Dorota Masłowska Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną



Pobieranie 0.75 Mb.
Strona7/16
Data27.10.2017
Rozmiar0.75 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   10   ...   16

Nieważne, jak to było ze spodniami. Co było, to było. Ale jedne jest pewne. Cokolwiek zrobili, czy kwaśny deszcz to był, czy inna katastrofa ekologiczna cysterny z wybielaczem, czy wypadek Lewego, gdy jechał swym golfem pełnym amfy, góra domów. Normalnie biały mur wapnem czy innym świństwem przejechany. Sąsiadów dom, co się dochrapali sporego hajcu na przekrętach lewych samochodów od Ruskich sprowadzanych, nagle do połowy też biały od góry. Do połowy. Wszystko do połowy białe. Najczęściej połowa domów. A to co na dole, ulica, to do kurwy jasne; jest czerwone. Wszystko. Biało-czerwone. Z góry na dół. Na górze polska amfa, na dole polska menstruacja. Na górze polski importowany z polskiego nieba śnieg, na dole polskie stowarzyszenie polskich rzeźników i wędliniarzy.

A gdzie nie spojrzę jakaś służba pomarańczowa zatacza się z wiadrami farby, z wałkami, na wietrze taśmy biało-czerwone ostrzegawcze łopoczą, co by wrony nie siadały i nie zasrywały. Radiowozy, jakieś samochody, jakieś instalacje, rusztowania, chórze, no chórze wprost to wygląda, miasto mogą sputniki zrobić zdjęcie z kosmosu, paranoja.


A kiedy ja to widzę, to trach za ten sznureczek i żaluzje pionowe zasłaniam natychmiast, co nawet w szale ten sznureczek zrywam. Lecz oglądać tego nie będę oglądał. Na to mnie nie namówią, bym patrzył na to porno z udziałem biało-czerwonych zwierząt i biało-czerwonych dzieci, którym kręcą zwyrodniałe służby miejskie za nasze podatki. Moje podatki niby nie. Ale mej matki, choć jej dawno nie widziałem. I że ja dużo z amfą praktykowałem, że nawet teraz z powieką mam taki problem, że raz się ona cofa i widzę wszystko, a raz spada i widzę tyle, co swe skórę od środka. Jest czarna i tyle widzę. Ale to mi nikt nie powie, że to miasto przemalowane na barwy naszej piłki nożnej, że to jest film taki na zjeździe, że to jest mój wyprodukowany przez fermentującą u mnie wewnątrz amfę halun. Tego mi nikt nie mówi. Gdyż gdy tylko zapuściłem żaluzje, tu wszystko wewnątrz jest na powrót w porządku. Z ulgą dyszę i jeszcze lecę zamknąć na podwójny zamek Gerda drzwi. By się te skurwysyny tu nie wbiły do mnie, bo jak zasyfią tym swym wapnem mi dom, zniszczą meblościankę, wykładzinę, może nawet żaluzje. To koniec. Izabela nigdy się nie otrząśnie. Kasetony na suficie dopiero co sprowadzone przez Terespol. A tu piękny czerwony pod kolor jej szminki, co by mogła wieczorem leżeć z lusterkiem i patrzeć, czy pasuje. Nie wejdą tu i dupa, chyba że po mnie przejdą, wdepczą mnie w wykładzinę i zamalują również na biało. Na chwilę czuję się szczęśliwym człowiekiem i nawet myślę, co by Suni nie dać coś do żarcia. Bo coś przestała skamlić. Ale potem z kolei domyślam się, że będę musiał wyjść na zewnątrz i znów od nowa ta fatamorgana, jak biało-czerwona zaraza sunąca przez miasto, ta ospa. Więc siadam. Lepiej nie chodzić, bo można się umylać o wykładzinę. Patrzę. To muszę przyznać, że wtenczas za dużo nie myślę, nie uważam. Wręcz przyznam, że nie uważam nic, bo teraz akurat siedzę. Siedzę. W mej głowie osobna jakaś impreza się kręci. Dzwonią telefony, grają radia Warszawa i Moskwa jednocześnie, świecą światła, kolejka elektryczna jedzie do Chin, wjeżdża przez jedno ucho a wyjeżdża drugim, tratując wszystko, co napotka po drodze. Wszystkie me myśli, me uczucia.

