Dorota Masłowska Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną



Pobieranie 0.75 Mb.
Strona3/16
Data27.10.2017
Rozmiar0.75 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   16
Koniec z tobą, Magda. Już mnie nie stanowi. To, co teraz mówisz. Jest po prostu bez sensu, zero zawartości sensu, gdyż ty cała od środka jesteś bez sensu, twoja literatura i edukacja, twoje profeministyczne przekręty, zagrywy ze sztuką piękną, to wszystko, mam tego dość. Już mnie na nic nie weźmiesz, na nic mnie nie ześwirujesz, gdyż znam prawdę o tobie, o całym twoim prowolnościowym majdanie, o całym burdelu paramentalnym, który za przeproszeniem prowadzisz razem z tym szatanem Arletą. Dawaj nogę, gdyż nie ręczę za swój gniew. Który jest wielki, a będzie tylko jeszcze większy. Dawaj nogę. Pytasz, że jak mi dasz nogę, czy ci powiem, co chcę zrobić. A więc powiem ci, więc się szykuj. A najlepiej zamknij oczy, zatkaj uszy, gdyż polecą brzydkie wyrazy. I dawaj tę nogę, bez żadnych szwindli, bez żadnych numerków, popraw sobie jeszcze majtki, co by ci nie było nieprzyjemnie i szykuj się na rychłą śmierć. A przedtem przed śmiercią w ostatnich chwilach twego zasranego życia popatrz sobie, jak morze jest piękne dzisiejszej nocy, jak sobie fajnie szumi to w lewo. to w prawo, raz do przodu, raz do tyłu. Gdyż potem już raczej tego nie zobaczysz, chyba że w piekle. Jeśli oczywiście twoja śliczna Arletka zechce ci przysłać kartkę z Jastarni do kotła z tobą, z najlepszymi życzeniami udanego pobytu, ponieważ ona się bawi świetnie i poznała sympatycznego czterdziestolatka biznesmena bezdzietnego. Popatrz, ileż to rzeczy mogłaś zrobić i zrozum to. Pytasz, co chcę ci zrobić z nogą, mówisz, żeby tylko nic zbyt bardzo bolesnego. A ja powiem ci jedno, lepiej się zamknij, lepiej sobie się ponawciągaj jeszcze jak ci został jakiś towar, a jak nie, to nie wiem co zrób, strzel sobie tego fajnego, polskiego piasku do nosa, gdyż to właśnie będzie bolało, co ci zrobię. Gdyż cię zabiję, nie wiem, czy o tym wiesz. To znaczy bardziej chodzi o to, że oberżnę ci twą najmodniejszą nogę w rajstopie, co równa się w twoim przypadku śmierci. Tak myślę. Jak nawet nie umrzesz w połogu, w tak zwanym krwotoku, to i tak koniec z tobą. Nie będziesz mogła dawać, dupka ci od tego uschnie, co równa się także dla ciebie śmiercią. Kule ci owszem, położę. Trzy metry stąd i tak cię zostawię, spoglądając, jak się czołgasz, pełzasz do usranej śmierci niczym morska roślinność.

Tak do niej mówię, do tej idiotki Magdy. A ona na to w śmiech. Kwiczy ze śmiechu, mówi, żebym dał jej spokój, gdyż ma gilgotki, a ponadto ból promenstruacujny, więc jest raczej bardziej znerwicowana, skłonna do podrażnień. Potem nagle trzeźwieje i mówi tak: Silny, ty nie mówisz poważnie, nie? Co ty z tą finką, z tym nożykiem tak, co? Zgłupiałeś do cna? To, że ty jesteś tak gwałtowny, to mi się zawsze w tobie imponowało. Ale ten nożyk do ziemniaków to sobie ze sobą weź i go zabierz ode mnie, gdyż ja jestem wrażliwa na punkcie krwi, nawet jeśli własnej. Mamie to gówienko zajebałeś z szuflady? Chcesz mnie pokroić? Jesteś perwersem? Chcesz mi tu urządzić zawody w rzeźnictwie na żywym człowieku? Ty jesteś w ogóle fair czy nie, jesteś moim kolegą w końcu czy jakimś gejem? Jak chcesz się tak bawić w ten sposób, bo to cię kręci, to sobie rób sam albo idź na wojnę polsko-ruską i Rusków tym dziabnij, gdyż wiem, że jesteś przeciwnikiem Ruskich, choć się nie przyznasz do tego. Co z gruntu wychodzi, że jesteś fałszywy, jesteś fałszerzem prawdziwych uczuć, gdyż nigdy się do nich nie przyznasz, nie powiesz swoich poglądów, o których wiem, że są raczej krańcowo lewicujące, nie?

