Kobieta bez winy I wstydu



Pobieranie 307.81 Kb.
Strona5/6
Data25.10.2017
Rozmiar307.81 Kb.
1   2   3   4   5   6

W imię Bogini
tym miejscu warto przytoczyć nader ważne ostrzeżenie sformułowane przez Esther Harding:

Ale jeśli motywacja, która ma obalić konwencjonalne zasady, jest tylko egocentryczna, to kuracja będzie z pewnością gorsza od choroby. Wówczas krok, którego intencją jest uwolnienie się z więzów społeczności, okaże się regresją, odwiedzie nas od ucy­wilizowanej dyscypliny i zawiedzie na manowce barbarzyństwa. Jeśli jednak motywacja jest nieegocentryczna, nastawiona na per­spektywę ponadosobową, na osiągnięcie właściwego stosunku do

Z Esther Harding: Woman's mysteries, New York 1971, s. 126, tłum. autora.



"bogini'; do zasady Erosa - to rezultat bidzie wolny od ego­tyzmu i miłości własnej.

Wiele się zmienia. Może już niedługo bycie samotną ko­bietą nie będzie piętnem i świadectwem niepowodzenia życio­wego ani jakąś podejrzaną sytuacją? Może już niedługo ko­bieta, która wybiera trudną drogę poszukiwania samej siebie i nie po drodze jest jej wiązanie się z mężczyzną, będzie ota­czana szacunkiem?



glos z sali: Kiedy mówiłeś o kobiecie, która nie potrzebuje mężczyzny, poczułem się taki mały, zagrożony.

W. E.: Kim ja jestem, skoro kobieta mnie nie potrzebuje? To pokazuje, jak z kolei nasze męskie poczucie tożsamości może opierać się na obecności w naszym życiu kobiety, najle­piej takiej, która nie może bez nas żyć.



głos męski : Kobiety w zasadzie nie są takie, jakimi się nam wydają. One po prostu starają się zaspokoić nasze oczekiwa­nie duchowości w nich. Bardzo sobie cenię kobiety i ich rolę, ale zastanawiam się: jak to jest z tą duchowością, gdzie ona naprawdę leży? W aspekcie męskim czy w aspekcie kobiecym? Na mnie zawsze będzie ciążył fakt, że w momencie dorasta­nia, zwiedzając galerię malarstwa w Sukiennicach, natknąłem się na obraz Podkowińskiego Szał uniesień i tak jak tę kobietę wtedy zobaczyłem, tak ją nadal widzę. Czy mógłbyś jakoś to skomentować?

W. E.: A co zobaczyłeś?



t
Podłączenie”
en sam głos:
Zobaczyłem taką kobietę, jaką ją Podkowiński namalował. Gdzieś uniesioną... koń w przestworzach, a ona taka bardzo zmysłowa i bardzo seksualna.

W. E.: Niedawno widziałem reprodukcję tego obrazu. Z zawodowego nawyku pomyślałem: "nie podłączona". Ten techniczny termin oznacza, że ktoś przeżywa silne uczucia, ale nie jest ich do końca świadomy, nie bierze za nie odpowie­dzialności. Doświadczenie nie jest przeżywane z "otwartymi oczyma" i uznawane za własne, nie jest asymilowane.

Na obrazie widzimy piękną, nagą kobietę, unoszoną w przestworza przez wspaniałego rumaka, który jest - być


może - alegorią jej popędowej, seksualnej natury. Kobieta wy­daje się być nieprzytomna, nie jedzie na tym koniu - on ją porwał i poniósł. Kobiety są tak wychowywane, że często jest im trudno pomieścić w sobie silne energie związane z agre­sywnością i seksualnością, więc rzucają się w nie "na ślepo". Później oświadczają na przykład: "To nie byłam ja. Coś się ze mną stało." Albo co gorsza: "Coś ty ze mną zrobił?"

głos z sali: Czy to dobrze?

W
Opanować zwierzę


. E.: Lepiej jechać na koniu, niż dawać się koniowi po­nosić. To zresztą wcale nie znaczy, że konia należy zawsze kontrolować, tylko że ma się taką możliwość. Gdy pomaga się ludziom w pracy nad asymilacją ich popędowości, metafora jazdy na koniu jest przydatna.