I wtedy jakby w jednej chwili dochodzi do mnie całe me życie rozesłane dookoła, ten pejzaż powojenny z krwią na tapicerce, z krwią na mych spodniach składającą się w jakąś mapę choroby dosłownie, w jakąś grę planszową, wszystkie ścieżki krwi zaschłej wiodą jednoznacznie do piekła skrytego w mym rozporku. Te plamy na wykładzinie białe po Magdzie, jak spluwała pastą do zębów i czerwone po Andżeli, co przede mną uciekała, to nafajdała. Jakiś deszcz papierków po cukierkach napadał, deszcz kamyczków, zębów mlecznych, jakby Andżela zanim poszła do piekła, wytrząsła na cały pokój swą torebkę.

Masz, Silny, masz, i nie mów, że nie zostawiłam ci po sobie żadnych pamiątek, tu mój ząb zepsuty, tu mój włos połamany, tu moje rzęsy odklejone, tu moje nogi zgięte jeszcze, tu moje ręce, tu moje kamienie, schowaj sobie gdzieś głęboko, zasusz, włóż do książek, do celofanu, do wazonów, do ramek. A jak po wykładzinie depczesz, to po mnie depczesz. Gdyż tak w ogóle to ja już nie żyję, w piekle siedzę, nudzi mi się potwornie, szatan mówi, że ciebie prawdopodobnie też tu może ściągną. Póki co kupił mi teraz czarne chomiki, parka, samczyk chce pieprzyć cały czas suczkę, to ciągle muszę uważać, by go szybko z niej zdejmować. Nawet nie chce mi się ich podlewać, tak bardzo się nudzę, że ziewam coraz częściej.
Jak ja to sobie myślę, to z miejsca te rzeczy, te pocztówki, te wszystkie gumy- kulki toczące się jak gra jakaś zręcznościowa, one lecą w mym kierunku, a ja je muszę łapać. Zbieram, choć jak sobie wyobrażam, że chodzę akuratnie po Andżeli mięsie, to robi mi się słabo i zataczam się na meble. Papierki niedopałki wyciśnięte w kształt jej ust czarnych, wszystko to do siatki. Nieprzeziernej. I do szafy. Pod ciuchy, pod namiot czteroosobowy, deską do prasowania przywalam, co by nikt i nigdy tego nie tknął z mej rodziny i nie zaraził się trupim jadem.
Wtem raptem dzwonek do drzwi. Szok. Panika. Czyby nie wziąć w garść swe adidasy i nie skitrać się w meblościankę, że niby mnie nie ma. a ten syf na wersalce i wszędzie, ten sznureczek przy żaluzji pionowej doszczętnie zerwany, ptasie mleczka wyjedzone, ta krew ciągnąca się od wersalki przez wykładzinę, przez przedpokój do drzwi, przez schodki, przez chodnik, przez furtkę, przez asfalt do przystanku, przez autobus cały linii 3 do kierowcy i potem z powrotem na siedzenie i do wyjścia, to nie jest krew, lecz farba czerwona, której użyto do wymalowania dolnej części miasta z okazji Dnia Bez Ruska, a co widocznie ciekła z kieszeni jakiemuś robotnikowi. Tak powiem. Policja i straż miejska razem, dziewczyna nie żyje, wykrwawiła się w drodze, całe miasto ubrudziła wzdłuż i wszerz, akurat w przeddzień miejskiego święta Dnia Bez Ruska, złą renomę zrobiła całemu miastu, że nie żyjemy tu jak ludzie, tylko jak zwierzęta rzeźne. A pan za to odpowiada, proszę dokumenty, nazwisko matki, zainteresowania, hobby.

