i cierpienie, mogła jednak powtarzać małą, ułożoną przez siebie modlitwę: „Panie opieram się na Tobie, abyś dodał mi siły. Podaj mi Twoją rękę, aby mnie podtrzymać, Twoje ramiona, aby mnie nieść, Twoją pierś, abym oparła na niej głowę, twój krzyż, aby mnie wesprzeć, twoją Eucharystię, aby mnie karmić. W Tobie, Panie zasnę i spoczywać będę w pokoju.” 427


Mała ekipa weszła na pokład statku na Missouri 29 czerwca 1841 roku. Oprócz zakonnic było dwóch Jezuitów, Ojcowie Verhaegen i Smedts428, i diecezjalny ksiądz, Francis Renaud. Tłum przyjaciół zebrał się na molo, aby się z nimi pożegnać, a Monseigneur Chanche z Natchez udzielił im swego błogosławieństwa. Parostatek „Emilia” wyruszyć miał w południe, ale wyjazd opóźniono o dwie godziny.

Statek był wygodny, chociaż mniej luksusowy od eleganckich promów kursujących teraz po Mississipi. Matka Duchesne odnajdywała nowe siły i przechadzała się po pokładzie krokiem wybitnie stanowczym. Była ośrodkiem zainteresowania wszystkich pasażerów. Zorganizowano natychmiast zbiórkę dla zakonnic, która przyniosła pięćdziesiąt dolarów, a wkład będących na pokładzie kupców, którzy przyczynili się do powiększenia zapasów wyniósł czterdzieści dolarów. Zostało to powierzone Edmundowi, młodemu czarnemu służącemu z klasztoru w Saint Louis.

Matka Mathevon opowiada podróż po Missouri, opisuje, jak mijają około piętnastu miast zaludnionych przez wielotysięczne rzesze mieszkańców nie mających ani kościoła, ani księdza, ani najmniejszej szkoły. Po opuszczeniu parostatku, potrzeba było czterech dni drogi starym rozklekotanym wozem, aby podróżni dotarli do Sugar Creek.

Indianie, który zostali uprzedzeni o ich przybyciu, zebrali się i wyczekiwali ich przez cały dzień. Nieświadomi tego wędrowcy odpoczywali spokojnie osiemnaście mil od wioski na brzegu Osage River u francuskiego kolonisty, który bardzo serdecznie ich przyjął. Indianie, niecierpliwi, posłali dwóch zwiadowców, aby zlokalizowali obozowisko. Znalazłszy je, obaj mężczyźni uklękli przed Ojcem Przełożonym, aby otrzymać jego błogosławieństwo i, uraczeni dobrą kolacją, wrócili zapowiedzieć swojemu plemieniu przybycie białych następnego dnia rano. Gromadka rzeczywiście wyruszyła o świcie i znajdowała się na drodze, wytyczonej co dwa kilometry przez indiańskich jeźdźców na wspaniałych koniach; chciano w ten sposób powitać swoich gości i wskazać im najlepszą drogę.

W odległości około kilometra od misji pojawiła się gromada pięciuset wojowników w świątecznych strojach udekorowanych piórami, obutych w mokasyny haftowane kolcami jeżozwierza; mieli twarze pomalowane na czarno, a oczy otoczone czerwienią nadawały im wygląd niepokojący. W miarę, jak wielki wóz misyjny posuwał się naprzód, Indianie wykonywali serię ewolucji jeździeckich w okręgu, następnie w półokręgu z nadzwyczajną precyzja i doskonałą koordynacją.
Pierwszy list Matki Duchesne do świętej Magdaleny Zofii zaczyna się następująco:
Pośród narodu i wioski Potawatomi, następnie można przeczytać: Jesteśmy w końcu na ziemiach tak upragnionych...

Naród przegnany z brzegów Michigan przez Amerykanów, jak również wiele innych, jest na poły katolicki, i zakłada osobną wioskę niż poganie, którzy stopniowo się nawracają. Kiedy już są ochrzczeni, nie znają pijaństwa, ani rozboju; znalezione (przedmioty) kładzie się przy drzwiach kościoła, aby zostały rozpoznane przez właściciela.

