Louise callan, rscj



Pobieranie 2.06 Mb.
Strona18/26
Data25.10.2017
Rozmiar2.06 Mb.
1   ...   14   15   16   17   18   19   20   21   ...   26

1837 - 1840

W pensjonacie, Filipina miała pociechę oglądać dzieci podatne na wpływy Matki Boilvin. Mimo „nadzwyczajnego mrozu i opadów śniegu” w kwietniu, klasztor ożywiała radosna gorliwość, kiedy Joanna Pettigrew przyjęła Chrzest i Pierwszą Komunie wraz ze świeżo nawróconą Ezeldą Musick. Matka Duchesne mogła tym młodym Amerykankom ofiarować jedynie uśmiech, kilka słów zachęty po angielsku i podwieczorek z pancakes’ami i syropem, lecz wielka była jej radość, bo nauczyły się poznawać i kochać Najświętsze Serce. Jej żal z powodu niezdolności do aktywnej pomocy w apostolstwie wśród dzieci ujawnia się w liście napisanym do Józefiny, dzień po obrzędzie Pierwszej Komunii:


Niedawno otrzymałam twój list z grudnia, moja droga Kuzynko. Jestem zawsze wdzięczna za dowody twojej stałej przyjaźni, na którą z radością odpowiadam. Jedna rzecz nie podoba mi się w twoich sformułowaniach, za bardzo mi one pochlebiają i daleko mi do tego, by na nie zasługiwać. Moja natura jest zawsze ze mną, a w podwójnym powołaniu, jakie powinno prowadzić mnie do świętości, upieram się przy popełnianiu błędów, które wielu ludzi tego świata i na tym świecie już w samych sobie naprawiło. Bóg czuwa (nad tym), abym wynagrodziła za te błędy. Bycie cenioną z daleka, a ganioną wokół siebie, jest gwarancją przeciwko próżności. Przywodzi mi to na myśl te słowa Świętego Augustyna na temat Platona: „jakież to dla ciebie szczęście, Platonie, być cenionym tam, gdzie cię nie ma, jeśli pali się (twoje pisma) tam, gdzie jesteś?” 415 Wydaje mi się, że (już) się przeżyłam. Widzę nadchodzącą chwilę, w której będę już do niczego. Ponieważ moje zdrowie odnalazło pewien wigor, nieprzydatność tę będzie (mi tym) bardziej ciężko znieść, że miałam wcześniej tyle do zrobienia. Tutaj wszystkie dzieci mówią po angielsku; bardzo mało zna francuski i nie mogę nawet uczyć religii dwóch czarnych kobiet, które pracują dla nas, a nawet małych dzieci ze szkoły bezpłatnej. Bo chociaż czytam po angielsku, bo znam znaczenie słów drukowanych, jest czymś zupełnie innym go rozumieć, kiedy się nim mówi, albo mówić nim samemu, z powodu skrajnej trudności wymowy, której nie można nigdy opanować w moim wieku...

W międzyczasie, mogłabym zajmować się roślinami i pielęgnować nasz ogród. Mówi się, że będziemy miały w tym roku mało powodzenia, bo ziemia pokryta była śniegiem trzy razy od początku tego miesiąca, a wszystkie nasiona były wcześniej włożone w ziemię. Znajduję w tej spokojnej pracy bardzo wielką korzyść. Przynosi mi pokój duszy, wynikający prawdopodobnie z kontaktu z pięknem przyrody, które podnosi nas do Stwórcy.

Od Pań de Mauduit i Jouve nie mam odpowiedzi na moje ostatnie listy. Myślę, że ta (ostatnia) jest sama. Popatrz na nas trzy: Amelię, Eufrozynę i mnie, każda w różnych okolicznościach oderwania. Nie ma tu w naszej wspólnocie ani jednej zakonnicy z Francji, lecz spotykamy się w tym samym centrum: Sercu Jezusa, którego Opatrzność czuwa nad nami, którego ramię nas podtrzymuje. Oby nam błogosławił! Zawsze jestem twoją przyjaciółką.”
Filipina dowiedziała się w rzeczy samej, że jej siostrzenica, Józefina Jouve, wstąpiła do klasztoru Wieczystej Adoracji w Lyonie. Oczekiwała jednak, by siostra sama jej powiedziała o tej ostatniej wielkiej ofierze - było to piąte z jej dzieci, które oddała na służbę Bożą - aby napisać do niej list pełen serdecznego zrozumienia. Ten czuły i mocny list był obrazem jego autorki:
Moja kochana Siostro, otrzymałam twój list z 16 marca. Wielkoduszne uczucia, o których w nim zaświadczasz są bardzo pocieszające dla siostry, która kocha cię zasadniczo w Bogu… Lecz twoja samotność, twoje poświęcenia, pomnażają czułe uczucia, jakie zawsze ci okazywałam i które mogą jedynie rosnąć w miarę trwania twoich doświadczeń. Jeśli tak wynoszono wielkość ofiary Abrahama, jeśli Bóg go wynagrodził i tak szlachetnie pochwalał, czegóż nie uczyni dla ciebie, która złożyłaś pięć ukochanych ofiar Jego wdzięcznemu Sercu. Nie były to rodzinne odrzutki, które prowadzi się do ołtarza, aby odciążyć dom, (czy) lepiej urządzić bardziej kochanych braci; są to najpiękniejsze pierwociny, twoje pierwsze owoce, dary Abla i Salomona, które nie pozostawiają nic do zarzucenia, co do ich wyboru i ceny; dzieci, które błyszczeć mogły w świecie, rzucać blask na swoich rodziców, korzystnie się urządzić; był to naprawdę (sam) szpik w całopalnej ofierze.

Jeśli otrzymujesz już część stokrotnego plonu na tym świecie, przez dobrą reputacje tych, których oddałaś Bogu, jakaż będzie twoja radość z odnalezienia ich w niebie, ukoronowanych chwałą, błogosławiących rękę, która ich prowadziła, oddających (jej) cześć, (wraz) z wielką świtą, która będzie im towarzyszyć, za poprowadzenie jej [tej świty] drogą zbawienia. Nie obawiaj się wcale o to, że mniej kocham Józefinę od innych. Wszystkie zgromadzenia zakonne uczynił Bóg. We wszystkich przygotowuje On tam dusze uprzywilejowane. Jego drogi są odmienne, lecz idą do tego samego celu, który nas złączy, mam nadzieję. Cieszę się, że pozostaje ci (ta) pociecha, że często ją odwiedzasz i mogłaś cieszyć się pobytem Ojca Henryka w Lyonie. Jeśli go zobaczysz powiedz mu, aby się modlił za swoją chrzestną matkę...

