Louise callan, rscj



Pobieranie 2.06 Mb.
Strona13/26
Data25.10.2017
Rozmiar2.06 Mb.
1   ...   9   10   11   12   13   14   15   16   ...   26

Klasztor w mieście




1827 - 1828

Na progu Nowego Roku dolina Florissant zakopana była w śniegu. O świcie Matka Duchesne utorowała sobie drogę przez lodowatą kaplicę do ołtarza pokrytego tego ranka śniegiem. Grube warstwy drobnego białego pyłu zebrały się w sanktuarium. W zakrystii śnieg przeniknął wokół okien, drzwi i przez szczeliny słabo uszczelnionych ścian. Po długiej medytacji Filipina zaczęła wymiatać śnieg, aby odsłonić ołtarz, balustradę komunijną i wyposażenie prezbiterium, i w ten sposób przygotować je do Mszy. Ustawiła wielkie wazony i świeczniki, wszystkie darowane jej przez drogich krewnych z Francji... co porabiają w tym noworocznym dniu? Przegnała wspomnienia zadając sobie pytanie, czy ksiądz nie będzie miał zbyt dużych trudności z przebyciem kilku kilometrów przez zaśnieżoną wieś.

Wracając do kościoła napotkała Siostrę Shannon odgarniającą śnieg z podłogi i ławek. Jak wszystkie młode siostry sama wybrała sobie pracę w ramach nowicjackiej formacji. Siostra McKay napaliła w piecu w wydzielonej dla wspólnoty kaplicy, Matka Mathevon odgarnęła śnieg z parapetów okien, po czym wszystkie uklękły w ciszy na modlitwę, ofiarowując Bogu radości i trudy tego Nowego Roku.

O szóstej trzydzieści, poruszenie w górnym pomieszczeniu wskazywało na to, że wstają dzieci. Poszturchiwały się przed kominkami rozpalonymi dla nich na dwóch krańcach sypialni przez Siostrę Katarzynę. Szybko, lecz bez hałasu dzieci ubierały się pod nadzorem Matki Hamilton, wciągając na siebie ściśnięte w kostkach pantalony, flanelowe koszule i grube wełniane spódnice pod uniformem z czarnej szarszy316. Nawet najszczuplejsze zaokrąglały się przy każdej kolejnej warstwie ubrania. Lód w umywalce i w konwi wciąż pozostawał nietknięty, kiedy to klasztorny dzwon oznajmił godzinę porannego oficjum. Dzieci uklękły, a tymczasem w dole schodów stąpanie miękkich kroków i szepty świadczyły o nadejściu grupy małych Indianek, z towarzyszącą im Matką O'Connor. Ciężkie stąpanie w zakrystii oznajmiło w końcu przybycie Ojca Van Quickenborne’a.



Kościół był przed południem kompletnie opustoszały, a dzień zbyt mroźny dla gości. Filipina skorzystała więc z wolnego czasu, aby napisać do Józefiny:
Już bardzo dawno, moja droga i kochana kuzynko, otrzymałam twój list z 30 sierpnia zapowiadający mi nowy dar z 1 000 franków. Mam zań dla ciebie taką wdzięczność, że nie wiem, jak ci ją wyrazić. Mogę jedynie upraszać zawsze miłe i wielkoduszne Serce Jezusa, aby oddało ci po stokroć to, co robisz dla nas... Praca dla Indian ma bardzo wątpliwą wartość. Aby odnieść w niej sukces konieczny jest cud nad cudami, bo byłoby to odmianą ich natury, zepsutej od najmłodszych lat. Trzeba do tego samemu żyć pośród nich. Żadna kobieta dotychczas się na to nie odważyła, a księża, którzy to czynili, nie tylko nie otrzymali żadnego wsparcia z ich strony, ale sami musieli udzielać im pomocy materialnej. Rokrocznie wielu z nich317 umiera w absolutnym ubóstwie, albo przez nadużycie trunku. Polityką rządu amerykańskiego było wykupienie ziem wszystkich Indian w obrębie granic Stanów, aby zapewnić bezpieczeństwo publiczne. Zalecono Indianom osiedlanie się na terytoriach bardziej odległych. Dopiero w ostatnim roku Dzikich upoważniono do polowania w Stanie Missouri, a nawet do przejeżdżania przezeń. Zgrupowani w ograniczonych strefach, nie mają już wystarczająco ziemi, aby polować, co coraz bardziej pogrąża ich w nędzy. Poczyniono pewne wysiłki względem młodych, lecz rodzice zgadzają się zostawiać ich samych jakiś czas, później jednak po nich wracają. Są wtedy w stanie gorszym niż poprzednio, bo kiedy podejmują na nowo swoje rozwiązłe życie, czynią to wtedy z lepszą znajomością dobra i zła… Prezbiteriańscy Misjonarze, wspomagani przez pewne stowarzyszenie z Nowego Jorku osiedlili się obok Indian Osagów, ale żalili się gorzko na ich warunki życia. Nie mogą utrzymać młodych Indian w szkole i mają tylko metysów. Krąży pogłoska, że chcą odjechać...

Wybacz (mi) moje nieczytelne pismo, ale jest w tej chwili tak zimno, (że) atrament zamarza mi na końcu pióra, nawet tu przy ogniu. Ponieważ zawsze przejawiałaś zainteresowanie naszym Zgromadzeniem, oto kilka nowin. Nasze dwa domy w Luizjanie, jeden na dzień (drogi) od Nowego Orleanu, drugi na cztery czy pięć (dni), mają się bardzo dobrze. Zwłaszcza pierwszy, chociaż istnieje właśnie od roku, ma już więcej uczennic i nowicjuszek niż my. Większość nowicjuszek stanowią wspaniałe młode (dziewczęta), pochodzące z najlepszych kreolskich rodzin. Mamy mniej powodzenia u Amerykanek, ze względu na ich system kwartalnej formacji, (który jest) tutaj w użyciu: 3 miesiące francuskiego, 3 miesiące muzyki, 3 miesiące literatury, i formację uważa się wtedy za zakończoną. Ostatnio czworo dzieci opuściło nas po trzech miesiącach. Jest też obawa protestanckich rodziców przed tym, że ich dzieci staną się katoliczkami. Pragną tego wszystkie uczennice, a ich rodzice zostawiają im swobodę wyboru aż do chwili, kiedy trzeba zdobyć się na ten krok.

Z Bogiem, droga przyjaciółko, niech czas zachowa naszą przyjaźń, w nadziei, że jedność nasza będzie jeszcze bardziej ścisła w wieczności, w Sercu Jezusa.”
Nie ma w tym liście śladu wzmianki o poważnym problemie, który w tym czasie pochłaniał myśli i modlitwy Filipiny. Próbowała ona poruszyć wszystkie swoje znajomości w Saint Louis, aby przyczyniono się do założenia szkoły w mieście. Wszyscy odczuwali tę potrzebę, ale brakowało środków i nikt nie wydawał się zdecydowany, aby jej pomóc. Podejmowała wielokrotnie długą drogę z Florissant, aby udać się do Saint Louis. Mówiła, lecz bez żadnego powodzenia, o korzyściach płynących z istnienia klasztoru w mieście w porównaniu z aktualnym, tak izolowanym domem wiejskim. Nikt tak naprawdę nie interesował się jej projektem. W geście rozpaczy napisała do Jana Mullanphy’ego, który śledził wszystkie czynione przez nią wysiłki, chociaż sam nie zaproponował pomocy. Podczas rozmowy z Ojcem Van Quickenborne’m wspomniała o możliwości skontaktowania się z tym najbogatszym katolickim obywatelem miasta. Przełożony Jezuitów, nie okazując szczególnej zachęty, nie powiedział jej nie.

W lutym Filipina powróciła do Saint Louis, tym razem, aby przedyskutować sprawę z samym panem Mullanphy’m. Zechciał on złożyć jej propozycję, słuchała więc uważnie projektu, jaki poddał jej pod rozwagę. Następnie udała się z nim aż do proponowanej posiadłości. Rozciągała się ona na dwunastu hektarach wysoko położonych, pagórkowatych ziem, na których stał ceglany dom z dwunastoma pomieszczeniami na dwóch poziomach. Oferta była hojna, ale warunki sprzedaży sprawiały, że Matka Duchesne wahała się. Gdyby chociaż Monsseigneur Rosati był w pobliżu! Wyjechał jednak na wielotygodniowy objazd Kentucky! Nie mogła udzielić szybkiej odpowiedzi, jakiej oczekiwał Pan Mullanphy, bez skonsultowania się z ojcem Van Quickenborne’m. Był on początkowo całkowicie przeciwny projektowi, następnie zmienił zdanie. Natomiast Ojciec de Theux był od razu zwolennikiem odpowiedzi pozytywnej.



Filipina uklękła przed tabernakulum i ponownie odczytała list z 7 lutego 1918 roku, w którym Magdalena Zofia udzielała jej uprawnień do zakupu, lub sprzedaży nieruchomości w imieniu Zgromadzenia. Umocniona tym mandatem przeprowadziła już wiele transakcji, a także delegowała tę władzę Matce Audé na terytorium Luizjany. Po długich godzinach modlitwy przeszła do działania. 13 maja napisała do Przełożonej Generalnej, aby wyjaśnić jej, w jaki sposób próbowała zrealizować tak często wyrażane przez Matkę Założycielkę życzenie dysponowania domem w Mieście Saint Louis.
W tej nadziei, popchnęłam sprawę naszego domu w Saint-Louis, widząc wiele niedogodności w oczekiwaniu na Ks. Niel’a, o którym wielu mówi, że ma nie wrócić i że nie zebrał środków pieniężnych, których pojechał szukać. Po wielu informacjach, które mi dowodziły, że trzeba by przynajmniej 30 000 franków zaliczki, aby mieć w mieście dom, jak nasz tutaj, że nie mogłam liczyć na Ks. Niel’a, ani na sumę wypłaconą M. Eugenii, o której mówi, że będzie mogła ją zwrócić dopiero za wiele lat, ani nawet na to, co mi zapowiedziałaś w swoim poprzednim liście (6 000 franków), skoro w ostatnim mówisz już tylko o 1 000 franków (od) Pani de Rollin, napisałam do P. Mullanphy’ego, pytając go, czy ze swojej wielkiej liczby domów, które ma, nie zechciałby odstąpić nam jednego na korzystnych warunkach ze względu na naszą intencje posiadania bezpłatnej szkoły dla ubogich. Odpowiedział mi pytając, ile wzięłybyśmy sierot na następujących warunkach:


  1. dałby nam dom z cegły, zbudowany siedem lat temu, położony na ¼ godziny od kościoła katolickiego, z 24 morgami ziemi wokół, nieuprawnej, za wyjątkiem ogrodu. Dom zawiera 12 dosyć dużych pomieszczeń, a w sumie jest mniej obszerny niż nasz tutaj.

  2. dałby każdej sierocie przy jej przyjęciu, on czy jego spadkobiercy, sumę 50 franków na łóżko, etc; oprócz 25 franków corocznie na ubranie.

  3. 5 000 franków gotówką na pierwsze wydatki.


Odpowiedziałam, że wzięłabym na tych warunkach 15 czy 20 sierot. On chciałby ich 20, przedstawionych przez niego, albo przez jego starsze córki. Udałam się obejrzeć ten dom, którego położenie mniej wesołe, mniej urozmaicone niż to Sainte-Marie-d'en-Haut, ma w sobie (jednak) coś podobnego: położony na wzniesieniu, samotny, w zdrowym powietrzu, górujący nad Mississipi i z widokiem na miasto, które pozostawia z boku. Wydaje mi się, że postąpiłybyśmy wbrew naszym interesom odmawiając tym propozycjom. Co prawda bierzemy (na siebie) duże obciążenie i popadamy w zależność, lecz albo 20 do 30 tysięcy liwrów długów, albo nasze zakopanie się na wsi, gdzie jesteśmy zamknięte przez 6 stóp wody aż po nasze drzwi pięć albo sześć razy w roku, i to nagle, w taki sposób, że zabiera prowadzący do nas most, przewraca wszystkie ogrodzenia, niszczy ogród, który nie dał nic od dwóch lat, wszystko zgniło przez wodę. Oprócz tego, bardzo realna możliwość, że jeśli się nie pospieszymy, inni nas uprzedzą i nas zmiażdżą, odbierając nam wszelkie środki utrzymania. Czy nie są to względy, które zasługiwałyby na przemyślenie? Rada, którą mi dałaś318 była zdania, aby zaakceptować. W. Ojciec, z początku przeciwny, następnie przybliżył się do (tej) myśli, jednakże jej nie przyklaskując. Być może wolałby Saint-Charles, ale budowę kościoła wstrzymano, i nie chce umieścić (tam) stałego księdza, a żaden inny nie pójdzie, bo jest to departament przyznany na ich osobistą misję... Powiedziałam mu,... że zakład w Saint-Louis uważasz za bardzo konieczny, że powiedziałaś mi, aby go przygotować, uczynić go przed każdym innym. Drugi, Ojciec od Dni Krzyżowych319, jest w pełni przekonany za zakładem. Zaakceptowałam, i wszystko się zaczyna, chociaż akt darowizny, który został sporządzony, nie jest jeszcze podpisany. P. Mullanphy, bardzo znający się na reperacjach, nakazał je przeprowadzić z pieniędzy obiecanych ze swojej kieszeni, bo było konieczne dodanie kuchni i pokoju dla pracownika, naprawienie podłóg, etc. Wszystko będzie gotowe na Wielkanoc i można będzie zaczynać zakład, jeśli tak upragniona pomoc przybędzie. Nie można było czekać na twoją odpowiedź, wielu kupców gotowych było nabyć dom, a jak nawet określić czas dla twojej odpowiedzi, z niebezpieczeństwami i opóźnieniami morza?