Nie zamyka się żadnego domu i nigdy niczego w nim nie brakuje. Zbierają się po części rano na modlitwę, mszę i pouczenie. Wieczorem idą jeszcze na modlitwę, i jedzą siedem razy dziennie...

Matka Galicyn dała nam 2 500 F. i to powinno obficie wystarczyć na budynek z drewna. Uważałam, że było to wysłane proboszczowi i ktoś nam powiedział, że nasz dom był ukończony, (a) to był jego, i jego kościół, na który otrzymał od rządu 4 000 F. Przybywszy tu, wielce się przeliczyłyśmy, będąc bez domu... Po zapłaceniu podróży pozostawało nam tylko 1 000 F…

Proboszcz dał nam dwie piękne krowy dla naszej farmy, i oddaje na nasz użytek dwa woły, dobrego konia i swój wóz… Mamy ze sobą murzyna z Saint-Louis, (który) jest cieślą i pomoże przy (budowie) domu.

Nasze bagaże wcale nie przybyły, co zmusiło mnie do użycia tego grubego papieru. Byłam chora i miałam słabość głowy, której nigdy (wcześniej) nie doświadczałam. Tłumaczy ona stan mojego listu, którego treść jest prawdziwa, (lecz) może będziesz miała trochę przesady.” 429
Ciężko było Filipinie dopuścić, że znowu była chora, lecz jeszcze ciężej uznać, że jej słabość odcinała ją od wszystkich aktywności innych misjonarek. Indianie jednak zdawali się ją cenić od pierwszej chwili, w której postawiła stopę w obozowisku w Sugar Creek. Nawet, jeśli nie mogła, jak Matka O'Connor, nauczać dzieci od połowy lipca, czy gotować dla nich, jak Siostra Luiza, czy jeszcze czytać w ich języku, jak Matka Mathevon po czterech tygodniach pośród nich, kochali ją i przynosili wszelkiego rodzaju prezenty: świeże ziarna zboża, jajka, kurczaki, pióra dzikich ptaków, miękką słomę na siennik. „To, co mają, przynoszą dla ‘dobrej starej pani’, jak nazywają Matkę Duchesne”, pisała Matka Mathevon w sierpniu.

A ona pozostawała cały poranek w kościele, gdzie siostra Luiza przynosiła jej filiżankę kawy, którą wypijała w drzwiach. Po obiedzie powracała na trzy lub cztery godziny modlitwy. Indianie mieli dla niej najwyższy podziw, powierzali się jej modlitwom i nazywali ją „Kobietą, która stale się modli”. Każdy przyznawał, że wielką liczbę chrztów zawdzięcza się jej modlitwom. Prawie co niedzielę chrzczono po południu trzech mężczyzn i ich rodziny, a Matka Duchesne zapisywała starannie ich imiona w rejestrze.