Kiedyś, gdy sam zwariowałem na punkcie koni, odkry­łem dwa sposoby jeżdżenia, które dobrze się odnoszą do spo­sobów, w jakie próbujemy kontrolować naszą popędowość. Pierwszy sposób jest restrykcyjny, kontrolujący, na zasadzie "ja ci pokażę, kto silniejszy". Walczymy wtedy ze zwierzęciem i czasami wydaje się nam, że podporządkowaliśmy je sobie. Ale jest w tym coś rozpaczliwego. Obie strony potwornie się mę­czą i bardzo się nie lubią. W głębi duszy jeździec zawsze będzie się bał konia, ponieważ nigdy go nie pokochał, a więc i nie po­znał. Przeżywa wspominany już wielokrotnie lęk uzurpatora, który zawładnął czymś, co do niego nie należy i czego nie rozumie. Drugi sposób polega na uczeniu się panowania nad koniem poprzez nawiązywanie z nim kontaktu. Wczuwamy się w niego, zaprzyjaźniamy się z nim, "uwewnętrzniamy" konia.

Na początku, gdy byłem słabym jeźdźcem, odwoływałem się oczywiście do tego pierwszego sposobu. I to było straszne. Można wygrać z koniem. Ale to żadna przyjemność jechać na upokorzonym, zniewolonym zwierzęciu, które jest twoim wrogiem i któremu ani na chwilę nie możesz zaufać. Później pewien mądry koniarz pokazał mi, że gdy pokocham i poznam to zwierzę, bez lęku będę mógł pozwolić mu na wszystko. Wtedy jeździec ma zaufanie do konia, koń ma zaufanie do jeźdźca i wszystko przebiega w harmonii. Jeździec i koń są jednym organizmem. Czyż tak nie jest lepiej? Naprawdę nie zasługujemy na to, aby spędzać życie za życiem w lęku przed sobą. A trzymanie konia w stajni i niedosiadanie go, to przecież grzech marnotrawstwa i marnowanie talentu.

Wracając do obrazu Podkowińskiego: można go także od­czytać jako wyraz zaufania i oddania Erosowi.



głos kobiecy: Spotkałam się z twierdzeniem, że kobieta prze­żywa swoją seksualność bardziej psychicznie i duchowo, a męż­czyzna bardziej biologicznie i fizycznie. Czy to tak jest?

W. E.: W kulturach wolnych od stereotypu kobiety grzesz­nej i podejrzanej uważało się, że jej seksualność - gdy została już uwolniona z więzów egocentrycznych pożądań i manipula­cji - jest tożsama z jej duchowością. Schemat rozkładu energii w ciele kobiety ma formę trójkąta, którego wierzchołek jest na górze, a podstawa na dole. Kobieta jest tak zbudowana, że ma więcej energii w dole ciała. Mężczyzna odwrotnie. Mę­ski schemat rozkładu energii w ciele ma postać trójkąta uło­żonego wierzchołkiem do dołu - mniej energii w dole ciała, więcej w górze. Kobieta ma więcej energii w brzuchu i jej naturalnym, dominującym ośrodkiem przeżywania siebie jest brzuch. Tam się dzieją sprawy podstawowe dla bycia kobietą i przeżywania kobiecości, także w wymiarze duchowym.

Nadzieja i ratunek dla duchowości mężczyzny leży bar­dziej w otwarciu serca. Statystyczny mężczyzna nie jest w sta­nie przeżywać seksu jako doświadczenia duchowego. To wy­maga pracy nad sobą. Jeśli mężczyźni nie podejmą tego trudu, trudno im będzie zrozumieć i zaakceptować autentyczną du­chowość kobiety i prędzej czy później będziemy mieli kolejne polowanie na czarownice.

ten sam głos kobiecy: Boję się być oszukaną. Coś, co ja prze­żywam bardzo mocno, w głębi siebie i duchowo, dla mężczy­zny jest po prostu przyjemnością, czymś na zupełnie innym poziomie.

W
Brzuch i serce


. E.: Myślę, że nie ma powodu czuć się oszukaną. Masz prawo ufać swojemu doświadczeniu i w tej sprawie nikt cię nie może oszukać. Jest tak właśnie, jak to przeżywasz. Mężczyźnie można tylko współczuć, jeśli jego przeżywanie seksu jest tak cząstkowe i ograniczone. Możesz go tym wspaniałym stanem twojego serca i brzucha obdarować. Wtedy łatwiej mu będzie znaleźć drogę do swojego serca i swojej duchowości.