Żałuję, że nie posyłasz dobrej Przełożonej... w Saint Louis cudów dokonałaby Amerykanka, (zarazem) z powodu języka, jak i charakteru, bo żaden naród nie ceni się tak bardzo, jak ten. Jeśli w tej chwili pomyliłam się w mojej nadziei, młodość naszych Sióstr daje prawo oczekiwać, że bardziej od nas nauczą się języka i zwyczajów kraju. Oczekując tego, uważam, że jest konieczne, abym poszła do Saint-Louis w jego początkach. Miejsce byłoby tam dla wielu niebezpieczne: nie należy być zbyt miłym, podejmowałoby się ryzyko wielkich niebezpieczeństw w stosunkach zewnętrznych, a ponieważ jest wiele osób mających wyszukaną edukację, M.L[ucyla] nie mogłaby temu sprostać... Mam mocną nadzieję opartą na protekcji Świętego Józefa i Świętego Régisa, że oba dzieła utrzymają się, tutaj i w Saint Louis. Jeden (dom) będzie oparciem dla drugiego, jeden w tym, co doczesne, a drugi w tym, co duchowe. Pojedzie się tam odprawić rekolekcje, podreperować zdrowie, etc. Jedzie się (tam) i wraca w jeden dzień...

Byłoby dla mnie (czymś) bardzo słodkim, gdybym (w tym wszystkim) szła za twoimi intencjami i gdybym została o tym upewniona. Czy w kraju bez środków dla młodzieży należało wycofać się z powodu sierot? Jesteśmy uzależnione, aby (je) przyjmować, lecz przywiązujemy do siebie najbardziej potężną rodzinę (tego) kraju... dom trzeba będzie powiększyć. Tak więc obiecany pieniądz będzie bardzo konieczny. Będziemy tam miały wiele eksternistek i, jeśli uznasz to za dobre, weźmie się pieniądze bogatych, aby utrzymać sieroty i ich nauczycielki; ich praca będzie w początkach bardzo znikoma (w stosunku do potrzeb).” 320
Monseigneur Rosati powrócił do stanu Missouri pod koniec lutego nie zatrzymując się w Saint Louis, następnie wyjechał do Nowego Orleanu nie będąc poinformowany o kontrakcie zawartym między Matką Duchesne, a Panem Mullanphy. Kiedy Filipina dowiedziała się, że jest w Barrens, napisała do niego 8 marca, aby poinformować go o swych zabiegach i prosić go na piśmie o jego biskupią aprobatę; zapowiedziała mu otwarcie nowej szkoły na 1 maja i zakończyła swój list wołaniem z głębi serca:

Dowiedziałam się, że nasza siostra Xavier Hamilton była w stanie osłabienia. Prosiłam, aby tu wróciła, jeśli zdoła znieść podróż. Powietrze tutejsze bardzo jej odpowiadało i doskonale się tu czuła; chciałabym ją za wszelka cenę zachować...”


Było jednak zbyt późno, aby uratować młodą Matyldę Hamilton. Zmarła 1 marca w Saint Michel, w wieku 25 lat. Biskup dowiedział się o tym wysiadając ze statku w Nowym Orleanie i pospieszył uprzedzić Matkę Duchesne w swoim liście z 11 marca, rozmijającym się gdzieś na rzece z listem Filipiny.
Przybywając dowiedziałem się o nagłej stracie, jakiej doznała wasza wspólnota wraz ze śmiercią Matki Xavier Hamilton. Powinniśmy poddać się woli Opatrzności. Była ona gotowa do Raju. Jej śmierć była śmiercią Świętej. Jednak rozumiem to wszystko, co ofiara taka może was kosztować. Podług tego, co wiem o tym od Ojca de la Croix, Matka Eugenia była tym bardziej poruszona tym odejściem, że liczba zakonnic jest znacznie poniżej potrzeb pensjonatu w Saint Michel, potrzeb, które z każdym dniem rosną. Aktualnie jest tam dziewięćdziesiąt uczennic...

Rozumiem sytuację, jakiej musicie w tej chwili stawić czoła. Jeśli jednak otwarcia klasztoru nie można by zrealizować bez wycofywania zakonnic z Saint Michel, zaleciłbym czekanie. Byłoby szczególnie godne pożałowania, aby naruszyć jeden dom, który jest bardziej od innych obiecujący i który w tej chwili, chociaż nowy, ma w porównaniu z nimi podwójną liczbę pensjonarek. Musicie brać pod uwagę zdrowie zakonnic, które, jeśli są przeciążone, nie będą mogły długo kontynuować swojego apostolstwa.”
Kiedy biskup Nowego Orleanu otrzymał list od Filipiny, z datą 8 marca, pospieszył ją upewnić, niespokojny o błędną interpretację, jaką mogła nadać jego poprzedniemu listowi, i o cierpienia, jakie mogłyby dla niej z tego wyniknąć. Atencja okazywana przez tego młodego prałata musiała być balsamem dla zatroskanej duszy Filipiny. Oczekując na jego odpowiedź, kontynuowała swoje przygotowania. W Poniedziałek Wielkanocny, 6 kwietnia, Anna Shannon i Zuzanna McKay złożyły swoje śluby czasowe po roku nowicjatu. Zgromadzenie mogło w pełni liczyć na jakość ich wielkodusznej i lojalnej służby, przez trzydzieści lat w wypadku Zuzanny i przez ponad dwa razy dłużej w wypadku Anny Shannon, która była bez wątpienia najbardziej wybitną wychowanką Matki Filipiny. Żyły razem przez wiele lat i Anna stanie się jedną ze znaczących osób w historii Zakonu. Pozostawiła cenne informacje na temat klasztoru we Florissant i jego Przełożonej, w okresie, kiedy fundacja w Saint Louis właśnie się realizowała.
Budynek główny, pisała Matka Shannon, zajmowany przez wspólnotę i pensjonarki, był wyposażony we wszystkie meble i akcesoria konieczne dla dobrego stosowania reguły i wypełniania zadań domowych. Z tyłu, oddzielone od głównego domu, znajdowały się trzy inne budynki. Jeden z nich, początkowo używany dla pensjonarek drugiego cyklu, służył dla księży; drugi chronił szkołę bezpłatną; trzeci był szkołą wstępną dla młodych Indianek. Niektóre spały na podłodze, albo w hamakach, inne na skórach bizonów, które ze sobą przyniosły. W ciągu dnia, płótna i skóry zwijano i układano, bo ta sama sala, bardzo obszerna, służyła również za klasę. Były inteligentne, szybko się uczyły, bardzo szybko osiągały zręczność w pracach z igłą... Jedna z nich, bardzo chora, była przez dwa miesiące przedmiotem opieki i całej troskliwości Matki Duchesne. Bardzo cierpiała, lecz była to dusza uprzywilejowana, a jej krótkie, ale święte życie ukoronowała szczęśliwa śmierć na rękach Przełożonej.

Dzieci z pensjonatu były dobre i pobożne. Przez swoje maniery i zachowanie mogły być bez trudu przyrównane do wszystkich, które mogłam od tamtego czasu spotkać... Większość z nich rozumiała francuski, a wszystkie były zdolne się go uczyć. Matka Duchesne rozumiała angielski i mogła poprawnie pisać, nigdy jednak nie miała dostatecznej pewności siebie, aby ośmielić się nim mówić. Zwykle sama prowadziła Pouczenie Ogólne321, a jej duchowe wykłady, poparte jej świętym przykładem, głęboko zakorzeniały się w ich sercach... Rodziny tych dzieci były bardzo hojne, za każdym razem, kiedy przyjeżdżały na spotkanie z nimi, przywoziły produkty ze swoich farm, albo z plantacji cukru, kiedy przybywały z Nowego Orleanu. Na przykład, jeśli otrzymywali w dużej ilości wino, było czymś pewnym, że jeden karton, lub dwa będzie dla klasztoru przy ich następnej wizycie. Takie artykuły odkładano troskliwie na bok, aby podać je biskupowi, albo księżom, kiedy jedli obiad w domu. Miałyśmy liczne i dobre krowy i pełno mleka... Wszystkie zakonnice pomagały w kuchni, Matka Duchesne była tam zawsze pierwsza do najbardziej uciążliwych prac, chociaż jej udział nie poprawiał zbytnio jakości posiłku, nie miała tego rodzaju darów. Natomiast w zarządzaniu pracami na farmie była celująca.”
Kuchnię i jadalnię umieszczono razem w drewnianym budynku za klasztorem. Dzieci jadły pierwsze, a później zakonnice, zajmując ich miejsca. Dieta rzadko bywała urozmaicona, ale zdrowa i obfita, chociaż Matka Shannon przypominała sobie, że często dręczył ją głód. Wszystkie resztki z posiłków dzieci służyły z pewnymi dodatkami do posiłków sióstr. Niczego nie wyrzucano, nawet skórek od chleba pozostawionych przez dzieci: te Matka Przełożona zachowywała dla siebie.
Dzięki Matce Duchesne rekreacje były bardzo przyjemne, kontynuuje Matka Shannon. Godność jej manier nie naruszała jej uprzejmości, a jej bogate i różnorodne wiadomości, znajomość francuskiego, a ponad wszystko miłość do Boga, która wydawała się prawdziwym tchnieniem jej życia, sprawiała, że jej konwersacja była nie tylko pociągającą i pouczającą, ale i dobrze przemyślana, aby zachować żywą gorliwość nas wszystkich. We wszystkim, co mówiła, wyczuwało się szczególne przekonanie i głębokie uczucie, co dawało jej rodzaj władzy, aby pociągać nasze dusze ku Boga. Po poobiedniej rekreacji następowało oficjum, które zawsze recytowano z największą punktualnością i największą rzetelnością...

Matka Duchesne bardzo mało sypiała, bo po swoich przedłużonych czuwaniach przed Najświętszym Sakramentem miała zwyczaj czuwać nad chorymi, kiedy było to konieczne, a kiedy rano, ubierając się, zakonnice znajdowały naprawione buty i ubrania, wiedziały dobrze, czyim miłosiernym rękom to zawdzięczają... Zachowywała też dla siebie nocny obchód domu i powszechne budzenie rano.

Ojciec Van Quickenborne był Przełożonym misji Jezuitów. Głęboko cenił Matkę Duchesne i nie tracił żadnej okazji, aby doświadczać ją przez najtwardsze umartwienia. Raz, wtedy, gdy poszła przyjąć Świętą Komunię, w mrukliwy sposób jej tego odmówił. Matka Duchesne podniosła się i wróciła na swoje miejsce, jak gdyby nic się nie stało. Wspólnota i Asysta zauważyły incydent, bo bez tego niewątpliwie nigdy by nie był znany, bo wcale o nim nie rozmawiała. Nie więcej też mówiła o częstych odprawach, jakie otrzymywała od Ojca Jezuity.”
Matka Shannon była pod wrażeniem dwóch faktów pozornie ze sobą sprzecznych: okresowej surowości w postawie Ojca Van Quickenborne’a względem Matki Duchesne, jak również jego przyjaznych z nią i ze wspólnotą stosunków. „Był dla nas prawdziwym ojcem, napisała, i zawsze mogłyśmy na niego liczyć, kiedy było to konieczne. On i Matka Duchesne byli w najlepszych relacjach. Ona i jej córki były przyzwyczajone do jego dziwactw i się nimi nie przejmowały.”
Wpływ Rektora Jezuitów na formację nowicjuszek Sacré Coeur był oczywisty, wraz z wprowadzeniem w roku 1823 umartwień cielesnych. Matka Duchesne czuła niechęć do ich narzucania, ale od roku 1825 nowicjuszki przyzwyczajane były do różnego rodzaju pokut, najbardziej powszechną była dyscyplina i łańcuszek. Przestrzegały też kościelnych postów z pokutną surowością. „Po Mszy w dniu świątecznym, zakonnice, które tego pragnęły, brały filiżankę słabej herbaty posłodzonej odrobiną melasy. Nic innego nie pojawiało się na stole.”
Kler i świeccy, kontynuuje Matka Shannon, a w rzeczywistości ci wszyscy, którzy ją znali, uważali Matkę Duchesne za świętą. Miała przedziwny dar modlitwy i pozostawała często całe noce na kolanach przed Najświętszym Sakramentem, bez żadnego oparcia, a kiedy nasz Pan wystawiony był na ołtarzu, spędzała długie godziny w Jego obecności w tej samej pozycji. Pewnej nocy w Wielką Sobotę wzięła mnie za towarzyszkę modlitwy i nigdy nie zmieniła pozycji, klęcząc wyprostowana, bez żadnego oparcia, podnosząc się tylko, aby przyciąć czy zamienić świece przy Grobie. Po pięciu godzinach ogarnęła mnie senność i zaczęłam się kołysać. Zauważyła to i powiedziała: ‘Idź się teraz przespać, o czwartej przyjdą inne, i do tego czasu mogę zostać sama.’ Była tak czujna i rozbudzona, jak gdyby to było południe. Dusza Matki Duchesne zdawała się być zanurzona w żarliwym, prawie nieludzkim duchu modlitwy i surowości życia zakonnego pierwszych wieków Kościoła... I od samego początku przyzwyczajała siostry do czynienia z modlitwy towarzyszki wszystkich ich prac. Radłując, kopiąc, etc… miałyśmy zwyczaj rozjaśniać nasz trud przez częste modlitwy i głośne wezwania. Kiedy mieszkałam z Matką Duchesne, była jeszcze silna i krzepka. Była raczej wysoka i proporcjonalnie zbudowana, o szlachetnym wyglądzie i zachowaniu, delikatnych manierach. Miała niebieskie oczy, a jej cera, chociaż lekko dziobata z powodu ospy, była ładna i jasna.”
W ten to sposób jakiś artysta mógłby ją odmalować pod koniec pewnego kwietniowego dnia 1827 roku, siedzącą w sali zebrań we Florissant i zwracającą się do swojej zakonnej rodziny, z tym tak właściwym dla siebie przekonaniem, aby poinformować siostry o decyzjach powziętych wraz z Matkami Oktawią i Lucylą: „na każdą przypadnie więcej pracy, bo zabiera(m) ze sobą Matkę O’Connor, Mary Knapp, pewną sierotę i Julię Contremanche, młodą metyskę. Inne sieroty przybędą później. Trymestralne nagrody rozdzieli się w niedzielę 29 kwietnia we wszystkich trzech szkołach. Urlop zostanie udzielony w następny poniedziałek, a matka Duchesne i jej towarzyszki wyruszą 1 maja, zgodnie z obietnicą złożoną Panu Mullanphy’emu.”

