Część II – wojna we Francji



Pobieranie 303.14 Kb.
Strona1/5
Data18.03.2018
Rozmiar303.14 Kb.
  1   2   3   4   5




7PAMIĘTNIK WIKTORA ROZWADOWSKIEGO

Część II - Rok 1940 we Francji

(części I i III zaginęły, o ile w ogóle istniały..)


27.Styczeń.1940

Co za szalona ulga stać się znów człowiekiem, który jest w zupełnym porządku z prawem. Wyzbyć się w końcu tego, co od szeregu miesięcy podświadomie tkwiło w umyśle chociaż, ale zawsze w każdej sytuacji, w każdym działaniu nie pozwalało zapominać, że się ma pewne grzechy prawnie karane, czegoś co powodowało, że się często trwożnie za siebie oglądałem czy już ktoś nie kładzie łapy na mym ramieniu. Przypuszczam, że takie uczucie może być udziałem jedynie ściganego zwierzęcia i debiutującego przestępcy.

O godzinie 4:00 po południu wjechałem z mą grupą na ziemię francuską i tu głęboko odetchnąłem - w końcu jestem gdzieś, gdzie nie mogą mnie dosięgnąć węgierscy żandarmi. Nie mogą mnie zamknąć za fałszywy paszport, gdzie przez jakiś czas będę swobodny. Nie będę miał pełnej głowy kłopotów o moich ludzi.

Grupa, która przywiozłem - po szalonych emocjach podczas przejazdu przez Jugosławię


i Włochy, a w końcu przez wściekle długi tunel łączący Francję z Włochami. Po licznych ostro poskramianych przeze mnie okrzykach zdumienia, zachwytu i próbach wdawania się w rozmowy
z tubylcami. Odbywało się to za pomocą straszliwego konglomeratu słów, jednak sposób rozmowy „na migi” dominował (we Włoszech taki najpopularniejszy temat wyglądał w ten sposób: pokazując na siebie palcem -„ Ich mit Mussolini”- wtedy ściskał rękę rozmówcy, jako przedstawiciela, w tym momencie Mussoliniego. – „Hitler”- i znak pokazujący zarżnięcie lub powieszenie).

Grupa ta została mi odebrana w Modenie. Wtedy byłem już zupełnie wolny. Miałem uczucie, że wydostałem się na otwarty świat. W zasadzie jednak, to do „wolnego świata” było tam bardzo daleko - nie mówiąc już o samej Modenie - miejscowości położonej w ciemnej dolinie, otoczonej z czterech stron skalistymi górami kilkaset metrów wysokimi, do której świetnie odnosi się określenie: „świat zabity deskami”.

Ale cała Francja to był już wtedy kraj znacznie bardziej zamknięty niż te, z których przyjechałem. Wtedy o tym nie myślałem – jedno tkwiło mi w umyśle - w końcu stało się to, do czego dążyłem - jestem we Francji, w kraju gdzie dadzą mi niedługo mój oddział, z którym pójdę na wojnę, i z którym może już niedługo szumnie i wspaniale wkroczę do Polski. Jak wtedy strasznie się we wszystkim myliłem. Ile się naczekałem, aby ten oddział dostać, a ile jeszcze będę czekał, aby do Polski wrócić?

W Modenie dworzec był zatłoczony Polakami - wszystko miny uradowane i skłonne do szaleństw. Słabo musiały się czuć panie (żony oficerów), których kilka tam było, że miały szczęście


i wyjeżdżając z Polski wzięły ze sobą futra, kufry i inne drobiazgi (był nawet jeden piesek). Stanowiły olbrzymi kontrast przy nas - dziadach w łachmanach. Wobec tego w ich kierunku sypały się żarty, już bardzo oklepane, o żonach pułkowników, ich pieskach i kanarkach.

Umysł Polaka jest ogromnie zapalny, dający się zaślepić chwilowymi, małymi sukcesami.


