Louise callan, rscj



Pobieranie 2.06 Mb.
Strona10/26
Data25.10.2017
Rozmiar2.06 Mb.
1   ...   6   7   8   9   10   11   12   13   ...   26

1821 - 1823


Monseigneur du Bourg pojawił się w Saint Louis w czerwcu. W 7 dniu tego miesiąca udał się do klasztoru we Florissant, aby porozmawiać z Matką Duchesne o bardzo ważnej sprawie. Wspomina ona ten fakt w swoim Dzienniku, a przed końcem roku 1821 bardzo często powracać będzie do niego w swoich listach.


Zaproponowano nam fundację w Opelousas w Luizjanie, gdzie Pani Smith ofiarowuje nam dom, ziemie, meble i pieniądze na wydatki podróży. Wyraziłyśmy na to zgodę, a Monseigneur, który już się urządził, aby jedna z jego siostrzenic przechowała u siebie217 dwie zakonnice mające przybyć z Francji, myśli, że jedna z nas powinna pojechać do Opelousas, aby je tam przyjąć, bo właśnie tam przybędą.”
Poddając się tak szybko sugestiom i radom Biskupa, Matka Duchesne działała w ramach udzielonych jej uprawnień. Rozmawiała o tym wiele razy z Matkami Berthold i Audé i modliła się intensywnie, aby poznać wolę Bożą. Doradczynie nakłaniały ją do przyjęcia daru, chociaż nie miała żadnego wyobrażenia o miejscu, gdzie znajdowało się Opelousas218. Zwłaszcza Matka Audé była pełna obaw co do uczestnictwa w tym nowym przedsięwzięciu.

Cały dzień rozmawiano o planowanej fundacji i zakonnice były pod szczególnym wrażeniem korzystnych opisów Monseigneur’a. Odległości, trudności transportowe i komunikacyjne, niepewność, co do posiadania tam kapelana, wszystko to zostało przemilczane. Perspektywa obecności dwóch nowych sióstr przybyłych z Francji i fakt, że było we Florissant wiele postulantek i pięć wybitnych nowicjuszek, pozwalał brać pod uwagę posłanie grupy sióstr do Luizjany. Wszystko to znajdowało się jednak zaledwie w stadium hipotez, bo Matka Duchesne musiała troszczyć się o cztery nowicjuszki mówiące po francusku i siostrę Layton, która zaczynała język ten rozumieć. Ponadto przybyły z Francji listy informujące ją o śmierci jej ukochanej siostrzenicy Alojzji.



30 czerwca Filipina podsunęła Przełożonej Generalnej myśl o fundacji w Luizjanie w liście, który wydaje się napisany z większą niż zwykle powagą. Projekt przedstawiono jej w tak korzystnym świetle, że przywiązała się do niego całym sercem i pragnęła przez jego opis przekonać Matkę Barat do własnych poglądów. Jednak i inne tematy były bardzo drogie jej sercu i od nich zaczyna:
Otrzymałam twoje listy zawierające życiorys Alojzji i listy jej kuzynek. Spodziewałam się tej straty i boleśnie ją odczułam, bo skłoniła mnie do popatrzenia na samą siebie. To życie tak krótkie, tak dobrze wypełnione, daje mi lepiej odczuć bezużyteczność mojego i nadużycie tylu łask, które zastają mnie całkiem jeszcze niedoskonałą i nieumartwioną. Im więcej się nad nimi zastanawiam, tym bardziej mnie one zadziwiają i wywołują drżenie. Spośród wszystkich wyróżniam szczególnie tę, że należę do ukochanego Zgromadzenia. Przysporzyłam mu Alojzji, oby jej zasługi mogły wyrównać moje błędy i uzyskać dla mnie od Boga możliwość wynagrodzenia za przeszłość!... Pani Smith, bogata wdowa, sześćdziesiąt wiorst od Nowego Orleanu, w dzielnicy zwanej Grand-Coteau, gdzie ufundowała parafię i kazała zbudować kościół, chce sprawić tej części Luizjany zakład naukowy i uczyniła darowiznę dla Monseigneur’a z 4 000 morgów ziemi, częściowo lasu, częściowo ziem pod kukurydzę i bawełnę. Aby to przygotować, buduje się tam dom większy od naszego. Ofiarowuje się ona opłacać utrzymanie wielu zakonnic przez rok, dać im murzyńską rodzinę na posługi, umeblować dom i opłacić wszystkie koszty podróży z Paryża. Monseigneur roztoczył przed nami korzyści z tej fundacji, mogącej powtórzyć w Dolnej Luizjanie dobro, którego tu próbuje się (dokonać), bez narażania się tam na mrozy zimy i na choroby Nowego Orleanu, co zmusza rodziców, albo do odbierania dzieci każdego lata, albo do trzymania ich w domu. A ponieważ ta część Luizjany jest bogata, dostarczy więcej uczennic niż tutaj.

Monseigneur zaproponował mi odwiedziny u M. Smith, lecz rozważając 1. koszta długiej podróży, 2. że M. Oktawia i Eugenia nie mogą funkcjonować bez pośredniczki, 3. że M. Eugenia, przez swoją powierzchowność, cnotę, swoje pociągające maniery, łatwość jaką ma porozumiewania się po angielsku mogłaby sprawić większe dobro, zaproponowałam ją Monseigneur’owi, aby wzięła na siebie ten zakład, z obowiązkiem powrotu tutaj podług twoich poleceń...

Nasze wspólne opinie są na rzecz drugiego zakładu: 1. ponieważ Dolna Luizjana jest konieczna, aby mogła prosperować Górna, 2. ze względu na łagodność klimatu, dla niektórych temperamentów, 3. ponieważ zwrot kosztów podróży pozwoli nam spłacić nasze najtrudniejsze długi, a nie widzimy żadnego wyjścia, aby się od nich uwolnić, bez pomocy obcej, wobec jeszcze w całości 15 000 fr. 4. ponieważ przyjąwszy pięć dobrych nowicjuszek pozostaniemy w wystarczającej liczbie i będziemy mogły przyjąć trzy postulantki, które się zgłaszają, co byłoby niemożliwe, gdyby przybyły nasze Siostry, bo wiele śpi na poddaszu, co byłoby w zimie nie do wytrzymania. Trzeba będzie, co wieczór, (nawet) bez większej liczby ludzi, ścielić sobie łóżko w klasie, refektarzu, etc.