Tę ostatnią informacje przyjęto ze smutkiem, bo 1 maja przypadało w rzeczy samej święto apostoła Filipa, a więc imieniny Matki Duchesne. O podróży w tym dniu siostry nie chciały słyszeć, a ponieważ Filipina znała szczerość ich serdecznej reakcji, zgodziła się przesunać wyjazd o jeden dzień. Imieniny obchodzono w sposób prosty, tak właściwy Zgromadzeniu Sacré Coeur. Wszystkie spotkały się ponownie na wieczornej rekreacji, a kiedy zadzwonił dzwon, udzieliła im swego błogosławieństwa, a następnie weszła na ostatnią adorację do kaplicy Kościoła, który za jej sugestią dedykowano Najświętszemu Sercu Jezusa. Była to jej ostatnia noc pod jednym dachem z Najświętszym Sakramentem. Pozostać miała bez Niego przez wiele tygodni, lecz mogła teraz powiedziać: “gotowa jestem na każdą misję”.


2 maja 1827 roku przypadał w Pierwszy Piątek. Powóz Pana Mulanphy’ego stanął przed drzwiami klasztoru, a Panny Mulanphy poprosiły Matkę Duchesne i jej towarzyszki, aby uczyniły im honor i pozwoliły się zawieźć do Saint Louis. Bagaże i kilka mebli pojechało wcześniej wozem. Pomimo kilku łez, pożegnanie było radosne i powóz odjechał. W dolinie panowała już wiosna przybierając drzewa w lekkie zielone refleksy, powietrze było słodkie i przesiąknięte zapachem świeżo zaoranej ziemi. Przepiórki poświstywały w bruzdach odpowiadając ukrywającym się w żywopłotach drozdom. Podróż była długa, lecz przyjemna. Dojeżdżając do miasta, skierowały się najpierw drogą ku wschodowi, następnie ku południowi, w stronę Carondelet, a stamtąd, po przebyciu rzeki Moulin, po śladach wozów dotarły do domu z cegieł, który stawał się odtąd klasztorem Sacré Coeur w Saint Louis.
Dziewięć lat minęło od dnia, w którym Filipina Duchesne wyruszyła w drogę do Saint Louis; dziewięć lat zapoznawała się z tą „pograniczną” faktorią z jej serdecznymi i gościnnymi mieszkańcami, mając też okazję poznać ich z mniej miłej strony. Widziała, jak miasto zaczynające się od trzech równoległych do rzeki ulic osiągnęło ponad dwa razy większą ich liczbę, powiększając też swoją populację. Od tego czasu regularnie osiedlali się w nim Amerykanie. a angielski stał się językiem powszechnym. Aby jednak czuć się w mieście swobodnie, lepiej było być dwujęzycznym. Filipina przez te dziewięć lat wiele razy przyjeżdżała do miasta i przyzwyczaiła się od jego zakurzonych ulic, hałaśliwego ruchu, źle utrzymanych kramików, zbyt pretensjonalnych sklepów, życia, które w nim tętniło. Spotykała doktora William’a Carr Lane’a, eleganckiego młodego burmistrza o rudych włosach, i znała też pierwszego gubernatora Missouri, Pana Aleksandra McNavi, którego nagła śmierć boleśnie dotknęła wielu jego przyjaciół.

Na ulicach Indianie nie stanowili już dla niej przedmiotu zaciekawienia, lecz współczucia i modlitwy. Dowiedziała się o tym, że często zbierali się oni nad Stawem Chouteau, malowniczym jeziorkiem położonym na zachód od posiadłości, którą Pan Mullanphy jej odstapił, a które nawadniał strumień z młyna, zwany „strumieniem Pana Chouteau”. Otóż na tym strumieniu należało zbudować mosty, co oznaczało, że klasztor naprawdę potrzebował pomocy Martin’a Lepère’a, do którego Matka Duchesne miała pełne zaufanie. Ojciec Van Quickenbome sprzeciwił się sprowadzeniu Martin’a do miasta, lecz Filipina nie ustąpiła i mężczyzna odbył podróż do Saint Louis. „Z początku praca będzie raczej łatwa”, pisała z optymizmem do Matki Barat, ale w rzeczywistości była ona od pierwszych dni niewdzięczna, bo dom był przez wiele lat niezamieszkały, a robotnicy zatrudnieni przez Pana Mullanphy’ego pozostawili w każdym pomieszczeniu sterty gruzu. Filipina i jej towarzyszki były już przy pracy, kiedy ksiądz Saulnier, proboszcz z Katedry, przybył się z nimi spotkać, aby ofiarować im swe usługi i obiecać, że zarówno on, jak i jego wikary, ksiądz Lutz, uczynią wszystko, co możliwe, aby klasztor miał przynajmniej Mszę w niedziele. Obietnica wzbudziła radość, lecz dobry ksiądz miał duże trudności z jej dotrzymaniem. Na płaszczyźnie materialnej okazał się jednak skuteczny i ku wielkiej satysfakcji Matki Duchesne podarował im krowę i dużą ilość drobnych domowych mebli: stołów, szkolnych ławek i innego ekwipunku pochodzącego z dawnego kolegium Saint Louis. Zaprosił je również, aby przychodziły zaopatrywać się w jego ogrodzie i sadzie, chociaż w tym sezonie nie było jeszcze czego w nim zbierać.

W niedzielę przyjęły kolejne dwie wizyty: pana Mullanphy’ego i pani Bernardowej Pratte. Ta chciała powierzyć jeszcze Matce Duchesne dwie dalsze córki, kiedy tylko szkoła będzie otwarta. We wtorek, pojawił się z kolei na scenie Ojciec Van Quickenborne. „Bardzo docenił dom i jego otoczenie” zanotowała Matka Duchesne w swoim Dzienniku. Powrócił nazajutrz odprawić Mszę, a w następny piątek, 9 maja, za patrona nowej instytucji uroczyście obrano Świętego Józefa. W niedzielę ksiądz przybył dopiero w południe, więc Matka Duchesne od poprzedniego dnia pozostawała na czczo. Kaplicę starannie przygotowano, ale z braku cyborium nie można było przechowywać w niej Najświętszego Sakramentu. Filipina uznała to za ciężkie doświadczenie, chociaż w życiu musiała poznać i gorsze.

Z satysfakcją pokazała Ojcu Rektorowi list Monseigneur’a Rosati’ego, noszący datę 23 marca. Dzięki jego oficjalnej aprobacie czuła się znacznie bardziej bezpiecznie, a ponieważ kwestia kapelana nie była jeszcze rozstrzygnięta, tak wyłożyła swoje trudności przed biskupem, proponując mu jednocześnie rozwiązanie, które przyszło jej w sposób całkiem nieoczekiwany:


Miałam nadzieję, pisała 10 maja, że jeden z dwóch księży z Saint Louis mógłby nam odprawiać Mszę w niedziele, ale Ksiądz Saulnier dał mi do zrozumienia, że odprawiał ich już dwie, a ksiądz Lutz odprawiał ją w jednej misji. Jednocześnie Ojciec Richard, który usłyszał, że mówi się o otwarciu w Saint Louis klasztoru, chce być naszym kapelanem. Prosi tylko o schronienie i o (to, żeby to był) klasztor, co doskonale odpowiada nowemu domowi, który musi sprostać tylu wydatkom. Ponadto Ojciec Richard należy do wspólnoty zakonnej322 i odpowiada dokładnie naszym potrzebom.”
W następną niedzielę, w niedzielę bez Mszy w klasztorze, złożono wiele wizyt: „wierne przyjaciółki, dawne uczennice, rodzice proponujący nam swoje dzieci” notowała Matka Duchesne, „ale nie mogłyśmy tak wcześnie ich przyjąć. Nie jesteśmy gotowe.” Tego wieczora złożyła Matce Barat sprawozdanie z pierwszych dziesięciu dni w Saint Louis:
Saint-Louis, 13 maja 1827
Data mojego listu zaznacza ci, że jesteśmy, w końcu, na miejscu, które uważasz za najkorzystniejsze dla naszych domów... Napisałam ci, że Ojciec Przełożony w nim nie gustował, a nawet, po podpisaniu przez nas aktu umowy, chciał, aby z zalegalizowaniem go zaczekać na przyzwolenie Monseigneur’a, który był wtedy w Nowym Orleanie. Szczęśliwie odpływał parostatek, który moją prośbę dowiózł w niewiele dni i przywiózł mi odpowiedź. Do swego listu dołączył akt aprobaty, który tu załączam... (tekst aktu, podpisany „Józef, Biskup Tenagry”).

Ta autentyczna aprobata z pieczęcią Biskupa; i twoje intencje, tak często wyrażane, dają mi pociechę, że jestem tam, gdzie Bóg chce, a Święty Józef bardzo się do tego przyczynił, tak więc jest on świętym protektorem nowego domu. Zużyto nań już 5 000 franków na dodanie piwnicy, kuchni z cegły i pokoju nad nią, bardzo przydatnego na mieszkanie dla księdza, na podłogi, sufity, okiennice etc. Obiecałam wejść do niego 1 maja, (lecz) okoliczność moich imienin (i) dorocznych nagród, (wraz) z myślą o dokonaniu nowego podziału klas i zainstalowaniu nowej mistrzyni przesunęły mój wyjazd z Florissant na 2 maja (środę), bo nie miałyśmy tam (w Saint Louis) zapewnionego ani jednego skończonego pokoju. Mszę miałyśmy dopiero w niedzielę, i nie spodziewając się tego, miałam odczuwalną radość, kiedy, zgodnie z diecezjalnym rytuałem, ksiądz odprawił mszę o Świętym Józefie.” 323
Matka Duchesne nie uzyskała jeszcze odpowiedzi Biskupa na temat księdza Richard’a i kapelanii, kiedy napisała do niego o innej trudności poruszonej przez Ojca Van Quickenborne’a, który wydawał się mieć upodobanie w stwarzaniu jej kłopotów. Czy postępował tak dlatego, że był oficjalnie wyznaczony na kościelnego przełożonego Zakonnic Sacré Coeur w Missouri, czy usiłował działać z większym autorytetem. Tym razem Ojciec stwarzał trudności w przybyciu do Saint Louis Martin’a Lepère’a i jego pracy dla sióstr. „Faktycznie potrzebuję tego człowieka, aby zajmował się naszymi sprawami,” napisał do Filipiny 1 lipca. „Zna on nasze zobowiązania i nasze reguły i może kierować każdą pracą, która wymaga znajomości obu języków.” Filipina wzięła w obronę Lepère’a, którego Van Quickenborne uważał w dodatku za człowieka leniwego, i opisując to wydarzenie w swoim liście do Biskupa dodała: „Ponieważ nie mogłam w porę powiedzieć o tym Monseigneur’owi i ponieważ P. Martin życzył sobie przybyć, nie zmieniłam stanowiska mimo protestów Ojca i zamknęłam sprawę, chyba że Monseigneur poradzi mi postąpić inaczej” 324.
Tymczasem mosty na strumieniu Pana Chouteau zbudowano, studnię wydrążono, a Święto Najświętszego Serca obchodzono z Mszą i procesją z Najświętszym Sakramentem woków domu; jedna nowicjuszka „nie mająca absolutnie żadnej formacji” dołączała do wspólnoty, a szkoła otwierała się z zaledwie garstką uczennic. Na początku lipca Ojciec Van Quickeborne zapowiedział, że nie będzie mógł już przyjeżdżać odprawiać Mszy, ani przysyłać swoich księży, którzy rozpoczynali swój 3 rok formacji325. „Wylałam bardzo gorzkie łzy” zwierzy się Filipina Przełożonej Generalnej. „Mam trochę nadziei w wizycie Ojca Prowincjała, oczekiwanego w tym miesiącu (że zmieni tę decyzję.)” 326 Jednak tego nie uczynił.
W oczekiwaniu trzeba żyć pośród wyrzeczeń. Nie miałyśmy ani oktawy Najświętszego Sakramentu327, ani (oktawy Uroczystości) Najświętszego Serca. Często cztery komunie stracone w tygodniu. Są to dla mnie dni postu, bo nie jest dla mnie możliwe zjedzenie wtedy śniadania, mając wciąż nadzieję na jakąś interwencję Opatrzności, która przyprowadzi księdza z Komunią…

Pozostaje nam ogrodzić się deskami i żerdziami, co będzie jeszcze wielkim wydatkiem, ze stajnią i domem dla służącego, koniecznym z powodu naszej izolacji od wszystkich domów, co ma swój duży powab, (bo) nikt nie będzie mógł nigdy nad nami dominować. Zostawiamy na las część naszych 24 mórg, które dadzą nam dzikie rodzynki, często bardzo dobre, orzechy, poziomki, a zwłaszcza jeżyny, w obfitości. Ale będziemy miały jeszcze dużo przestrzeni w obrębie ogrodzenia, ogród, sad jabłkowy, las do przechadzek, gdzie znajduje się bardzo dobre źródło, które nigdy nie wysycha. W końcu ziemię, która jest do wykarczowania, pod kukurydzę i ziemniaki.