Tak sobie wyobrażam i dreszcz mnie łapie. Lecz dzwonek nie ustaje, więc co mam robić. Choć nawet jestem w tych spodniach brudnych z plamą, to jest to dzwonek wręcz alarmowy, wręcz mogący człowieka zabić, jeśli drzwi nie otworzy. Co idę przez przedpokój na wpół niedowidzący, ze zdziczałą powieką niczym stroboskop mrugającą, powieką jak osobne zwierzę toczące me oko. Skazany na śmierć, skazany na śmierć przez jasność, odłamki słońca zatknięte w powieki.


Wtedy otwieram. Otwieram. Otwieram te zamki, co zamknęłem wcześniej. Wkurwiony trochę. Gdyż z tym dzwonkiem to jest przesada, istny gwałt przez uszy i sypiący się tynk ze sufitu na me twarz, istny elektrowstrząs połączony kablem iskrzącym z moją głową. I nie wiem, jak trzeba mieć nachujane w głowie, by wciskać dzwonek od cudzego domu w tak chamski sposób.

Otwieram i nie spojrzywszy w ogóle mówię: co, kurwa?


Andżela w drzwiach. Andżela w drzwiach. Żyjąca. Na nogach się trzymająca o własnych siłach. Stoi. Gapi się w naprzemiennie we mnie i w centrum mych spodni. Jakby dobrze nie wiedziała, że to jej dzieło i gdyby była koleżanką, to by to uprała, gdyby była fair. Ale ona nie. Stoi. W tle ulica przemalowana na biało-czerwono. Andżeli twarz, jakby ją wywapnowali przeciw robakom na wiosnę, a oczy, usta, te wszystkie bajery dorysowali czarną akwarelką.
Niczym zwiędła i zgniła roślina doniczkowa. Wygląda, jak gdyby przed minutką wylazła z rzeki, w której utopiła się przed miesiącem. A w międzyczasie osrały ją ważki. Patrzę na nią. Nie jest ładna. Jak zakonnica tą porą roku w parkach, podtrzymuje z trudem na więdnącej raz po raz szyi twarz mężczyzny. W podkutym jakimiś sygnetami kościstym łapsku trzyma równie zwiędłą co ona sama flagę biało-czerwoną. papierową.

Kupiłam od Ruskich - mówi anemicznie, jak gdyby występowała właśnie z wierszem w akademii o Lesie Piaśnickim. I macha słabo. Niczym by mówiła: to nie ja tu przylazłam. To ktoś się pode mnie podszywa.

Gapię się na nią jak w gnat. Gdyż jest żywa, cała, nie poszła do piekła, nie urządziła mnie tak, nie jest taką świnią, by mi tu sprowadzić na chatę suki i psychologów sądowych. I szatana wkurwionego: Silny, zabiłeś ją, skurwysynie, mą córeczkę małą, a była taka szczupła, lubiła wycieczki, lubiła podróże.

Teraz widzę, iż na pewno nie jest ładna. Wręcz jakby przyszły do mnie zwęglone resztki kurczaka. Od Ruskich, powtarzam za nią, trzymając drzwi kurczowo w ręce, co by nie zachciało jej się wchodzić przypadkiem. Trupia wiara. I nie wiem, czy mam taki po prostu film, że ona przyszła tu odebrać swoje dziewictwo czarne, co wczoraj zostawiła. Że po nie wraca, ale już nieżywa, już krew spuszczona. Przez noc umarła, a teraz raptem wróciła. A ja nie wiem o czym z nią gadać.

Andżela, ty masz wąsy - zagajam, gapiąc się w nią, by nawiązać rozmowę.

Wąsy? - ona pyta tępo, podnosząc swą zgnitą rękę do górnej wargi. Lecz ta ręka również więdnie i opada zgodnie z kierunkiem grawitacji. Wąsy? - powtarza beznamiętnie.