Wtedy, choć jestem znieważony, ja patrzę na nią i wydaje mi się ładna, czemu nie mogę zaprzeczyć. A co zobowiązuje mnie do różnych gestów. Ogólnie rzecz biorąc jest tak ładna, tak krucha, gdy w jej kierunku patrzę, że robi mi się żal wszystkich słów, wszystkich wyrazów, które były wypowiedziane. Robi mi się jej żal, ponieważ miała być może trudne dzieciństwo, więcej niż trudne. Być może nie ma w życiu najlepiej, od początku odrzucana, wpuszczana wiecznie w maliny przez rząd, przez państwo, bez szans na perspektywy. Gdy tak patrzę na nią, przychodzi mi myśl o tym, że być może jej dramat polega na urodzeniu się nie w tym miejscu, nie w tym czasie. Wyobrażam sobie, że w innym mieście, w innym państwie by mogła zostać nawet królową dworu królewskiego. I nikt by się nie skapnął, iż jest tylko zwykłą dziewczyną, włącznie z królem, włącznie z marszałkiem. I gdyby nie było między nami tak źle, różne spięcia, gdyby nie powstała cała ta paranoja, te pretensje o wszystko i nic, ten żal jeden do drugiego, byłoby inaczej. Wziąłbym ją postawił na tym murku, ściągnął jej majtki i od nowa włożył, by nie były tak poprzekręcone, zniszczone, podwinąłbym jej kieckę i od nowa zaciągnął, by nie była tak nie w tym miejscu, a gdybym miał chusteczki, o co już zresztą Lewy mi przypomniał, gdyż te chusteczki to jest jednak rzecz, którą każdy nawet twardziel powinien ze sobą jako osobisty przybór mieć i zawsze się przydadzą. To bym jej wytarł twarz z tego smaru, co roztacza się niczym krajobraz wokół jej oczu. Z tej szminki barwnej niczym niedojedzony do reszty deser w okolicach jej ust.

Tak bym zrobił. A jednak tymczasem ona jest nadąsana jakby była co najmniej panią na włościach tego murku, a ja bym był abnegatem, nielegalnym tu emigrantem bez paszportu, bez wizy do niej, bez niczego.

Ładny dzień jest, zagajam bardziej w tonie łagodzącym

Ona mówi na to: no to ja chyba mam już zjazd z proszku, chce mi się rzygać i normalnie zaraz się zrzygam ci na spodnie, jak mi od nowa nie nasypiesz choć małą kreskę. Mam niechybne wrażenie, że chyba już nawet jestem martwa, że już prawie nie żyję. Starczy jeden podmuch wiatru, jeden z jego strony gest. Wybacz ale teraz będę serialnie uczuciowa. Bo gdy na gospodarstwie ucinają kurze łeb, ona również biega taka jeszcze bez głowy piętnaście metrów przez całe podwórze. Tak się właśnie jak ona czuje, niczym kura o głowie obciętej, biegnąc resztą sił przez podwórko. Lecz wiem, iż zaraz bez wątpliwości umrę. Gdybyś ty, Silny, umiał mi choć raz pomóc, zrozumieć mnie.