Kobiety mają z reguły otwarte serce i zablokowany brzuch. Mężczyźni - na ogół otwarty brzuch i zablokowane serce. Mężczyźni mają trudniejszą drogę. Trudniej jest otworzyć serce niż brzuch, a seks nie podłączony do serca jest doświadczeniem fizjologicznym, pozbawionym uczuć i głębi. Z kolei serce nie podłączone do brzucha to egzaltacja, dobre chęci i cierpiętnic­two seksualne.



głos z sali: Dlaczego ludzie się zdradzają?

W
Zdrada


. E.: Przypuszczam, że w wielu spotkaniach pozamałżeń­skich, w zdeformowanej i przypadkowej formie realizuje się potrzeba, która w dawnych czasach była tak trafnie zinstytu­cjonalizowana w postaci rytuału "świętego małżeństwa". Nie­stety, świątynie Afrodyty w naszych skarlałych czasach spadły do rangi domów publicznych, a kult Boga-Mai, Dziewicy­-Prostytutki, bogini miłości i płodności pozornie realizuje się w powszechnym kulcie kobiecych piersi i krocza, zwanym por­nografią. Zdrada, domy publiczne, pornografia, to z punktu widzenia standardów psychoterapii przejawy coraz bardziej powszechnej niedojrzałości emocjonalnej. Według Freuda jej istotą jest niezdolność do zasymilowania popędowości i sek­sualności, co sprawia, że stajemy się przeciwnikami samych siebie. Musimy więc nauczyć się mieścić je w sobie, przeży­wać w pełni i zintegrować z całym naszym ludzkim doświad­czeniem. Czyli podjąć pracę nad sobą opartą na założeniu, że prawdziwa natura człowieka jest dobra, że niczego jej nie brakuje i niczego nie ma w nadmiarze. To z fałszywego prze­konania, że w naszym wnętrzu tkwi coś, przed czym musimy się bronić i pozbywać się tego, bierze się całe zło. Tworzymy iluzję zła, z którym następnie podejmujemy szlachetną walkę. Po drodze, niestety, już naprawdę czynimy wiele złego. Wtedy nasza iluzja się materializuje, a nasza paranoja potwierdza.

G
Wierność
los z sali:
A co z wiernością?

W. E.: Wierność jako wymóg zewnętrzny, jako obyczaj, może łatwo wyrodzić się w manipulację, mającą na celu znie­wolenie jednego człowieka przez drugiego. Ale jeśli wierność jest opisem wewnętrznej decyzji czy wręcz wglądu w istotę tego, co nas łączy z drugim człowiekiem, to zupełnie inna historia.

Ś
Lęk mężczyzn
wiadomy wybór wierności jest aktem człowieka wolnego i w niczym nas nie ogranicza. Wręcz przeciwnie: tak jak każdy wybór może nam dawać cudowne poczucie wolności od tego wszystkiego, co nie zostało wybrane. Często też uwalnia nas od złudnej nadziei, że z kimś innym będzie łatwiej i lepiej. Ale wtedy to się już nie nazywa wiernością. To się raczej nazywa mądrością. Ta sama mądrość może nam też czasami kazać odejść i szukać dalej. Szczególnie wtedy, gdy stajemy przed trudnym wyborem: czy być wiernym zasadom i oby­czajom, czy sobie lub: czy w imię wierności pogrążać się wraz z partnerem w odmętach wzajemnej pogardy i nienawiści, czy uciąć to i szukać okazji do zrobienia jeszcze czegoś dobrego w tym życiu.

głos kobiecy: Często słyszę, że kobieta musi się "podciągać" w sprawach duchowości, dążyć do tego, żeby spełnić oczeki­wania mężczyzny. Wydaje mi się, że to się wiąże z tym, w jaki sposób mężczyzna ocenia kobietę, która rzeczywiście nie boi się swojej seksualności i jest w tym wolna. Wtedy jest oceniana negatywnie, zostaje odarta z duchowości i uznana za seksualne zwierzę. To mężczyźni często odbierają jej swobodę poprzez negowanie możliwości duchowego przeżywania seksu.