No dosłownie wąsy - mówię dziarsko, gdyż czuję, że ten temat ją kręci. Jest to temat neutralny i wesoły, zabawny. Mówię jej: jak czasem spojrzysz, to ja patrzę na ciebie i myślę sobie: facet.

Ona jakby na to nie reaguje. Nie śmieje się. jakby nie rozumiała po polsku, co to są wąsy. To ją widocznie nie kręci, ten temat. By nie było ciszy nieprzyjemnej niczym mokre pranie rozwieszone między nami, sprzedające nam raz po raz na twarz nogawki i rękawy.

I co słychać? - zagajam więc uśmiechając się krzepiąco do niej, wyciągam rękę, co na niej też zauważam trochę krwi zakrzepłej i klepię ją mocno, przyjacielsko po ramieniu, by wiedziała, że jest między nami przyjaźń, że zawsze możemy zostać kumplami, że jak ją spotkam na ulicy, to zawsze będziemy na cześć między sobą.

Ona na ten gest z mej strony zatacza się dość silnie, podnosi rękę z chorągiewką, macha apatycznie dość i mówi: od Ruskich kupiłam. Unosząc tą oklapniętą chorągiewkę. Od Ruskich kupiłam, bo tańsze. Harcerze też sprzedają. Ale drożej. Wiadomo. I z sztucznych tworzyw. Się nie biodegradujących.


Jak to mówi, to nie wiem, ile to może trwać. Z jej strony zero uśmiechu, sama powaga. Obliczam cicho w myśli. Może stoimy już tu godzinę. A może pół. A może sekundę. A może ja już nie żyję. Może przetrzymują mnie właśnie w jakimś papierowym ustępie dla czubków, w jakimś wyciętym z gazety dla kobiet biało-czerwonym odwyku. Niby wszystko pięknie, a jak tylko się poruszę, to klej do papieru pójdzie i rozsypię się tu razem z całym stelażem, pod którym płonie ogień piekielny. Bo to jest specjalne piekło, gdzie się siedzi za amfę. Robią ci chore filmy. A Andżela to nie Andżela. To jakaś tekturka jebnięta. Rusza ustami, a głosu nie słychać. Czarna ryba-młot. Czarna ryba-potwór. Czarny żuraw z origami. I teraz składam podanie o panadol. O szeroko pojęty paracetamol. O zwiększenie wydobycia. Bo od wbitego we mnie tego wzroku wiercącego jakiegoś, bańka zaczyna mnie tak boleć, jakby w jedną chwilę miała się od reszty odlepić, sturlać po schodkach, potoczyć ulicą do studzienki i uzyskać całkowitą niepodległość.

Pies ci zdechł - mówi mętnie Andżela machając flagą. Ja mówię: że niby co?! Ona na to. że Sunia tam leży przy garażu i nie żyje z głodu. Jak ja się wtedy nie zerwę i już mniejsza o to, co za bagno mam na spodniach w barwach narodowych, już mniejsza o to. Gdyż jestem przerażony. Zszokowany. Biorę to ptasie mleczko, biorę z lodówki to, co tam jest, parówkę, mrożonkę, wszystko i lecę. Sunia leży na plecach na trawniku. Co pewnie trzeba będzie go niedługo ostrzyc znowu. Niezbyt jest ożywiona. Sunia, Sunia, mówię i zbiera mi się na płacz. Szczególnie, że widzę gówienko, co z niej wyszło samo, jak wielki czarny robak, co ją zabił i teraz ucieka w ziemię przed karą. Sunia. No weź. Nie bądź świnia, żeby mnie tak urządzić. Wstawaj. Przyniosłem ci tu. Nie lubisz fasolki, ale chyba tak od święta to byś się nie zatruła, jakbyś zjadła kurwa raz taką fasolę, to by ci korona z tego łba płaskiego nie spadła, nie chciałaś żreć, to teraz nie żyjesz, zobaczysz, jak się pani twoja wkurwi dopiero, jak wróci, a tu zamiast psa trup, dom cały we krwi, zobaczysz, że nas zwolni stąd wszystkich, zamknie ten interes... no kurwa obudź się!!