Dwa zakłady, dalekie od nałożenia na nas długów, częściowo je zlikwidują. Będziemy mogły podwoić liczbę nowych oblubienic, uczennic i ubogich, rozszerzyć nabożeństwo do Najświętszego Serca i mnożyć Jego ołtarze. Oto bardzo rozstrzygające motywy. Nie jest też sprawą obojętną nakazać zakonnicom podróżować, aby następnie powróciły do innego (miejsca) przeznaczenia, które, jak mi się to zdawało, było w twoich zamiarach. Toteż napisałam do moich sióstr, aby nadal podążały drogą wyznaczoną przez Monseigneur’a, obiecując im M. Eugenię, która, jak mam nadzieję, odstąpi nam Matkę Lucylę, konieczną tutaj ze względu na swój wiek, jeśli mnie zabraknie. M. Eugenia..., pójdzie odważnie ku swemu przeznaczeniu, jak tylko otrzymamy wiadomość o przybyciu naszych Sióstr, a Bóg uczynił ją do rozkazywania.” 219
Miesiąc lipiec był bardzo gorący. Matka Duchesne przeznaczała dużą część swego czasu dla dzieci i nowicjuszek. Były one całą jej nadzieją na przyszłość i od początku chciała wyrobić w nich solidne cnoty, aby stały się pokornymi, odważnymi i pełnymi samozaparcia zakonnicami. Uczyła je zanurzać się w sercu życia duchowego, wyzwalać od pułapek miłości własnej uniemożliwiającej oglądanie rzeczy w prawdzie, poznawać usposobienia Najświętszego Serca, aby znaleźć w nich wzór i przyczynę całego ich życia zakonnego. W metodzie tej nie było miejsca na przymus, pociągała jednak za sobą tak wielkie nabożeństwo do Najświętszego Serca u tych młodych Amerykanek, że często należało hamować ich zapał w dążeniu do poddania woli własnej Woli Chrystusa.

Filipina doznawała niekiedy poczucia niemocy w obliczu trudności duchowych na jakie natrafiały takie nowicjuszki, jak Emilia Saint Cyr czy Matylda Hamilton, która z racji swego usposobienia wystawiona była na trudne do przezwyciężenia pokusy. Duch Święty postawił jednak u boku Matki Duchesne mądrych doradców: księdza Delacroix i innych księży, do których miała pełne zaufanie. 30 lipca przybył Monseigneur du Bourg, nie po to jednak, by celebrować święto świętego Ignacego, lecz by nalegać na wyjazd Matki Audé do Luizjany przed przybyciem zakonnic oczekiwanych z Francji. Nie było to rozsądne, i Filipina przeciwstawiła się temu, lecz Monseigneur’owi nie oparto się i tym razem. Kiedy zapowiedział, dosiadając nazajutrz swego wierzchowca, że parostatek wyrusza z Saint Louis do Nowego Orleanu w najbliższą niedzielę i że zarezerwuje miejsca dla dwóch zakonnic, przygoda stawała się rzeczywistością. Pozostały cztery dni na przygotowanie podróży. Wszystko, z czym można się było rozstać, i wiele z tych rzeczy, z którymi rozstawać się nie należało, zapakowano, umieszczono w pudełkach, paczkach, torbach, a Matka Duchesne wyasygnowała 100 dolarów na koszty podróży i drobne wydatki. Matka Audé i Mary Layton opuściły klasztor wcześnie rano 5 sierpnia, aby trzy godziny później wejść na pokład statku „Rapide” na przystani przy rue du Marché.


Tydzień po ich wyjeździe Matka Duchesne zaczęła być o nie bardzo niespokojna. Nowiny przysłane jej przez Biskupa nie były pocieszające. 15 sierpnia powierza więc swe troski Matce Barat, dodając szczegóły na temat Florissant, gdzie w tym dniu rozpoczynały się doroczne dwutygodniowe wakacje.
Sądziłyśmy, z różnych listów, że nasze drogie siostry musiały wyruszyć w miesiącu marcu, aby się do nas udać. Tymczasem list z Bordeaux, napisany do Monsiegneur’a 1 maja, nie mówi o żadnym zaokrętowaniu dotyczącym misji, co sprawiło nam dużą przykrość. I sam Monseigneur nie wie, co o tym myśleć. Pragnąłby tym bardziej naszych Sióstr, że myślał o drugim zakładzie w Opelousas, jak ci to wyszczególniłam w moich listach z 24 czerwca...

Obawiam się, by ten nowy dom i przyzwolenie, jakie na niego dałam, nie sprawił ci przykrości; powtarzam ci jednak bardzo mocne powody, które mnie do tego zdeterminowały... Eugenia poczuła się szczególnie nakłoniona do tego dzieła, a ja uważam ją za bardziej właściwą ode mnie, bo może zrozumieć angielski i wysłowić się w tym języku, jest odpowiednia do zarządzania wewnętrznego i zewnętrznego, zna się na wszystkim i może sprostać wszystkim potrzebom domu. Jej zdrowie zresztą widocznie się pogarszało, bo dla swoich płuc potrzebuje cieplejszego klimatu. Co prawda mamy tu przytłaczające upały, lecz przechodzi się od nich od razu do siarczystych mrozów, i niesłychanie trudno było sprawić, aby się przed nimi zabezpieczała. Myślałyśmy, że w ubieglym roku ją stracimy, dusza jej była jeszcze bardziej dotknięta niż ciało. Jej dobre samopoczucie było krótkotrwałe; znaczny i bardzo uporczywy ból oczu, z naprzemiennym kaszlem, gorączkami, kazał mi obawiać się, że zmarnieje. Bóg zdawał się ukazywać swoją wolę, czyniąc ją bardzo skłonną do objęcia prowadzenia domu, chociaż jej pokora musiała na tym ucierpieć. Było więc najpierw powiedziane, że wyruszy dopiero na wieść o przybyciu naszych Sióstr; lecz niepewność tej chwili sprawia, że pyta samą siebie, czy nie straciłoby się z tego powodu korzystnej oferty M. Smith i czy nie byłoby lepiej, aby udała się do niej, aby zadysponować wszystkimi rzeczami i, żeby kiedy przybędą nasze Siostry, można było natychmiast poddać się regule. Byłam najpierw zdziwiona tymi refleksjami i wyglądałam, jakbym wcale ich nie słuchała; lecz zrobiły na mnie wrażenie. Monseigneur’owi bardzo były w smak i w wigilię Św. Ignacego zadecydowano, że M. Eugenia wyruszy stąd z naszą pierwszą nowicjuszką, Siostrą Mary Layton... Nikt bardziej ode mnie nie stracił na tym odjeździe. Matka Eugenia była (mi) prawą ręką... Bardzo interesowała ona Monseignieur’a, gdyby mógł, dałby jej cały swój dom. Napisał do miejscowego proboszcza i do fundatorki list najbardziej pochlebny dla naszego Zgromadzenia, a dla niej w szczególności, chcąc, aby w niczym nie ingerowano w zarządzanie i administrację domu, mówiąc, że on tak postępuje i że to jest najlepsze... Mamy wciąż 22 piensjonarki. Nie wiem, czy upadek banku Missouri, jedynego, którego bilety się tu uznaje, a o czym dziś się dowiaduję, nie spowoduje być może zmiany dla pensjonatu. Cztery pozostałe nowicjuszki są bardzo dobre, zwłaszcza Amerykanki, a między nimi Siostra Régis, prawdziwy anioł niewinności, słodyczy i oddania. Jest najbardziej odpowiednia do zastąpienia M. Eugenii w pracy i w spiżarni, lecz, jak i ona, za mało je i wcale się nie oszczędza. Nowicjuszki kształcą się na Rodriguez’ie, katechizmie Constance’a i Historii Świetej. Jako że nie ma tu wcale skrótu ortodoksyjnego, streściłam z tekstu angielskiego wielkiej Biblii katolickiej220... Przetłumaczyłam i streściłam z angielskiego historię Ameryki i historię rzymską i zrobiłam skrót historii dawnej... Kiedy tutaj przybyłam uważałam, że już nie mam ambicji, ale czuję, że mnie ona pochłania aż do Peru. Pragnienia te są jednak spokojniejsze niż te we Francji, którymi tak bardzo ci się naprzykrzałam.” 221
Lekcje rozpoczęto 1 września od odczytania regulaminu szkoły i rozdzielenia urzędów. Nowicjuszki miały teraz swój udział w pracy w klasach, a matkę Oktawię mianowano mistrzynią główną. Czesne obniżono do 140 dolarów za rok. Wpłynęło bowiem bardzo mało pieniędzy, chociaż wyraźnie zaznaczono, że rachunki płatne są z góry. Matka Duchesne nic nie wspomina o tych trudnościach, kiedy 17 września wysyła do swej siostry Eufrozyny serdeczny liścik.
Otrzymałam twój list i ten mojego szwagra, niewątpliwie wyciągnięte na cle ze skrzynki, którą miałaś mi dobroć wysłać, a której wcale jeszcze nie otrzymałam. Jestem bardzo wdzięczna za te tak użyteczne dla nas prezenty, które mi posyłasz i które, jak mam nadzieję, dotrą do nas przy pierwszej okazji, bo twój list przyszedł pocztą.