W
Święta Ladacznica


. E.: Bardzo ważne spostrzeżenie. W jakimś dobrym cze­skim filmie była taka sytuacja. Narzeczeni - znudzeni i roz­czarowani sobą po niezbyt udanym weekendzie - zatrzymują się w przydrożnym motelu. W hotelowej restauracji roi się od ostentacyjnie zachowujących się prostytutek i ich klien­tów. Chłopak proponuje swojej, bardzo zawstydzonej i wpa­trzonej w niego cielęcymi oczyma, dziewczynie zabawę - bę­dziemy udawać, że ty jesteś jedną z nich, a ja twoim klien­tem. W ten sposób chłopak daje wyraz swoim niespójnym potrzebom związanym z jego kobietą. Z jednej strony chce posiadać uzależnioną, grzeczną dziewczynkę, a z drugiej tę­skni za spotkaniem z wyzwoloną i bezwstydną ladacznicą. Nie­stety, w jego umyśle nie istnieje kategoria Świętej Ladacznicy. Świętość jest bowiem dla niego, podobnie jak dla większości ludzi w naszej kulturze, aseksualna. Dlatego młody mężczy­zna nie jest w stanie poczuć uznania i szacunku dla kobiecej seksualności. Stać go tylko na fascynację wymieszaną z lękiem. I oto cała tragedia. Gdy dziewczyna, korzystając z przebrania prostytutki, podejmuje w końcu wyzwanie i przełamując swoje opory pokazuje, na co ją stać, chłopak ukrywa swój lęk pod maską świętego oburzenia i zostawia ją samą w burdelowym pokoiku. To bardzo smutny film.

Ogromną mądrością "świętego małżeństwa" było to, że ukazywało świętość ludzkiego ciała, świętość spotkania męż­czyzny i kobiety, a nade wszystko świętość seksualności jako takiej. Zwróćcie uwagę, że seksualność nie musiała w owych czasach pokornie zabiegać o rehabilitację ze względu na swoje prokreacyjne konsekwencje. Nie musiała się z niczego tłumaczyć.

Przeczuwam, że jeśli nam się nie uda naszej cielesności, zmysłowości i seksualności wydobyć z obarczonej grzechem, winą i nieczystością przestrzeni naszych serc i umysłów, to nie będziemy w stanie poradzić sobie ze swoją duchowością. Na­sza duchowość pozostanie co najwyżej egzaltowaną deklaracją. Egzaltacja i fundamentalizm są ceną, którą płacimy za oderwa­nie duchowości od źródła naszej życiowej energii, a więc także od cielesności i seksualności. Jeśli tego nie pojmiemy i nie prze­tworzymy w mądrą, głęboką edukację i kulturę seksualną, to nie zdołamy uwolnić się od demonów aborcji, pornografii, de­wiacji i przemocy seksualnej.

Matka__-_władca'>Matka


Odpowiedzialność za życie

Zajmiemy się dzisiaj archetypem i stereotypem matki - tym jak funkcjonują one w naszej kulturze, na ile były i są przed­miotem manipulacji, służącej podtrzymaniu status quo w re­lacjach męskości i kobiecości. Będziemy rozważać problem matki na kilku płaszczyznach, które wzajemnie się przenikają. Przypomnijmy, że w wewnętrznym wymiarze brak równowagi między elementem żeńskim i męskim dotyczy każdego z nas. W wypadku kobiet dominujący element męski często przy- biera postać autoagresji i negacji własnej kobiecości. Ten brak równowagi powstaje nie dlatego, że w życiu kobiety istniał nadmiar elementu męskiego, czyli ojca, ale dlatego, że zabra­kło silnej, akceptującej i szczęśliwej matki.

N
Bogini - Matka
a początku pomówmy trochę o matce jako o formie prze­jawiania się boskości i świętości.

W czasach przedpatriarchalnych bóstwo stojące na szczycie hierarchii - podstawowa siła sprawcza, będąca źródłem wszel­kiego życia - było utożsamiane z elementem żeńskim, przed­stawiane w postaci kobiety i nazywane matką. Była ona, co bardzo ważne, także matką Bogów osobowych, a więc praźró­dłem wszystkiego co posiada jakąkolwiek formę i nazwę. Taka pozycja matki miała swoje oczywiste konsekwencje psycho­logiczne i społeczne. Kobieta, jako istota bliższa naczelnemu bóstwu, cieszyła się silniejszą pozycją społeczną i silniejszą po­zycją w relacjach z mężczyznami. Można przypuszczać, że była też silniejsza i bardziej spójna wewnętrznie.