W takich chwilach, a raczej w takim, do pewnego stopnia, bezplanowym życiu daje się to szczególnie zauważać. Ileż to razy prowadząc mą robotę na Węgrzech, obserwowałem w u wielu naszych - nie wyłączając siebie samego - przechodzenie ze skrajnej rozpaczy do wprost niezrozumiałej potem radości. Głównie dotyczyło to spraw związanych z porozumiewaniem się z rodziną i możliwościami ucieczki z Węgier. Ludzie będący w szalonej depresji, nie mogący o niczym innym myśleć jak o tym, co się dzieje z ich najbliższymi, zamęczający pytaniami o to swe otoczenie, gdy raptem usłyszeli coś, co nawet nie było zupełnie pewne, o swoich w Polsce, wyobrażali sobie natychmiast, że widocznie tam nie jest tak źle jak mówią i wpadali w szalona radość. Sam brałem udział w takim charakterystycznym przypadku. Paru z naszych kolegów miało już wiadomości o swych rodzinach, reszta była ponura i zazdrościła tamtym. Codziennie jeden pędził na poste - restante. Wtedy
z Maniakiem (?), naszym dowódcą, żyłem w niezgodzie. Traf chciał, że będąc na poste-restante znajduję kartkę do niego z Polski. Gdym mu ja przyniósł w tym samym momencie, poczciwisko zapomniał o tym, że jest na mnie zły i nawet jeszcze nie przeczytawszy kartki, zerwał się i ucałował mnie. Tak, tak! To była u nas wszystkich najbardziej istotna rzecz - bezustannie tkwiła w głowach myśl wybiegająca do swoich, do tych najbliższych, ukochanych - co z nimi? Czy mają z czego żyć? Ciągle się słyszało pytania: czy pan przypadkiem nic nie wie? Czy pan nie widział? Itd. Gdy się coś usłyszało o swoich to ten, który przyniósł nowiny był naprzód zamęczany przez długi czas, potem często fetowany, a szczęśliwiec przez parę dni promieniał i dumnie obnosił się ze swymi wiadomościami drażniąc tym innych. Również po przekroczeniu granicy francuskiej nie widziało się ponurej twarzy - wszyscy byli ogromnie pewni siebie.

„Jakże to, myśmy pokonali trudności z ucieczką, z przyjazdem tu i miałoby być jeszcze źle”? Wszyscy już widzieli pokonywane za parę miesięcy Niemcy. Dziś, gdy z oddali patrzę na tę chwilę jak śmiesznie małą wydaje się ta przeprawa uwieńczona przyjazdem do Francji. Zresztą humor się popsuł już po parudniowym pobycie w Paryżu - tak umysł Polaka jest niesłychanie zapalny.

Mieliśmy szczęście, bo właśnie tego dnia odchodził pociąg do Paryża - pociąg szedł co parę dni, zależnie od tego czy zebrała się odpowiednia ilość pasażerów. Przed odjazdem poszliśmy na kolację żołnierską do koszar artylerii górskiej. Jak mi się wtedy podobał żołnierz francuski - ich swoboda, beztroskość. Byłem w zupełności nastawiony na wojsko - uważałem wtedy, że jest to mój obecny zawód, że tu jest moje życie i że wobec tego trzeba jak najlepiej się do niego nastawić.

Po 14 godzinach jazdy zapchanym pociągiem zajechaliśmy na Gare de Lyon (jeden z głównych dworców w Paryżu).



28 Styczeń- 12 Luty - Paryż

Dojeżdżając tu miałem określony plan działania - załatwić sprawy wojska, odnaleźć Stacha Wernickiego, nadać telegram do żony.