Pocieszasz mnie powiadamiając, że Sainte-Marie została oddana na obiekt budujący, przydatny i zakonny... Pocieszająca jest dla mnie myśl, że autorką tego dobrego dzieła jest znowu P. de Rollin, podziękuj jej za to ode mnie, bo wszystko, co dotyczy chwały Bożej jest dla mnie osobiste, i cieszę się tym, jak własnym moim zyskiem. Nie zapomnij o mnie przed P. de Mauduit; wszystkie jesteśmy trzema starymi siostrami; nasza dawna przyjaźń zawsze będzie trwać, bo Bóg jest najmocniejszą jej więzią...”
Zanim list ten dotarł do Francji, udar mózgu śmiertelnie dotknął w Grâne Amelię Duchesne de Mauduit. Do Filipiny napisano wiele listów, aby przekazać jej tę wiadomość. Spośród jej odpowiedzi zachowała się tylko ta, którą zaadresowała do Józefiny:
Otrzymałam twój list, kochana kuzynko, powiadamiający mnie o śmierci mojej drogiej siostry Amelii. Mój brat był pierwszym, który napisał mi (tę) nowinę, następnie P. Jouve i jej córka Amelia. Posłałam odpowiedzi i mam nadzieję, że do nich dotarły. Chcę ci podziękować, tobie szczególnie, za wszystkie czułe i budujące szczegóły, jakie mi podajesz o śmierci tej siostry, którą tak wielce szanuję. Jestem pewna, że jej pobożność i jej dobre dzieła wysłużyły już jej życie wiecznego szczęścia. Płaczę raczej nad nami, które pozostajemy „pod namiotami Kedaru416„, wystawione na tysiączne sposoby na utracenie (tej) korony, którą się wysługuje jedynie przez wytrwałość. Odkąd śmierć zabrała nam naszego ukochanego Augustyna, następnie Scypiona, Kamila i Kazimierza, żadna strata nie uczyniła mi większej przykrości, jak ta. Tyle więzi naturalnych i nadprzyrodzonych jednoczyło mnie z tą drogą siostrą. Nie mogę uchronić się od myślenia, że jej śmierć jest ostrzeżeniem dla mnie, abym się przygotowała, a dużo mam do zrobienia, aby zapewnić sobie przychylny sąd...

Twoje serce pyta być może, co z moim zdrowiem. Czuję się dosyć dobrze. Ale śmierć P. de Mauduit nie upewnia mnie, że będę jeszcze żyła bardzo długo. P. Jouve myśli, że miała ona gorączkę mózgową. Choroba ta przychodzi często bardzo nagle, tak więc muszę być gotowa...”
Surowych sądów, jakie Filipina często odnosiła do siebie w żadnym stopniu nie podzielały osoby mieszkające z nią we Florissant. Nazywano ją „Franciszkiem z Asyżu Zgromadzenia”. Cierpiała nad tym, że nie może już pozwolić sobie na mieszkanie w komórce pod schodami, bo Matka Thieffry zachowała dla niej mały pokoik na drugim piętrze. Kiedy Filipina była ciężko chora, musiała tam zamieszkać, a teraz ponownie zmuszona była zgodzić się na ten pokój. Wspólnota mówiła w żartach, że tylko tam „obozuje”, bo już na wstępie wzgardziła małym drewnianym łóżkiem i swój materac położyła na podłodze. Nowy atak choroby zmusił ją jednak ponownie do zaakceptowania wygody tego łóżka.

Jej ubóstwo było godne podziwu, bo tak bardzo odzwierciedlało skrajność jej miłości. Chociaż zużyte ubrania stanowiły czasem szczególne widowisko i sama nigdy nie pozwoliłaby swoim zakonnym córkom pokazywać się w habicie czy welonie, który był cały połatany, to dla niej stanowiło to radość. Kochała ubóstwo i twierdziła, że była to zarówno kwestia osobistego gustu, jak i sposób naśladowania Ubogiego z Nazaretu. Największym cierpieniem, jakie zniosła ćwicząc się w tej cnocie był, być może, zimą kąsający mróz. Listy jej i Dziennik świadczą o tym, że od pewnego wieku stała się szczególnie wrażliwa na zimno, odmawiała jednak luksusu posiadania piecyka w pokoju, chyba, że wymagała tego choroba.

Czasem członkowie wspólnoty czynili jej wymówki z powodu surowości jej umartwień w refektarzu: na śniadanie, nie tylko podczas Wielkiego Postu, lecz i przez cały rok, zadowalała się odrobiną czerstwego chleba i bardzo wodnistą kawą: „lecz cóż to jest w porównaniu z heroicznymi aktami św. Jana od Krzyża, św. Brunona, św. Jana Berchmans’a?”, mawiała. Jej celem była świętość, jej wzorem heroizm i chciała osiągnąć szczyty, bez względu na cenę, jaka należało za to zapłacić.

Matka Małgorzata Cornelis417 opisała nadzwyczajną aktywność Matki Duchesne w tym drugim okresie pobytu we Florissant, kiedy zbliżała się do siedemdziesiątki. Była wciąż przy pracy, a jej ulubione zajęcie stanowiło przerabianie i naprawianie ubrań. Kiedy wszyscy spali, bezszelestnie przechodziła przez sypialnie zakonnic i dzieci badając buty, skarpetki i ubrania, i zabierała to, co powinno być naprawione; reperowała natychmiast stare ubrania, lub zastępowała je przez nowsze, czyniąc to zawsze podczas ciszy nocnej. Jedynie wtedy, gdy nitka nie chciała jej przejść przez uszko igły, szła szukać kogoś, kto nie był jeszcze uśpiony. Ku największemu zdziwieniu dzieci, ubrania, które pozostawiły wieczorem na krzesłach podarte lub zniszczone, następnego dnia rano były zawsze w dobrym stanie.

Miała nadzwyczajny dar zajmowania się chorymi, nie tylko z racji inteligencji, jaką wkładała w leczenie chorób, lecz i z powodu energii, jaką przywracał chorym przykład jej miłości. Przynosiła często swoje szycie i siadała u wezgłowia łóżka; jej zawsze interesujące opowieści pozwalały zapomnieć o upływającym czasie. Kiedy choroba była ciężka, odmawiała odstąpienia swego miejsca komukolwiek; świadczyła swe usługi nie tylko zakonnicom i uczennicom z pensjonatu, ale i Teotyście, starej kobiecie kreolskiej pomagającej w klasztorze, Matyldzie, czarnej kucharce i jej chorowitej wnuczce, żonie klasztornego pracownika i ich dzieciom.