Jak tak wrzeszczę i już nawet robię zamach, by to kopnąć, to przychodzi Andżela. Kładzie mi rękę na ramieniu. Jest poważna, w ręce ma flagę. Mówi do mnie: uspokój się, Silny. Twój ból nic nie pomoże. Wiem, że jesteś w szoku. Tylko spokojnie. Wiem, że bardzo Sunie kochałeś. Lecz teraz ona nie żyje. Nic się na to nie da poradzić. Śmierć idzie z nami ramię w ramię, chucha nam trupem w twarz. Zostawia po sobie ból i cierpienie. Lecz rany się goją.
I kiedy ja tak stoję, zdumiony, całkowicie zaskoczony tym, co się dzieje, iż wszystko nagle wali się i ostatecznie nawet pies zdycha niczym pieczątka na paczce z rozpadem. To Andżela bierze spod garażu łopatę do odśnieżania w zimie i tak jak stoi zaczyna kopać w trawniku grób.

Ja siadam na krawężniku, bo już nie mam na to wszystko siły. Już dosyć, już dziękuję, koniec zabawy, wszyscy idą do siebie do domu, w przedpokoju są już uszykowane ich buciki, to co zostało z ciasta można brać dla rodzeństwa. To koniec. Dziś zgasła ostatnia ma żarówka. Dziś już nie żyję, dziś patrzę, jak ziemia sypie się na wieko trumny ze mną i sam również rzucam sobie grudkę.

Wtedy nagle do Andżeli mówię tak: Ruski Sunie zatruli. Andżela na to: może i tak. Ja na to się wkurwiam, gdyż coraz bardziej to do mnie dochodzi.

Za jednego polskiego psa dwóch Ruskich - mówię - albo trzech. Za Sunie, za jedną śmierć niewinnego, niepolitycznego psa polskiego, trzech Rusków do piachu. Rozstrzelać.

Po czym biorę patyk i pokazuję, gdzie będą stali Ruski i jak będę strzelał.

Agresja zawsze wraca do ciebie. Człowiek człowiekowi wilkiem -mówi Andżela. Nawet trochę ukopała tymi swoimi żyłami bez obudowy. I nim się spostrzegę, ona już jest przy mnie i mówi tak: jak ty masz na imię właściwie, Silny?


Myślę chwilę. Czy ona jest doszczętnie nienormalna?

No Andrzej przecież - mówię. Andrzej Robakowski. A ja Andżelika. Andżelika na drugie Anna - mówi Andżela. Ja też mam na drugie - ja mówię - ale nie powiem. I odbija mi się głodem, bo od dawna nic nie jadłem. No powiedz jak - nalega Andżela, kopiąc dalej. Ja siedzę na krawężniku i mówię, że nie powiem. Ona na to, dlaczego. Ja mówię, że dlatego. Ale moja matka jest Izabela.

Wtedy do furtki przychodzą dwaj robole z farbą. Kop, kop - mówię do Andżełi, wstaję i idę do nich.

Dzień dobry, szefie - oni mówią do mnie i dobrze mówią, chociaż zdziwieni patrzą w kierunku mych spodni ze śladami niewątpliwego pochodzenia organicznego. Świnia? - tak zagajają o tę krew. Na dzień dzisiejszy, ile taka niesprawiona od chłopa stoi? - zagajają, wskazując na tę krew zaschłą.

Dosyć tyle - mówię, bo mi się nie chce za dużo rozprawiać, czy sprawiona, czy niesprawiona, czy od chłopa czy z samu, czy z chlewu, czy skąd. Bo gówno ich to obchodzi, to są spodnie moje, a oni mają swoje, to niech swoich pilnują, by sobie nie pobrudzić. Oni to widzą, że nie jestem w nastroju na pogaduszki o pogodzie i o modzie, kosmetyce. To co, malujemy? - mówi jeden do drugiego.