Znałam już pocieszające szczegóły na temat drogiej Alojzji, jej siostry i mego dobrego chrześniaka222. Nazwę cię matką szczęśliwą, bo to, co twoje serce cierpi z powodu rozłąki z dziećmi nie może przeważyć nad słodką pociechą, że dałaś religii świętych, a obrońców przed Bogiem dla całej twojej rodziny.

Piszę do mojej dobrej Matki w Paryżu, aby zaświadczyła ci o użyciu renty, bo ja sama nie mogę nią dysponować; wciąż jednak trzeba, abyś zatrzymała 150 franków, które są ci należne od Pań z Nowego Orleanu i które od nich otrzymałam.

Chciałabym dłużej ci napisać, ale ból oczu bardzo mi przeszkadza, a lody zatrzymują wszystkie parostatki w tym sezonie; wsuwam tę karteczkę do listu, który pójdzie lądem do Nowego Jorku.

Tysiączne wyrazy przyjaźni dla moich sióstr, o których szczegółowych nowin dowiedziałam się z wielką przyjemnościa od ciebie i od Pani de Rollin.

Zaczęłyśmy drugi zakład w Dolnej Luizjanie, gdzie jedna pani dała dom i ziemie; jest to o trzy lub cztery tysiące wiorst stąd, to jak trzydzieści wiorst we Francji, tak bardzo powszechne są tu długie podróże.

Jestem cała dla ciebie; komplementy dla mego szwagra.”
Filipina miała rację, co do amerykańskich odległości i często przyjemnie zaskakiwali ją podróżni przybywających do Florissant. Misjonarze lazaryści, bardzo przywiązani do Sióstr Sacré Coeur, zatrzymywali się, aby je odwiedzić, spożyć posiłek, albo zwyczajnie się odświeżyć. Ojciec Delacroix przyjmował ich serdecznie w swoich bardzo skromnie wyposażonych apartamentach; później korzystano z zakrystii, i gościła ona wielu księży chorych, lub zmęczonych.

Monseigneur du Bourg przyjechał do Florissant we wrześniu 1821 roku z Ojcem Rosati’m z seminarium Sainte Marie. Umocnili dwie nowe postulantki, znajdujące życie zakonne trudniejszym niż się spodziewały, a Ojciec Rosati wyraził pragnienie, aby Panie Sacré Coeur otworzyły szkołę w Barrens. Miał do zaproponowania konkretny projekt. Ojciec Acquaroni zatrzymywał się tam często w drodze do Portage des Sioux, gdzie pracował wśród Indian, Metysów, traperów i handlarzy, ludzkiej zbieraniny, jaka tylko na „pograniczu” może się zgromadzić. Był w klasztorze na początku października, kiedy to Biskup odbył małą konferencję z nim i z wieloma innymi księżmi. Spędził następnie długie popołudnie z Matką Duchesne, dzieląc z nią swe plany i nadzieje. Po jego odjeździe, ożywiona nową gorliwością i pobudzona przez nowe ambicje wzięła papier listowy, aby przedłożyć Matce Generalnej swe ostatnie projekty misji:


Przełożony Seminarium w Barrens pragnie kilku z naszych w swojej parafii. Dom zbudowanoby na koszt mieszkańców, którzy mają po temu wszystko (co potrzeba). Dałby dla zakonnic całe potrzebne zboże, dostarczył kapelana i lekarza. Siostry otrzymywałyby tam pensje jedynie w produktach żywnościowych, bo nie ma tam pieniedzy. Lecz zakład, który najbardziej bezpośrednio zmierza do celu naszej misji, jest w Portage des Sioux, parafii położonej, wyjąwszy Kanadę, najbardziej na północ aż do jezior, i która nie ma żadnej granicy na zachodzie aż po Azję. Jest tam mąż apostolski, proboszcz trzech parafii, nauczyciel szkolny, pieśniarz, rolnik, Ojciec ubogich i żyjący, jak oni. Jego wieś jest miejscem, gdzie zatrzymują się wszystkie łodzie dzikich spływające po Mississipi i gdzie zatrzymują się też wszystkie barki handlarzy, którzy idą w te ogromne ziemie w poszukiwaniu (skór) zwierząt futerkowych. Na swoich różnych posterunkach, całe lata oddzieleni od żon, wybierają je sobie chwilowo spośród dzikusek, a nie wiedząc, co robić z dziećmi, które rodzą się z tych zbrodniczych związków, pozostawiają jej ich matkom, i dzieci te, urodzone z ochrzczonych ojców, wychowują się jak nieokrzesane ze swymi matkami. Ponieważ jednak wielu z tych podróżników jest bogatych, nie ma wątpliwości, że gdyby wiedzieli, gdzie umieścić swe dzieci, daliby im wykształcenie. Otóż jest to projekt dobrego proboszcza. Zbuduje on dom, zorganizuje farmę, którą pozostawi zakładowi przy swoim domu dla sierot czy metysek, i myśli słusznie, że skoro żywność jest często za nic w tym kraju, zaopatrzy się soląc mięsa etc… Dzicy z okolic zabijają koziołki często tylko po to, aby mieć skórę i bez troski o przyszłość porzucają mięso albo sprzedają je za nic. Tam to jest najbardziej użyteczny i najbardziej łatwy do założenia zakład. Jest on też najbardziej podobny do zakładu Marii od Wcielenia i najbardziej odpowiadający widokom, jakie nas tu sprowadziły. Nie miałabym innych pragnień, jak poświęcić mu swoje życie, jeśli Bóg tego chce. Jeśli Opatrzność sprawi to, co ci powyżej powiedziałam, aby pozwolić nam spłacić długi, będziemy mogły od tego roku pomagać temu zakładowi, dla którego bardzo właściwa byłaby Siostra Małgorzata; ponieważ jej siły się zmniejszają, można używać jej tylko do spokojnych zajęć, a byłoby to zgodne z jej gustami, (a) nie ponad jej możliwości. ” 223
List ten, rozpoczęty 7 października, pisany był w różnych chwilach i przez trzy lub cztery dni. 12 października Filipina usiadła, aby go dokończyć, ale przerwał jej gwar głosów i ktoś zapukał do drzwi. Otworzyła je, aby przyjąć Ojca Acquaroni i księdza, o którym wiele słyszała, Ojca Richard’a z Detroit. Pragnęli długo porozmawiać z nią o tym, co interesowało ich najbardziej: o misji, o zbawianiu dusz i o środkach koniecznych do realizowania tych projektów. Filipina kontynuuje później swój list do Matki Barat224, mówiąc jej o tym, jak pilna jest prośba Ojca Richard’a o wspólnotę zakonnic Sacré Coeur w Detroit. Podjęła nawet próbę nakreślenie dróg, jakimi mogłaby podróżować przez całkiem dzikie regiony, aby dotrzeć do Wielkich Jezior. Jej znajomość geogafii Ameryki jest jeszcze bardzo pobieżna; nie mogłaby w żadnym wypadku ustalić map tych dróg, lecz jej gorliwość i miłość do innych czyniła ją gotową do podjęcia takiej podróży, jeśli tylko otrzyma na to upoważnienie Matki Przełożonej. Tymczasem kontynuowała swoje zmagania we Florissant pełniąc wielkie i dyskretne zadanie formowania nowych członków Zgromadzenia.
W klasztorze szykowało się pewne wydarzenie, o którym Filipina wspomina w swoim Dzienniku:
21 listopada. Pierwsza Msza w kaplicy, podczas której (jest dla nas) Święta Komunia i Odnowienie Przyrzeczeń chrzcielnych o 5h30 ; o 6h Msza Dziękczynna, o 7h30 3-cia Msza, podczas której dzieci Maryi przyjęły Świętą Komunię. O 11h cały kler udał się w procesji z naszej rozmównicy do nowego kościoła, który pobłogosławił Ksiądz Delacroix. Sumę odprawił wtedy Ojciec Niel, proboszcz z Saint Louis, śpiewały na niej nasze dzieci, przy akompaniamencie pianina w wykonaniu Ojca Deys’a. Ojciec Anduze wygłosił kazanie na temat uroczystości dnia, po odczytaniu dekretu zwalniającego administratorów i wydającego im polecenie zwrócenia proboszczowi pieniędzy, które były im powierzone i całego wyposażenia dawnego kościoła.

29 listopada, uroczystość erygowania ołtarza poświęconego Świętemu Franciszkowi Régis. Nie można było wcześniej wypełnić naszego ślubu. Ołtarz mieści się w naszym chórze, na lewo, blisko balustrady, gdzie zakonnice przyjmują komunię.”
Ponad ołtarzem zawieszono obraz, który Monseigneur du Bourg darował Matce Duchesne. W towarzystwie świętego misjonarza z Vivarais Matka Duchesne czuwała przed tabernakulum, pozwalając czasem i nowicjuszkom podzielać swój przywilej, częściej jednak sama przed Panem, do którego pragnęła pociągnąć wszystkie dusze.
Nadeszło Boże Narodzenie, Msza o północy, wystawienie Najświętszego Sakramentu przez cały dzień, Msze dla dwóch parafii z kazaniem po angielsku i po francusku, nieszporami i błogosławieństwem: Filipina była w swoim żywiole. W takich chwilach zależało jej na tym, aby przekazać swoim nowicjuszkom ducha modlitwy. Adoracja była dla niej uznaniem własnej małości przed wielkością Boga. Był w tym szacunek i lęk w obliczu Jego nieskończonej Świętości, była czuła i dziecięca miłość skierowana ku Ojcu, którego Opatrzność nigdy jej nie zawiodła. Natchnione piękno modlitwy liturgicznej z jej łaskami i jej wewnętrznym duchem przyciągało ją równe silnie, jak intymna komunia z Bogiem podczas milczących czuwań przed tabernakulum. Każdego dnia dusza jej otwierała się z nieskończoną wdzięcznością na Boże dary, następnie roztapiała w uniżeniu, kiedy to uświadamiała sobie swą radykalną niezdolność jako stworzenia do osiągnięcia nadprzyrodzonej doskonałości, do której dążyła, czy do wypełnienia zadania, które jej powierzono. Jednak niezłomna wiara w łaskę posłuszeństwa stanowiła dla niej oparcie, starała się więc również u nowicjuszek rozwinąć wierność i poszanowanie ich powołania.
2 lutego Matka Duchesne rozpoczęła nowe dzieło we Florissant przyjmując dwie sieroty. Dzieło to umieszczono pod opieką Matki Bożej, z nadzieją, że zdoła ono wkrótce objąć większą liczbę dzieci. W marcu ksiądz Henryk Pratte przybył z Sainte Geneviève z postulantką, Judytą Labruyère i z listem od Biskupa, zapowiadającym rychłe przybycie Matek Lucylii Mathevon i Xavier Murphy. Wiele razy Matka Duchesne czuła się pokrzepiona pracą dokonującą się we Florissant. W Wielki Poniedziałek 1822 roku dziewięcioro dzieci przyjęło chrzest. Tydzień później, w asyście generała Pratte’a przybyła Matka Mathevon, i Filipina zapisuje: „Podała nam wszelkiego rodzaju nowiny o Zgromadzeniu i poinformowała nas, że dzięki wielkoduszności Matki Generalnej spłacony został nasz dług wobec Pana Mullanphy’ego. Widział się z nią w Paryżu.” 16 kwietnia pisała, aby podziękować za tę pomoc, i podać szczegóły na temat wspólnego ich sukcesu. Bóg wyraźnie błogosławił apostolstwu na „pograniczu”:
„ W Wielka Sobotę chciałyśmy ochrzcić wiele naszych uczennic; aby jednak rodzice mogli uczestniczyć w obrzędzie, zaczekałyśmy aż do drugiego święta Wielkanocy (Poniedziałku Wielkanocnego). Ozdobiłyśmy chrzcielnice; uczennice nasze były w uniformie. Miałam za chrześniaczkę synową P. Clarck’a, gubernatora i generała, człowieka najbardziej poważanego w Saint Louis. M. Oktawia była chrzestną matką P(anny) Marty Marii Magdaleny, córki pewnego lekarza. Byłyśmy jeszcze chrzestnymi matkami dwóch sierot, które nam powierzono... Poza tym czworgiem dzieci, było pięć innych, wśród nich cztery małe dziewczynki ze szkoły zewnętrznej i mały chłopiec, który nie miał pończoch na ceremonię... Ubrałyśmy i ugościłyśmy ubogich, aby lepiej wyryć w ich prostych umysłach ten dzień błogosławieństwa...