W utrzymaniu wspomagana byłam przez wiele pań, które przysłały mi (plony) ze swych ogrodów, ile tylko możemy ich zjeść. Matka dwóch naszych dziewczynek oddała do naszej dyspozycji swoje powozy i służbę, za każdym razem, gdybym potrzebowała pojechać do Florissant… Gdyby były tu nasze Panie, korzystając ze sprzyjającej chwili, nasze dwa domy byłyby pełne.

Zaczynam jednak wyglądać na bajarkę, kiedy mówię o ich rychłym przybyciu. Wstydzę się zwłaszcza przed Panem Mullanphy…” 328
Napięcie pierwszych miesięcy w Saint Louis ciążyło Filipinie, jej nerwy były u kresu. Kiedy list Biskupa Rosati’ego zdawał się sugerować, że to ona miała pomysł dotyczący przyjazdu Ojca Richard’a do Saint Louis, zaprotestowała, że nie miała nigdy intencji zabierać Urszulankom ich kapelana, lecz to on sam napisał, aby ją prosić o przekazanie im jego decyzji dotyczącej opuszczenia kapelaństwa ich klasztoru. Odpowiedź Biskupa, którą Filipina otrzymała w mniej niż osiem dni, była miła i uspokajająca.
Jestem w zupełności przekonany, że nic Matka nie zrobiła, aby zabrać Ojca Richard’a Urszulankom. Wiem również, że ten święty mąż życzył sobie od dawna opuścić Luizjanę, której upał bardzo źle znosi. Nie stanowiło dla mnie żadnego problemu upoważnienie go do osiedlenia się gdzie indziej, a jeszcze mniej, oczywiście, pozwolenie mu na wyjazd do waszego klasztoru, ale jest absolutnie niemożliwe teraz go zastąpić. Ojciec Richard, jak mogła Matka zobaczyć to z jego listu, jest tego świadomy. Dlatego nie ośmielił się ze mną o tym mówić. Napiszę jednak do Francji, aby uzyskać przysłanie księdza, który by odpowiadał Urszulankom. W oczekiwaniu powinniśmy pozostać cierpliwi i szukać tego, co najlepsze.

P. S.: Wie Matka, że Ojciec Święty podjął decyzję zgodną z naszymi życzeniami. Tymczasem mam nadal zajmować się na razie diecezją Nowego Orleanu.”
Filipina oczekiwała długie miesiące na przybycie młodego narybku z Francji, który miał jej pomóc w fundacji Saint Louis. Lato było długim okresem doświadczeń, wyzbycia się złudzeń, znoju i wyrzeczeń. Reakcja jej na to wszystko widoczna jest w tonie listu do Matki Barat, w którym smutek wyczytać można z każdej linijki, szczególnie w ostatnim paragrafie. Matka Generalna nie potwierdzała bez zastrzeżeń kontraktu zawartego z Panem Mullanphy. Dwa punkty wydawały się jej nieostrożne: przede wszystkim, że nie chodziło o darowiznę, lecz tylko o lokatę uczynioną zakonnicom Sacré Coeur, co prawda na 999 lat; następnie, o stałe obciążenie dwudziestoma sierotami z mizerną bursą 5 dolarów rocznie na dziecko329, co było warunkiem nierozsądnym: „Dwadzieścia (sierot), to ciężkie brzemię: pisała Matka Generalna, (lecz) Bóg, jak ufam, przyjdzie ci z pomocą.” 330 Tak więc Filipina pisała do niej 18 sierpnia:
Jestem wciąż bardzo zmartwiona, że nie potwierdzasz kontraktu (ustalonego) z P. Mullanphy. Twoje życzenia są przynajmniej częściowo spełnione. Msg Rosati, który jest ostatecznie mianowany dla Saint-Louis powiadomił mnie, że będzie w nim rezydował jedną część roku; przyniesie to nam więcej pomocy (duchowych). Nie mogę już mieć nadziei, (i to) na długo, że ujrzę w Saint Louis Jezuitów.” 331
W niedzielę 9 września, przybywają tak długo oczekiwanie zakonnice z Francji: Matka Helena Dutour332, Sabaudka, i Matka Xavier Van Damme333, Flamandka, jak również jedna postulantka, Panna Małgorzata Short, niedawno nawrócona przez Monseigneur’a Fenwick’a, biskupa Cincinnati. Zjechały przez Ohio z Matkami Dorival334 i Piveteau335, pierwszą przeznaczoną do Grand Coteau, drugą do Saint Michel. Po południu sama Matka Duchesne zawiozła nowoprzybyłe do Florissant, a nazajutrz powróciła do Saint Louis jedynie z Matką Dutour, bo Matka Van Damme wolała pozostać w domu na wsi, aby odprawić tam krótkie rekolekcje pod kierunkiem Jezuitów. Filipina była rozczarowana, lecz wspomna o tym tylko zdawkowo w liście do Matki Generanej, rozpoczętym 11 września:
Otrzymując nowe dobra z twojej ręki, jakże nie odczułabym wzrostu mojej wdzięczności? Wyraziłam ci ją właśnie na tyle, na ile jest to dla mnie możliwe, z przybycia naszych drogich Sióstr. Przyprowadziła je znowu Matka Boża, (bo) miałam trochę upadku odwagi widząc, że wszystkie nowenny do Najświętszego Serca, do Świętego Régis’a, do Świętego lgnacego, nic nie zdziałały; że ta do Matki Bożej w okresie Wniebowzięcia i ta na Jej Niepokalane Serce okazały się bez skutku; kiedy to, skarżąc się do Niej, w poranek święta Jej Imienia, usłyszałam w głębi mego serca te pocieszające słowa: ‘Mojej protekcji nigdy ci nie zabraknie.’ Oddaliłam myśl o tym jako zwodniczą; ale po mszy zdały mi się być powtórzone, a w godzinę później kościelny z parafii przybył w pośpiechu powiedzieć mi, że nasze Panie przybyły na probostwo i że znajdując się tam oczekiwały na Mszę, która odprawiała się o 10h30, w taki sposób, że zobaczyłyśmy je dopiero na obiedzie. Po nieszporach pojechałam z nimi do Florissant, gdzie radość była u szczytu; skorzystano z poniedziałkowego zebrania, aby dać nagrody, które rozdzielał Wielebny Ojciec de Theux... Ten dobry Ojciec zjednoczył się z naszą nowenną i w owym dniu odprawił Mszę w tej intencji. Powróciłam wieczorem do Saint-Louis z M(atką) Dutour, bo M. Xavier Van Damme pragnęła zostać kilka dni w Saint-Ferdinand, aby tam uczynić przegląd336. Jednak zobowiązałam ją do powrotu tutaj, zachęcając ją do wzięcia pod uwagę, że z racji jej wieku i łatwości, jaką ma wyrażania się po angielsku, mogłaby tu bardziej przyczynić się do chwały Bożej.” 337
Zmuszona przerwać swój list, Filipina nie znajdowała chwili, aby go dokończyć w dniach, które nastąpiły. Zapowiedź rychłej wizyty Biskupa rzuciła mały klasztor w wir aktywności, bo w rzeczy samej pozostawało dużo do zrobienia zanim wszystko będzie gotowe na dzień poświęcenia domu. Ponieważ po upływie dwóch tygodni Matka Van Damme była wciąż we Florissant, Matka Duchesne napisała do Matki Berthold, aby przyjechała się z nią spotkać i przywiozła tego wahającego się członka wspólnoty do Saint Louis. Przybyły 24 września i Matka Duchesne zgotowała im serdeczne przyjęcie. Od razu zrozumiała, co wydarzyło się w duszy Xavier Van Damme i napisała życzliwie na jej temat: „Bardzo ciasne pomieszczenia, w jakich żyjemy, mała liczba zakonnic tworząca wspólnotę, nasze wielkie ubóstwo, wszystko złożyło się (na to), aby ją zdziwić i nieco odebrać jej odwagę, ale wydaje się, że jej cnota uporała się z tym doświadczeniem. Co do Matki Dutour, natychmiast poczuła się u siebie.”
29 września, Monseigneur Rosati złożył swoją pierwszą wizytę w klasztorze w Saint Louis. Matka Duchesne była szczęśliwa, że mogła zaprezentować mu zakonnice przybyłe z Francji, pokazać mu kopię dekretu aprobaty nowego wydania Konstytucji, które przywiozły; mówiła mu także o pomocy finansowej otrzymanej od Józefiny Savoye de Rollin, od Ojca Perreau i od klasztoru w Amiens. Powrócił on trzy dni później celebrować Świętą Ofiarę Mszy, pobłogosławić dom, a nazajutrz w kaplicy klasztornej uroczyście ochrzcić Elżbietę Dodge. Na kapelana wyznaczył prowizorycznie Ojca Lutz’a. Zamierzał też złożyć Matce Duchesne inną propozycję, która musiała bardzo ją zdziwić, chociaż uważnie go słuchała. Biskup mówił o nowej okazji, aby dać lepiej poznać i ukochać Najświętsze Serce Jezusa, a Filipina nie mogła zamknąć na to uszu, nawet jeśli mądrość kazała jej odmówić. Po południu, zaraz po jego odjeździe, podjęła przerwany list i napisała:
Monseigneur Rosati przybył dzisiaj się z nami spotkać i jest zadowolony z naszego położenia, które znajduje bardzo przyjemnym; złożył mi propozycję, która wymaga od ciebie szybkiej odpowiedzi; bo podług twojej intencji, abyśmy się zadowoliły naszymi czterema domami, nie mogę bez twej zgody zaakceptować piątego. Córy Krzyża (Les Filles de la Croix), bardzo rozprzestrzenione w Kentucky, mają dom w tej diececzji, w La Fourche, blisko Pani Eugenii. O. Bigeschi, święty ksiądz, który powrócił do Francji i którego musiałaś spotkać, kazał zbudować im dom, dał ziemie, meble, etc..., lecz ponieważ są one wszystkie Amerykankami mówiącymi tylko po angielsku, nie mogą się utrzymać w La Fourche, gdzie wszystkie zwyczaje są francuskie, jak również język, i nie widzą się w stanie formować swoje nowicjuszki i kształcić swoje uczennice, bo tylko jedna z nich może mówić poprawnie po francusku i nauczać; pragną więc zjednoczyć się z nami. Monseigneur i duchowieństwo kraju pragnie tego również. Monseigneur mówił im o różnicy chórów. Wszyscy się zgadzają, brakuje tylko twego przyzwolenia. Czy odmówisz go ludnemu krajowi, kiedy brakuje tylko osoby do przełożeństwa? Osobą tą moim zdaniem mogłaby być M. Karmelita, która była asystentką M. Xavier (Murphy); lecz od przybycia M. Dorival, jest ona znacznie mniej konieczna w Grand-Coteau; wydaje się być stworzona dla tego domu La Fourche będąc z korzystnej strony znana przez mieszkańców, i całkiem na ich miarę. Możnaby wziąć te dobre dziewczęta do naszych innych domów, gdzie potrzebuje się nauczycielek angielskiego i dano by na ich miejsce Francuzki. Za pomocą tych zmian i bez potrzeby nowych osób uformowano by tam cenny zakład; M. Eugenia mogłaby tam posyłać dzieci, których nie może przyjąć w Saint-Michel z braku lokalu, a nawet czuwać nad tym domem i pomagać mu na wiele sposobów. Zachciej, moja (czci)godna Matko, udzielić mi odpowiedzi zaraz; prosiłam o cztery miesiące zwłoki Mgr. Rosati’ego, mając nadzieję otrzymać wtedy twoją odpowiedź, która, jak mam nadzieję, będzie przychylna. Proszę o to Boga przez wstawiennictwo Matki Bożej Bolesnej, szczególnie czczonej w tym miejscu. Powiedziała mi, że Jej protekcji nigdy mi nie zabraknie...” 338
Zakonnice przybyłe z Francji dostarczały wszelkiego rodzaju przyborów dla klasztorów amerykańskich, lecz ich bagaże zagubiły się gdzieś pomiędzy Nowym Jorkiem a Saint Louis; Matka Duchesne nie uznała tego za dostateczny powód, aby opóźniać swoje podziękowania, i w następną niedzielę sprawia sobie radość pisząc list do wspólnoty w Paryżu. Wiedziała, że mało korzystne komentarze o domu w Saint Louis dotarły już do Francji, i być może chciała przezwyciężyć wrażenie wywołane przez te krytyki. Jest jednak zbyt uczciwa, by minimalizować niedogodności, na które inne się skarżą. Pisze więc tak, jak gdyby pragnęła zwracać się do całego Zgromadzenia:
Nasza droga Matka Dutour i Siostra Xavier Van Damme, przybyłe do Saint-Louis w dniu święta Świętego Imienia Maryi, podały nam od was nowiny, których oczekiwałyśmy z dużą niecierpliwością, i powiedziały nam, że prawie wszystkie nasze domy przyczyniły się do kosztów podróży, czy do prezentów, które do nas przybywają i które, ponieważ poszły inną drogą, wcale jeszcze do nas nie dotarły. Jakie by jednak nie były i do jakiego domu byłyby adresowane, budzą moją żywą wdzięczność i są dla nas cenne pod każdym względem. Nigdy nie otrzymałyśmy nic, co by nie było dla nas przydatne, a ponieważ (w dodatku) dary te przychodzą z naszych domów, mają dla nas szczególną cenę, bo są rękojmią świętej i trwałej jedności, która nas łączy w Jezusie Chrystusie. Kiedy otrzymujemy wasze listy i kiedy dociera do nas coś z Francji, nie myślimy już o tym wielkim Oceanie, który nas rozdziela; zdaje się nam, że jesteśmy we Francji, (jako) świadkowie waszych radości, waszych prac i w szkole waszych cnót.