D
Dzieworództwo
ominująca pozycja kobiecego bóstwa i kobiety została zakwestionowana ponoć wtedy dopiero, gdy odkryto udział mężczyzny w zapłodnieniu. W czasach matriarchatu sądzono, że matka sama w sobie dysponuje wystarczającą mocą, aby stworzyć nowe życie. Dzieworództwo było czymś oczywi­stym i naturalnym, bo kobiety - jak sądzono - zachodziły w ciążę pod wpływem światła księżyca, utożsamianego z ema­nacją boskiego aspektu kobiecości. Dlatego tak często na egipskich i babilońskich rycinach i reliefach można zobaczyć symbol księżyca.

W tych tak zwanych pogańskich czasach kobiety żyły w przekonaniu, że bezpośrednio i samodzielnie, na podobień­stwo Boskiej Matki, tworzą nowe życie. Jakiż to musiał być splendor i radość dla kobiety! Seks w tej sytuacji stawał się wyłącznie niewinną zabawą i przyjemnością. Żadnego pokala­nia, żadnej odpowiedzialności. Wszystko w ręku Bogini-Matki i księżycowego światła.

Podobieństwo babilońskiego przekazu o dzieworództwie do chrześcijańskiego mitu o niepokalanym poczęciu jest ude­rzające. Ale zwróćmy też uwagę na zasadniczą różnicę. Chrze­ścijańskie dzieworództwo nie może się jednak obejść bez mę­skiego elementu w osobie Boga-Ojca. Nie sposób nie za­uważyć, że tak wielkie wyniesienie kobiety i niedostrzeganie męskiej części odpowiedzialności za tworzenie nowego życia w czasach przedchrześcijańskich mogło sprzyjać infantylizo­waniu mężczyzn. Do dziś mężczyznom trudno jest wziąć od­powiedzialność za zapłodnienie, co dobitnie wyraża się w po­wszechnej tendencji pozostawiania kobietom troski o zapobie­ganie ciąży.

Nasilający się ostatnio religijny nacisk na stosowanie natu­ralnych metod zapobiegania ciąży i uznanie prezerwatyw za grzeszne na nowo zrzuca całą odpowiedzialność na kobietę. Okazuje się, że nawet w czasach patriarchalnych mężczyźni potrafią zachować te elementy kultury matriarchatu, które są dla nich wygodne.



A
Dawanie życia i dawanie śmierci
le wróćmy do Bogini-Matki. Jakie było to kobiece bó­stwo? Bogini-Matka posiadała oczywiście atrybuty matki. Była to więc bogini miłująca, utożsamiana z intymnością i spo­kojem nocy, wszechobecna we wszystkim co się jawi, szcze­gólnie dostrzegana w naturalnym, przyrodniczym otoczeniu człowieka. Bogini-Matka nie stawiała żadnych wymagań, ak­ceptowała każdą formę życia i każdy jego przejaw. Nie usta­nawiała wzorców ani nie formułowała postulatów moralnych, wychodząc widocznie z założenia, że wszystko co stworzyła było równie doskonałe jak ona. Zarówno kobiety, jak i męż­czyźni czuli się z nią bardzo bezpiecznie. Nie stwarzała dy­stansu, nie wywyższała się. Dzieliła z człowiekiem i przyrodą tę samą przestrzeń. Była więc wyraźnym przeciwieństwem zna­nego nam Boga-Ojca, który w pierwszym rzędzie oferuje dy­stans, surowość i ostre światło.

W kontekście naszych rozważań warta podkreślenia jest jedna właściwość Bogini-Matki odróżniająca ją od Boga-Ojca. Otóż Bogini-Matka nie jest tą, która jedynie tworzy i daje życie, lecz jest jednocześnie odpowiedzialna za śmierć i umie­ranie, czyli za tworzenie miejsca na nowe życie. Wydaje się, że współczesne, powszechne pojmowanie i przeżywanie Boga­-ojca uwalnia go od odpowiedzialności za śmierć. Wpraw­dzie w rytuałach i tekstach pogrzebowych odpowiedzialność ta jest podnoszona, ale ludzie i tak nie chcą przypisywać Bogu tego, co przeżywają jako okrutne, bolesne i niezrozumiałe. Stąd w naszym powszechnym stereotypie i ikonografii śmierć ma postać kobiety. Złej, groźnej i bezlitosnej kostuchy.