To, co było, resztkę, co znajduję w jej torebce, gdyż Magda ma już dość całkiem wyraźne zejście, to jej nasypuję na gazetkę z Hitu. Co ją znalazłem nieopodal w pobliżu. Jest już świt. Mówię, by nie umierała, mówię, iż to uczucie, cokolwiek by go nie jątrzyć, nie niszczyć, ono między nami istnieje. Ona natomiast ma głowę cofniętą w stosunku do ciała i tylko idzie na zmianę przytakując. Jej twarz jest mizerna raczej, anemiczna. Bardziej jakby pod spodem, wewnątrz, Magda miała ziemię ogrodową niż mięso. Co mnie szokuje. Idziemy do dworca, choć byśmy mogli wziąć taksę. Ale raczej jest to niemożliwe, gdyż istnieje możliwość pawia ze strony Magdy, rzygania ziemią ogrodową być może, gdyż tak ona w tej chwili wygląda. Poza tym myślę iż dobrze jest spacerować z rana dla zdrowia. Co kategorycznie może w jej sytuacji pomóc w ustąpieniu objawów, zmienić całą sytuację na naszą korzyść. Po drodze wstępujemy na stację benzynową, ponieważ kupuję Magdzie „Filipinkę”, by poczytała sobie jakieś czasopismo, gazetę. Choć raczej jestem przeciwko w sposób deklaratywny. Magda mówi, że to dobry znak, iż jestem miękki, romantyczny, czuły dla niej jak żaden przede mną. W gazecie załączona jest wyraźnie taka dżinsowa torebka z materiału. Co Magda z miejsca od razu zauważa. Co w jej stanie jest znaczące, bo widać, iż musi być nagle radosna, szczęśliwa, choć ogólnie wygląda fatalnie. Gdyż z aferacją, z podniesieniem wysypuje ze swojej torebki inne rzeczy na chodnik. Są to przeważnie gumy do żucia, różne damskie farmazony jak dezodoranty, szminki, ustniki, różne przyrządy do urody. Lekko mnie to podkurwia, jako że mimo że jest ranek to to jest jednak siara, niezła kaszana takie postępowanie, co mówię, żeby nie robiła na środku miasta syfu. Ona mówi, że gówno, bo ponieważ nikt i tak jej tu i teraz nie widzi, to więc ona może sobie nawet tu nasikać, jeśli by jej się akurat zachciało. No więc tamtą torebkę wywala precz, a tę nową wykorzystuje, rzucając do niej wszystko, co ma, zostawiając tylko na chodniku puste woreczki po prochu, śmieci po gumie. Jak również długopis z napisem „Zdzisław Sztorm”, ziołowe tabletki na uspokojenie się, które poznaję na wylot. Bo śmierdzą kurzym gównem.

E, ten długopis to zostaw, może się przecież później być potrzebny -mówię. Ona na to, iż się odchudza teraz ostatnio i zeszła dziesięć kilo z ramion, a długopis wywala kategorycznie, ponieważ przypomina jej złe wspomnienie Wargasa, od którego go posiada.

Zastanawiam się, skąd u niej ten deklaratyzm, ten dar decyzji. Wiadomo, bilety niebilety, kolejka, odlewamy się pod dworzec, papierosy LM, mentole, gdyż jako takie tylko zostały. Mówię jej, iż kobiety są wyjątkowo pokrzywdzone musząc sikać w ten sposób i że wygląda jak odlatująca maszyna latająca. Magda mówi, że chuj mi do tego, żebym lepiej pilnował, jak samemu sikam. Mało energicznie czyta „Filipinkę”, mówi, wyjadę, wyjadę stąd gdzie indziej, do lepszych państw. Ja mówię, że niby gdzie. Ona na to, że do ciepłych krajów chociażby. W międzyczasie chodzi w kąt kolejki, jako że nie ma żadnych prawie prócz nas pasażerów, bo cokolwiek by nie mówić, jej mdłości są przemożne, nie mówiąc już o szczegółach. Poczym ze spokojem czyta dalej. Mówi, że pojedzie do tych krajów, gdzie są te ciuchy, te kosmetyki, kremy z ogórków, ze wszystkiego, gdyż tylko tam chce żyć, jeśli ja chcę z nią być, żele pod oczy, różne kremy, sole kąpielowe. Ja mówię, że owszem chcę, choć moje w tej kwestii rozumienie rzeczy jest inne, powiedziałbym bardziej lewicująco-patriotyczne. No i mówię Magdzie, jaki jest naprawdę stan rzeczy w naszym kraju. Opowiadam jej o powszechnym ucisku rasy panującej nad rasą pracującą, rasy posiadającej nad rasą nieposiadającą. Iż są to te same relacje, co niewolnictwo. Iż Zachód śmierdzi, ma zniszczone środowisko, które zaśmieca różnymi związkami nienaturalnymi, PCV, CHYDP. Iż panują tam żydobójcy, robotnikobójcy, mordercy, którzy utrzymują się i swe nieślubne dzieci z ucisku, z tego, że sprzedają ludziom firmowe gówna w firmowym papierku sprzedawane przez firmę „Mc Donald's”