Istnieje ryzyko, że nie doceni się nadprzyrodzonych motywacji tej miłości, i będzie się uważać, że charakter Filipiny łatwo skłaniał się do tego niewyczerpanego oddania. W rzeczywistości dusza jej była często polem bitwy, gdzie siły ludzkie zmagały się o to, by wziąć górę, a łaska triumfowała jedynie po twardej walce. Była kobietą o dobrze określonych preferencjach, która kochała lub nie kochała, która doznawała intensywnych emocji, a jednak otaczała miłością każdą osobę znajdującą się pod jej wpływem, aby być cała dla niej i doprowadzić ją bliżej do Najświętszego Serca Jezusa. Kochała Florissant z rodzajem zapalczywości, kochała jego ubóstwo materialne, jego niewygodę, jego izolację, jego bogactwo duchowe pod kierunkiem Jezuitów. Lecz była często tak wyczerpana, że ledwie mogła dowlec się do kaplicy, aby się pomodlić, tak słaba, że zdawała się więcej potrzebować opieki od tych, którym niosła filiżankę herbaty czy miskę owsianki. Jedynie siła nieposkromionej woli i miłości samego Chrystusa była motorem jej działania, podtrzymując ją w pracy i w codziennej modlitwie.



Dom na Wsi” we Florissant miał w oczach Filipiny pośród innych zalet również i tę, że mógł przyjmować zakonnice z Saint Louis, z „Domu w Mieście”. Każdego roku w sierpniu i wrześniu matki i siostry przybywały w małej grupie, część na swoje rekolekcje, inne, aby wypocząć i zmienić otoczenie, nawet jeśli zmiana ta nie była duża. Matka Duchesne zapoznała się w ten sposób z kilkoma nowicjuszkami, które Matka Thieffry przywiozła na wakacje do Florissant.
25 maja poczta dostarczyła list do Matki Barat, która przebywała wtedy w Rzymie:
To w Rzymie, droga Filipino, dotarł do mnie twój ostatni list. Mimo moich w tej chwili dosyć licznych zajęć, chcę natychmiast nań odpowiedzieć. Uważam, że Krzyż towarzyszy ci aż do końca twojej kariery...

Niewątpliwie, nie możesz już wykonywać dawnych prac. Lecz opierasz się jeszcze zmęczeniu, a twój dom oddaje chwałę Sercu Jezusa. Dlaczegóż chciałabyś dobrowolnie opuścić twój krzyż? Poczekaj, aż to nakażę, i aż do tego (czasu) rób ( tak, aby było) jak najlepiej...

Wyrzekam się chwilowo umieszczenia nowicjatu we Florissant; trzeba by było dochodów, których nie mamy, (bo) żadna nie przynosi czegokolwiek, nawet wyprawki.

Tak więc w oczekiwaniu, bym mogła posłać asystentkę, aby zwizytowała tę część Ameryki, oto co wywnioskowałam: by pozostawić nowicjat w Saint-Louis, pod M. de Kersaint, której lepiej się to powiedzie dla tej części...

Tak więc, droga Matko, zostań we Florissant i tam dokonaj swojego ofiarowania...

Straciłyśmy właśnie naszego dobroczyńcę i naszego Ojca, Ks. Perreau. Bardzo się tym zasmucisz, był do ciebie tak przywiązany! Nakaż, by oddano mu posługę, i zapisz to w naszych annałach.” 418
Posługa uroczystego Requiem w intencji Ojca Perreau odbyła się 25 sierpnia. W ostatnim dniu tego miesiąca, powtórzono ją, tym razem za Ojca Van Quickenborne’a. Kilka miesięcy wcześniej, powrócił on ze swej misji u Kickapoo w bardzo złym stanie zdrowia i objął nowe funkcje w Portage des Sioux, gdzie zmarł 17 sierpnia 1837 roku, w wieku pięćdziesięciu lat, po czternastu latach pracy „na pograniczu”. Missouri straciło w nim jednego ze swoich największych pionierów misjonarzy, a Filipina cennego przyjaciela, w przygodzie którego miała wielki udział przez swoją nieustanną modlitwę. Nowe imiona dochodziły teraz do znanych imion z jej Dziennika: nowi księża z Saint Ferdinand i nowi misjonarze, którzy przybywali do nowicjatu we Florissant. Filipina lubiła jednak ponad wszystko małe wizyty Ojca Verhaegen’a, będącego teraz Przełożonym Misji w Missouri, który ustanowił swoją rezydencję w nowicjacie we Florissant jesienią 1837 roku, i Ojca de Smet’a, który świeżo powrócił z podróży do Flandrii, gdzie kwestował. Filipina nie uczyni na ten temat żadnego komentarza, bo wydaje się być zatroskana o całkiem inną sprawę, a zwłaszcza o służącą pomagającą we wspólnocie sióstr.

Ojciec Timon ostrzegał je przed zakupem czarnej niewolnicy, bo cena była po prostu zawrotna. Zachęcił je raczej do wynajęcia zaufanej służącej, która pracowała u katolika, właściciela niewolników, w pobliżu Florissant. Układ ten sprawdzał się przez pewien czas, lecz na początku zimy właściciel zabrał swoją służącą. Do zajmowania się krowami i gotowania pozostawała tylko Matka Shannon i „mała Lynch, sierota, której udzieliłyśmy gościny”. Szczęśliwie Matylda, czarna służąca, tak zdolna i bardzo zaufana, powróciła wkrótce do pracy w klasztorze, przyprowadzając ze sobą swoją ośmioletnia córkę.


List Matki Barat z 20 lipca 1837 roku, przewidywany jako zachęta, w niczym niepokoju Filipiny nie umniejszył:
Otrzymałam twoje ostatnie nowiny, moja dobra i droga córko, i odczułam z ich powodu smutek. Ty go doświadczasz i nie mogę być na niego niewrażliwa. Mojego głębokiego do ciebie przywiązania nie umniejszyła, ani (twoja) nieobecność, ani czas. Przeciwnie, zdolne by było jeszcze się powiększyć, (a) twój zapał, twoje długie prace dla Zgromadzenia w Ameryce podwoiłyby je, bo nie mogę zapomnieć wszystkiego, co uczyniłaś i przetrwałaś.