Odnalazłem moc mych znajomych – oficerów z jednostek, w których służyłem, znajomych
z Węgier i dawnych z Polski. Gdy komisja lekarska powiedziała mi „17” bez zastrzeżeń - uradowałem się. Bałem się czy ostatnia choroba nie zrobi mi jakiegoś kłopotu, czy nie zostały po niej ślady.
W końcu po 6 godzinach, załatwiwszy formalności wyrwałem się z koszar. Szybko odnalazłem hotel Stacha - jego nie było, jednak puścili mnie do pokoju. Przede wszystkim wanna. Z rozkoszą kąpałem się moc czasu - zapomniałem już jaka to przyjemność. Kąpiel wprawia mnie we wspaniały humor (ostatni raz kąpałem się w wannie chyba jeszcze na Romanowicza - w kochanym Lwowie). Przed kąpielą chciałem iść spać jednak po tym tak odpocząłem, że wróciwszy do pokoju począłem kombinować w co by się ubrać żeby jakoś możliwie wyglądać - ostatecznie za wyjątkiem krawatki wszystko inne ubrałem Stacha. Ogromnie on się zdziwił gdy mnie zobaczył w swym pokoju do tego w jego „lepszym” ubraniu. Ucieszyliśmy się bardzo – wyszliśmy naturalnie do knajpy czegoś się napić. Od niego dowiedziałem się, że ojciec z Nelą są w Paryżu, że Maryna tu jutro przyjeżdża. Tego jeszcze dnia zobaczyłem się z ojcem. Zdziwił się ogromnie i ucieszył - nie wiedzieli dlaczego mój przyjazd się opóźniał – nie wiedzieli jeszcze o moim wypadku samochodowym. Następne dni spędziłem z rodziną. Zamieszkałem w tym samym hotelu. Sytuacja była raczej nie wesoła. Ojciec
i Nela po przyjeździe do Francji (po drodze na moją prośbę zatrzymali się dwa dni u Babci, gdzie wzajemnie zdaje się przypadli sobie do serca) - zamieszkali u Janki w Argentat. Jednak nie mając prawie nic pieniędzy i nie chcąc być z jednej strony ciężarem dla Janki, z drugiej zaś strony chcąc pracować, by przynajmniej na skromne życie zarobić i mieć czas zajęty, a zachęcani bardzo przez różnych znajomych, którzy zdawało się mają pewne możliwości – pojechali do Paryża. Początkowo wszystko wyglądało bardzo różowo. Różni ludzie we wstępnych rozmowach wiele ojcu obiecywali. Jednak po pewnym czasie stało się jasne, że to wszystko jest mydlenie oczu, ludzie opowiadają niestworzone bajki - nie wiadomo po co i na co, chyba ze względów kurtuazyjnych - że nic realnego nie ma i nie będzie. Gdym się z tym bliżej zapoznał, biorąc udział w rozmowach prowadzonych
w różnych domach (Konstantowie, Rozwadowscy, Malczewscy), stało się dla mnie jasne, że grzechy nasze z Polski, zostały przeszczepione na tutejszy teren i występują na tym tle jeszcze wyraźniej jeszcze jaskrawiej. Protekcyjność, przynależność do klasy, do partii, to były mierniki, którymi ludzi klasyfikowano przy obsadzaniu stanowisk. Jeszcze ci którzy przyjechali dość szybko do Francji,
a którym nie można było nic zarzucić, dostawali miejsca i później kurczowo się ich trzymali. Potem już była szeroko rozpowszechniona selekcja ludzi dostających prawo wyjazdu z Węgier. W tym czy ktoś z „możniejszych tego świata a raczej minionej Polski” mógłby wyjechać z Węgier grało rolę parę czynników - inaczej - widzimisię kilku osobistości. Mianowicie przede wszystkim wezwanie
z Paryża, które mogło pochodzić od kilku wysoko postawionych osób. Jedne takie wezwania były uznawane na miejscowym terenie, inne nie. Zdarzało się, że jednak osobistość wzywała petenta
z Węgier, druga zaś zabraniała władzom tamtejszym go wypuścić. Poza tym decyzja leżała jeszcze
w rękach tamtejszego posła (Orłowski - w ogólnej opinii był uważany za durnia), od tamtejszego szefa dwójki i osławionego i przez wszystkich znienawidzonego ks. Miodońskiego - „szarej eminencji”. Nie znałem dokładnie historii, która spowodowała to nieprzychylne nastawienie do niego. Słyszałem sam historię o kimś, po którego poszło wezwanie z Paryża, zdaje się od Sikorskiego,
a mimo to nie wypuszczali go z Węgier. Wezwanie leżało miesiąc na dnie biurka, jednego
z tamtejszych decydujących i dopiero po wielu krzykach i awanturach „odnalazło się”. Od chwili przybycia do Francji Koba rząd stał się skrajnie lewicowym i jak mówiła endecja - rządem wyłącznie Sikorskiego, w którym były pokładane olbrzymie nadzieje. Okazał się chwiejnym niezdecydowanym i został zepchnięty zupełnie na drugi plan. Taki porządny człowiek jakim był Sosnowski – porządny w Polsce, dzielny w „naszej” wojnie – tutaj tracił grunt pod nogami, „bo pochodził z ziemian i nie był z lewicy” – to są słowa Pawła ..., który z nim pracował wypowiedziane do mego ojca. Zostało jeszcze wojsko – ale i tu nie było lepiej. Wstrętne! Nie chcę o tym pisać, bo za mało wiem by móc oceniać – może historia tych ludzi wybieli, ale myślę, że raczej pogrąży ich zupełnie. To co piszę, to jest zdanie ogółu z którym się spotkałem bez wyjątku w każdym środowisku w każdej niemal rozmowie paru napotkanych Polaków – to bardzo niewesołe.