Czasem płaczę z radości widząc ponad sto osób, które w ten czy inny sposób uczą się tutaj, za naszym pośrednictwem, kochać Jezusa. Nie wiem, co robić, aby za to wielbić Boga.

M. Eugenia będzie miała więcej powodzenia, stanęła już na nogach. Jest zadowolona, że całkiem sama poniosła trudy początków. Bóg w widoczny sposób błogosławi to wszystko, co ona robi. Jest nawet dużo cudowności, bardzo mi jej tu brakuje... ” 225
Kiedy ksiądz Delacroix podjął na wiosnę podróż do Indian Osagów, święta chęć pójścia za nim poruszyła serce Filipiny, powstały jednak inne trudności i napisała do Matki Barat błagając ją o to, aby przysłała jej kilka zakonnic celem ponownego otwarcia domu w Saint Charles. Po długim przekonywaniu dodawała :
Jesteś przerażona, moja (czci)godna Matko, propozycją nowego zakładu (w Grand Coteau), lecz pomyśl, że jest to jedyny sposób, aby nas podtrzymać, bo tam będziemy mogły przyjmować więcej osób mając więcej środków, aby je żywić i dać im mieszkanie. Zobaczysz, że w rok M. Eugenia będzie równie zaawansowana, jak my, chociaż istniejemy (już) cztery lata. To samo będzie w Saint Charles, wystarczy tylko mieć ducha ofiary... ” 226
Po swym powrocie z Luizjany na początku lipca Monseigneur du Bourg przyjechał do Florissant i pobudził gorliwość każdej, jak czynił to poprzedniego lata, przez nowiny przywiezione z Grand Coteau. Doroczne rekolekcje uczennic przewidziano w tygodniu poprzedzającym święto Świętego Wincentego à Paulo. Matka Duchesne nie mogła dużo czasu poświęcać rekolektantkom, służyła bowiem Matce Emilii Saint Cyr i przygotowywała jej bagaże. Pomagała jej również w ćwiczeniach duchownych przez pierwszymi ślubami. 19 lipca miało miejce szereg uroczystości, a Matka Oktawia Berthold, asystentka, wyznaczona na odpowiedzialną za klasztor, otrzymała szereg pouczeń z ostatniej chwili. Matka Duchesne znalazła mimo wszystko czas na napisanie listu, który sama wysłała, zanim 20 lipca wsiadła na parostatek w Saint Louis. Wyjaśnia w nim przyczynę swego pospiesznego wyjazdu na Południe:
„ Monseigneur przybył kilka dni temu, poinformował mnie o wyjeździe M. Józefiny Maneyrond do Francji; (i) jednej siostry koadiutorki z Nowego Orleanu227, o złożeniu ostatnich [ślubów] przez M(atkę) Xavier Murphy, trudności, jaką ma ona z przystosowaniem się, i w końcu o pilnej potrzebie wsparcia M. Eugenii; wszystko to w połączeniu z głębokim milczeniem z jej strony, które wcale nie jest dla niej zwyczajne i które każe mi podejrzewać kilka niewierności u posłańców, wpływa na moją decyzję towarzyszenia dwóm młodym siostrom, które dla niej przeznaczyłam, jedną chórową, która złożyła dziś pierwsze śłuby uwzględniając tę wielką podróż i jej odwagę, że sama nakłoniła rodziców, (aby się zgodzili) że więcej jej nie zobaczą; druga to nowicjuszka koadiutorka, aby gotować, co M. Eugenia jeszcze robi (sama). M. Lucyla, która jest do wszystkiego, ułatwia (mi) tę podróż, o której Monseigneur pospiesznie zadecydował, korzystając z odjazdu czterech księży tym samym parostatkiem, który będzie mógł, powracając w górę (rzeki), przywieźć mnie przed wielkimi mrozami. Monseigneur, który rozdał nagrody w Opelusas mówi, że dzieci czynią tam zadziwiające postępy. W Saint Louis powiedziano, że tutejszy pensjonat (wiele) utracił od wyjazdu M. Eugenii. (Wcale) tak nie jest...

Piszę w noc poprzedzajacą nasz wyjazd. Monseigneur zawiózł nas w południe (do Saint Louis) powozem, który go przywiózł.” 228
Kiedy Filipina planowała swoją misję nie mogła sobie wyobrazić przygody, jaką jej ta podróż zgotuje. Jest własnym swym biografem, i w napisanych przez nią stronicach pulsuje jeszcze jej mocna osobowość, z opowiadania zaś przebijają silne emocje. Po zwizytowaniu domu w Grand Coteau jest już w drodze powrotnej do Nowego Orleanu, aby wejść tam na statek powracający na północ, i pisze do Matki Barat z obskurnego, małego zajazdu w Plaquemine w Luizjanie:
„ Napisałam do ciebie drogą przez Nowy Jork przed moim wyjazdem z Saint-Ferdinand, aby powiadomić cię, że wyruszałam do Opelousas... Pragnęłam tej podróży od chwili, gdy dowiedziałam się, że Matka Eugenia jest chora; straciłam ją z oczu, odkąd dowiedziałam się, że nasze Siostry przybyły z Francji, a pensjonat idzie dobrze i (jest) pod kierownictwem wspaniałego księdza. Jednak po powrocie Monseigneur’a zobaczyłam znowu, że było konieczne i że należało wspomóc ten dom. Był on wtedy bez ksiedza, (bo) wrogowie proboszcza wydalili go bezpowrotnie. Monseigneur wycofał (osobnego) kapelana z klasztoru, i to w sposób tak stanowczy, że gdyby przekroczył dzień ustalony na wyjazd, straciłby uprawnienia. Ponieważ M. Józefina wyjechała, a M. Xavier była mało przyzwyczajona i M. Girard jeszcze mniej, trzeba więc było pomocy. Dwie młode nowicjuszki dobrej woli poradzą sobie w tym, co zewnętrzne, a jedna z nich może być mistrzynią. Dom będzie mógł funkcjonować, jeśli pensjonat nie przekroczy trzydziestki, co, jak myślę, nigdy się nie stanie...

Wyruszyłyśmy z Saint Louis 20 lipca parostatkiem. Dawna pensjonarka (Teresa Pratte), która ma zaufanie do M. Eugenii, uzyskała od swoich rodziców pozwolenie na złożenie jej wizyty na ich koszt: tak więc podróżowałyśmy we cztery, z trzema księżmi, którzy w drodze nie udzielili nam żadnej pomocy229...

22 zatrzymałyśmy się w Sainte Geneviève; miałyśmy tam mszę i miałyśmy tam pociechę ofiarowania na niej komunii w zjednoczeniu ze wszystkimi tymi, do których przystępują nasze siostry za naszą wspólną i kochaną Matkę230.