Chciałabym poddać się twoim pragnieniom i udzielić ci odpoczynku, którego tak (słusznie) masz prawo oczekiwać od naszego uczucia i, mogę dodać, od naszej wdzięczności; zrozum jednak moje stanowisko: dla Francji, i innych krajów, w których jesteśmy osadzone, nie mogę znaleźć przyzwoitych przełożonych. Śmierć zebrała żniwo ze wszystkich naszych zasobów w tej dziedzinie. M. Audé nie może powrócić. Kogóż więc wezmę, aby cię zastąpić? Wiesz, (że) miałam pragnienie zamknięcia Florissant, i wspomożenia innych (domów) jego resztkami; lecz ty sama dostarczyłaś mi dobrych racji, aby zachować ten samotny zakład, który jest tak odpowiedni na nowicjat, kiedy (już) będę mogła posłać ci mistrzynię nowicjatu i uregulować w końcu na stałe coś w tym względzie; wtedy, w tamtym czasie, zostaniesz wolna, i któż ci przeszkodzi przybyć (tu) umrzeć z nami; przynajmniej się zobaczymy.

Uregulujemy to wszystko na naszym pierwszym Zebraniu generalnym. W oczekiwaniu, módl się za nas. Cholera jest u bram Rzymu, gdzie jesteśmy zamknięte. (Wszyscy) mają nadzieję, że Maryja uwolni od niej (to) miasto...

Z Bogiem, droga Filipino. Przyjmij zapewnienie o niezmiennych uczuciach, z którymi jestem cała dla ciebie.” 419
Na Wielkanoc 1938 roku we Florissant zapanowała wielka radość, kiedy to Matka Boilvin otrzymała pozwolenie Przełożonej Generalnej na odbycie probacji i złożenie ślubów uroczystych. Lecz jakiż był smutek pod koniec miesiąca maja, kiedy mała córeczka Matyldy zachowowała i umarła! Dziecko było ochrzczone i przygotowywało się do pierwszej komunii. Pochowana została na cmentarzu w Saint Ferdinand. Czworo dzieci niosło małą trumienkę.

Święto Wniebowzięcia obchodzono uroczyście; chór z Uniwersytetu w Saint Louis przybył odśpiewać sumę i uczestniczyć w procesji przewidzianej na koniec popołudnia. Wszystko przebiegło dobrze podczas Mszy, a dwudziestu członków chóru zjadło śniadanie w klasztorze, kiedy nieoczekiwanie przybyli Monseigneur Rosati i Ojciec Elet. Nic szczególnego nie pozostało już w spiżarni, a posiłek podany biskupowi i jego towarzyszowi „był, ku naszemu wielkiemu zawstydzeniu, bardzo chudy”, notuje Dziennik. Na szczęście, sam chór zaproszono na obiad do nowicjatu jezuitów, co oszczędziło siostrom nowej bardzo kłopotliwiej sytuacji. Wysiłek, jakiego wymagała ta niezwyczajna gościnności być może zniechęcił Matyldę, czarną kucharkę. Nie wykluczone, że właśnie z tego powodu odeszła po raz drugi i „nie znaleziono nikogo, kto by ją zastąpił”, zauważa Matka Duchesne w sposób nieco patetyczny.


Podczas tygodni poprzedzających uroczyste śluby Matki Boilvin, należało ograniczyć jej program pracy; na niewykorzystanej stronie listu, który był adresowany do samej Filipiny napisała ona do tej zakonnicy kilka słów bez daty:
Moja bardzo droga Siostro, chciałabym mieć zapał i namaszczenia twojego dobrego Ojca, aby wyrazić ci moje pragnienia i moje uczucia, w związku z bliskością świętej ceremonii, podczas której zacieśnisz twoje słodkie i, mam nadzieję, wieczyste przymierze. (Jest) jeszcze miesiąc przed tym szczęśliwym dniem. Spróbujmy dać sobie więcej czasu na modlitwę, akty pokory i skupienie. To właśnie w spokoju i w samotności twój Oblubieniec życzy sobie mówić o Swojej Miłości, o warunkach waszego przymierza, o łaskach, które na ciebie sprowadzi, o ozdobach, w jakich powinnaś Mu się przedstawić. Medytujemy dzisiaj o tych ozdobach: Krzyżu, kolcach, więzach, oto klejnoty Kalwarii i ołtarza, które będą świadkami twoich ślubów. Bądź odważna. Inne nosiły je przed tobą i widziały, jak przeobrażają się (one) w skarby nieśmiertelne i niepojęte w swojej wielkości.

W N.S., Fil. D. „
We wrześniu nadszedł czas na rozpatrzenie z biskupem, kiedy i jak przebiegać ma ceremonia. Wyjechał on wprawdzie na kilka dni, lecz zaraz po jego powrocie Matka Duchesne napisała do niego w tej sprawie. Jego odpowiedź sprawiła rozczarowanie, bo delegował on w rzeczy samej Ojca van Assche, by reprezentował go podczas obrzędu, którego datę ustalono na 30 września, sześć dni po tym, jak Adelina Gonzaga Boilvin skończyła dwadzieścia pięć lat. Mały list Filipiny do Eufrozyny Jouve, ukazuje, w jakim była wtedy nastroju:
Nie otrzymałam od ciebie listu od (czasu) tego, który mi posłałaś o śmierci Amelii, ale nasz brat podał mi od tamtego czasu wiadomości o tobie, (a) Pani de Rollin również. Jeśli pragniesz kilku nowin na mój temat, muszę ci powiedzieć, że w moim siedemdziesiątym roku (życia) odczuwam dolegliwości tego wieku. Kaszlę, chwieję się i przewracam; myśl o śmierci ciągle jest przy mnie. Tylu w naszej rodzinie, młodszych i mocniejszych ode mnie, zmarło! Zjednocz twoje modlitwy z moimi; poproś twoje drogie córki, aby się za mnie modliły420; poproś o modlitwy w sanktuarium Notre-Dame de Fourvière. Z mojej strony, obiecuję przypominać cię często Bogu. Uczucie, więzi rodzinne, religia, wszystko moją modlitwę inspiruje...”
Smutny ton tego paragrafu odnaleźć można w pewnych fragmentach Dziennika, na początku bardzo surowej zimy. Dzieci trudno było utrzymać w ryzach nawet pod kierunkiem takiej Mistrzyni Głównej, jak Matka Boilvin. Być może najbardziej poruszającym Fragmentem całego Dziennika jest ten, którym rozpoczyna się opowieść o roku 1939:
Wcale nie mamy służącej i trudno nam było zebrać się we wspólnocie na Noworoczne Życzenia. Ta, która mogłaby nam pomóc, nie chce tego uczynić. Zatrudniłyśmy młodą czarną dziewczynę, ale dodaje ona jeszcze do naszych problemów. Jest nieuczciwa i trzeba nieustannie ją nadzorować. W ten sposób jesteśmy zmuszone odbywać wieczorną rekreację w kuchni, aby nie była (tam) sama z sierotą, która u nas mieszka. Tak więc, przy niej, przy hałasie zmywania i porządkowania kuchni, przy hulającym ze wszystkich stron wietrze, odnowiłyśmy naszą ofiarę, przypominając sobie nasze wieczory we Francji.”
W tej małej grupie zakonnic, tylko ona jedna mogła przypominać sobie „wieczory we Francji”, lecz nie daje oznak żadnego upadku ducha, kiedy pisze w lutym do swojej siostry. Przeciwnie, wydaje się świadomie reagować wbrew takim sentymentom, w nadziei, że rozweseli samotności tej, do której zwraca się w słowach „Moja droga siostro”, a także „Moja serdeczna przyjaciółko”, podejmując starą formułę, jakiej używała względem Eufrozyny przez ponad trzydzieści lat:
Wydaje mi się, że odkąd utraciłyśmy tylu zabranych przez śmierć członków naszej ukochanej rodziny, stajesz się dla mnie podwójnie droga. Ale (i) inna myśl pojawia się w moim umyśle z jeszcze większą siłą, a oto ona: łączą nas te same zasady, a to czyni nas jednością w radości i w trudzie. Podzielam z najwyższym zainteresowaniem pociechy, jakich doznałaś z powodu waszych dzieci, które tak wielkodusznie ofiarowałaś Bogu. Miałam okazje dowiedzieć się, jak wysokim poważaniem cieszyły się (te) dwie, które są w naszym Zgromadzeniu. Ta, która jest w niebie jest naszą protektorką. Syn twój Henryk, (a) mój chrześniak, wzbogaci własną i twoją koronę, przyprowadzając dusze do Boga i być może przeznaczony jest (na to), by przez swój sposób myślenia doprowadzić (do Niego tych) członków swojej rodziny, którzy oddalili się od prostej drogi. Wspomnij mnie jego pamięci i pamięci twojej córki Józefiny, (która jest) twoją sąsiadką i twoją radością. Otrzymałam list, w którym zauważasz, że moje listy były opóźnione. Zdarza się to zawsze, kiedy dajemy nasze listy podróżnym, używać więc będę częściej poczty, bo jest to środek najpewniejszy i najszybszy. Tysiączne dzięki za bardzo przydatny prezent, jaki mi przysłałaś. Jeszcze go nie otrzymałam, ale oddałaś go w bardzo dobre ręce. Mamy nadzieję na otrzymanie wkrótce jednej czy dwóch zakonnic więcej z Francji. Myślę, że zatroszczą się o wszystko, co jest dla nas posłane.