Pierdolisz - mówi Magda bez krwi w twarzy, z wyrazem bardzo przejętym. Niby dziecko któremu demaskują na oczach oszustwo, którym jest św. Mikołaj, równie śmierdzący zwyczaj czerpany garściami z Zachodu. To nie jest gówno, gdyż ja to jadłam.

Owszem, ja też to jadłem, ale nie chcąc cię zmartwić, jest to właśnie gówno, gówno ludzkie, a nawet krowie, psie, zwierząt domowych i cyrkowych. Tak jej to obrazowo tłumaczę, żeby sobie pojęła. Jest to gówno preparowane, chemicznie wynaturzane, zmieniane ze swego składu na inny skład i smak. Jest to już kwestia specjalistyczna, technologie, produkcyjne procedury, precedensy. Jedno gówno idzie bardziej na te bułki, z drugiego robią mięso, z trzeciego cebulę, z czwartego, najgorszego rodzaju gówna, keczup i musztarda.

Magda nie chce mi wierzyć, mówi: skąd to wiesz, prozaik i poeta w jednym jesteś, co?

A ja jej na to, gdyż nie mam dowodów rzeczowych, a nie chciałbym jej zawieść, mówię, że z poradników, podręczników różnych do spraw lewicy, do spraw anarchistycznych, wolnościowych.

Ona na to gapi się na mnie i mówi: czy gówno, czy nie gówno, ale dobre dosyć, znaczy smaczne.

Ja mówię na to: a to jest akurat prawda, i oboje patrzymy w okno, marząc o produktach żywnościowych, spożywczych, gdyż dłuższy czas nie jedliśmy obiadu ni kolacji, nie licząc tych drinków, tej amfy. Potem już milcząc wracamy do mnie na chatę, gdyż akurat jest wolna, pusta. Zaraz jest już po wszystkim, po całej naszej miłości, gdyż jesteśmy dość zmęczeni, znużeni całą tą nocą pełną uczuć i wielu zdarzeń. A Magda idzie do lustra, poprawia sobie gatki, naciąga na twarzy skórę i mówi do mnie zrazu tak z wielkimi pretensjami: czemu mi żeś nie powiedział?! Czemu żeś mi nic nie powiedział?

To znaczy na jakim tle? - ja odpowiadam pytaniem z tapczanu, gdyż jestem dość zmęczony całą tą sytuacją. Ona mówi: że wyglądam tak! Grubo! Wręcz puszyście! To co z rąk zeszłam poszło mi w twarz chyba, cały tłuszcz, całe mięso, co mi z rąk zeszło! Kurwa mać! W dupę! Wyglądam jak wieprz i knur! Oko i usta podwójne! Dwa razy powtórzone na moją twarz!