Z
Kto daje, kto odbiera?
auważmy, że to właśnie kobiecie raz jeszcze przypisujemy tak chętnie rzekome okrucieństwo i bezwzględność, tym razem kojarzone ze śmiercią. Może to pozostałość przedpatriarchalnej wizji Bogini-Matki? Wydaje się jednak, że w większym stopniu decyduje tutaj potrzeba idealizowania postaci Boga-Ojca.

Z jakichś powodów, wbrew wszelkiej oczywistości, wy­godnie nam wierzyć, że źródłem życia jest element męski, a źródłem śmierci element kobiecy. To tak jakby Ojciec rodził,



a Matka zabijała. W wypadku Bogini-Matki dawanie i odbie­ranie życia było rozumiane jako dwa uzupełniające się i nie­zbędne przejawy matczynej miłości i troski o życie. Pojmowa­nie "Matki" zawierało w sobie jednoczesność dawania i odbie­rania życia albo, mówiąc mądrzej, "dawania życia" i "dawania śmierci". Ówczesnym ludziom jakby łatwiej było dostrzec to, że życie i śmierć pochodzą z jednego źródła. Matka była rozu­miana na podobieństwo rzeki, która po to, aby hojnie rozda­wać swoje dobrodziejstwa, musi płynąć, a po to, żeby płynąć, musi mieć nie tylko źródło, ale i ujście.

N
Idealizowanie matki


iełatwo jest nam wejść w skórę kogoś, kto żył w tam­tych czasach i doświadczał takiego rozumienia miłości Bogini­-Matki. Gdy patrzymy na to z naszej współczesnej perspek­tywy, nieuchronnie widzimy Boginię-Matkę jako postać dwo­istą, posiadającą dwa różne oblicza: oblicze miłości i oblicze okrucieństwa. Może ludziom żyjącym w tamtych czasach dane było doświadczać jedności i tożsamości narodzin i śmierci jako dwóch sposobów przejawiania się Jednego Życia, jednej rzeki. W przeciwnym razie zapewne nie byliby w stanie stworzyć ta­kiej koncepcji i wyobrażenia naczelnego Bóstwa.

Oddzielenie życia od umierania nastąpiło przypuszczalnie w momencie, w którym dominującą rolę w tworzeniu religij­nego przekazu uzyskali mężczyźni, z natury rzeczy oddzieleni od tajemniczego, wyłącznie kobiecego doświadczenia dawania życia i dawania śmierci. Wtedy też zapewne zaczął się tworzyć naiwny, wyidealizowany stereotyp matki, zainteresowanej wy­łącznie podtrzymywaniem każdego indywidualnego życia.

Takie rozumienie matki wynika z lęku przed śmiercią i uka­zuje naszą niezgodę na przyjęcie umierania jako matczynego daru tożsamego i jednoczesnego z darem życia.

Jeśli jednak odwołamy się do naszych własnych doświad­czeń z matkami, a w wypadku kobiet także do doświadczeń bycia matką, przypomnimy sobie, że w obcowaniu z matką doświadczamy zarówno ogromnej siły podtrzymującej życie, jak też tej drugiej - groźnej i niszczącej. Szczególnie drama­tycznie siła ta wyraża się w instynktownym zachowaniu matek



z
Kobieta niszcząca
wierzęcych, które czasami zabijają lub zaniedbują część swo­jego potomstwa.

Ta niszcząca siła jest niewątpliwie przyrodzonym atrybu­tem kobiecości, który - podobnie jak zdolność do podtrzy­mywania życia - kobieta dzieli z całą przyrodą. W imię wy­idealizowanego stereotypu kobiecości, destrukcyjny aspekt ko­biety-matki jest jednak powszechnie negowany i represjono­wany. W rezultacie - pozostając niezrozumianym i ukrytym - wyradzać się może w groźne formy kobiecej destrukcji i autodestrukcji.