Jesteś ostatnim członkiem rodziny, który mi przysłał wiadomości. Od czasu do czasu pisze Pani de Rollin, ale w ostatnim liście skarży się na zdrowie, co mnie zasmuca, bo wspiera ona tyle dobrych dzieł. Ileż zadziwiających zmian zaszło w jej rodzinie i w naszej! Ilu się rozproszyło tych, którzy byli nam drodzy, a iluż umarło!... Módl się za nasze misje, a szczególnie za mnie. Nie robię nic wielkiego dla tego świata, a jeszcze mniej niż trzeba dla drugiego. Uściskaj twoja drogą córkę w moim imieniu i myśl o Filipinie jako o najwierniejszej z twoich przyjaciółek.”
Srogie zimowe mrozy trwały jeszcze w marcu, z lodowatymi wiatrami i opadami śniegu. Klasztor wydawał się bardziej izolowany i samotny niż kiedykolwiek, ale zajęć nie brakowało i Matka Duchesne w pełni uczestniczyła w tej pracy. Zawsze znajdowała czas na pisanie długich listów, a nawet czynienie planów powiększenia klasztoru, do którego chciała dołączyć refektarz i kuchnię z cegły. Doświadczenia z poprzedniej zimy dowiodły, że stary budynek z drewna używany w tym celu, nie nadawał się do tej roli. W lipcu, udała się więc do Saint Louis, by skonsultować się z panem Hugh O'Neil’em na temat tego projektu, a przy okazji zwiedzić nowe skrzydło dodane przez Matkę Thieffry do pensjonatu. Budowa ta stała się koniecznością z powodu większej liczby zapisów i w trosce o większą wygodę nowicjuszek. Przewidywane prace rozpoczęto we Florissant 1 września. „Będziemy miały refektarz z cegły i większą kwaterę mieszkalną dla (naszego) pracownika”, notowała Matka Duchesne w swoim Dzienniku. Trzeba jej było odwagi, aby podjąć tę budowę i znów pożyczyć pieniądze, czego zawsze w najwyższym stopniu się obawiała. Mogła się jednak oprzeć na Matce Shannon. Wynik dał jej z pewnością pełną satysfakcje, jak można sądzić z tego, co zapisała trzy miesiące później w swoim Dzienniku: „Jesteśmy bardzo szczęśliwe z nowego refektarza z cegły, musiałyśmy jednak zbudować domek z bali dla naszego pracownika, który sprowadził z Niemiec swoją rodzinę. Jedno pomieszczenie nie było dla nich wystarczające, a (jego) dzieci miałyśmy zupełnie dosyć.”
Kiedy amerykańskie zakonnice Sacré Coeur pracowicie kontynuowały swoje apostolstwo, jedne w obfitości, drugie w ubóstwie, lecz wszystkie w radości życia całkowicie poświęconego Bogu, Zgromadzenie w Europie stawiało czoła niesnaskom nie mającym sobie równych w dalekich misjach nad Mississipi, a ich reperkusje miały dać się odczuć w całym zakonie. W liście okólnym z Paryża, w grudniu 1838 roku, Przełożona Generalna zapowiedziała zwołanie w następnym roku Rady Generalnej. Ponieważ nad Stolicą Francji zawisła groźba rewolucji, Matka Barat na miejsce tego spotkania wybrała Rzym. W kwietniu 1839 roku zwołała Zgromadzenia na pierwszego czerwca. Obecnych było dziewięciu z dwunastu członków stanowiących grupę roboczą, a pośród nich Wielebne Matki Desmarquest, de Charbonnel i Audé, Asystentki Generalne, i Matki de Limminghe, d'Olivier et Maillucheau, stare przyjaciółki Filipiny. Funkcja sekretarki upoważniała Matkę Elżbietę Galicyn do uczestniczenia w obradach. Niektóre z tych zakonnic były bardzo głęboko przesiąknięte ideą o potrzebie wielkich zmian w organizacji Zakonu. Podziw dla Towarzystwa Jezusowego zrodził w nich pragnienie naśladowania w każdym punkcie tego Zakonu, podczas gdy Matka Założycielka życzyła sobie, aby jej córki pozostały sobą, „aby wieść właściwe im życie ze wszystkimi jego cechami charakterystycznymi, bez sztuczności i przymusu usiłowania być tym, co nie stanowiło ich tożsamości” 421. Zaproponowano dwa tematy do refleksji: zmodyfikowanie czwartej części Konstytucji dotyczącej sposobu zarządzania, i wybór stałej rezydencji dla Matki Generalnej. Pierwsza propozycja zmierzała do odciążenia Przełożonej Generalnej od części jej brzemienia: Zgromadzenie podzieliłoby się na prowincje zarządzane przez Matki Prowincjalne, których obowiązkiem byłoby odwiedzanie i kierowanie klasztorami umieszczonymi pod ich władzą, ale pod kontrolą Przełożonej Generalnej. Asystentki Generalne i Prowincjalne stanowiłyby Radę mającą pomagać Matce Generalnej przez swoje opinie i współpracę. Układ ten był jednomyślnie zatwierdzony, wziąwszy pod uwagę podobieństwo, jakie przedstawiał on ze statutami Jezuitów. Już dwadzieścia lat wcześniej Matka Barat delegowała Filipinie Duchesne władzę Prowincjalnej.