Ostatnio opowiadano mi historię jako fakt autentyczny. W jednym z naszych ministerstw pewien urzędnik wyszedł z biura dla załatwienia służbowych spraw. W tym czasie przyszedł do jego biura jakiś petent, który widząc puste biuro, a na nim puste akta, siadł, przetasował je i zaniósł ministrowi. Temu się to tak podobało, że kazał mu zostać i pracować, a urzędnika usunął. Nazwisk nie znam, nie pamiętam – nie chcę się zrażać. Wolałem się z tym bliżej nie zapoznawać, a piszę to by mniej więcej przedstawić ówczesne stosunki. Z jednej strony pogoń za posadą, pieniędzmi, a z drugiej moc ludzi mądrych, dzielnych, młodych i inteligentnych, którzy mieszkali po straszliwych dziurach, chodzili obdarci, żyli z kilku franków dziennie. Ileż to nadziei pokładało się w ten rząd, w armię – jak marzyło się o tym by się wyrwać z Węgier – tymczasem po przyjeździe tu w krótkim czasie zasłony z oczu opadły i obrzydliwa brudna rzeczywistość. Ach! Dlaczego się nie zdecydowałem na to co mnie tak ciągnęło, czego tak pragnąłem – dlaczego nie wróciłem do Lwowa do mej rodziny. Przecież tam byłbym b. potrzebny, pomocny i mógłbym zarabiać i zorganizować przeprowadzenie żony i syna na stronę niemiecką. Ale nie! Przecież tu jeszcze jest nasza armia, nasze wojsko – olbrzymia armia aliancka – niedługo zacznie się prawdziwa wojna i może, może już niedługo wrócimy do wolnej Polski. Przecież tu będę także potrzebny, a tymi sprawami nie należy się zajmować i przejmować, bo to nie ważne. W Polsce oni nic do gadania nie będą mieli – nie mogą mieć, nie wolno im. Żeby się