Spostrzegamy się co do naszej sytuacji (dopiero wtedy), gdy z powodu ciasnoty budynków, ubóstwa (wynikającego z) początków, małej liczby osób, trudności, jaką sprawiają różne religie, różne języki, zwyczaje kraju, natrafiamy na przeszkody we wprowadzaniu porządku we wspólnocie i w klasach; porządku tak koniecznego i do którego możemy teraz jedynie dążyć z całego naszego serca.” 339
Po opisaniu zabiegów związanych z fundacją w Saint Louis, dodaje:
Szłam jednak wbrew wszelkiej pewności sukcesu. M. Oktawia była chora; M. Eugenia odmawiała mi osób; (tak) bolały mnie nogi, że wydawało się, iż uczyni mnie to nieprzydatną, i przed 1 maja, dniu w którym miałyśmy zaczynać, Bóg wezwał do Siebie naszą młodą Matkę i pierwszą amerykańską profeskę, P. Xavier Hamilton, osobę dla nas wyjątkową, posiadającą dar uczenia doskonale w obu językach i moją jedyną nadzieję na doskonałe przetłumaczenie naszych Konstytucji. Musiałam więc sama przybyć do Saint Louis, z jedną irlandzką aspirantką; i to w chwili, kiedy dom nie był (jeszcze) gotowy, gdy brakowało nauczycielek, gdy ofiarowywano tłum dzieci; które teraz, kiedy będziemy mogły je wziąć, wymykają się nam.

Naszą największą troską jest niepewność pomocy duchowych... Módlcie się do Boga, aby osłodził nam to wyzucie przez jeden ze swoich zwrotów Opatrzności, które nic Go nie kosztują.” 340
Wesołość charakteryzująca pierwszy dzień Nowego Roku w Saint Louis zdaje się nie znajdować żadnego echa w lasach za Chouteau's Creek. Grupki przebierańców krążących od drzwi do drzwi po ulicach miasta i śpiewających „Guignolée341 nie docierały aż do klasztoru. Dziennik Filipiny nic nie wspomina o faworkach i pralinkach, a Nowy Rok zaczyna się surowo, bez Mszy w klasztorze i z chorobą we wspólnocie. Z Francji nie było listów od września, a nowiny z Luizjany jedynie powiększały niepokoje Matki Duchesne. 4 stycznia 1828 roku napisała do Biskupa, który przebywał wtedy na objeździe na Południu:
Nie mam jeszcze żadnej odpowiedzi od naszej Matki Generalnej w sprawie połączenia się z Siostrami de la Croix. Zdaje się, że uczyniono propozycję Pani Eugenii, zanim nawet (Ksiądz Biskup) mi o tym powiedział, a w Opelousas była otwarcie o tym kwestia, kiedy pojechała tam (we wrześniu). Zdaje się lękać, że jeden z naszych zakładów, tak blisko niej, uniemożliwi (jej) postępy, a Pani Xavier, Przełożona w Opelousas, myśli, że siostra Karmelita jest jej bardzo potrzebna; lecz jednocześnie zgadza się z tym, że byłaby doskonałą Przełożoną dla proponowanego domu. Wszystkie te trudnosci znikną, jeżeli nasza Matka da swoje przyzwolenia i o to ją naciskałam...

Doznaję nowych przeszkód z tej strony. Ojciec Przełożony Jezuitów, któremu obiecałyśmy pójść do Saint-Charles, przybył mnie zapytać, czy (zwykle) nie wypełniamy naszych zobowiązań. Odpowiedziałam mu, że nie możemy tego (zrobić) bez nowego przyzwolenia naszej Przełożonej, która od naszego osiedlenia się tu powiedziała mi, byśmy się zatrzymały i przykładały do umocnienia naszych czterech domów; nalegał on na ‘tak’, albo na ‘nie’, mówiąc, że potrzebuje odpowiedzi. Nie mogąc powiedzieć ‘tak’, i myśląc, że ‘nie’ zadowoli go, skoro chciał rzeczy chwilowo niemożliwej, wypowiedziałam je i wydał się zadowolony, co nie pozostawiło mi żadnej wątpliwości, że miał inne widoki i że sam chciał się uwolnić. Tymczasem, wbrew memu oczekiwaniu, bardzo się zezłościł i powiedział, że skoro zapowiedział w Saint-Charles, że będzie tam klasztor, i pod tym warunkiem mieszkańcy miasta zgodzili się na wszystko, co im zaproponował, nasza odmowa sprawiła mu wiele krzywdy. Moje przeprosiny nie uspokoiły go, bardzo się na mnie skarży, i dodał, że mój upór powodował wiele kłopotu w naszych domach”
24 stycznia ponownie napisała do Biskupa:
Tymczasem Pani Eugenia wyraziła nam swój sprzeciw, co do tego (klasztoru w La Fourche) i być może, co najlepsze, napisała (już) do naszej Generalnej w przeciwnym sensie. 1) Mówi ona, że ten zakład zaszkodzi jej (zakładowi). 2) Pragnie mieć Matkę Karmelitę dla siebie. 3) Protestuje, że nasza Matka powiedziała, aby nie tworzyć innego zakładu w Luizjanie. Bez sprzeciwiania się jej opinii, co jest bardzo nieprzydatne, skoro odpowiedź naszej Matki jest decydująca, odpowiedziałam: 1) Że chcąc zrobić zakład dla sierot, byłoby o wiele lepiej umieścić go w La Fourche, w zakładzie w pełni przygotowanym, niż w Saint-Michel, gdzie jest się już przytłoczonym przez zajęcia i gdzie trzeba by budować i jeszcze się zadłużać. 2) Że Pani Xavier, Przełożona Opelousas, może odstąpić Karmelitę jedynie w skrajnej potrzebie znalezienia (jakiejś) Przełożonej. 3) Nasza Matka naprawdę radziła nie rozszerzać się więcej przez jakiś czas; lecz to dlatego, że obawia się, że bedzie się ją prosić o ludzi i pieniądze, chcąc wszystko zachować dla Wschodu, gdzie teraz odmawia.

Jestem zdziwiona, jaki trud zadaje sobie Pani Eugenia i o którym powiedziała mi, że was powiadomiła. Nasza Matka obarczyła mnie wbrew mnie wszystkimi domami tej części (kraju), a ona, wcale nie chcąc dać ze swoich osób, zatrzymała jeszcze siostrę stąd, której potrzebowałam. Pozostawiłam jej ją. Teraz, mając 17 (sióstr), chce wziąć zasadniczą dla Opelousas osobę, gdzie jest ich tylko 5. Czy to jest sprawiedliwość? Ponieważ powiedziałam, że przekroczyła swoje władze, Matka Eugenia się martwi. Nie mogę (przecież) powiedzieć, że to, co uważam za złe, jest dobre. A od dawna mówię jej, że zamiast zamęczać się jeszcze i zadłużać, aby się powiększyć, lepiej ograniczyć się do liczby dzieci, którym można nastarczyć...”
W Lujzjanie jednak sprawy potoczyły się w kierunku, o jakim Matka Duchesne nie wiedziała, bo tak bardzo odległość oddzielała ją od problemów, które należały do jej jurysdykcji, chociaż nie miala nad tym kontroli. Biskup Rosati i Matka Audé posunęli się naprzód w projekcie dotyczącym La Fourche, bez poinformowania jej. Aprobatę Przełożonej Generalnej uważali za oczywistą przynajmniej dwa miesiące wcześniej, zanim do nich dotarła. List z 27 grudnia Matki Audé do Biskupa ujawnia ten zaskakujący fakt:
Monseigneur, otrzymałam właśnie Jego list i spieszę nań odpowiedzieć. Jeśli uważa on za coś mądrego dla mnie przyjmować w tym domu nowicjuszki Sióstr de la Croix przyciągnięte przez nasz rodzaj życia i chcące je podjąć, mogą przybyć, kiedy zechcą. Będziemy szczęśliwe przyjmując je i gotowe kochać je szczerze w Sercu Jezusa. Obawiam się jednak, by nie zabrakło im budującego przykładu i świętego kierownictwa ich dobrych Matek Xavier i Reginy342, co bardzo trudno będzie im znaleźć w waszej pokornej słudze. Niech Monseigneur będzie tak dobry uprzedzić je, aby były mniej zaskoczone i rozczarowane.”
Matka Duchesne dowiedziała się dopiero w połowie marca o przeniesieniu nowicjuszek, i musiała zadawać sobie pytanie, co Biskup wywnioskował, kiedy otrzymał jej list z miesiąca stycznia. Jego odpowiedź mogła być niewątpliwie jeszcze bardziej kłopotliwa od niezadowolenia Matki Audé. Po entuzjastycznym opisie swojej wizyty w Grand Coteau, dodał on niczym nie zobowiązującą opinię:
W sprawie punktów, co do których pyta mnie Matka o zdanie, myślę, że z czasem i odrobiną cierpliwości wszystko powinno na koniec się ułożyć, ku zadowoleniu każdego. Zawsze myślałem, że klasztor Wniebowzięcia (La Fourche) powinien zostać zjednoczony z waszym Zgromadzeniem, tak więc przeciwstawiłem się jego zamknięciu. Byłoby to sprzeczne z życzeniem tych, którzy ponieśli jego koszt i zawiodło nadzieje okolicznych mieszkańców. Zresztą dom ten nie mógłby być rywalem dla Saint Michel, ponieważ ich misje są różne. Jednak nie myślę, aby Matka Karmelita odpowiadała jako Przełożona. Jej cnoty i roztropność są dobrze znane, lecz wiemy także, że nie ma ona dostatecznej formacji, aby wzbudzać zaufanie rodziców. Cudzoziemka lepiej by odpowiadała. Myślę również, że odłączenie jej od Grand-Coteau, stałoby się z krzywdą dla tego domu. Oto, co zaobserwowałam. Co do waszej instytucji w Saint-Charles, bądź cierpliwa. Czas będzie działał dla niej, wasze postulantki i nowicjuszki będą wkrótce uformowane. Na koniec wszystko się ułoży.”
Tymczasem w Saint Louis sprawy szły lepiej. Otwarto w nim w marcu szkołę bezpłatną i zainstalowano ją w pomieszczeniach usytuowanych nad kuchnią, zwolnionych przez Martin’a Lepère’a. Ponieważ rosła liczba uczennic, siostrę Katarzynę Lamarre przeniesiono z Florissant, aby wzięla na siebie to ważne zadanie. Zaufanie, jakie Matka Duchesne żywiła do świętego Józefa wzmocnił jeszcze list z Francji. W liście z 22 listopada poprzedniego roku, Matka Barat wyrażała zgodę na przyłączenie klasztoru La Fourche do Zgromadzenia Sacré Coeur i zachęcała Matkę Duchesne do odbycia podróży do Luizjany, aby ustalić z Matką Audé szczegóły tej operacji i pozostawić jej następnie doprowadzenie jej do końca. Przełożona Generalna nalegała jednak, by Siostry przyjmowano indywidualnie, podług ich rangi, i aby otrzymały regularną formację nowicjacką.
W innym liście, Matka Barat dokonuje przeglądu kilku skarg, które do niej dotarły na temat funkcjonowania klasztoru w Saint Louis i czyni sugestie, jak to naprawić, dorzucając kilka słów pochwały, co do środków podjętych przez Matkę Duchesne i zapraszając ją ponownie do odbycia małej wizyty w Luizjanie. „Twoja wizyta byłaby konieczna w Saint Michel i w Opelousas”, pisała 13 grudnia343. Matka Duchesne nie była entuzjastką tej podróży na Południe. Czuła ponadto, że chęć ustawienia na jednym poziomie instytucji z La Fourche ze szkołami francuskiej burżuazji, jak sugerowała to Magdalena Zofia, byłoby czymś nieroztropnym. Jej doświadczenie z Florissant pokazało jej, że ten rodzaj organizacji nie mógłby funkcjonować, wyraziła się jednak powściągliwie pisząc do Matki Barat 23 marca 1828 roku:
Dowiaduję się z listu Matki Eugenii, że Msg Rosati posłał jej już pięć nowicjuszek Sióstr de la Croix, i że odesłała już dwie, które nie mogłyby odpowiadać Zgromadzeniu. Nie wiem, czy te, które złożyły śluby wciąż pragną zjednoczenia, czy powrócą do swego pierwszego domu...