Jednak był to dopiero początek zmian. Przez jeden miesiąc „reformatorki”, którym przewodziły Matki de Limminghe i Galicyn, wniosły około czterdziestu sześciu innych zmian do Konstytucji, starając się jak najbardziej przybliżyć do ideału ignacjańskiego. Decyzja o przeniesieniu z Paryża do Rzymu siedziby zarządu Zgromadzenia była najbardziej znacząca i wzbudziła później wielkie niezadowolenie. W wyborach, które po tym nastąpiły, Matki Desmarquest, Charbonnel, de Limminghe i Galicyn zostały wybrane na Asystentki Generalne, ta ostatnia z zachowaniem stanowiska sekretarki generalnej. Matka Teresa Maillucheau została mianowana Wizytatorką klasztorów amerykańskich i przygotowywała się do natychmiastowego wyjazdu, ale z przyczyn, które nie zostały ujawnione, nominację tę anulowano i Matka powróciła do Francji.

Późno w listopadzie Matka Duchesne otrzymała od Matki Teresy list wyrażający jej smutek i rozczarowanie. Wpis do Dziennika jest zdawkowy: „Matka Teresa była całkiem gotowa zaokrętować się do Ameryki, aby przybyć zwizytować klasztory Sacré Coeur, lecz miejsce jej przeznaczenia zostało zmienione. Powraca do Nantes, aby zapoczątkować tam Nowicjat Zachodniej Prowincji Francji. Od czasu Zebrania nasze Zgromadzenie podzielono na Prowincje.” Na tym polegały, jak się wydaje, pierwsze wieści otrzymane przez Matkę Duchesne, dotyczące działalności Szóstej Rady Generalnej. W listopadzie 1839 roku Matka Barat poinformowała Zgromadzenie o zmianach zadecydowanych na tym spotkaniu, które miały być wprowadzone na okres próbny trzech lat. List jej ukazywał pewną obawę, co do przydatności i mądrości tych zmian, lecz i szczerą pokorę, z jaką poddała się swoim doradczyniom.
W amerykańskich domach nowe dekrety zaakceptowano na miarę, w jakiej je zrozumiano; dobra wola, aby zacząć ich przestrzegać przejawiała się ze wszystkich stron. Przyjęcie reguły jezuickiej nie wydaje się być brane pod uwagę przez zakonnice z Doliny Mississipi równie poważnie, jak chciały tego Matki Radne. Co dziwne, nie została o tym uczyniona nigdzie żadna wzmianka w Dzienniku Matki Duchesne. Odnotowuje ona jednak na początku roku 1840 przeniesienie Matki Shannon do City House w Saint Louis, i przybycie Matki Anny Józefiny Egan wraz z Siostrą Katarzyną Campbell do Florissant. Dowiedziano się następnie, że Mgr Rosati wyjeżdżał do Rzymu po Czwartej Radzie w Baltimore, która miała się odbyć 17 maja. Ojciec Piotr Verhaegen SJ mianowany został Wikariuszem Generalnym diecezji, a Ojciec Jakub Fontbonne sekretarzem, aby zastąpić Księdza Józefa Lutz’a, który towarzyszył biskupowi do Baltimore i do Europy.

Nie da się ocenić ofiary, jakiej wymagał od Matki Duchesne wyjazd Mgr Rosati’ego. Przez prawie piętnaście lat był on jej najlepszym przyjacielem w Ameryce, przyjacielem w znaczeniu najbardziej wzniosłym, najbardziej delikatnym tego słowa. Czuła się z nim swobodnie, zwracała się od niego, kiedy tylko tego potrzebowała i nigdy nie zawiódł pokładanego w nim zaufania, bo w przeciwieństwie do tylu innych, ją rozumiał. Teraz miał zniknąć z jej życia, nawet jeśli nie wiedziała jeszcze, jak bardzo przeczucie to miało się sprawdzić. Złożyła mu pożegnalną wizytę i dała list do Matki Barat. Ze wszystkich amerykańskich listów Filipiny ten właśnie napisany jest najstaranniej i z największym pisarskim talentem:


Zazdroszczę szczęścia naszemu czcigodnemu biskupowi, Monseigneur’owi Rosati, który wyraża chęć spotkania się z tobą w Rzymie. Obawiamy się bardzo, że jego Świątobliwość zatrzyma go przy sobie. Nasza diecezja dużo by straciła. To rzecz cudowna (te) szczęśliwe zmiany, jakie się w niej dokonały przez jego niestrudzony zapał. Bóg w widoczny sposób pobłogosławił jego apostolskim pracom, a zwłaszcza jego głębokiej pobożności i miłosierdziu, które czyni go godnym naśladowcą Świętego Wincentego à Paulo.

Z niecierpliwością oczekujemy naszej Prowincjalnej, lecz jeśli masz trudności, aby dać na to (stanowisko) kogoś dla nas, możemy się bez niej obejść. M. Thieffry, bardzo zasmucona twoimi wymówkami, posłała nam bardzo dobrą Siostrę, z którą wszystko może dokonać się w naszym domku, nawet kiedy Bóg mną zadysponuje, nie uczyni to w nim żadnej pustki. M. Gonzaga Boilvin, chociaż młoda, ma, jak Matka Bigeu, te naturalne cechy (potrzebne) do zarządzania. W czymś ją przypomina, i Matkę Eugenię, swoja dawną mistrzynię. Miałaby ze sobą dwie młode nauczycielki, wzięte spośród naszych uczennic, które mówią oboma językami, podobnie jak ta, która prowadzi klasę zewnętrzną, (a) która nigdy nie mogłaby być tutaj bardzo liczna; nawet w Saint-Louis bardzo się ona zmniejszyła. M. Thieffry proponuje w nim zmiany, które oddaliłyby stamtąd Siostrę Katarzynę, ta biedna Siostra, wciąż chora, pragnie, jak mi już o tym zaświadczała, dokonać swoich dni tutaj, gdzie będzie mogła karmić jeszcze swój zapał przy kilku małych Francuzkach z zewnątrz.