Że co niby malujemy? - ja się zaraz trzeźwo pytam. Oni patrzą po sobie i mówią, że dom malujemy na biało czerwono, bo takie zarządzenie burmistrza jest na cały powiat. A co jak nie? - mówię, na co oni trochę gasną, patrzą po sobie. Nie niby znaczy się nie - mówią do mnie - to już pana sprawa, czy tak czy nie. Ja powiem szczerze, jak jest. Może być na tak, to wtedy my tu z kolegą wchodzimy, cyk, elegancko, pełna kooperacja Rady Miasta z mieszkańcami rasy polskiej, wszystko jest między nami w porządku, jakieś manko masz pan w bankomacie, to to manko ni z tego ni z owego znika, jakieś zaległe czynsze i tak dalej, Oczywiście drobne, gdyż Radę Miasta nie stać na jakieś grubsze malwerchy. Żona panu rodzi, to jeśli równocześnie na przykład rodzi jakaś żona jakiegoś, załóżmy, proruskiego antypolaka, co się wyłamał z akcji, to wtedy pana żona ma pierwszeństwo i prymat w rodzeniu, i jeszcze różę biało-czerwoną do łóżka. A tamta kona na korytarzu. Choć nie wiadomo nawet, bo żaden taksówkarz jej nie weźmie, a samochód ma ni z tego ni z owego popsuty. Jakiś pasek klinowy, jakieś niby gówienko, zatkana ni z tego ni z owego rura wydechowa styropianem, ale samochód nie działa. Nie działa i koniec. Bo właśnie jeśli jesteś pan na nie, to jedno ja panu powiem szczerze, to już nie jest tak, że taka decyzja nie wpływa. Bo ona wpływa. Niby nic, ale raptem wszystko. Tu się coś panu zepsuje, tu panu nagle siding odleci, tu panu żona umrze nagle, choć nawet kataru nigdy nie miała. Tu coś zginie, jakieś niby dokumenty raptem z pana nazwiskiem, z pana imieniem pojawią się w nie tej, co trzeba przegródce, tylko we właśnie odwrotnej, niż trzeba, że będzie tak, że nagle po prostu znikniesz pan z tego świata razem ze swoją rodziną, że nagle znikniecie z tego miasta, a wasz dom zostanie wyniesiony w część po części na obrzeże, zalany benzyną, rozpuszczalnikiem i podpalony z samej zasady. Że albo się jest Polakiem, albo się nie jest Polakiem. Albo jest się polski, albo jest się ruski. A mówiąc dosadniej albo jest się człowiek, albo jest się chuj. I koniec, tak panu powiem.


Wtedy ja patrzę chwilę na niego w oczy, co by upewnić się, że to, co mówi, to powaga. Powaga. Wie, co mówi. Więc wtedy obracam się na dom. Siding niedawno położony, elegancki, biały, zachodni wygląd, choć od Ruskich kupiony. Patrzę chwilę. Potem patrzę na Andżelę, co akuratnie odkłada łopatę i zwala Sunie do dziury. Myślę sobie: za płytki ten grób, to się w ten sposób nie da, bo wnet zacznie śmierdzieć, jak się zrobi bardziej ciepło czy bardziej gorąco.

Pies mi zdechł - mówię pokazując na załączonym obrazku Andżelę, co grzebie Sunie. - Ruski otruli - dodaję, by było wiadomo, że pierdolonym proruskim antypolakiem nie jestem i wiem, jak oni trzodzą na mieście, ci gnoje, psy Polakom podtruwają swymi ruskimi konserwami.

Otruli? - mówią robole, jak gdyby już nie mieli złudzeń żadnych co do zwyrodnialstwa zbrodni, którą dokonują Ruski na mieszkańcach tego miasta.