w tym więcej nie babrać, nie słyszeć, postanowiłem wszystko zrobić by jak najszybciej wyjechać
z Paryża, a dostać się do oddziału. Nie zdawałem sobie sprawy wtedy że i tu działa mafia że i tu olbrzymią rolę odgrywa pieniądz. Bo ci oficerowie, którzy mieli przydziały brali pełne gaże a inni byli w obozach na głodowych pensjach. (1030 fr a potem dawali jeszcze dodatek 170 fr co wystarczyło tyle żeby mieszkać i b. skromnie jeść, a z paleniem było już ciężko). Nie wiedziałem
o tym. Pułkownik ... (w Polsce d-ca 24 płk) – zapewnił nas że my oficerowie 10 Brygady nie mamy się co o przydziały martwić, że niedługo zacznie się formowanie wielkiej jednostki motorowej, gdzie będziemy mieli swoje miejsca, a tymczasem musimy czekać tylko mamy mu podać nasze adresy i być z nim w łączności. W ogóle 10 Brygada motorowa miała bardzo dobrą markę – była, można powiedzieć, sławna. Gdy się powiedziało „byłem w 10 B.K” wzbudzało się zainteresowanie
u rozmówcy. „A to był pan u gen. Maczka”. Rzeczywiście na okres naszej wojny wiem, że jego zasługą była karta dziejów naszej jednostki. Człowiek, z którym mało słów zamieniłem ale którego polubiłem od pierwszego momentu gdy się mu przedstawiłem w restauracji w Justowej Woli pod Krakowem, – tak miły ma sposób bycia, odnoszenia się do młodszych oficerów. Zupełnie inaczej niż inne wysokie wojskowe figury. Człowiek którego pokochałem w ciągu działań wojennych. Mimo to, że w dalszym ciągu – wojny jako takiej nienawidzę, że brzydzę się temu straszliwemu okrucieństwu – to szczerze muszę powiedzieć że służyć pod jego rozkazami jest przyjemnością – można mieć do niego zaufanie. Drugim takim to jest dziś już mój przyjaciel Wiesław ... – umie być dowódcą – umie pobudzać do czynów, wypędzić strach – to duża rzecz mieć w czasie wojny zaufanie do dowódcy. Byłem przekonany, że sprawę dostania się do oddziałów już mam załatwioną i wobec tego nikogo już o to nie molestowałem, nie łaziłem po różnych biurach. „Reginy” jak to było w zwyczaju, by sobie przez znajomości zapewnić przydział. Chciałem jak najprędzej zostać zweryfikowanym (chodziło
o stwierdzenie u każdego jego stopnia) i wyjechać. Do weryfikacji trzeba było napisać swoje dzieje wojenne i uwagi na temat działań, sposobu prowadzenia wojny, dowódców itp. Jeden dzień nad tym przesiedziałem i złożyłem prośbę o weryfikację. W międzyczasie przyjechał z C... Wiesław Kiersz. Cieszyłem się nim b. bo nie wiedziałem co się z nim dzieje – wyjechał z Węgier na miesiąc przede mną a tu nic o nim nie wiedzieli. Dzień po nim przyjechał Tytus Bzowski. To była dla mnie wielka niespodzianka. Od wybuchu wojny nic o nim nie słyszałem. Zamieszkaliśmy w jednym pokoju, opowiadaliśmy sobie po nocach nasze przeżycia. wojenne i dużo czasu spędzaliśmy razem. Potem nastąpiła rzecz, której dotychczas nie rozumiem. Przed moim wyjazdem umówiliśmy się, by się pożegnać i on nie przyszedł. Potem z trudem zdobyłem jego adres. Cały szereg czasu do niego pisałem, a on ani słówkiem się nie odezwał – co mu się stało, nie rozumiem. Czy się na mnie obraził, ale o co – nie wiem, czy z lenistwa nie pisał. Dziwne to dla mnie.

Codziennie gdzieś z ojcem chodziłem, czy do znajomych, czy do kina. Szczególnie to ostatnie sprawiało nam dużą przyjemność, bośmy dawno filmów nie widzieli. Ojciec był przygnębiony, zgryziony, przybity tym, że musi siedzieć bezczynnie. Strasznie mi go było żal. Nie zdawał sobie zdaje się sprawy z tego, że mi szereg razy powtórzył w tym krótkim czasie jedno zdanie – zdanie b. bolesne w którym się zamykała rozpacz człowieka, który szalonym wysiłkiem pracy coś stworzył i do czegoś doszedł co posiadał i mu tą radość odebrano. „Wiesz w 14 tym roku przed samą wojną, gdy gospodarowałem w Kozłowie powiedziałem sobie – no teraz to już wszystko zrobiłem by majątek postawić na najwyższym poziomie – w parę miesięcy potem wojna, wszystko trzasło, a potem były tylko ruiny. I w tym roku też (1939) gdym na wiosnę robił przegląd prac – doszedłem do przekonania, że za wyjątkiem paru drobiazgów, poprawek, to wszystko co stanowiło o intensywności, uregulowaniu wszystkich spraw, wydajności, wszystko to było zrobione – tylko spokojnie należało doglądać, a tymczasem parę miesięcy potem wojna – wszystko poszło w niwecz, nawet tam zostać nie mogłem. Czy i kiedy my tam wrócimy?” Biedaczysko, jak strasznie było mi go żal. Byłem raz


u Lityńskich wtedy gdy Zygmunt na 2 dni przyjechał z podchorążówki. Ola szalenie miła pracowała zarabiając na siebie i niego. On jak zwykle zapalony – stał się prawdziwym żołnierzem – o niczym innym nie mówił tak jak dawniej o dzieciństwie. A przepraszam, w bardzo autentyczny sposób wyrażał swe poglądy na obecną i przyszłą sytuację polityczną. Bardzo tam było miło – byli wtedy: piękna Luba Osłoska, Józek Mikołowski i Staś Krasicki. B. mi się podobała i polubiłem ją -Konstantową Rozwadowską – byłem tam u nich parę razy i zawsze z przyjemnością szedłem na to spotkanie.