Wydaje się, że dom w Saint-Louis jest zbytnio obciążony, by mieć środki, aby odpowiedzieć na wszystko. Zmniejszył się pensjonat, wiele postulantek wstępuje z niczym, nawet bez wyprawki. Jest tam ponad 50 sierot. Ponieważ M. Thieffry pytała mnie o zdanie, co do przyjęć, odpowiedziałam jej, że było nieroztropne brać więcej osób niż można ich utrzymać. (Młode) osoby, co do których jest się źle poinformowanym o (ich) zdrowiu i powołaniu, przybywają z (odległości) wieluset wiorst, bo nic je nie kosztuje przebycie (całych) Stanów Zjednoczonych, aby przyjechać, przespacerować się i zobaczyć wszystkiego po trochu. Jedna ma wielkie talenty (i) chce od razu być Przyłożoną, inna ma zamęt w głowie, inna (uważa, że) jest (już) w oktawie przed przyjęciem habitu etc. etc...

Te, które wyjdą z naszych szkół będą zawsze najlepsze, a zwłaszcza najpewniejsze…

Monseigneur przed swoim wyjazdem pobłogosławił cmentarz, który kazał nam zrobić wspólnie z M. Thieffry. Ma ona wydać polecenie, aby przenieść tam jej zmarłych, (bo) ulica ma odtąd zajmować miejsce, gdzie one są (pochowane). Co do nas, nigdy ich nie miałyśmy od (naszego) założenia, za wyjątkiem M. Penel, która już skazana przybyła z Louizjany i którą odsyłano do Francji do jej rodziny. Zatrzymała się tutaj zbyt chora, aby kontynuować swoją drogę. Jest (pochowana) na wspólnym cmentarzu.

Nie mając ze mną więcej, niż jedną profeskę, jestem bez asystentki i bez admonitorki.

Przyjmij moja droga Matko, moja czcigodna Matko, wyrazy serca, które czuje, co ci zawdzięcza. Mam zawsze śmierć przed sobą i będzie (mi) ona słodka dopiero wtedy, gdy byłabym zawsze na najniższym miejscu w świętym domu. Jestem u twoich stóp...” 422
Myśl o śmierci, którą tak często znajduje wyraz w listach Filipiny nie jest obsesją jej umysłu i w niczym nie zmienia jej aktywności. Zawsze była równie pracowita i pomysłowa, chociaż rosły jej fizyczne słabości. Do minimum zmniejszała swoje pożywienie i odpoczynek, usiłowała jeszcze wykonywać najcięższą pracę i być oddana w sposób jak najbardziej dyskretny. Znała swoją niezdolność i nie była zdziwiona znikomością swoich sukcesów, lecz miał ciągły lęk, że z jej powodu Bóg był mniej znany, mniej kochany i mniej mu służono. Być może rozdźwięk pomiędzy ideałem, a rzeczywistością bardzo ja przygnębiał. Odcięta od apostolstwa, o którym kiedyś myślała, przez nieprzezwyciężoną przeszkodę języka, w jakim się porozumiewano na amerykańskim „pograniczu”, mogłaby stracić cierpliwość myśląc o wszystkich zmiennych kolejach losu, które złamały jej karierę misjonarki. Tymczasem nic takiego się nie działo, wprost przeciwnie. Bóg tak sekretnie i tak subtelnie pracował w jej duszy, że nie dostrzegała tego, co dokonuje w niej Jego łaska. Zjednoczenie z Nim w modlitwie i miłości rozwinęło u niej tak wielką pokorę, że jej zewnętrzna praca mogła wydawać się jej bez wartości. Aby jej dzieło mogło odzwierciedlać zbawczą Mękę Najświętszego Serca Chrystusa, musiało być równie utajone, równie ukryte, jak Jego czyn na Kalwarii. Apostoł nigdy nie może dokonać rzeczywistego dobra bez cierpienia, i to w proporcji, w jakiej ma ono udział w zbawczym dziele Chrystusa i w dobru, jakie On sam uczynił. Tak właśnie było w wypadku Filipiny Duchesne.

Czasami umacniała ona swoją wolę odczytując ponownie listy otrzymane z Francji i skopiowane w jej grubym zeszycie z notatkami. Jeden od Ojca Varin, z pierwszych tygodni roku 1840, był jak uścisk dłoni ponad oceanem. On również myślał o śmierci i miał, jak ona, siedemdziesiąty pierwszy rok życia, kiedy pisał:


Moja droga Matko i zawsze córko w Naszym Panu. Nie powie się o mnie, że opuściłem ten świat nie posławszy ci zapewnienia o uczuciach, jakich względem ciebie doświadczam. Od długich lat, od samego twego wstąpienia do Zgromadzenia, przewidywałem, że Boski Mistrz wezwie cię do pracy w dalekich ziemiach, za morzami, aby rozciągnąć poznanie i Miłość Swojego Najświętszego Serca. Szczęśliwie wola Jego została wypełniona i byłaś narzędziem Jego miłosierdzia w tych odległych ziemiach. Odwagi i ufności aż do końca! Kiedy Boski Mistrz wezwie cię do Siebie, jakąż będzie dla ciebie pociechą, że pozostawiasz za sobą wielką wspólnotę, która kontynuować będzie z miłującą żarliwością dzieło, dla którego poświęciłaś swoją wolność, swój spoczynek, swoje życie.”
Kiedy Ojciec Varin pisał te słowa, wiedział, że cała odwaga i ufność wykazywana przez Filipinę od lat, poddane będą wkrótce ciężkiej próbie. Wiosną 1840 roku, Przełożona Generalna ogłosiła wybór Matki Elżbiety Galicyn na Prowincjalną i Wizytatorkę klasztorów w Dolinie Mississipi, gdzie miała objaśniać nowe dekrety i zapewnić ich właściwe stosowanie. Znała ona dobrze swoją sekretarkę, jej żarliwe zainteresowanie dla misji zagranicznych i jej nadzwyczajną energię fizyczną. Znała również jej władczą naturę, jej skrajność dogmatyczną, jej skłonność do despotycznego nieprzejednania, którą Mgr Baunard nazywał „rządzeniem po rosyjsku”. W liście do klasztorów amerykańskich święta Magdalena Zofia Barat przygotowywała zakonnice na przybycie swojej delegatki i 1 września Matka Wizytatorka i jej towarzyszki dotarły do Nowego Jorku, po przejściu przez Atlantyk twającym czterdzieści pięć dni. Podróżując dyliżansem na zachód, drogą na Cumberland, spłynęły rzeką Ohio na statku parowym i trzy tygodnie później dotarły do Saint Louis.