Nigdy jednak nie miała wrażenia, że odniosła sukces, wszystko wskazywało raczej na to, że poniosła porażkę w tym, na co miała największą nadzieje. Była doskonale nieświadoma otrzymywanych przez siebie łask, czy tych, które inni otrzymywali za pośrednictwem jej modlitwy, a rezultaty były tym bardziej wyraźne. Jej niezdolność do pracy ręcznej pozostawiała ją w wielkiej samotności, którą akceptowała z miłością, chociaż nie bez trudu. Samotność w Sugar Creek nie była w dodatku tylko fizyczna, była to również samotność duchowa, która rosła wraz z poczuciem, że staje się ciężarem i coraz bardziej uciążliwą troską, dla tych, którzy się nią zajmowali. Niesione w intymnym zjednoczeniu z misterium samotności Chrystusa cierpienie prowadziło ją coraz bliżej do Najświętszego Serca.
Rodzina Filipiny prędko otrzymała wieści o ekspedycji do Indian; pisali wówczas i posyłali prezenty z charakterystyczną dla nich od tylu lat hojnością. Pośród nielicznych listów zachowanych z Sugar Creek, ten adresowany do brata napisała siedząc w fotelu w indiańskim szałasie 12 września:
Kilka dni temu, mój drogi bracie, otrzymałam list, który napisałeś mi o drogim P. de Mauduit, (i) pod koniec którego zapewniałeś mnie jeszcze raz o twoich serdecznych wobec mnie uczuciach. Ponieważ mówiłeś mi w twoim poprzednim liście, że wypełnisz obietnicę dopiero po moim (tu) przybyciu, nie omieszkałam ci napisać, że tu jestem. Byłam bardzo mile zaskoczona, znalazłszy po moim przybyciu do misji w liście od P. de Rollin, twój czek na 500 F. na bank w Nowym Orleanie. Był to najlepszy sposób posłania tych pieniędzy, chociaż omyłki bankowe są częste w całych Stanach Zjednoczonych, nawet w przypadku banków, które mają najlepszą reputację i niekiedy utrudnia to wypłatę czeku wymiennego gotówką. Wysłałam od razu dokument do Saint-Louis, do osoby, której najwięcej zawdzięczamy na pożyczkę pieniędzy, aby spłacić nasze wydatki na podróż i jestem pewna, że będzie szybko przyjęty, jako częściowa spłata tego, co nam pożyczył.