Ponieważ Matka Eugenia powiedziała mi, że miała twoje przyzwolenie na wzięcie sierot i wydawała się przeciwna zjednoczeniu, napisałam do niej, że zamiast się zamęczać, jak to czyni, lepiej by było dać je do nowego zakładu, jeśli go zaakceptujesz; że mogłaby pomagać im tam, jak u siebie, że byłoby to rozszerzaniem Religii w dzielnicy, która jest uboga i skąd nie można wysyłać dzieci, bo pokonanie Mississipi stwarza liczne przeszkody dla podróżowania, i jest to wbrew dobru kraju, który ma tylko jeden z naszych zakładów. Ponadto w duchu (tego) narodu jest zawsze niechęć do posiadania dwóch chórów w tym samym domu...

Wcale nie jestem zdania Monseigneur’a Rosati’ego w odniesieniu do Matki Karmelity. Właśnie przez to, że jest ona z La Fourche i z szanowanej rodziny, może uczynić tam wiele dobrego. Jej wykształcenie również ma zakres, jakiego trzeba...

W moim ostatnim liście, mówiłam ci o konieczności budowania (w Saint-Louis) i prosiłam cię o pożyczkę 19 000 franków. Z tym zrobiłybyśmy to, co dostateczne. Podobnie jednak, jak i ty obawiając się długów, zredukowałyśmy nasz plan, zamiast go raczej opóźniać. Budynek, który daje nam sypialnie na 30 łóżek, kaplicę, zakrystię, mieszkanie dla księdza będzie nas kosztować w cegle jedynie 6 000 franków, i daje mi się wszystko to na dziesięć (procent), co wynosi tyle, co na sześć we Francji, wraz z wymianą. Uważam więc, że jeśli nie zaciągnięto (już) pożyczki, można się opóźnić o jeden rok lub dwa...



Mamy więc 12 pensjonarek, 10 sierot, 10 płatnych eksternistek i 30 darmowych. Poza tym, w niedziele, szkołę dla mulatek, po parafialnym oficjum, aby je kształcić w religii. Jest to więc ponad 60 dzieci, którym mamy szczęście dawać poznać Najświętsze Serce. Jeśli trud przewyższa doczesną korzyść, czyż nie jest to dla Nieba jedno dobro więcej, którym się raduję.

Ojciec Przełożony, który się uspokoił dzięki nadziei, że pójdziemy do Saint-Charles, odprawił nam Mszę i wygłosił kazanie w dniu Świętego Józefa, i dziś wyrusza do Osagów, gdzie ma pozostać miesiąc. Dał mi formalnie (przed swoim odjazdem) dom w Saint Charles.

Co do podróży do Lujzjany dla mnie: 1) jest nieprzydatna. Matka Eugenia ma zaufanie i szacunek wszystkich księży w tej części (kraju). 2) Jest w tym wydatek, który nie może być mniejszy od 1 000 franków, jeśli jesteśmy dwie; (a ja) potrzebuję (te)go, aby budować. 3) Matka Oktawia jest jeszcze chora; jeśli to się pogłębi, będzie bardzo konieczne pojechać na trochę do Florissant. Stawiano ją wyżej ode mnie, a odkąd wyjechałam, mówi się, że byłam lepsza do dzieci. 4) właśnie, aby zapobiec upadkowi tego tak przydatnego domu byłam zmuszona zostawić tam siostrę Hamilton, najbardziej użyteczną dla pensjonatu, i która mogłaby wystarczyć sama, gdyby nie jej młodość i zagrożenia rozmównicy.344


Wiosenne deszcze przekształciły drogi i dziedziniec rekreacyjny w stawy gęstego błota, a ziemia wdarła się do kaplicy w podziemiu przez cienką podłogę. Matka Duchesne i sieroty ciężko pracowały, aby posprzątać rozmównicę, korytarze i sale klasowe, jak również kaplicę, zwłaszcza we czwartki, dzień cotygodniowej przepustki uczennic. Najcięższe prace fizyczne nie odstręczały nigdy Filipiny, chociaż odczuwała zmęczenie bardziej, niż chciała się do tego przyznać. Podczas pracy często absorbowała ją modlitwa albo myślenie, planowanie, wyliczanie, poszukiwanie sposobów wyjścia ze splotu trudności, które z każdej strony ją naciskały. Kontynuowała z wielką rzetelnością każdą swoją aktywność, lecz jej spojrzenie bardzo często zasnuwał niepokój.

Czasami, kiedy praca była już zakończona, szła posiedzieć w małej zakrystii, aby tam szyć lub przerabiać ubrania. Poszukując schronienia w szczęśliwych wspomnieniach, pozwalała przeszłości rozwijać się w wewnętrzny film. Obrazy, które tak kochała, dzieci, nadzieje, które doprowadziły do pozornie śmiesznych rezultatów, uczucia, które odgrywały kiedyś pierwszoplanową rolę w jej życiu – przywoływała te cenne chwile, zabarwione łaską i miłością, uświęcone ofiarą z całej jej istoty, rozbudzające w niej coraz większą wdzięczność do Boga i coraz głębiej zakorzeniające ją w przekonaniu o całkowitej swojej niezdolności. Była właśnie na tym etapie swoich refleksji, kiedy uzmysłowiła sobie, że urodziny Józefiny były całkiem blisko. Kiedy to pisała do niej ostatni raz? Tego samego wieczora, 10 kwietnia, wzięła za pióro i serdecznie rozpoczęła swój list:


Od bardzo dawna, kochana Kuzynko, nie mam już od ciebie wiadomości i jest (dla mnie) radością ponownie nawiązać kontakt z tymi, z którymi jednoczą mnie więzy pokrewieństwa, przyjaźni i wdzięczności. A z troski o sprawiedliwość, powinnam dodać, (że i) więzy religii. Z gorliwości dla naszej świętej sprawy napełniłaś mnie darami i pomogłaś w fundacji naszego klasztoru w Saint-Louis. Chociaż brakuje w nim dostatecznej przestrzeni i zespołu koniecznych dla (wypełnienia tego) zadania sióstr, przyjmujemy obecnie ponad siedemdziesiąt uczennic, eksternistek i pensjonarek...

Zdrowie sióstr, które przybyły ze mną do Ameryki bardzo się pogorszyło. Moje poprawiło się w minionym roku. Jestem niespokojna, nie mając świeżych nowin. Kiedy myślę o wielu członkach naszej rodziny ugodzonych przez śmierć od 1818, roku naszego rozstania, obawiam się twardych ciosów, jakie może mi przynieść każdy (kolejny) list. Moja kochana, odnajdziemy się. Bóg nie zjednoczył nas w przyjaźni na ten krótki jedynie okres, jakim jest życie. Po tym rozstaniu, każda na swojej półkuli, będziemy wkrótce zjednoczone na wieczność. Jakże nasza wiara jest piękna i pocieszająca! Za małe dzieła, jakie tu na niskosci wypełniamy, są nam obiecane wszelkie radości pewnego szczęścia... Będziemy szczęśliwe, jeśli za cenę nawet wielkiej ofiary zdołamy (chociaż) jednej duszy dać poznać i pokochać Boga!”
Chociaż klasztor leżał na uboczu i był trudno dostępny, odwiedzało go wielu ludzi; wizyty te wzbudzały czasem zdziwienie Matki Duchesne, jak ta w kwietniowy poranek, kiedy to poproszona została do rozmównicy przez cudzoziemkę, która przedstawiła się z listem polecającym biskupa Rosati’ego. Po otwarciu listu Matka Duchesne przeczytała:
Siostra Joanna Xavier Miles, dawna Przełożona klasztoru Wniebowzięcia (La Fourche), odda Matce ten list. Pragnie ona, i to już od pewnego czasu, zostać dopuszczona do waszego Zgromadzenia... Upraszam Matkę o przyjęcie jej z dobrocią właściwą waszemu Zgromadzeniu. Nie błyszczy ona talentem, ma kruche zdrowie, myślę jednak, że może być przydatna. Mówiłem Matce w innym liście o klasztorze Wniebowzięcia. Myśl, jaką miała Matka Eugenia, o umieszczeniu u was Przełożonej nie napotka, mam nadzieję, opozycji z Matki strony. Upraszam ją o przychylną na to odpowiedź.”
Filipina była z pewnością mniej przygotowana na dwa ostatnie zdania z listu, niż na pierwsze. Przyjęła jednak nieoczekiwaną postulantkę z serdecznym miłosierdziem. Właśnie w takich chwilach stałe umartwienie wewnętrzne dawało jej kontrolę nad uczuciami i nad postawą zewnętrzną. Kilka godzin później Matka Xavier, bo tak postulantka życzyła sobie być nazywana, udawała się w drogę do Florissant w pojeździe pożyczonym od „dobrej Pani Pratte”, czy „drogiej Pani Chouteau”. Nazajutrz Matka Duchesne napisała do Biskupa, informując go o przybyciu postulantki i jej wstąpieniu do Florissant, dodając:
Matka Eugenia nie powiedziała mi, kim będzie Przełożona La Fourche, (bo sama) nie może jej nastarczyć345. Matka Karmelita została zarekomendowana naszej Matce Generalnej, pod warunkiem, że Monseigneur zatwierdzi ten wybór. Jest ona bardzo zdolna pokierować domem, który nie jest powołany do posiadania (takiego) znaczenia, jak Saint-Michel, dla którego, w przeciwnym wypadku, byłoby to z krzywdą... Zaczynamy tu budowę naszej kaplicy.”
Chwiliowo w Domu w Mieście wszystko przebiegało spokojnie. Znów jednak zbliżała się wiosna i nieco niżej, przy moście prowadzącym od ulicy Czwartej do posiadłości klasztoru, był w „Zatoczce Pana Chouteau” zbiornik osłoniętej wody. Od wielu lat zakątek ten stanowił ulubione miejsce kąpieli mieszkańców południowej części miasta. Kąpiących się nie można było dostrzec z obrębu posiadłości klasztornych, lecz eksternistki nie omieszkały skarżyć się na to do Sióstr, nie tyle, być może, dlatego że obrażało to ich skromność, co przez reakcję na niestosowne gesty i zaczepki kierowane do nich przez chłopców nurkujących tuż obok mostu, lub wołających na nie z lasku, gdzie zostawiali ubrania. Zachowanie ich było oczywiście nie do przyjęcia, toteż Matka Duchesne nie wahała się skierować do osoby samego Burmistrza miasta, szanownego William’a Carre Lane’a, jednego z bardzo rzadkich listów, jakie napisała po angielsku:
Sir

I have recourse to your authority for the redress of an abuse which I look upon as very much against the welfare of our establishment. You know, Sir, that our young ladies, day schollars (sic), in order lo reach our house have to pass the creek that runs all around our house. The warm weather invites a number of men and boys to swimming in the creek, and evrey day our young ladies meet with that disagreeable sight, both coming (to) and leaving the house. As I understand that some regulation of court forbids swimming in public places, I suppose that it is merely by some negligence of the sheriffs in discharge of their duty that it takes place. As you are, Sir, the father of an aimable family I need not say how much that rudeness is against the delicacy of sentiments we strive to endow our young ladies with, and I am convinced that you will be so good as to use your power to remove that obstacle. I offer you beforehand my thanks and beg you to believe me with deep respect,

Sir,

Your most obed. servt.

Philippine Duchesne

Supr.

(Szanowny) Panie,



odwołuję się do pańskiego autorytetu, aby położyć kres nadużyciu, jakie uważam za bardzo szkodliwe dla dobrego funkcjonowania naszej instytucji. Wie Pan, że nasze dziewczęta, uczennice dzienne (sic), aby dojść do naszego domu muszą przejść przez otaczający go strumień. Otóż obecny upał sprawia, że przychodzi się w nim kąpać wielu mężczyzn i chłopców, i codziennie nasze dziewczęta, zarówno przychodząc, jak i wychodząc, narażone są na ten szokujący spektakl. Jak rozumiem, zarządzenie prawne zabrania kąpieli w miejscach publicznych, i zakładam, że nadużycie to wynika jedynie z niedbałości szeryfów w wypełnianiu ich zadania. Panu, który jesteś ojcem miłej rodziny nie muszę mówić, jak bardzo grubiaństwa te godzą w delikatność uczuć, jakie usiłujemy wpoić naszym dziewczętom i jestem przekonana, że będzie Pan tak dobry, aby użyć swej władzy i położyć kres nadużyciu. Z góry dziękuję i proszę o przyjęcie wyrazów mego głębokiego szacunku,

Wasza bardzo posł(uszna) sł(uga)

Filipina Duchesne

Przełożona”
Odpowiedź Burmistrza nie jest znana. Można tylko mieć nadzieję, że szeryfowie przywołani zostali do porządku, a wrażliwość młodych dziewcząt nie była długo wystawiona na ten „szokujący spektakl”. Matka Duchesne musiała bowiem jednocześnie rozwiązywać inne problemy. Gdy dowiedziała się od Biskupa Rosati’ego, że Matka Audé zaproponowała ni mniej, ni więcej, jak Matkę Hamilton na Przełożoną La Fourche, napisała do niego: „Niemożliwe jest spełnienie życzenia Matki Eugenii, aby wziąć Matkę Régis na Przełożoną. Zrujnowałoby to jej zdrowie i mogło nawet naruszyć jej duchowość. Nagła śmierć jej siostry była dla niej wielkim szokiem i odtąd wielokrotnie była poważnie chora.”