Nic nie umknęło czujności Wizytatorki. Gdzie szła, tam notowała potrzeby zakrystii i infirmerii, rozmównicy i spiżarni, szkoły i wspólnoty. Jej pracę charakteryzowała skuteczność, lecz nie wzbudzała sympatii. Osoby wrażliwe drżały pod badawczym spojrzeniem Prowincjalnej, a tą, która ucierpiała z tego powodu najbardziej była z pewnością Filipina Duchesne. Jednak wizyta rozpoczęła się dla niej w radości. Przybywając do Saint Louis, aby przyjąć tam Matkę Prowincjalną 24 września, Filipina uklękła, aby ucałować rękę przedstawicielki najwyższego autorytetu w Zgromadzeniu i poprosiła ze zwykłą dla siebie impulsywnością, aby zdjęto z niej ciężar pozycji przełożonej. Matka Galicyn spodziewała się tej prośby i przyznała to jej natychmiast, w imieniu Matki Barat. Kiedy jednak poruszono sprawę możliwości misji pośród Indian, dała odpowiedź wymijającą, którą Filipina dobrze umiała zinterpretować. 30 września pisała do Matki Generalnej:


Moja czcigodna i ukochana Matko…

Cieszymy się w końcu szczęściem oglądania twojej reprezentantki w naszym nowym świecie, winne ci jesteśmy wiele dziękczynienia za ofiarę, jaką złożyłaś na naszą rzecz z Matki, która była ci tak potrzebna. Mam nadzieję, że Bóg pobłogosławi tę ofiarę i doda pociechę za pociechą twojemu sercu przez dobro, jakiego osoba tak wielkiej zasługi dokona w naszych domach na chwałę Boskiego Serca.

Z mojej strony dziękuję ci, bardzo szczerze, że zdjęto ze mnie brzemię, które tak źle niosłam i które dałoby mi tyle zmartwienia w mojej ostatniej godzinie. Pragnę jej, i obawiam się (jej). (Lecz) Bóg, tak dobry, da mi również środki odpokutowania (moich win), bo widzę bardzo jasno, że krzyże pójdą za mną, w innej postaci, chociażby przez popadnięcie z życia bardzo czynnego, w niemal całkowity brak aktywności.

Wcale nie ma nadziei (na pójście w tej chwili) do dzikich; poza tym, że nic nie zostało przygotowane (dla takiej misji) zdałam sobie sprawę, że kiedy czasem wyrażałam moje pragnienia i moje żale na ten temat, osądzano mnie jako niezdolną do tego dzieła i nawet gdybym miała przeciwko sobie tylko mój wiek, mogłoby to wystarczyć. Proszę Boga o ducha wewnętrznego, a wiele go muszę nabyć.” 423
Przed powrotem do Florissant, aby zabrać stamtąd swoje cenne zeszyty z notatkami i stare listy, kilka książek i kilka innych rzeczy osobistych ze swojej wyprawki starych przerobionych ubrań, Filipina napisała do Matki de Vidaud424, od której otrzymała list, kiedy Matka Galicyn przybyła do Saint Louis. Wspomnienia z Sainte-Marie stanęły jej przed oczami 1 października:
Twoje sześć lat milczenia nie przeszkodziły mi myśleć o tobie, moja droga Matko. Moje wspomnienia z Francji, a ponad wszystko z Grenoble, zbytnio są ze mną, aby kiedykolwiek pozwolić mi cię zapomnieć. Jednak nie tyle do ziemi moich narodzin i mojej rodziny się przywiązuję, co do wspomnienia Bożej dobroci względem mnie, wyraźnej protekcji świętego Régis’a, doskonałych zakonnic uformowanych na tej świętej górze, a które teraz pracują w całej Francji i (we) Włoszech, dla większej chwały Najświętszego Serca. Rozpoznaję tę samą miłość dla naszego świętego sanktuarium Sainte-Marie we wszystkich zakonnicach, które tam mieszkały i od których czasem otrzymuję nowiny. Chwilowo nie mogę ci powiedzieć, do jakiej wspólnoty należę. Tydzień temu przybyłam tu z Saint-Ferdinand, aby zobaczyć Matkę Galicyn i jej siedem towarzyszek. Wszystkie czują się dobrze. Fundacja w Nowym Jorku nie będzie podjęta przed najbliższą wiosną. Wielebna Matka spędzi zimę w Luizjanie i uniknie w ten sposób surowych mrozów Missouri. Jezuici otworzyli w tej części świata wiele domów u Indian i mają już kilka sukcesów... Proszę nieustannie o modlitwy wszystkich moich Sióstr w intencji mego starego wieku.”
Kilka dni później Matka Duchesne wyjechała z Florissant do City House, Domu w Mieście, i zajęła swoje miejsce w szeregach wspólnoty, pośród Matek i Sióstr, które przez tyle lat uważały ją za reprezentantkę samej Założycielki w amerykańskich klasztorach Zgromadzenia. Zapiskiem na temat tej małej podróży Filipina zamyka swój Dziennik, który tak wiernie prowadziła przez dwadzieścia dwa lata.

ROZDZIAŁ 12




Directory: images
images -> Lokalna strategia rozwoju lokalnej grupy działania „lider zielonej wielkopolski” na lata
images -> „ Gra tajemnic reżyseria Morten Tyldum. Czas projekcji 110 minut
images -> Wykład z polityki gospodarczej Temat 3 Polityka pieniężna I walutowa Pojęcie I cele
images -> Skarżyski klub szaradzistóW „anagram” zał. 12 maja 1958 roku przy miejskim centrum kultury im. Leopolda staffa 26-110 skarżysko-kamienna, ul. SŁOwackiego nr 25
images -> Załącznik 1
images -> Postępowanie znak: sz-2100-13(52/ZP/07)-07
images -> Spzoz/ZP/…
images -> Xviii konferencja naukowo – szkoleniowagastroenterologii klinicznej wp
images -> Załącznik nr 3 do siwz opis przedmiotu zamówienia (opz) dot przetargu nieograniczonego znak: A/ZP/szp. 251-37/16 na: „dostawę wraz z wdrożeniem zintegrowanego elektronicznego systemu zarządzania dokumentacją medyczną”

Pobieranie 2.06 Mb.

Share with your friends:
1   ...   14   15   16   17   18   19   20   21   ...   26




©operacji.org 2020
wyślij wiadomość

    Strona główna