Aby zdjąć z twego umysłu wszelkie podejrzenie, że jest szaleństwo w naszym przedsięwzięciu, wiedz, że to małe plemię jest bardzo dobre, praktykuje nasza religię i serdecznie nas przyjmuje. Za naszym domem mamy doskonały kawałek ziemi, i aby podać ci więcej szczegółów, proboszcz oddał do naszej dyspozycji konia, woły i wóz do pracy na farmie i do transportu. Przysłał nam trzy piękne krowy, dużo kur, kilka gęsi i miot małych świniaków. Na łące są też cielęta i codziennie krowy trochę jej karmią. Następnie dojarz doi krowy, bierze to, co jest konieczne dla księży i innych, a nam daje resztę. Jest prawie dosyć mleka, aby nastarczyć naszemu kompletnemu wyżywieniu, ale mamy jarzyny i możemy mieć mięso za 5 centymów liwr... Język jest niesłychanie trudny, a alfabet, który ma cztery litery mniej niż nasz, wymawia się, jak po francusku. Nasze siostry nauczyły się bardzo prędko czytać w (tym) języku i nauczają dzieci, jak uczy się małych łaciny. Tylko tu sprawy są odwrócone, dzieci (żadne z nich nie umiało wcześniej czytać) rozumieją sens słów, których my wcale nie rozumiemy...”
Udzieliwszy Panu Duchesne lekcji języka potawatomi pisząc Gloria Patri i około dwunastu słów indiańskich, które znała przynajmniej na papierze, jak: Bóg, mężczyzna, kobieta, słońce, księżyc, sól, ogień, bez błędu gramatycznego czy stylistycznego, Filipina kontynuuje:
Pozwól mi dodać, że niektóre słowa tego barbarzyńskiego języka mają aż do dziesięciu, dziewięciu czy ośmiu sylab. Dotychczas nie istnieje słownik czy gramatyka, lecz tylko modlitewnik. Myślę, że nigdy nie nauczę się takiego języka. Powiedz Pani de Rollin, że do niej napiszę, kiedy tylko otrzymam list, który mi zapowiedziała. Powiedz tej drogiej kuzynce i twojej żonie największe serdeczności, o jakich zdołasz pomyśleć. Po przeczytaniu tego listu, poślij go Pani Jouve. Dorzucę tu kilka linii więcej dla niej i dla was obojga. Żegnaj, mój drogi bracie, modlę się do Naszego Pana za ciebie i mam nadzieję ujrzeć cię następny raz w tym życiu, które nie zna końca i zawsze jest szczęśliwe.”
Matka Mathevon zgadzała się w całości z Matką Duchesne, co do obfitości pożywienia i poprawy zdrowia sióstr misjonarek: „W naszych łóżkach indiańskich” pisała, „śpimy lepiej, niż w królewskim pałacu. Produkty mleczne, jarzyny, ryż, kukurydza, chleb uczyniony z pszennej mąki, słonina, to nasza dieta. Mamy wielki apetyt, a nasze zdrowie się poprawiło.” Jednak jej raport dla Matki Galicyn, jaki złożyła jesienią, podawał następujące wiadomości o Matce Duchesne:
Jest tu ona tylko po to, aby cierpieć, w krótkim czasie bardzo się postarzała i zachowuje się niekiedy, jak małe dziecko. Nie ma już wnikliwości umysłu, jaką miała wcześniej. Jest słaba, jej czlonki są obrzmiałe i ma złe trawienie. Obawiam się, aby nie miała ataku. Prawdę mówiąc, nie możemy zrozumieć, jak Ojciec Przełożony mógł nalegać, aby ją tutaj przywieźć. Myślał, że będzie modlić się za misję i że należało dać jej pociechę tutaj umrzeć. Wszystko, co teraz może robić, to modlić się, leżeć trochę w łóżku i robić na drutach. To wszystko. Jest dla nas wielką troską, że musimy się nią zajmować nie będąc zdolne dać jej tego, czego potrzebuje, bo chodzimy po wszystko dwadzieścia wiorst. Robimy dla niej wszystko, co możemy. Zrobiła tak wiele dla Zgromadzenia, jest tylko właściwe, byśmy ją otoczyły wszelką możliwą opieką w jej podeszłym wieku.”
Zakonnice objęły w posiadanie swój drewniany szałas w październiku. Był prymitywny, ubogi, ale czysty. Nie można było zachowywać w nim klauzury, bo w ciągu dnia Indianie przychodzili i wychodzili, jak im się podobało, lecz zakonnice przyzwyczaiły się od tego. Piec na drewno i kilka półek zajmowały kąt pomieszczenia zwany kuchnią i jadalnią, lecz kiedy zima zadomowiła się na dobre, a lodowate wiatry przybyłe z prerii na zachodzie przenikały przez ściany, siostry i dzieci indiańskie cisnęły się przy ogniu nawet wtedy, gdy był on używany do gotowania posiłku. Matka Duchesne cierpiała bardziej od innych, gorączka już jej nie opuszczała i była bardzo wrażliwa na zimno, co nie przeszkadzało jej każdego ranka torować sobie drogi w śniegu do nieogrzewanego kościoła misji na Mszę św. Kiedy Matka Mathevon zabroniła jej udawać się od tego lodowatego budynku, podporządkowała się. Znała uczucie, jakim otaczała ją Matka Mathevon, uważała jednak, że Przełożona przecenia dolegliwości, które sama wolała ignorować.

Potawatomi, tak jak inni Indianie mieli naturę beztroską, nie byli zapobiegliwi i nigdy nie nauczyli się ochraniać przed surowością zimy; wielu tej zimy było chorych, siostry nieustannie ich pielęgnowały i modliły się z umierającymi. Matkę Duchesne upoważniono do wychodzenia z szałasu, aby chodzić do indiańskich wigwamów. Wszyscy byli głęboko wzruszeni widząc tę starą zakonnicę, słabą i utrudzoną, jak pochyla się nad twardą matą kobiety w agonii, bo chociaż życia nie można jej było uratować, duszę jej pozyskano dla Chrystusa. W lutym Matka Duchesne bardzo optymistycznie pisała do swojej siostry:


Moje zdrowie bardzo zyskało w tym kraju, powróciły mi w nim siły, lepszy wzrok i zachowuję użycie wszystkich moich zmysłów, mimo 73 lat.”
Matka Mathevon pisała następnego dnia, że Matka Duchesne jest w stanie wielkiego wyczerpania, a życie takie jest zbyt ciężkie dla osoby w jej wieku. Jednakże dzielna misjonarka śledziła wszystko, co działo się w Sugar Creek:
Kongres zmusił Potawatomi do przemieszenia się w te regiony, i płacić im będzie rokrocznie sumę pieniędzy, która, póki układ ten będzie trwał, uratuje ich od straszliwej nędzy. W tym roku widzieliśmy, jak czynią dobry użytek z części swoich pieniędzy na zakup obuwia, koszul i innych artykułów ubraniowych. Ale koc jest zawsze ważnym elementem ich ubrania. Chrześcijaństwo tak bardzo zmienia tych biednych ludzi, że można zawsze rozpoznać poganina po jego dumnym wyglądzie i nieuporządkowanej fryzurze... proboszcz prowadzi to plemię, jak pasterz swoje jagnięta.”
Chociaż Matka Duchesne miała niekiedy trudności z jasnym myśleniem, reagowała na najmniejsze wydarzenia, w których widziała przejaw woli Bożej. Jej umysł był bardzo rozbudzony, kiedy pisała do księdza Delacroix 20 lutego 1842 roku, po siedmiu miesiącach misji. Znając jego zainteresowanie wszystkim, co dotyczyło Zgromadzenia, podaje nowiny o miejscach i osobach, i szczegóły z Sugar Creek nie znajdujące się, być może, w żadnym innym źródle.
Jak obecnie wyrazić Księdzu moja radość z otrzymania od niego listu, który jest dla mnie tak cenny? Łatwo zobaczyć, że jak czuły Ojciec nie zapomina on nigdy o dzieciach, które napełnił duchowymi i doczesnymi dobrami, i które zawsze będą go żałować. Mam nadzieję zaspokoić ujmujące życzenie księdza, podając mu nowiny o każdej rodzinie, z ryzykiem mówienia mu o tym, co już jest mu znane. Zaczęłabym od ostatniej w Nowym Jorku, gdzie przełożoną jest zakonnica Francuzka, lecz Matka Alojzja (Hardey), mistrzyni główna, jest duszą pensjonatu. Mieszkańcy Nowego Jorku, a szczególnie kler, był dla naszych zakonnic bardzo uprzejmy...

Dochodzę teraz do mojej własnej historii, rozdziału odkąd ksiądz wyjechał. Gdybym umiała korzystać z cierpienia, zdolna byłabym powiedzieć, jak ksiądz, że jestem doskonale zadowolona. Potrzebowałam jednak być doświadczona i Bóg pokierował moje kroki przez vias duras, zanim doprowadził mnie do misji u dzikich, od tak dawna celu moich pragnień. Tutaj jeszcze cierpię, bo zupełnie nic nie mogę robić. Na samym początku byłam przeniesiona z Saint-Louis do Saint-Ferdinand, gdzie była nieustannie mowa, że klasztor będzie zamknięty. Następnie, w odpowiedzi na modlitwy i przekonywania umieszczono tam nowicjat. Byłam przeniesiona do Saint-Louis, przechodząc od życia bardzo aktywnego do tego kompletnej nicości, i długo byłam chora. Kiedy Ojciec De Smet powrócił z misji u Têtes Plates (Flathead) w Rockie’s430, po trzech miesiącach podróży, jego powrót przywrócił mi nowe życie. Pozwolił mi mieć nadzieję, że będziemy mogły założyć fundację za dwa lata i żywo przycisnął naszą Matkę Prowincjalną, aby posłać nas tutaj do pracy pośród tych Indian.”

Opowiedziawszy mu o migracji Potawatomi i śmierci księdza Petit’a, kontynuuje:


Uważałyśmy, że w chwili przybycia znajdziemy tu nasz klasztor gotowy, ale źle nasz poinformowano. Naszą pierwszą siedzibą był wigwam pewnego Indianina, w którym mieszkałyśmy od lipca do października, kiedy to miałyśmy nasz dom, o dziewiętnastu stopach kwadratowych431, bez miejsca na ogień i bez schodów na strych, który był naszym dormitorium. Aby tam dotrzeć wchodzi się po drabinie...