Aż do 28 mogłyśmy ofiarowywać Bogu tylko niewygodę upału spowodowanego porą roku, bliskością pieców i innych urządzeń parostatku; całe byłyśmy pokryte palącymi bąblami i ukłuciami moskitów. Wieczorem rekreacja odbywała się na galerii i polegała na śpiewaniu pieśni przy akompaniamencie O. Dumoulin’a, księdza, który ma piękny głos, a który wyróżniał go nawet w Saint Sulpice. Opuścił on nas w Bâton Rouge, na lewym brzegu Mississipi, gdzie został mianowany proboszczem. 28 w niedzielę miałyśmy nadzieję przybyć na czas do Nachez (i zdążyć) na mszę; lecz było już podniesienie, a ponieważ ksiądz nie zachowuje Rezerwy, kiedy jest nieobecny, byłyśmy pozbawione Komunii. Kolację jadłyśmy u Proboszcza, Ks. Maenhaut, młodego księdza flamandzkiego, którego zdrowie było bardzo osłabione, bardziej, jak uważam, przez zmartwienia serca, niż przez prace fizyczne, jest tam mało katolików. Drewniany kościół wznosi się pokornie pośród pięknych świątyń protestanckich: jest tam pięć różnych wyznań. Tłum wchodził do (świątyni) prezbiterian i zamierzałyśmy za nim tam podążać, kiedy uprzedzono nas o pomyłce i poszłyśmy, z mocno ściśniętym sercem, będąc świadkami pustki otaczającej kościół katolicki. Ks. Maenhaut powiedział nam o swoim żalu, że dał przejechać M. Eugenii, i nie ma wątpliwości, że tam, w mieście dosyć znacznym, bogatym, nad wielką rzeką, gdzie ruch jest nieustanny, zakład byłby lepiej umieszczony niż w dziurze Opelousas, gdzie będzie można coś zrobić jedynie w bardzo zaścieśnionym kręgu; lecz byłyśmy źle poinformowane, a Bóg na to pozwolił, aby wynagrodzić wiarę P. Smith i dla zbawienia dzieci (tego) kraju...

29 listopada opuściłyśmy rzekę, aby w zajeździe w Plaquemine zaczekać na chwilę udania się na parostatek ze starorzecza. Ponieważ był on w naprawie, pozostałyśmy siedem dni na postoju, po 20 franków dzień, oprócz 60 (wydanych po to), aby przebyć trzy wiorsty do parostatku... Miałyśmy nadzieję dotrzeć lądem, ale obniżająca się woda uczyniła go tak rozmokłym, że woły nie mogły sobie poradzić, postanowiono więc zapakować nas i nasze rzeczy do małej łodzi, która kosztowała 50 franków, aby przebyć 4 wiorsty na innym małym starorzeczu, które, jak mówiono, doprowadzi nas do suchego lądu. Kapitan był tego zdania, uważałam że muszę zrobić to, co mówili miejscowi ludzie i załadowałyśmy się. Wioślarze szybko się zmęczyli, i z małego starorzecza weszliśmy do trzeciego, o którym wyrobić sobie można wyobrażenie, kiedy się wie, co bajka mówi o rzekach otaczających Tartar : woda stawała się czarnawa i cuchnąca, gdzie wzrokiem sięgnąć obmywała drzewa o najbardziej smutnym wyglądzie, których pień jest tylko miesiąc czy dwa miesiące w roku ponad wodą. Korona ma ledwie niewiele ciemnego listowia nieomal ukrytego w wielkich szarych brodach zwieszających się ze wszystkich stron tych starych drzew (ta broda, roślina-pasożyt, zgniła i potłuczona, pozostawia włosie, z którego robi się w tym kraju materace). Im bardziej posuwaliśmy się naprzód, tym bardziej drzewa się ścieśniały, a wciąż nie było widać ani ziemi, ani nawet jej pozoru. Dzień upływał; mieliśmy na osiem osób tylko mały kawałek chleba. Mówię do sternika: uważam, że zgubił pan drogę i byłoby roztropnie powrócić na miejsce, gdzie była jakakolwiek ziemia. On mówi, że to niewożliwe, a jego zatroskany wygląd utwierdza mnie w przekonaniu, że zagubiliśmy się w bagnie. W tej samej chwili usłyszeliśmy krzyki. Mówi: właśnie powiadamiają nas z brzegu, że nas oczekują. Odpowiadam mu: proszę zwrócić uwagę, że krzyki pochodzą z całkiem innej strony. W tej samej chwili widzimy szybko zbliżające się za nami kanoe pełne dzikich, murzynów, (ale) w większości białych, nagich do pasa, okropnych, o straszliwych twarzach, krzyczących, gwiżdżacych tak, jak się nam ich przedstawia idących na pewne zwyciestwo. Wszyscy nasi mężczyźni zbledli i ani jeden nie był w stanie się opierać. Mówię do trzech młodych osób, już przerażonych, chociaż nie myślały o tylu niebezpieczeństwach, co ja, że nie ma, jak modlić się do Boga i oddać się pod opiekę Świętej Dziewicy. Obiecałam jej pospiesznie nowennę mszy, a już kanoe nas dościgło. Dzicy ci poparzyli na nas, jak skamieniali, i po zatrzymaniu się przy nas kilka chwil, minęli nas. Wpatrywali się w butelki wody, które mogli wziąć za wino, za którym tak szaleją. Nie mieli nic do jedzenia, a jednak wycofali się o nic nie prosząc. Uważałam, że nas wyprzedzili, aby następnie dosięgnąć nas w miejscu bardziej korzystnym i zajmowałam się na osobności powierzaniem duszy (Bogu), zalecając tylko moim towarzyszkom modlitwę i cierpliwość.  Widząc przewoźników wyczerpanych zmęczeniem obawiałam się, by jakaś (nasza) skarga ich nie zirytowała. W końcu, w chwili, gdy byłam coraz bardziej przekonana, że tkwimy w bagnie, nagle ukazała się ziemia, zobaczyłyśmy na niej wóz w cztery woły, który tam na nas czekał. Było to (jak) zmartwychwstanie, nie byłam gotowa umrzeć. Nigdy nie zapomnę imion tych (wołów): Płomień, Rudy, Zuch, Biały, które powtarzano co minutę w tym lesie, gdzie trzeba było nieustannie je zachęcać do dobrego kroku. Dowiozły nas wieczorem do zajazdu, gdzie niewiele dni później okradziono wszystkich podróżnych. Było nam tam dobrze i wyruszyłyśmy o drugiej nad ranem do Domu Sacré Coeur, gdzie przybyłyśmy o godzinie dziewiątej rano.” 231
Matka Duchesne nie podaje najmniejszej informacji o dobru, jakie zdziałała w Grand Coteau przez swoją gorliwość, serdeczną sympatię i zapomnienie o sobie. Matka Eugenia opisała zresztą Matce Barat emocję związaną z całą tą wizytą, a Matka Xavier Murphy opowiedziała Matce Generalnej 27 sierpnia:
A teraz, moja droga Matko, twoja zapowiedź była prawdziwa, 7 tego miesiąca miałam słodką pociechę uściskać Matkę Duchesne. Może sobie Matka wyobrazić moją radość w tym dniu. Tak bardzo potrzebowałam wylać swe serce przed kimś do kogo mam zaufanie. Jednakże nawet w tym stanie duszy wiedziałam, że nie było ofiary, jakiej bym nie złożyła dla chwały Bożej, nie było wyrzeczenia, jakiego bym nie przetrwała na tej ziemi przybranej, która jest mi tak droga. Bojaźń przed obrazą Boską z powodu niedotrzymania uroczystych obietnic, jakie złożyłam przed ołtarzem, zasmucała mnie. Matka Duchesne jednak, przed którą odsłoniłam moje myśli, umocniła mnie. Rozumie mój francuski i nigdy nie mówiłam z całym zaufaniem do kogokolwiek z większą łatwością. Nigdy nie odczułam takiego doświadczenia pokoju i pociechy, jak wtedy, kiedy mi odpowiadała. Jest osobą całkowicie podług mego serca. ”
Matka Duchesne miała, jak o tym świadczy Eugenia Audé, „czas na zwizytowanie małego domu w Grand Coteau i samodzielne osądzenie sposobu, w jaki był prowadzony”. Spotkała się z 17-ma uczennicami ze szkoły, a pośród nich z Mary Ann Hardey, która jako matka Alojzja232 stanie sią słynna w annałach Zgromadzenia. Dyskutowała z Matką Audé o złej kondycji fizycznej zakonnic i o środkach, jakie należy podjąć, aby zmniejszyć zbyt ciężkie brzemię pracy. Matkę Duchesne zaintrygował pewien dystans w zachowaniu Matki Audé; w rzeczy samej nie podejrzewała, że młoda przełożona przez cały rok usiłowała doprowadzić do tego, aby jej klasztor wyjęto spod władzy Matki Duchesne i umieszczono bezpośrednio pod władzą Matki Barat. Ta ostatnia podkreślała jednak, że Matka Duchesne jest Prowincjalną, choć tytuł ten nie jest jeszcze stosowany w Zgromadzeniu: „udzieliłam jej wszelkiej władzy... dałam jej tego rodzaju możliwości. Odwołuj się więc do niej zazwyczaj, a nas zachowuj na okolicności trudniejsze i które mogą poczekać na odpowiedź”233. Matkę Audé tymczasem bardzo nęciła niezależność, co przejawiać się będzie coraz wyraźniej w miarę upływu lat.