Dalej niestety nie wiem, gdyż pomimo jej nienaturalnych wrzasków i tłuczenia o umywalkę różnych kosmetycznych rzeczy, zasypiam i budzę się już kiedy indziej. A co mi się śni, to już za przeproszeniem nie jej rzecz.
* * *
Na komórkę dostaję wiadomość tekstową od Andżeli. Cześć Silny, poznaliśmy się tam i sram, oraz czy się jeszcze kiedyś spotkamy. Taka wiadomość. Taki sms. Budzę się w tym momencie ze snu, w pościeli, w rodziców tapczanie, snu być może, że długiego, choć być może, że krótkiego. Ponieważ która jest godzina, jest to wątpliwe. Być może, że nie ma godziny żadnej, gdyż jest koniec świata z apokalipsą, co ujawnia się i daje syndromy w mojej psycho i fizjologii. Gdyż nie jest ze mną dobrze, szczególnie fizycznie, fizjologicznie. Wtedy zauważam jeden nieznośny do przyswojenia i logicznego zrozumienia fakt. Tuż blisko mnie leży najwyraźniej Magda, śpiąc, co nakręca mi wokół tego tematu niezły film. Klasyczny halun. Gdyż wyraźnie obok jest, ale czy żyje, czy nie żyje, jest to wątpliwe. Boję się, dostaję niezłego stracha na tym punkcie, ponieważ ona wygląda raczej źle, raczej jak nieżyjąca, wręcz powiedziałbym dosłownie martwa. Raz oddycha, a na zmianę raz nie oddycha, dla odmiany, zapewne by mi zrobić jeszcze gorszy film. Nie ruszając się w międzyczasie na krok od swej ustalonej pozycji. Usiłuję sobie przypomnieć ze wczorajszego wieczoru jakieś wydarzenie, jakiś fakt, podczas którego Magda poniosła niechybną śmierć. I przypomnieć nie mogę.

Natenczas, choć każdy mój najmniejszy ruch jest prawie że śmiertelny, a ból i cierpienie są mym nieodłącznym kochankiem, sięgam po jej torebkę. Co dużo mnie kosztuje bólu w bańce i wszystkich ludzkich organach, jakie są w moim ciele. Aczkolwiek muszę z niej wywalić na kołdrę ten cały gównatus, który ona tam nosi ze sobą, a którego zawartość mnie gówno za przeproszeniem interesuje. Wszystko, by wydobyć jeden złamany panadol w postaci tabletki.

Ponieważ może nawet zdradzam swe antyglobalistyczne światopoglądy, zapatrywania. Jednak panadol, choć robiony z trujących zwierząt, trujących roślin i odpadów międzyludzkich Zachodu, z zachodnich minerałów, zatruwającego na całym świecie wodopoje paracetamolu, który na sterylnej wadze odmierza się sterylnym odważnikiem.

Jednak mimo wszystko to jest dobry, o wręcz właściwościach leczniczych środek. Nieważne. Czy to jest jad pszczół, os, czy to jest jad trupi. Ma postać zwykłej najzwyklejszej tabletki, zdatnej i wygodnej do połykania. Pomaga zarówno na ogólny ból przy zjeździe, który ja mam przykładowo teraz, jak również na chorobę, gorączkę. Kto wie, czy nie kaszel, biegunkę? Może jednym słowem uleczyć wszystko.

Wtedy znajduję długopis „Zdzisław Sztorm”. Jest to dla mnie bez mała szok. W tym momencie staje przede mną niby fatamorgana, wszystkie wydarzenia i wszystkie zdarzenia, co miały miejsce wczoraj. Choć chronologicznie rzecz ujmując może nawet był to dzień dzisiejszy.

Jest to niczym w momencie śmierci: leci dym, przed tobą całe twe życie zamknięte w fotograficznej klatce niczym w slajdzie. Więc pamiętam, iż dotyczyło wiele zdarzeń, wiele słów właśnie śmierci, umierania, cierpienia. Patrzę na Magdę, która nie dość, że ma zamknięte oczy, to jeszcze się za grosz nie porusza. Myślę o tym dziecku, co ona chwaliła się, że ma, myślę, czy być może, kiedy ja akurat nie patrzyłem się, je urodziła i zmarła w porodzie, dyktowana amfetaminą. Lecz tę wersję odrzucam, gdyż pamiętam również, że miałem ją później, na tym tapczanie, co się wzajemnie wyklucza, eliminuje, ponieważ z dzieckiem, z tym całym biologiczno-fizjologicznym kramem, który potem podobno ma miejsce, jest mało możliwe.