Nikt z klasztoru w Saint-Louis, ani z żadnego innego nie był w stanie udzielić nam dużej pomocy. (Tylko) nasza Matka Generalna posyła nam dar, który służy do podwojenia naszego domu, lecz dla dzieci osieroconych i tych z innych plemion. Jednakże nie mamy jedzenia, aby im dać. Rząd nic dla nas nie zrobił, mimo zabiegów Ojca Verhaegen’a, który sam ma wielkie potrzeby finansowej pomocy dla utrzymania nowicjatu, ukończenia kolegialnego kościoła i dla pracy misyjnej. Czy nie mógłby ksiądz wysłać nam trochę pieniędzy na opłacenie jedzenia dla małych Indianek?.. Dla mnie tylko modlitwy o dobrą śmierć i księdza obszerne błogosławieństwo...

P.S. Ponieważ Matka Lucyla chciała księdzu zaświadczyć sama swoje uszanowanie mam jeszcze to miejsce w liście, aby ponownie prosić księdza o modlitwy, zwłaszcza podczas Świętej Ofiary Mszy, o dobrą śmierć. Ta chwila jest bardzo straszna, kiedy tak mało pracowało się z gorliwością. Chcę również dodać księdzu jeszcze kilka więcej linijek o dobrych Potawatomi. Katoliccy Indianie tworzą wieś odrębną od pogan, którzy czczą złego ducha po to, aby im nie szkodził. Pośród Katolików nie ma ani pijaństwa, ani tańca, ani gier. W każdą niedzielę widzi się ich około setki przy Świętym Stole... Tylko od lipca było około siedemdziesięciu chrztów osób dorosłych, i wszystkie są wytrwałe. W kościele mężczyźni i kobiety siedzą osobno i śpiewają hymny w swoim własnym języku. Praktykuje się to również wieczorem i mówią w rodzinach różaniec, który wszyscy zawsze noszą... Panuje między nimi miłość pierwszych chrześcijan.”
Drewniany kościół w Sugar Creek był wyraźną i przestronną bryłą usytuowaną na wzniesieniu, około trzydzieści metrów ponad poziomem ziemi. Został on poświęcony w roku 1840, w dniu Bożego Narodzenia, pod wezwaniem Niepokalanego Poczęcia Błogosławionej Maryi Panny. Klasztor wznosił się przy kościele wzdłuż małego strumienia obrzeżonego klonami cukrowymi, stąd jego nazwa, Sugar Creek. Połowę klasztoru ukończono w roku 1841 i przygotowywano się do wzniesienia drugiej połowy, kiedy Matka Duchesne i jej towarzyszki otrzymały mocno zasmucające wieści. Stara zakonnica wydobyła swój materiał do korespondencji; prawdziwe czy nie, nowiny te wymagały długiego listu wyjaśniającego do Matki Barat, tak więc 28 lutego pisała:
Dowiedziałyśmy się właśnie w naszej wiosce, że pilnie wzywasz do siebie naszą Matkę Prowincjalną i zapowiada nam ona, że nie będzie mogła nas zwizytować, chyba, że poleci się (jej) coś przeciwnego. Jesteśmy wszystkie bardzo zasmucone tą nowiną; nie mając wystarczającego czasu, aby wyłożyć ci potrzebę oglądania jej (tutaj), aby uregulować wszystkie rzeczy z naszymi przewodnikami, naszą jedyną pociechą jest myśleć o przyjemności, jakiej doznasz, widząc ją ponownie, i o wielkiej uldze, jaką przyniesie w twoich olbrzymich pracach. Błogosławimy Boga za powrót twojego zdrowia, i nie przestajemy prosić o jego zachowanie; nasze (zdrowia) u Indian wszystkie zyskały. Nic nie brakuje nam z żywności przy naszych dobrych krowach. Inne produkty żywnościowe kosztują tyle, co w dużych domach Stanów Zjednoczonych. Tylko mieszkanie wymaga poświęceń, bo mamy jeszcze zaledwie dom z drewna na 19 stóp. Jest przygotowane drewno, aby powiększyć go o ponad połowę, ale brakuje robotników; dzicy nie są pracowici. Mężczyźni, którzy zbudowali kościół, brali 10 F. dziennie, a ich wyżywienie kosztowało przy tym 50 na tydzień. Jest on skonstruowany na koszt rządu, który dużo wydaje na cywilizowanie tych biednych narodów, a mało (ono) postępuje; żadna z jego szkół nie mogła się utrzymać. Ten naród jest najbardziej zaawansowany, zwłaszcza od roku… Prezydent obiecał swoim deputowanym 50 000 F, aby nastarczyć na wykarczowanie ziem, które są następnie dzielone; zbuduje się im młyn na mąkę i dostarczy im następnie rzemieślników, którzy już czekają, aby zechciano się nimi posłużyć...