Matka Duchesne żywiła dla Régis Hamilton wielkie i macierzyńskie uczucie. Łączyła je więź intymna i nadprzyrodzona, była to przyjaźń najpiękniejszej jakości, której dusza Filipiny w naturalny sposób potrzebowała. Była bardzo świadoma tego wewnętrznego poruszenia i nie znajdowała w nim nic złego. Toteż i z tej racji nurt uczucia płynący z jej wielkiego serca był pełen ciepła i bogactwa, podnoszący, uszlachetniający, uświęcający. Uświadamiała sobie, że Bóg, stwarzając przyjaźń, sprawił, że była dobra, a kiedy samotność, czy izolacja zbytnio jej ciążyły, rzucała przez ocean wezwanie do tych, których kochała, pozwalając im zaledwie domyślać się swego cierpienia, jak w liście z 3 czerwca do swoich sióstr:


Moje drogie siostry, od dawna nie miałam od was nowin. Alojzja, chociaż w Paryżu, wcale nie jest sumienna, aby mi je dostarczać. Bardzo dawno do was nie pisałam, jest to ofiara, jakiej wymaga moje nowe powołanie i odległość, jaka nas rozdziela. Dowiedziałam się o tylu zmarłych w naszej rodzinie, od kiedy jestem w Ameryce, i o śmierci młodszych od nas, że nie wiem już, czy trzeba liczyć pomiędzy żyjących wszystkich naszych przyjaciół z dzieciństwa. Spodziewamy się, jedne i drugie, pożegnania z życiem. Pozostaje tylko podtrzymywać przez dobre dzieła słodką nadzieję na zjednoczenie się na zawsze w innym (życiu)... Wasza przyjaźń wyczekuje szczegółów na temat siostry, która zawsze was kocha... Jestem obecnie od roku w mieście biskupim w Saint-Louis. Nasz zakład jest na etapie swojego dzieciństwa, lecz obiecuje więcej od innych przez swoje położenie w mieście, które staje się miejscem przeładunkowym dla wszystkiego, co jedzie później do Dzikich i do różnych zakładów Mississipi i Missouri, celem handlu futrami i eksploatacji bogatych kopalni ołowiu. Nie straciłam jeszcze żadnej z moich towarzyszek z Francji, lecz jesteśmy podzielone w czterech domach. Przedstawiają się jeszcze dwa do założenia, lecz największą trudnością jest nasza mała liczba.

Nasza święta religia czyni wielkie postępy w tym kraju przez gorliwość misjonarzy, i mimo powrotu do Francji Msg du Bourg’a i wielu księży, Bóg nie pozostawia swojej winnicy bez robotników. Założone seminarium dało już dobre osoby i obiecuje więcej, niż już to uczyniło; módlcie się często za tę misję, lecz zwłaszcza za mnie, która się starzeję, a nie staję się święta. Jeśli macie możliwość zamówić za mnie Msze w Notre-Dame de Fourvière346 i jedną w La Louvesc347, byłabym wam bardzo zobowiązana.

Proszę o przypomnienie mnie pamięci waszych mężów, dzieci, rodziny Lebrument, naszych krewnych u Wizytek w Romans. Powiedziano mi, że Melania348 miałaby teraz być w Walencji...”
Nową kaplicę otwarto przy okazji Święta Najświętszego Serca, chociaż nie była ona jeszcze otynkowana. Kilka dni później Biskup przebywał w Saint Louis i był bardzo zajęty. Matka Duchesne opisuje niektóre z poszczególnych aktywności Sióstr w liście do Matki Barat z 3 lipca:
W. O. Przełożony był bardzo zadowolony z twojej decyzji na rzecz Saint-Charles i obarcza mnie, aby ci za nią podziękować. Monseigneur jest (zadowolony) także z tej, którą wydajesz na rzecz La Fourche. Jestem smutna, że M. Karmelita nie mogłaby być tam przełożoną. Monseigneur spotkawszy się z M. Dutour, poprosił o nią, odmówiłam, lecz ona sama powiedziała mi wieczorem, że nie mogła pozbyć się myśli, że pojechałaby do La Fourche i widzę, że była z tego bardzo rada. Wszystko się zjednoczyło, aby przyklasnąć temu wyborowi, a ponieważ jedno zdanie z listu Matki [de] Charbonnel dowodziło mi, że pozostawiłaś mi swobodę, co do losu Matki Dutour, uważałam, że mogę działać. Jestem zmuszona wycofać z Saint-Ferdinand M. Régis, chociaż jest bardzo przydatna M. Oktawii, lecz absolutnie jej tutaj potrzebuję, aby przywiązać dzieci do naszego domu, wiele nabiera obrzydzenia, z przyczyn, jakie znasz...349

Przełożona Sióstr de la Croix z La Fourche, która przybyła do Florissant najwyraźniej, aby odbyć swój nowicjat, nie mogła się w nim utrzymać. Monseigneur był niezadowolony z tej okoliczności i wcale nie chce, aby powróciła do La Fourche. Odesłał ją do jej domu macierzystego...

Przybył tutaj w dniu Świętego Ludwika Gonzagi. Pojechałam z nim w dniu Świętego Jana do Saint-Ferdinand, a nazajutrz do Saint-Charles, aby zobaczyć kościół i nasz przyszły dom... Udzielił bierzmowania naszym dzieciom 1 lipca. Wyjechał stąd 2...

Ten miesiąc lipiec zapowiada mi twoje święto, szczęśliwe dni, kiedy z bliska składałam ci życzenia. W pełni pragnąc się spotkać z moją (czci)godną Matką, nigdy nie odmieniłam się w moim powołaniu, jak również moje cztery towarzyszki podróży; łączymy ten pociąg do naszej misji z niezrównaną miłością do całego Zgromadzenia i jego (czci)godnej Matki, u której kolan jestem in C.J. najpokorniejszą córką.” 350
Ponieważ Biskup nie wyznaczył kapelana dla klasztoru w Saint Louis, Matka Duchesne podjęła nową próbę. Ku radości tych wszystkich, których to dotyczyło, wybór padł na nowowyświęconego księdza, Ojca Régis’a Loisel’a, pierwsze dziecko z Saint Louis, które wstąpiło do zakonu. Jego imię brzmiało jak muzyka w uszach Matki Duchesne. Nie przybył on jeszcze, kiedy pisała do Matki Barat 24 lipca:
Spędziłyśmy twoje święto na Krzyżu, bez Mszy, mając w tym dniu w Saint Louis tylko jednego księdza, który nie chciał opuścić parafii ze względu na twoje święto. Przybył udzielić nam błogosławieństwa i świętej komunii; a jako że tego dnia miałyśmy wszystkie eksternistki, a M. Dutour miała nazajutrz odjechać, rekreację odłożono na dzisiaj, na czwarek. Byłam też bardzo zajęta myślą, jaką miałam, aby również zjechać (do Luizjany), a M. Xavier żywo mnie do tego naciskała z powodu nalegań, jakie się jej samej czyni ze strony mieszkańców miasta Opelousas, aby tam przenieść jej zakład. Porozmawiałam o tym z Monseigneur’em co do pierwszej wskazówki, i nie był on (tego) zdania; nie mając żadnej możliwości uzyskania jego odpowiedzi przed odejściem parostatku, skonsultowałam się z W. O. przez ekspres, który podróżował nocą. Jego odpowiedzią było, że nie widział, by ta podróż była użyteczna; byłam bardzo rada z tej decyzji...

Ponieważ Pani Dutour czyni nam wielka pustkę, byłoby mi trudno pozwolić sobie na nieobecność.” 351
Nie wprowadzono w życie projektu przeniesienia do Opelousas klasztoru z Grand Coteau, dokonało się jednak połączenie z La Fourche. Nominację Matki Dutour na Przełożona potwierdzi w porę Matka Barat, chociaż Biskup nie zaczekał, aż decyzja ta zostanie podjęta i zapowiedział przybycie nowej przełożonej Siostrom Róży Elder i Reginie Cloney, obiecując im, że będą prędko wysłane do nowicjatu w Saint Michel, zgodnie z instrukcjami Matki Generalnej. W rzeczywistości, te dwie zakonnice przywdziały habit i biały welon nowicjuszek Sacré Coeur, lecz pozostały w La Fourche, aby nadal wypełniać tam zadanie rozpoczęte przez nie w roku 1825, i stały się doskonałymi zakonnicami. Tymczasem Matka Duchesne pozostawała w niewiedzy, co do wszystkich tych spraw, jakie działy się w Luizjanie.
Matka Dutour, chociaż zajmowała już zaufane stanowiska w Zgromadzeniu przed swoim wyjazdem do Stanów Zjednoczonych, rozpoczęła swą misję w La Fourche z gorliwością większą od roztropnością. Matka Magdalena Zofia miała o niej bardzo dobre mniemanie i myślała, że będzie bardzo skuteczna w misji amerykańskiej. Była, jak Matka Audé, Sabaudką, i z tej racji Filipina miała nadzieję, że nawiąże się między nimi dobre porozumienie, ale nic takiego się nie stało. Przy małej wspólnocie czterech sióstr Matka Dutour usiłowała zaproponować w La Fourche program równy programowi z Saint Michel. Matka Audé, która, mimo swojej natychmiastowej akceptacji nowicjuszek z Loretto, przeciwna była połączeniu, natychmiast okazała swój stanowczy sprzeciw. I chociaż miała bardzo dużo czasu na ponowne jego wyrażanie przez 12 miesięcy poprzedzających przyjazd Matki Dutour do Luizjany, dopiero 25 sierpnia 1828 roku, to znaczy mniej niż miesiąc po tym fakcie, napisała do Matki Barat:
Matka Duchesne pisze mi, bym wysłała nasze sieroty do La Fourche. Ale jak będziemy mogły to uczynić tym biednym dzieciom? Zajmują się same sobą, są ubogo ubrane, mają proste wyżywienie, są uformowane do wszelkiego rodzaju prac i przygotowane zarabiać na życie pracą ręczną. Jak można by je zmieszać z pensjonarkami z La Fourche, które są równie wielkimi pannicami, jak nasze? Czy nie grozi to tym, że wywoła kontrast niebezpieczny dla jednych i upokarzający dla drugich? Wielebna Matko, oczekuję na Twoje instrukcje, aby pokierować moim działaniem. Cokolwiek mi powiesz, to uczynię. Nie mogę jednak oprzeć się potrzebie powiedzenia ci, że byłaś marnie poinformowana na temat domu w La Fourche. Wydaje mi się, że gdybyś wszystko wiedziała, nigdy byś tego nie zaakceptowała. Pytasz mnie, Wielebna Matko, czy pytam się o zdanie Matki Duchesne. Konsultuję się z nią, jak czynię to z tobą, we wszystkim, co dotyczy cnoty zakonnej, którą posiada, jak prawdziwa święta. Ale w każdym innym temacie wolę mieć bezpośrednie odwołanie do ciebie. Twoje odpowiedzi są równie szybkie, jak jej, ale z tą różnicą: twoje dają mi pewność działania (zgodnie) z kierunkiem Zgromadzenia, pewność, której nie ofiarowują mi jej (odpowiedzi). Nie jestem bardziej oddalona od ciebie, niż od Matki Duchesne... A więc, droga Wielebna Matko, pozwól mi bezpośrednio odwoływać się od ciebie. Nie odmawiaj tego twojej Eugenii...”
Stawało się oczywiste, że Matka Audé uchyliła już swój klasztor spod władzy Matki Duchesne, a to nie umknęło „Matce prowincjalnej”. Ponadto, wtedy gdy zakład w Saint Michel nadal prosperował z osiemdziesięcioma uczennicami, nie licząc sierot, o których jest wzmianka, Matka Audé wydaje się być opętana nieuzasadnionym strachem, że „jej instytucja” - a element osobisty jest tu więcej niż widoczny – mogłaby być wystawiona na niebezpieczeństwo przez aktywności małego klasztorku, położonego na drugim brzegu potężnej Mississipi, o trzydzieści czy więcej mil w stronę Bayou La Fourche. W odpowiedzi na ten list Matka Barat napisała:
Kieruję do ciebie list dla Matki Dutour, przeczytaj go i jej wyślij. Matka Ducis352 otrzymała twój list z miesiąca sierpnia... Podaj mi wszystkie szczegóły na temat La Fourche i powiedz mi wyraźnie, czy mój ostatni list na ten temat ma sens. Na taką odległość nie wiem, co powiedzieć, ani czy to, co mówię jest mądre... Twój własny dom wydaje (mi) się być w pełnej ekspansji. Twoje powodzenie miałoby czym mnie przerażać, moja córko, gdybyś nie składała całego tego sukcesu na rachunek Serca Jezusa i gdyby nie zanurzał cię on w głębokiej pokorze...”
Jesienią 1828 roku Matka Duchesne wprowadzona została na bieżąco w tarcia i rywalizacje, jakie przejawiały się w Luizjanie. We wrześniu, przyjęła dwie nowicjuszki z Saint Michel, Marię L'Eveque i Eulalię Guillot. Pierwsza była jedna z sześciu sióstr, które wstąpiły do Zgromadzenia, druga jedną z trzech nowicjuszek z La Fourche. Nie było to ściśle tym, czego Matka Duchesne oczekiwała, aby zastąpić Matkę Dutour, bo miała do czynienia z młodymi, kruchymi kobietami, co do których żywiono nadzieję, że klimat Missouri będzie dla nich korzystny. Maria złożyła pierwsze śluby w październiku; Eulalia kontynuowała swój nowicjat we Florissant. Matka Audé odmówiła posłania jakiejkolwiek innej pomocy do Saint Louis.