No otruli zwyczajnie po chamsku, może nawet zagłodzili na śmierć - mówię. Oni na to wskazują na Andżelę wałkiem: córka pewnie cierpi przez nich bardzo? Przez wzgląd na córkę powinien pan się zdeklarować ostatecznie, co do ustroju, który pan wyznaje. Jedno słowo, tak albo nie, Ruscy fałszerze kompaktów, Ruscy robiący podkop pod naszą gospodarką, ruscy zabijający psy nasze i wasze, nasze dzieci płaczące przez Ruskich. Tak albo nie, Polska dla Rusków, czy Polska dla Polaków. Decyduj się pan, bo my tu gadu gadu, a te ścierwa się zbroją.


Patrzę na Andżelę, co jak przedwcześnie poczerniała, pokryta osadem dziewczynka lat 5 gapi się w mym kierunku wyczekując, aż wrócę i zrobimy nabożeństwo za duszę Suni. Suni męczennicy w obronie czystości rasy polskiej. Zamordowanej przez Rusków ze szczególnym okrucieństwem za polskie pochodzenie.

Wtedy patrzę jednak na siding, nowy, kupę hajcu warty, niezużyty całkiem siding. Wtedy wszystko mi się krystalizuje w jedną chwilę, wszystko staje się jasne. Sidingu nie poddam, ruski jest czy nie ruski, ale co to, to nie. Andżela, cho no tu - wołam. Andżela przybiega truchcikiem. Oni chcą siding pomalować na biało i czerwono, mówię do niej ściszonym głosem na boku. Ona patrzy bezrozumnie raz w me jedno oko, raz w lewe, jakby nie wiedziała, co to białe, nie wiedziała, co to czerwone, tylko wiedziała co najwyżej, co to czarne i jakbym był powiedział: chcą na czarno pomalować, to by zaraz wiedziała o co chodzi. Jak: pomalować? -ona pyta i jest przy tym tępa jak sztuciec plastikowy. No po polsku -tłumaczę jej jak głupiemu - po polsku pomalować niby że za Sunie, że ją Ruscy otruli.

Ocipiałeś? - Andżela na to nagle jakby rozumie, o co biega. - Siding to byś mógł dać wymalować, jakby ci matkę przelecieli albo jakby do miasta sprowadzili lewe wesołe miasteczka. Albo jakby ciebie samego zabili i zgwałcili twe zwłoki. A tak to powiedz im, że za Sunie najwyżej płot.

I ona ma prawdę, nie jest aż ta głupia ta dziewczyna, do interesów się nadaje, jak będę miał ten swój interes, czy piasek, czy miasteczka, czy arafatki, to już nieważne, to ją wezmę na dział „kalkulatory”.

Sidingu nie ruszcie - mówię do chłopaków bez cienia wahania, bez drgnienia w głosie. - Co najwyżej to możecie płot wymalować.

Oni patrzą po sobie jeden na drugiego, myślą, gdzieżby mnie tu zaklasyfikować, do za, czy do przeciw.

Plota też bym nie dał tknąć - mówię szybko - ale to za psa mego, za ból mej córki Andżeli, którą tak pokrzywdzili Ruscy, że jej najlepszego przyjaciela zaciukali na śmierć. Za to ich nienawidzę, za to płot mego domu będzie symbolizował wypowiedź wojny przez polskich do Rusków.

I wtedy dziwię się nawet, jak bardzo cwany jestem, jak przebiegły, istne coś z niczego, bo zaraz oni wyjmują tabele z listą mieszkańców, gapią się w te tabele o tytułach: propolski, proruski i mówią tak:

Co przyznajemy? To drugi na to, nieco wyższy: no jak dla mnie to ewidentnie propolski. Wtedy ten pierwszy, niższy: no propolski to owszem, lecz jaka punktacja. Patrzą chwilę po sobie. Wtedy wyższy mówi: nic, no trzeba ankietę-psychotest. Odgarniają sobie z kombinezonów kurtki i z kieszeni wyjmują ankietę-psychotest. Nie jest to duże, ale zawsze biurokracja, trzy pytania i bądź tu mądry. Patrzę na nich podejrzliwie, ale biorę ankietę-psychotest i odsuwamy się z Andżelą kilka kroków.