Lęk przed skumulowaną w podświadomości kobiety de­strukcyjną siłą odegrał z pewnością swoją rolę także w zbioro­wej psychozie polowań na czarownice. Czarownice oskarżano nie tylko o spółkowanie z diabłem, ale również o celowe czy­nienie zła. Czynienie zła polegało oczywiście na powodowa­niu śmierci przez rzucanie tak zwanych uroków. Jeśli komuś padła krowa, nagle umarło dziecko lub ktoś bliski, nie udały mu się zbiory, łatwiej było przypisać to czarownicy i jej mo­codawcy - Szatanowi - niż woli współczującego Boga-Ojca. W czasach polowań na czarownice prześladowano więc ko­biety nie tylko za ich życiodajny urok seksualny, ale także za ich urok - nazwijmy go - "śmierciodajny". Może polowanie na czarownice było męską, karkołomną próbą rozprawienia się z Boginią-Matką za jej inicjatywę i samowolę w dawaniu życia i dawaniu śmierci?

W
Matka



- władca
wielu niechrześcijańskich religiach niszczący aspekt Bo­gini-Matki (a więc i kobiety) jest rozumiany i doceniany. Naj­bardziej znanym współczesnym przykładem jest hinduistyczna Kali. Kali, będąc równorzędną postacią wobec Boga Sziwy, łączy w sobie zarówno aspekt dający życie, jak i ten obda­rzający śmiercią. Przedstawiana bywa w formie wielorękiego potwora dzierżącego miecze i włócznie, obwieszonego krwa­wiącymi częściami ludzkich ciał i przyozdobionego naszyjni­kiem z czaszek. W odróżnieniu od naszej kostuchy posiada młode kobiece ciało, kształtne piersi i jest zdecydowanie żywa, wręcz tryskająca energią. Gdy się jednak patrzy na jej wizeru­nek, trudno pojąć, jak kogoś tak przerażającego Hindusi mogą nazywać Matką?

N
Matka



- petent
asza Matka jest wyłącznie opiekuńcza, ciepła, dobra i bez­radna. Podlega męskim bogom, sama stworzona przez Boga­-Ojca, pozbawiona więc swojej Bogini-Matki i wszelkiej mocy sprawczej, może się jedynie wstawiać za nami u wszechmo­gących mężczyzn. Nawet w sprawie dawania życia zależy od tego, czy mężczyzna zechce ją łaskawie - pokalanie lub nie­pokalanie - zapłodnić. Światło księżyca już na nią nie świeci. My chcemy takiej matki. Upokorzonej i podporządkowanej. Słodkiej i dobrej, która przeprasza, że żyje.

Należałoby oczekiwać, że w tych częściach świata, gdzie przetrwał wizerunek Bogini-Matki, która daje życie i daje śmierć, sytuacja kobiet jest zupełnie inna. Nic z tego - sytu­acja kobiet w Indiach jest straszna. Okazuje się, że w czasach patriarchalnych cześć dla Bogini nie przenosi się jakoś na ko­biety. Śmiem przypuszczać, że wynika to także z obawy przed ukrytą siłą kobiety, którą reprezentuje Kali.

N
Odpowie-dzialność

za życie
ajważniejszą konsekwencją patriarchalnego okrojenia ar­chetypu matki w naszych obyczajach i kulturze jest to, że ko­bieta-matka została pozbawiona odpowiedzialności za życie. Odpowiada za nie męski Bóg-Ojciec - Stwórca.

Można to zobaczyć śledząc dyskusję wokół ustaw anty­aborcyjnych. Podział ról w dramacie jest w istocie następu­jący: mężczyźni czynią się odpowiedzialnymi za życie i wi­dzą swoją misję w powstrzymywaniu nieobliczalnych, zbrod­niczych zapędów kobiet wobec życia, czują się powołani do tego, aby powstrzymać złowrogą i niezrozumiałą kobiecą po­trzebę zabijania własnych dzieci. W rezultacie odpowiedzial­ność kobiet za życie sprowadza się do rodzenia ile się da, bez szemrania i oglądania się na okoliczności. A później wspaniali mężczyźni - obrońcy życia - urządzą jakąś wojnę i wszyscy się pozabijają.

Zauważmy, że przy okazji dyskusji o aborcji kobiety stały się raz jeszcze istotami podejrzewanymi o najgorsze.

1   2   3   4   5   6




©operacji.org 2020
wyślij wiadomość

    Strona główna