Pani de Rollin zechciała mi coś przysłać (500 F), ale czek nie został przyjęty; napisałam to memu bratu. Jeśli nie zmarła w międzyczasie myślę, że to przyjdzie, i proszę cię, aby to było tylko na małą kaplicę z drewna, blisko miejsca, gdzie ma się zbudować większy kościół z kamienia; byłoby to wtedy nasze miejsce. Mamy jedną przy konfesjonale, z której bez przerwy się nas wygania, kiedy ktoś tam przychodzi, a jest to często w niedzielę, kiedy jest zawsze dużo komunii u tego dobrego narodu. Twierdzi się, że cmentarz zawiera ciała świętych; tak więc taki jest kres moich samotnych spacerów, i tam, na kolanach, proszę o szczęście, aby kości moje zostały złączone z ich (kośćmi). Jednakże doświadczam tych samych poruszeń względem misji w Rockies montagne, czy czegokolwiek podobnego, jakich doznawałam we Francji, aby przybyć do Ameryki, a następnie będąc w niej, względem krain dzikich. Mówią, że w Rockies żyje się ponad sto lat; ponieważ moje zdrowie poprawiło się i mam tylko siedemdziesiąt trzy lata myślę, że będę miała jeszcze przynajmniej dziesięć lat pracy. Innym razem uważam za bardziej doskonałe oczekiwanie na wydarzenia, które powinny zadecydować o moim losie. Zobacz, wielebna Matko, czy zechcesz upoważnić mnie do pojechania gdzie indziej, jeśli się mnie (tam) chce; a to jest jeszcze mocno wątpliwe; bo tutaj jestem tylko ciężarem bez zajęcia, ponadto mi się nie ufa. Nie ma wątpliwości, że z przyjemnością oglądać się będzie mój wyjazd.” 432
Klasztor z drewnianych bali ukończono w połowie marca, szczeliny w ścianach pozatykano gliną, a po wewnętrznej stronie pomieszczeń umocowano raz przy razie, co około dziesięć stóp, grubą bawełnianą tkaninę, którą rozpięto nad ścianami i pobielono. W dni, w które wiatr i burza wymiatały prerię, płótna te wzdymały się, jak żagle okrętu i odrywały czasem od swoich umocowań. Podczas ciężkich prac proszono Filipinę o bezpieczne pozostanie w kościele. Nic nie mogło sprawić jej większej radości, u stóp ołtarza tyle miała do złożenia intencji: Misję i swoją własną obawę, że będzie musiała z niej wyjechać, nadchodzącą Radę Generalną, do której przywiązywała tak wielką wagę, nowicjat we Florissant. Kiedy trwała nieruchoma, albo leżała krzyżem przed tabernakulum, zagubiona na modlitwie, Indianie wchodzili ukradkiem do kościoła, obserwowali ją uważnie, a później przybliżali do niej i całowali wytarty rąbek jej sukni albo frędzle jej starego szala. Dla nich była Quah-kah-ka-num-ad, kobietą, która stale się modli.
Matka Galicyn bez uprzedzenia przybyła do Sugar Creek w samą Palmową Niedzielę na dwudniową wizytę. Znalazła Misję w pełnej aktywności; Indianie i ich żony zgotowali jej gorące przyjęcie i wykonali na jej cześć kompletną paradę z pokazami jazdy konnej. Nie wiadomo, jak siostry znalazły dla niej łóżko, ale nie pozwolono jej wspiąć się po drabinie, aby wejść do sypialni. Nic nie pozostało z wrażeń, jakie odniosła Matka Prowincjalna podczas tej wizyty. Znalazła tam z pewnością mało pociągających dla siebie rzeczy i uczyniła mało sugestii, aby poprawić metody nauczania, czy stosowany materiał. Zadecydowano jednak o zmianie i zachowywano ją w sekrecie przed tą, która była nią najbardziej bezpośrednio zainteresowana: Matka Duchesne miała za kilka miesięcy wyjechać do któregoś z klasztorów Missouri.