Podróż do Nowego Orleanu zajęła prawie tydzień. Matka Duchesne i Teresa Pratte korzystały przez kilka dni z gościnności Urszulanek. Również wielu przyjaciół przyszło się z nimi spotkać, pośród nich ojcowie Borgna i Ferrari. Filipina znalazła czas na napisanie wielu listów. W jednym z nich oznajmia: „Wyruszam dziś parostatkiem płynącym w górę rzeki. Podróż jest długa, kosztowna, ale była konieczna. A Boska Opatrzność jest niezawodna, kiedy chodzi o konieczność.” Tym „dziś był 11 września, parostatkiem „Hekla”, a podróż trwała 80 dni. Po bolesnych doświadczeniach z pierwszych jej sześciu tygodni, Matka Duchesne pisze swój dobrze znany list z 30 października 1822 roku, „Z pokładu Cincinnati.”


Wyda ci się bardzo dziwne, że napisawszy ci na początku września z Nowego Orleanu i mając lada dzień wyjechać z tego miasta, nie udałam się jeszcze do Saint Louis; lecz to Bóg karze mnie za jakieś moje winy, pozwalając mi tak długo błąkać się po świecie bez duchowej pomocy.

Zapewniono mnie, że w tym roku nie było mowy o żółtej febrze w Nowym Orleanie, udałam się więc z ufnością przyjąć gościnę u pań Świętej Urszuli, lecz ponieważ będąca ze mną pensjonarka była niedysponowana, a ja sama zagorączkowałam w wigilię wyjazdu, ujrzałam je bardzo przerażone, że zaatakowała nas ta straszliwa choroba, atakująca jedynie tych, którzy nie są zaaklimatyzowani; lekarz i przełożony, etc. byli zdania, abyśmy wyjechały, aby jej uniknąć. Sama tego pragnęłam, chociaż nie czułam się w stanie podjąć 400-to wiorstowej podróży przez krainy pustynne w obrębie 300 wiorst od Saint Louis. Bardzo bym pragnęła mieć tu już przytułek S(acré) C(oeur)... Przygotowano powóz i udałam się na parostatek z rodzajem przerażenia. Tam powróciła mi jeszcze silniejsza gorączka, a drugiego dnia naszej drogi, w dwadzieścia cztery godziny mieliśmy na statku trzech zmarłych; kapitana, jego zastępcę i jednego pasażera. (Ten) młody człowiek wysłany z Francji ze szpitala w Lyonie, odbywał z nami podróż. W tym samym dniu poczuł się tak źle, że wysiadł na ląd w pewnej wsi, gdzie, jak mi powiedziano, zmarł; był tam na szczęście ksiądz. Poważne gorączki nadal panowały na parostatku, gdzie na wszelakie sposoby cierpiałam, widząc tam ludzi umierających, jak zwierzęta, bez ludzkiej czy boskiej pomocy, nawet tej czułego współczucia, które łagodzi bóle, słysząc, jak tuż przy ciałach zmarłych śpiewano radosne pieśni, uważałam, że roztropniej będzie zatrzymać się w Natchez, na 100 wiorst od Nowego Orleanu. Jest to ostatnie miasto czy wioska przed Saint Louis. Lecz przybywszy tam dowiedzieliśmy się, że nie możemy tam wejść, bo przybywamy z Nowego Orleanu, i obawiano się, że przywozimy żółtą febrę. Zeszłyśmy na przeciwległy brzeg i zostałyśmy tam na piasku, w oczekiwaniu, aż jeden z pasażerów znajdzie nam schronienie. Odmówiono nam w wielu domach, w końcu pewien wdowiec, który stracił żonę trzy tygodnie wcześniej, przyjął nas i dał nam jej łóżko, pełne jeszcze woni lekarstw i innych następstw choroby, bo pościel nie była jeszcze wyprana. Miałam właśnie chwilę ataku (choroby), lecz na tyle, na ile mogłam, trzymałam się prosto, aby to ukryć; po części mi się to udawało przez cztery dni, bo mówiono tylko po angielsku, a ja leżałam tyle, ile moglam, lecząc się sama, a Bóg dał temu swoje błogosławieństwo, bo od tego czasu ataki ustąpiły i od ośmiu dni czuję się bardzo dobrze.