Potem przypominam swój afekt, który mnie skłonił do niepowstrzymanej agresji z udziałem ostrego narzędzia. Przypominam sobie, iż chciałem urżnąć jej nogę w okolicy uda. Przeraża mnie to, gdyż przychodzi mi myśl, że to zrobiłem. A to, to jest to amnezja chwilowa, wywołana szokiem zbrodni, nawałem okrucieństwa. Robakoski Andrzej i to się zgadza. Ale bym jej nogę obcinał, jest to już wyeksmitowane z mej pamięci być może na zawsze nawet. Strachliwie wsuwam ręce pod kołdrę i szukam nogi tej ze skurczem, która z tego co pamiętam jest bardziej od kierunku ściany. Noga jest i ma się dobrze, i jeszcze mruczy jak gdyby zadowolony z własnego odchodu pies. Magda jest również wyraźnie, zielonkawa bo zielonkawa, rozrzucona po całym łóżku niby ofiara morderstwa, ale wyraźnie zabita nie została ni też nie zginęła w bitwie o flagę polsko-czerwoną, nie poległa w wojnie o drzewce. Nawet ma świeży makijaż wymalowany do snu, tamte ciapy zmyte, a nowe nałożone, nieco krzywo i nieco odwrotnie, jako że od tej amfy, od tego niczym nie zawinionego zjazdu, trzęsły jej się łapska i narobiła sobie różnych kresek i kropek, jak gdyby cały alfabet Morse'a przemaszerował przez jej twarz. Patrząc na to może nie powinnem uciekać się do takich aluzji, ale powiem tylko, że jako nieduży chłopak aż do późniejszego mojego życia nie wiedziałem nigdy, które są to brwi, a które są to rzęsy. Oczy owszem wiedziałem, ale brwi i rzęsy to były dla mnie czarna magia. To samo sukienka i spódniczka. Mało dodać. Chińskie kazanie w polskim kościele narodowym. Spowodowało to dosłowną lawinę sytuacji osobistych, intymnych, w których zachowywałem się omyłkowo i niesłusznie. Lecz zawsze jakoś z nich wybrnęłem.
A kiedy już wiem, że nic jej nie jest, to odgarniam ze swego brzucha cały ten nieorganiczny, zagraniczny chłam, który wytrząsłem z jej torebki. Torebki z ulotką ogłaszającą radośnie „Filipinka”. Oddzieram z siebie kołdrę i myśląc właśnie w podany sposób, cichaczem udaję się do kuchni.
Gdzie spoglądam w swój telefon, na którym widnieje tekstowa wiadomość od Andżeli. Więc bezzwłocznie dzwonię do niej. Raz dwa trzy. Ona wesolutka. Może jeszcze pijana po przedwczoraj, od kiedy to właśnie ją poznałem. Mówię jej, że jest bardzo piękna i bardzo ładna, że zachwyciła mnie jako dziewczyna i jako kobieta. Różne takie męskie sranie w banie, bajery, telefony, piękna i ładna, i śliczna, i również jednocześnie ładna. Mówię, że ma fajny charakter i to mi się w niej podoba. Ona pyta jakiej słucham muzyki. Ja mówię, że każdej po trochu, że ogólnie wszystkich rodzajów. Ona mówi, że też. Podsumowując fajnie nam się gada, dyskusja jest na poziomie wysokim, kulturalnym. Nieco tematów o kulturze i sztuce, ona: jakie lubię filmy, ja, iż jest bardzo urodziwa, ale najładniejszą to ma samą twarz, lubię różne filmy, a najbardziej różne Aktorki i aktorów. Iż ona sama mogłaby zostać niezłą aktorką, modelką. Ona mówi, że ją świruję, ja mówię, że jeśli mi nie wierzy, to jest to jej już sprawa, choć mogę przysiąc na świętego Jakuba Szelę i wszystkich świętych. Ona na to odpowiada, że musi kończyć. Ja na to, czy widziała „Szybcy i wściekli”. Ona, iż może tak, a może nie. Ja proponuję spotkanie na video. Ona pyta, czy mam już jakąś dziewczynę. Ja mówię, że jeszcze nie, ponieważ trudno mi się otrząsnąć po mym ostatnim związku, który był pełen niezawinionej, wręcz tragicznej miłości skazanej na upadek. Ona na to, iż lubi chłopców romantycznych, czułych, lecz równocześnie twardych i mrocznych. Z poczuciem humoru, lubiących miłość, przygodę, spacery we dwoje, wspólne kolacje, długie spacery we dwoje brzegiem plaży, długie wspólne rozmowy o wszystkim, romantyczne przechadzki, pisanie długich listów, otwartych i z wesołym poczuciem humoru, którzy będą dla niej prawdziwymi kolegami, przyjaciółmi, szczerymi, czułymi, z gestem, z kulturą, ze sztuką, rozmowami szczerymi o przemijaniu. Ja odpowiadam, że również lubię takowe dziewczyny, ładne, piękne, z poczuciem humoru, lubiące szybkie kino akcji i dobrą muzykę do posłuchania, lubiące się bawić, potańczyć, urodziwe, zgrabne. Ona mówi, czy nie świruję. Ja się obruszam. Gdyż jeśli już coś mówię, to jest to prawda, chociażby przez sam fakt padających słów. A nawet jeśli nie jest, to jeszcze może być. Wtedy ona pyta, czy wiem, że jest wojna polsko-ruska na naszych ziemiach przy fladze biało-czerwonej, która się toczy między rdzennymi Polakami a ruskimi złodziejami, którzy ich okradają z banderoli, z nikotyny. Ja mówię, iż nic o tym nie wiem. Ona na to, że tak właśnie jest, że się słyszy, że Ruscy chcą Polaków wycwanić stąd i założyć tu państwo ruskie, może nawet białoruskie, chcą pozamykać szkoły, urzędy, zabić w szpitalach polskie noworodki, by wyeliminować je ze społeczeństwa, nałożyć haracze i kontrybucje na produkty przemysłowe i spożywcze. Ja mówię, że są to zwykłe świnie, zwykli konfidenci.