Pytanie pierwsze, czytam głośno. Robole na to: w wypełnianiu formularza należy pod karą administracyjną mówić prawdę. Okej, mówimy z Andżelą i wtedy czytam: pytanie pierwsze. Wyobraź sobie, że wybucha wojna polsko-ruska. Koleżanka łamane na kolega mówi ci w sekrecie, że popiera Ruskich. Co robisz? A. Bezzwłocznie zgłaszam to gospodarzowi domu i policji. B. Ociągam się, mam wyrzuty moralne, ale ostatecznie przemilczam tę kwestię. C. Popieram go. Uważam, że obywatele ruscy dalej powinni uprawiać handel fałszowanymi papierosami i kompaktami.

- I zatruwać polskie zwierzęta. - dopowiada jeden z roboli jakby mimochodem.

- Odpowiedź A - mówi Andżelą. Odpowiedź A - potwierdzam bezzwłocznie. No to ci robole zakreślają A i mówią: dobrze. Andżelą skacze z radości i uciechy, że trafiliśmy. Wtedy czytam dalej: pytanie drugie. Na ulicy widzisz człowieka, który wiesza na jednym z domów flagę czerwoną. Co robisz? Odpowiedź A: niezwłocznie zrywam tę wrogą chorągiew. A- mówi Andżelą. Dobrze - odpowiadają robole. Aten wyższy dodaje: no to może od razu przejdziemy do kluczowego pytania, bo po co się bawić tu w jakieś ceregiele, skoro państwo znacie prawidłowe odpowiedzi. Niższy mówi: okej, racja.

Trzecie ostatnie pytanie. W ostatnich dniach zasolenie w rzece Niemen wzrosło o 15%. Podkreślam: o 15%. Środowisko naturalne tychże okolic zostało zdegradowane, a wody Niemna przybrały odcień ultramaryna. Czy za taki stan odpowiedzialni są Ruscy? A. Tak. B. Nie wiem. C. Z pewnością.

Ce! - mówi Andżelą natychmiast, robole patrzą po sobie i wyższy dodaje: dziewięć na dziesięć punktów, bardzo dobrze w rubryce „postawa zbrojna wobec wroga rasowego”. No to płot malujemy, co mamy robić, na pogaduszki tu nie wpadliśmy. Wtedy wpisują, co tam trzeba i biorą się za płot.


My z Andżelą idziemy dokończyć ten burdel cały z psem. Ja stoję jak gdyby z boku, myśląc o Suni, że jaka była, taka była, ale szkoda, że umarła. Natomiast Andżelą swym glanokozakiem zagarnia ziemię i patrzę, że Sunia niknie jak obraz telewizyjny w zakłóceniach, jak porasta ziemią ogrodową. Czastalavista - mówię do Suni ostatni raz. Fajna laska z ciebie była, tylko trochę gruba.

Andżelą patrzy na mnie badawczo, czy przypadkiem nie mówię do niej i zasypuje dalej. Dobra - mówi. Teraz odprawimy nabożeństwo, małe czary mary, żeby Sunia nie trafiła tam gdzie my trafimy, Silny, a my trafimy w sam środek piekła, na samo dno piekła, przywaleni gruzem, przywaleni pustką. Jeszcze będziesz tego świadkiem, jak ginę pod głazem, pod zniszczeniami, ruinami. Ja będę patrzyć, jak ty giniesz i na tym się skończy. By Sunia tego nie zaznała, co my w życiu, tyle cierpienia.

Poczym Andżelą depcze po ziemi, wyrywa kilka korzeni z trawą i wsadza w ziemię na grobie.


Pobieranie 0.75 Mb.

Share with your friends:
1   2   3   4   5   6   7   8   9   10   ...   16




©operacji.org 2020
wyślij wiadomość

    Strona główna