Napisałam do proboszcza z Natchez, aby się z nim spotkać i odnaleźć schronienie, gdzie byłyby kobiety. On sam był chory, jednak przybył piątego dnia i sprawił, że nas przyjęto w bardzo bogatym domu, na tym samym brzegu rzeki, gdzie miałyśmy dla ciała wszystko, co może pomóc mu wypocząć i mu ulżyć. Pewna dama, zwana P(anią) Davis, była katoliczką pochodzenia hiszpańskiego i mówiła doskonale po angielsku, hiszpańsku i francusku; ofiarowano nam tam wszystko, łącznie z przejażdżkami powozem i konno. Proboszcz obiecał mi powrócić, aby mnie wyspowiadać; lecz czekałam na niego jeszcze ponad osiem dni, bo nie znajdował ani obola, aby przebyć rzekę. W niedzielę uczyniłam wysiłek, aby wejść do miasta ze względu na mszę. Doktorzy zebrali się na naszą i wielu innych osób prośbę, a ich odpowiedź była negatywna. Ona też przyczyniła się niemało do przywrócenia mi gorączki. Nigdy nie odczuwałam tak wielkiej potrzeby mszy i sakramentów. Śmierć widziana z tak bliska była tego przyczyną. Moja gorączka była dobrym pretekstem, aby nie pokazać się na kolacji, gdzie przybyło wielu urzędników z Natchez. Powiedziano im, że w tym domu znajduje się zakonnica, i do tego przełożona ; chcieli (więc) wiedzieć, co to za zwierzę. Nieustannie pytali pensjonarkę, czy nie pojawię się przynajmniej po kolacji? Jak byłam ubrana ? etc... Jeden zwłaszcza, który mówił po francusku, powiedział, że z wielką przyjemnością by ze mną porozmawiał. Powtórzyła mi to wieczorem pani domu, której odpowiedziałam, że byłam zachwycona mając powód do pozostania w pokoju. Trzy dni później mógł przybyć proboszcz i miłosiernie mnie wyspowiadał, ale jest to jedyna pomoc, jakiej doznałam od Nowego Orleanu; ani mszy, ani komunii, ani innej spowiedzi; a z dziesięcioma czy dwunastoma dniami, jakie nam pozostają podróży po wodzie, jeśli podróż jest udana, będzie to w sumie 60 dni, najbardziej surowy post jakiego być może doznałam w swoim życiu, nawet podczas Rewolucji. Zresztą, pośród tych ciężkich niedostatków widzę bez przerwy ramię Opatrzności wyciągnięte nad nami. Właśnie spotkałyśmy ten parostatek „ Hekla ”, który opuściłyśmy; nie może już płynąć, bo przebite zostały kotły. Para zabiła dwóch ludzi, wielu częściowo poparzyła, a trzynastu ludzi zmarło z gorączki. Nie może być sytuacji bardziej przykrej, od tej trzech mężczyzn, którzy są tam, aby go pilnować w miejscu nieomal bez pomocy. Nie ma wątpliwości, że byłybyśmy także w liczbie zmarłych.” 234
Druga część tej przygodowej opowieści pojawia się w liście, który Filipina napisała dzień po swoim przybyciu do klasztoru. Wyczerpana podróżą, odpocząć musiała dwa dni w Saint Louis u Pratte’ów, zanim dała się zawieźć do Florissant, niecierpliwie pragnąc powrócić do swoich zwykłych zajęć. Jej nienasycona miłość do Najświętszego Serca i chęć przywiedzenia do Jego królestwa porzuconych czy zaniedbanych dzieci tego „pogranicza”, które oglądała z tak bliska podczas swoich podróży, pobudzały ją do wstawiania się u Matki Barat w sprawie tych przedsięwzięć, do zrealizowania których nie dysponowała, po ludzku rzecz biorąc, żadnymi środkami.
Mój ostatni list do ciebie, napisany na Cincinnati był już zamknięty, kiedy parostatek osiadł na łasze piasku pośrodku rzeki, prawie 100 wiorst od Saint-Louis, blisko Nouvelle-Madrid. Starałam się zakończyć (podróż) drogą lądową i było to całkiem możliwe; lecz tutaj trzeba, aby to, co stare, naginało się przed młodymi. Pensjonarka, która ze mną była, nie chciała w ten sposób wracać; interesowano się nią, umacniano ją w jej urojonych obawach, usiłowano mnie oszukać, a ja, nie mogąc jej zostawić nie raniąc mego sumienia, ani odbyć trudnej drogi bez niczyjej pomocy, pozostałam bezczynnie, aż Boska Opatrzność natchnęła pewną francuską panią z Nouvelle Madrid, aby zaprosić nas do siebie, gdzie udałyśmy się na kanoe i spędziłyśmy tam pięć dni, a ponieważ wody rzeki wezbrały i podniosły parostatek, powróciłyśmy tam również na kanoe z dwiema panienkami, które miały w Saint-Louis przystąpić do Pierwszej Komunii...

Podczas mojej podróży widziałam tyle nędzy, jeśli chodzi o nauczanie, w tylu małych wioskach, które uformowały się od czterech lat wzdłuż Mississipi, że bardziej niż kiedykolwiek odczuwam konieczność nauczycielek rozsianych po trosze w największych miejscach, gdzie byłby ksiądz... Ponieważ na odpowiedzi z Francji trzeba tak długo czekać, proszę cię, byś uznała za coś dobrego, abyśmy pracowały nad formowaniem dzieci ze szkoły zewnętrznej, które będą następnie zdolne zostać Siostrami innego Zgromadzenia...

Zastałam wszystkich w dobrym zdrowiu, lecz prawie wszystkie były (wcześniej) chore, a wiele ciężko, jak również dzieci, i jednocześnie trzech księży w zakrystii, a później ten, który wrócił od Osagów, prawie umierający235... Nigdy nie było we Florissant tylu chorych; było to powszechne w Stanach Zjednoczonych...

Matka Oktawia dobrze poprowadziła barkę. Doniesiono mi, że Monseigneur powiedział, że będzie miał swoje mieszkanie na plebanii, że jadać będzie się w jednej z zakrystii i że w ten sposób nie będziemy miały w domu żadnych rozproszeń.

Straciłam podczas mojej podróży sto dwadzieścia mszy, jedną dziennie, osiemdziesiąt komunii, około dwudziestu spowiedzi i prawie wszystkie błogosławieństwa z czterech miesięcy. Wydaje mi się, że tyle ofiar nie będzie daremnych i powstanie w następstwie wiele zakładów.” 236

ROZDZIAŁ 8




Directory: images
images -> Lokalna strategia rozwoju lokalnej grupy działania „lider zielonej wielkopolski” na lata
images -> „ Gra tajemnic reżyseria Morten Tyldum. Czas projekcji 110 minut
images -> Wykład z polityki gospodarczej Temat 3 Polityka pieniężna I walutowa Pojęcie I cele
images -> Skarżyski klub szaradzistóW „anagram” zał. 12 maja 1958 roku przy miejskim centrum kultury im. Leopolda staffa 26-110 skarżysko-kamienna, ul. SŁOwackiego nr 25
images -> Załącznik 1
images -> Postępowanie znak: sz-2100-13(52/ZP/07)-07
images -> Spzoz/ZP/…
images -> Xviii konferencja naukowo – szkoleniowagastroenterologii klinicznej wp
images -> Załącznik nr 3 do siwz opis przedmiotu zamówienia (opz) dot przetargu nieograniczonego znak: A/ZP/szp. 251-37/16 na: „dostawę wraz z wdrożeniem zintegrowanego elektronicznego systemu zarządzania dokumentacją medyczną”

Pobieranie 2.06 Mb.

Share with your friends:
1   ...   6   7   8   9   10   11   12   13   ...   26




©operacji.org 2020
wyślij wiadomość

    Strona główna