Wtedy ona mówi, że musi kończyć. Pyta, czemu mówię takim głosem cichym, jak gdyby ściszonym. Ja mówię, że moja matka tuż w pokoju obok śpi, gdyż jest na zejściu. Ona pyta, na jakim zejściu moja matka jest. Ja mówię, że moja matka to jest taka matka, która lubi sobie czasem przygrzać, ścieżkę do noska do pracy czy na wieczór. Andżela się śmieje, mówi, że mam wesołe poczucie humoru, za co mam u niej sto punktów na wejście. Ja mówię, że dzięki, że jeszcze pogadamy o tym, gdyż jest fajna z charakteru i usposobienia, co mi się szczególnie bardzo w niej widzi.


Wracam do pokoju, gdzie jest istna sodomia, gomora, syf, malaria, umór. Tapczan sam w sobie poskakany, powariowany. Ból w bańce. Długopis „Zdzisław Sztorm” toczy się przez cały pokój niby po równi pochyłej. Wzdłuż i wszerz. Gumy do żucia kulki, kolorowe, czerwone, niebieskie, sypiące się z Magdy torebki jak grad i śnieg, opady pogodowe na linoleum. Fatałaszki, ciuszki, rajtuzy. Wszystko niczym by przeszła po tym burza. Szmaty bez realnej zawartości. Wydyma je huragan lecący przez okno. Żyrandol kołyszący się w tę i we wtę. Brud, kurz na meblach. Jednym słowem chaos, panika. Magda na tapczanie w dwuznacznej pozycji niczym pani na wysypisku śmieci, w koszuli nocnej mej własnej matki, co mnie do reszty rozsierdzą. Gra w gry zręcznościowe na swym telefonie. Wkłada język do woreczka po amfie, co znalazła w kieszeni mej katany. Jest rozpaczliwa. Jest leniwa, nie ma z niej żadnego pożytku. Ujrzawszy mnie, swego chłopaka, nie daje do zrozumienia cienia radości. Raczej raptowne zniechęcenie, rozczarowanie.

Z kim żeś gadał? - mówi do mnie, a wcześniej zdejmuje ze swego języka worek po amfie.

A co, z kimś niby gadałem? - tak odpowiadam będąc raczej nieprzyjemnym, lecz to właśnie jest stan opryskliwości, szorstkości do którego mnie prowadzi swoim widokiem.