Wstąpienie do nowicjatu jednej z innych uczennic z Florissant, Adeliny Boilvin, siostrzenicy Matki Emilii Saint Cyr, było jedną z rzadkich radości Filipiny tej jesieni. Przejawiała całkiem szczególne zainteresowanie dla tej sieroty, zarazem delikatnej i zdolnej, wychowanej przez swoją babkę Saint Cyr po stracie Ojca w wypadku na rzece. Adelina okazała się godna starań i uczucia okazywanego jej przez Matkę Duchesne i darzyła ją podziwem, który przez lata tylko się powiększał, zachowując jak skarb notatki i listy swojej matki duchownej. Przygotowując się do przyjęcia habitu i białego welonu napisała, aby skonsultować się z nią w sprawie swojego zakonnego imienia353. Otrzymała następującą odpowiedź:


Będzie dla mnie wielką radością gdybyś nosiła imię świętego, którego cnoty, jak mam nadzieję, będziesz naśladować. Wybierz spośród tych: „Luiza, Luizja albo Gonzaga”, bo Alojzja zostało już wzięte. Mam nadzieję, że choroba Matki Oktawii nie zaburza (wam) nowicjatu, lecz przeciwnie, ściąga na niego rozliczne łaski. W waszych kochających sercach będziecie miały radość z przynoszenia jej najsłodszej z pociech w jej cierpieniach, radości z oglądania, jak pracujecie z odwagą, aby zasłużyć na tytuł oblubienicy najdoskonalszego i najbardziej kochającego Serca Jezusa.

Ty, bardziej od kogokolwiek tutaj, możesz się przyczynić do gorliwości (całej) grupy. Jarzmo Pańskie, które radośnie niosłaś od młodości, przygotowało cię do praktykowania cnót życia zakonnego i posuwania się naprzód w sposób stanowczy pod sztandarem Najświętszego Serca Jezusa. Na nim wyczytać można tylko (te) słowa: cierpliwość, prostota, pamięć, posłuszeństwo, regularność, milczenie, ofiara. Obyś mogła zasłużyć, by mówiono o tobie to, co powiedziano o patronie, którego wybrałaś, jak również o Berchmans’ie i licznych zakonnicach, które znałam: abyś nigdy ze swojej winy nie zaniedbała praktykowania najdrobniejszego punktu obserwancji. Takiego właśnie szczęścia ci życzę... Powiedz ode mnie serdeczne słowo każdej z twoich towarzyszek.”
W początkach października Matka Duchesne dowiedziała się, że poświęcenie nowego kościoła w Saint Charles ustalono na 12 tego miesiąca, z nadzieją na ponowne otwarcie przy tej okazji klasztoru. Trzeba było poczekać z tym aż do czerwca, by stary dom Duquette został naprawiony i przystosowany do zamieszkania, zanim siostry na nowo będą w nim przebywać. Wybrała wtedy dwie zakonnice, do których, jak wiedziała, mogła mieć pełne zaufanie, bez względu na trudności, na jakie natrafią. Widziała je w działaniu we Florissant i znała ich wspaniałe usposobienia, duże poczucie humoru, szybkie wyczuwanie spraw Bożych, co czyniło z nich tak sympatyczne towarzyszki. Matka Mary Ann O'Connor miała około dziesięciu lat więcej od swojej przyszłej Przełożonej, Matki Lucylii Mathevon, której radosny śmiech i jasny głos tak uprzyjemniał życie wspólnotowe.

Matka Duchesne wraz z Matką Berthold zawiozła je do Saint Charles. Z Florissant wyruszyły wcześnie, 10 października, z małą ilością zapasów. Dawne miejsce swojego zamieszkania znalazły w stanie straszliwym nawet dla kobiet, które od dawna przywykły do życia na pograniczu. Potrzeba było odwagi nawet po to, aby wejść do starego domu. Posprzątanie go i przystosowanie do zamieszkania wymagało energii wspartej nadprzyrodzoną miłością.


Nie było już ani drzwi wewnętrznych, ani ram okiennych, ani okien. Miejscami podłoga zapadła się aż do piwnicy, gdzie okoliczne świnie i barany znalazły schronienie w poprzednich latach. Powietrze cuchnęło zapleśniałą wilgocią i zgnilizną. Z pomocą pewnej indiańskiej kobiety przywiezionej przez siostry z Florissant, szybko przygotowano dające się pokazać pomieszczenia. Cieśle z wioski zatkali ziejące dziury w podłodze i w dachu i przywrócili na miejsce głazy fundamentów, wcześniej podkopane przez zwierzęta. Dokonano nadzwyczajnej pracy, skoro po południu drugiego dnia pomieszczenie centralne przekształcono w prowizoryczną kaplicę. Wykonano ołtarz i ławki o topornej konstrukcji, biegnące z dwóch stron wzdłuż pomieszczenia. O godzinie szóstej zadzwonił mały dzwon. Monseigneur Rosati i dwunastu księży weszło w procesji, zajęło miejsce i odśpiewało oficjum poświęcenia kościoła z całą pobożnością i godnością, jakiej wymaga służba liturgiczna.” 354
Nazajutrz o świcie sprawowano w małej kaplicy szereg kolejnych Mszy, na kamieniu ołtarzowym przeznaczonym dla nowego kościoła. Księża, od dawna przyzwyczajeni do pionierskiego życia, zgadzali się z humorem, aby śniadanie serwowano im kolejno na pustej baryłce. Poczęstunek był obfity, bo ludzie z wioski przynieśli smażone mięsa, chleb kukurydziany i dużo innych zapasów. Nim minął pierwszy dzień, ich wielkoduszność zyskała serce Matki Mathevon. O dziesiątej rozpoczęła się ceremonia poświęcenia… Zakonnice Sacré Coeur uczestniczyły w niej podzielając entuzjazm mieszkańców, którzy tłumnie przybyli do kościoła, kiedy nazajutrz Biskup bierzmował siedemdziesiąt osób i wygłosił kazanie na swój prosty i ujmujący sposób. Matka Duchesne i Matka Berthold pozostały jeszcze jeden dzień, a następnie powróciły do Saint Louis.

Po tych tak intensywnych dniach w Saint Charles nastąpiły tygodnie udręczenia i kolejne miesiące strapienia, kiedy to Matka Duchesne spostrzegła, że napięcie w Luizjanie wzrasta. Pełen oburzenia protest Matki Audé dotarł do niej w niewłaściwym momencie, jak gdyby po to, aby pogłębić niepokoje, które ją przygniatały. Kasa klasztoru była pusta. Florissant potrzebowało pomocy finansowej. Pan Mullanphy poprosił Filipinę o udzielenie gościny Siostrom Miłosierdzia przybywającym z Emmitzburg’a w Marylandzie. Mogła im ofiarować jedynie pomieszczenia w zakrystii, co było tym bardziej kłopotliwe, że ich Przełożona, Matka Xavier Love była w chwili ich przybycia bardzo chora. Dotkliwe strapienie ciążyło od dziesięciu dni sercu Filipiny, od kiedy Msg Rosati podczas przyjacielskiej wizyty podzielił się z nią swoim niepokojem na temat ciężkich długów, jakie pozostawił Msg du Bourg i księża, którzy odjechali z nim do Francji. Nie miała mu nic do ofiarowania, poza być może kieliszkiem dobrego wina z Francji, pochodzącego z produktów, jakimi Pan Reuilly płacił w naturze za pensję swojej córki Izabelli. Jak Matka Eugenia mogła w takiej sytuacji domagać się czegokolwiek od Matki Duchesne? Ton i treść jej listu można odgadnąć z kilku linijek skierowanych przez Filipinę do Biskupa 17 listopada:


Przedmiotem mego listu jest list, który otrzymałam od matki Eugenii, która wysyła mi kopię fragmentu z Gazety, gdzie umieszczono prospekt Pani Dutour, co jest przeciwne naszym zwyczajom. Tym jednak, na co skarży się Pani Eugenia jest to, że wszystkie te artykuły naszego nauczana są tam zapowiedziane z odmienną ceną pensji, co musi z konieczności odebrać jej dzieci i być może przeszkodzi jej spłacić długi. Dodaje ona, że jest część La Fourche, która poprzysięgła doprowadzić do upadku zakład w Saint Michel przez ten z La Fourche. Uważam również, że Pani Dutour wcale nie wzięła pod uwagę rzeczy, które zadecydowano dla jej zakładu... A wszystko to nie będąc przełożoną, bo tylko Matka Generalna takie (rzeczy) czyni. Wszystko to powiedziałam jej i nie oczekuję żadnej na to reakcji, aby zapobiec temu, czego obawia się Pani Eugenia. Proszę więc, Monseigneur’a, o wymaganie... (tu następuje pewna liczba próśb). Przepraszam Monseigneur’a, że odciągam go dla naszych spraw, wiem jednak, że mówię do Ojca, co pozwala na całe zaufanie tej, która uważa się za szczęśliwą mogąc się nazwać jego najbardziej oddaną sługą i córką.”
Tej jesieni Filipina miała jeszcze rozliczne powody do tego, aby się modlić. Z listów i z lokalnej prasy dowiedziała się o nieporządkach politycznych, jakie od nowa niepokoiły Francję i o towarzyszących im prześladowaniach religijnych. Matka Barat mówiła o „dniu postrachu”, o „smutnej epoce” i o wygnaniu jezuitów, które stanowiło część radykalnego planu mającego na celu zakazanie wszelkiej chrześcijańskiej edukacji młodzieży. Przez Józefinę Savoye de Rollin znany jej był aktywny udział rodziny Perier we francuskim życiu politycznym. Czterech z jej kuzynów było w Izbie Deputowanych, a każdy z nich był człowiekiem o wyrazistych przekonaniach: Kazimierz, zawsze konserwatywny, zasiadał w prawicy, Augustyn w centro-lewicy, Kamil w lewicy, a Aleksander w skrajnej lewicy. Te rozbieżności polityczne nie powodowały jednak żadnego rozłamu w ścisłych więziach łączących Perier’ów. Bolesne wydarzenia rodzinne jednoczyły ich bardziej niż kiedykolwiek, a Józefina podała wszystkie ich szczegóły w liście, który potrzebował ponad pięciu miesięcy, aby dotrzeć do Saint Louis. Spiesząc się z odpowiedzią Filipina napisała 25 listopada:
Twój list podaje interesujący i zwięzły obraz sytuacji, w jakiej znajduje się aktualnie nasza liczna rodzina. Nie zapominasz o niczym z wszystkiego, co jest mi drogie i o wszystkich tych, z którymi wiąże mnie uczucie wdzięczności. Serce prowadzi twoje pióro. Dobrze wyczuwając życzenia mojego (serca) napisałaś mi o wszystkim, co najgłębiej je dotyka. Tak więc odwołuję się do twego serca, aby wyrazić całą moją serdeczną sympatię dla Pani Augustynowej Perier i Pani Kamilowej Teisseire w nieszczęściach, jakie je spotkały355. Znałam dzieci, do których były tak czule przywiązane, tak więc mogę zrozumieć ich smutek, że tak wcześnie je utraciły. Wobec takich doświadczeń nic nie można uczynić, poza pochyleniem głowy i adorowaniem dróg Boskiej Opatrzności, dróg, które nie są naszymi. Jestem jednak stanowczo przekonana, że Bóg ściął te wspaniałe młode istnienia jedynie po to, aby jak najszybciej wynagrodzić te cnoty, które mogłaby przyćmić płochość.”
Następnie daje swobodny upust swojemu pióru, opisując z oczywistą satysfakcją ceremonie, w jakich uczestniczyła w Saint Charles w październiku, i postępy innych szkół w Luizjanie i w Missouri. „Tu w Saint Louis, podsumowuje, mamy setkę dzieci, lecz większość (z nich) jest w szkole bezpłatnej. (Powszechny) brak pieniędzy pozwala nam mieć jedynie mało pensjonarek.”

Ledwie zdążyła zapieczętować swój list, kiedy to dowiedziała się o beznadziejnym stanie Matki Berthold. Zrozumiała wtedy, że musi złożyć ofiarę z Régis Hamilton. 29 listopada ta młoda Matka zamieniła się miejscami z Teresą Detchemendy. Smutek jednej stał sie radością drugiej i Teresa doceniła przywilej ponownego podzielania życia z Matką Duchesne. Nie traciła czasu, aby napisać do Matki Barat: „Jestem znowu w Saint Louis z moją drogą Matką Duchesne. Nie mogę Matce opisać wszystkiego, co ona robi, ani wszystkiego, czego się wyrzeka, abyśmy mogły mieć więcej. Można naprawdę powiedzieć, że jest jak ofiara spalająca się nieustannie na rzecz naszego drogiego Zgromadzenia.”





Directory: images
images -> Lokalna strategia rozwoju lokalnej grupy działania „lider zielonej wielkopolski” na lata
images -> „ Gra tajemnic reżyseria Morten Tyldum. Czas projekcji 110 minut
images -> Wykład z polityki gospodarczej Temat 3 Polityka pieniężna I walutowa Pojęcie I cele
images -> Skarżyski klub szaradzistóW „anagram” zał. 12 maja 1958 roku przy miejskim centrum kultury im. Leopolda staffa 26-110 skarżysko-kamienna, ul. SŁOwackiego nr 25
images -> Załącznik 1
images -> Postępowanie znak: sz-2100-13(52/ZP/07)-07
images -> Spzoz/ZP/…
images -> Xviii konferencja naukowo – szkoleniowagastroenterologii klinicznej wp
images -> Załącznik nr 3 do siwz opis przedmiotu zamówienia (opz) dot przetargu nieograniczonego znak: A/ZP/szp. 251-37/16 na: „dostawę wraz z wdrożeniem zintegrowanego elektronicznego systemu zarządzania dokumentacją medyczną”

Pobieranie 2.06 Mb.

Share with your friends:
1   ...   9   10   11   12   13   14   15   16   ...   26




©operacji.org 2020
wyślij wiadomość

    Strona główna