Ta, jak się wydaje, niczego takiego się nie spodziewała w dniu Wielkanocy, kiedy to była świadkiem na ślubie Piotra Drayard’a z Teresą Różą Kusto, obojgiem z plemienia Indian Potawatomi; ani nawet, kiedy pisała do swojej siostry dwa tygodnie później:


Nie można rzeczywiście znaleźć lepszych ludzi od tych dobrych dzikich; dwóch z nich pracuje dla nas, a ponieważ nie lubią zbyt długo zatrzymywać się na czymkolwiek, bawią się i śmieją, jak dzieci zawsze szczęśliwe, (a) mają przecież wygląd wielki i mocny, jak wojownicy. Kiedy robimy pranie, przynoszą nam swoją brudną bieliznę i rzeczy do naprawy. Dzieci, które przychodzą do szkoły są bardzo zręczne, ale całkiem leniwe. Oczywiście on nikogo nie otrzymujemy żadnego wynagrodzenia i jesteśmy zobowiązane dostarczać im materiały do szycia. Wyczerpali już naszą rezerwę szpilek i igieł do szycia; naparstki, nożyczki, nici, wszystko szybko znika. Nie robią nic, jeśli nie dostarczymy (im) materiału... Czasem biedni Indianie przychodzą do nas i pokazują nam swoje zużyte ubrania, dając nam do zrozumienia, że nie mają ani igieł, ani nici. I odchodzą cali szczęśliwi, jeśli zaspokajamy ich potrzebę”.

ROZDZIAŁ 13




Directory: images
images -> Lokalna strategia rozwoju lokalnej grupy działania „lider zielonej wielkopolski” na lata
images -> „ Gra tajemnic reżyseria Morten Tyldum. Czas projekcji 110 minut
images -> Wykład z polityki gospodarczej Temat 3 Polityka pieniężna I walutowa Pojęcie I cele
images -> Skarżyski klub szaradzistóW „anagram” zał. 12 maja 1958 roku przy miejskim centrum kultury im. Leopolda staffa 26-110 skarżysko-kamienna, ul. SŁOwackiego nr 25
images -> Załącznik 1
images -> Postępowanie znak: sz-2100-13(52/ZP/07)-07
images -> Spzoz/ZP/…
images -> Xviii konferencja naukowo – szkoleniowagastroenterologii klinicznej wp
images -> Załącznik nr 3 do siwz opis przedmiotu zamówienia (opz) dot przetargu nieograniczonego znak: A/ZP/szp. 251-37/16 na: „dostawę wraz z wdrożeniem zintegrowanego elektronicznego systemu zarządzania dokumentacją medyczną”

Pobieranie 2.06 Mb.

Share with your friends:
1   ...   15   16   17   18   19   20   21   22   ...   26




©operacji.org 2020
wyślij wiadomość

    Strona główna