No gadałeś, co: nie gadałeś, skoro gadałeś? Ja to także słyszałam, więc są świadkowie. Lecz tak inaczej, gdyż wtedy spałam. Tak muszą podwodne ryby słyszeć rozmowy nas, ludzi. Beł beł beł, tam i sram. Dosłownie takie rzeczy słyszałam, pół śpiąc, pół kojarząc. A jak idzie o to, co bym miała zrozumieć, to często gęsto powtarzałeś matka.


No to ja jej mówię tak, bo już jestem nieźle podkurwiony. gdy ją muszę oglądać: bo właśnie ma matka dzwoniła do mnie na komórkowy telefon, nie wiem, czy wiesz. Mówiła, że wnet tu robi wjazd na chatę i że masz stąd co sił spierdalać. Gdyż jak cię zobaczy, to zabije jak psa. Gdyż ty, Magda, nie jesteś odpowiednim dla mnie towarzystwem. Gdyż ona ma zasady, sądzi, iż skarbem dziewczęcia jest jej skromność, a ty jej nie posiadasz jeszcze mniej niż kultury. Że na osiedlu są o tobie plotki, że bierzesz amfę, kwas, zadajesz się z nie tymi, co trzeba. Że ogólnie jesteś skończona, że mnie wycieńczasz moralnie i mentalnie. Że jeśli chodzisz tu jeszcze wypindrzona w jej koszulę nocną, w jej szmatki, to ma dla ciebie śmierć w męczarni. Więc się zabieraj szybko, jak nie chcesz nam dwojgu narobić problemów, żółtych papierów. Musiałem powiedzieć jej: matko, o nic się nie martw. Magda śpi li jedynie w komórce, w piwnicy, przyniosła własną żaluzję i wygospodarowała sobie tam nieduży kącik, gdzie ma grzałkę. Tam śpi, naszych przedmiotów, banknotów nie tyka.
Magda milczy, lecz nagle wybucha. Chorobliwą formą. Całkiem nieczytelną. Formą pośrednią między kaszlem a gniewem. Zaczyna zbierać swe piekło, paski, majtki niczym błyskawiczna segregacja śmieci. Jest wyraźnie jadowita. Mówi: twoja stara też ma nasrane równie jak ty, jest równie umysłowa. Na osiedlu mówią o niej, że położyła sobie na wasz dom panele od Ruskich i że te panele, ten siding już wkrótce w najbliższym czasie się wam odklei.

Wtedy naciąga rajtuzy, które gdzieś zapodziała. Oczka pociera palcami, jakby mogły od tego zarosnąć i by nie było ich widać. Spogląda na mnie niby że współczująco i mówi: bo ruski ten siding. I ten siding się zjebie z wielkiej wysokości. Mordując całą rodzinę. Weź sam sobie pomyśl. I lepiej tą panele zrywaj póki czas. Ja cię, Silny, ostrzegam. Potem będzie grill w ogrodzie, wszystko cacy, żeberka z Hitu, twa stara pochyla się nad grillem z pogrzebaczem, twój bracki z podręcznym kompletem przypraw. I, Silny, wtem wszyscy pochylacie się nad grillem patrząc w niego jak w objawienie, jak w zaćmienie słońca. Atu jeb, jeb, jeb, lecą panele wam na te genetycznie posrane łby jak jakieś jebnięte meteoryty, księżyce czy planety z nieba. Jeden na twego brackiego. Za dilerkę, za jego egoizm, utratyzm, przelecenie Arlety i jej potem zostawienie, porzucenie na pierwszym przystanku. Za trzymanie piątki z Ruskimi. Jeb mu w głowę. I do szpitala na oddział zakaźny. Lub lepiej zamknięty od razu. Jeb! Kolejny w twą matkę. Za ploty, za całego Zeptera, w którym robi interes i niezłą kaskę. Za bandyckie ceny w horrendalnym solarium. Za całe zło, za zniszczenie naszej, Silny, miłości. Jeb. I na oddział.


Pobieranie 0.75 Mb.

Share with your friends:
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   16




©operacji.org 2020
wyślij wiadomość

    Strona główna