Wieczorem 12. II wyjechałem z transportem oficerów i podchorążych do Lucon. Po straszliwie zimnej nocy w pociągu, koło południa byliśmy na miejscu. Nie wspominałem jeszcze poprzednio


o Marynie. Dzień po mnie przyjechała do Paryża. Widać było po niej że dość ciężkich chwil przeszła w ostatnich miesiącach. Była przez nas zasypywana niezliczoną ilością zapytań o wszystko
i wszystkich. Straszne były te dni w Warszawie i równie straszne miesiące po jej upadku. Od Maryny się dowiedziałem że ojciec za swą dzielną pracę w czasie oblężenia dostał od Rommla odznaczenie. Ona mi powiedziała o matce i Profesorze, o ich działalności we Lwowie, w której widziało się ogrom serca. Komu mogli i gdzie mogli – tam pomagali. Jak ja strasznie szczęśliwy byłem z tego powodu
i jak b. dumny.

Zdecydowano, że ojciec dzień po moim wyjeździe wraca do Argentat. Coś trzeba było znaleźć dla Neli, żeby przynajmniej częściowo mogła zarabiać na swe utrzymanie. Ponieważ wszystkie projekty ogrodnicze zawiodły – straszliwie ciężka praca, a małe wynagrodzenie – postanowiłem spróbować przez ciotkę ... .Mieszkała na siódmym piętrze na Jaques Roussaux. Po kilkakrotnych próbach, na dzień przed wyjazdem zastałem ją. Bałem się trochę przyjęcia – serdeczności jej nigdy nie okazywałem, nie była dla mnie nigdy sympatyczną, a do tego ta ostatnia historia ... z nią? Okazało się, że się myliłem – przyjęła mnie szalenie serdecznie – nie dawała mi dojść do słowa. Była przełożoną domu sióstr, finansowo stała zdaje się dobrze, ale miała moc pracy. Poza Czerwonym Krzyżem pracowała b. czynnie w instytucji charytatywnej, ks. Rektora Cegiełko któremu mnie zresztą przedstawiła. Był wtedy ciężko chory – zrobił na mnie b. miłe wrażenie. Ofiarował mi b. ładny medalik, który stale nosiłem przy plakietce identyfikacyjnej. Powiedziałem jej o co przyszedłem ją prosić - obiecała, że coś wykombinuje. Chciała mnie widzieć jeszcze następnego dnia. Przyszedłem wtedy z Nelą, krótko tam byliśmy. Na odchodnym czule mnie ucałowała i zmusiła do przyjęcia 100 fr. Myśleć o tym nie chciała bym jej oddawał. Muszę szczerze powiedzieć, że bardzo mi się to przydało bo miałem przy sobie 40 fr a pieniądze miałem dostać dopiero za 3 tygodnie.

O Nelę byłem już spokojny. Rzeczywiście w parę dni potem dostała zajęcie za 12 fr dziennie
w szwalni. Potem w krótkim czasie awansowała zostając sekretarką w domu sióstr.

13 II w południe przyjechało nas około 60 oficerów i podchorążych kawalerii pod dowództwem Badowskiego do Lucon. Skład ludzi raczej był miły. Ze wspólnych znajomych ze Lwowa: Jul Godlewski, Piłatowski, Kozłowski. Po jakimś czasie przyjechali Janusz Prądzyński, Janusz Massalski i bardzo wielu moich dawnych znajomych. Dali nam kwatery i ogłosili że będą organizować kurs. Kurs ten organizowany przez 1,5 miesiąca ale poza paru okolicznościowymi wykładami i co 3-ci dzień odbywającymi się odprawami nic nie zrobili. Niezdarność dowódcy powodowała że wszystko się rozłaziło. Kartograjstwo (w czym dominował poker - partię bridg'a z trudem potem zliczałem)


i pijaństwo. Pod koniec doszło do awantur z mordobiciem sądem i innymi świństwami. Okres ten był kompletnie zmarnowanym czasem. W tym czasie dwukrotnie wyjeżdżałem do Nicei, za każdym razem siedziałem tam po 20 dni. W Lucon trzymałem się z miłą paczką trochę narwaną ale nie znającą skrajności w kartołupstwie i pijaństwie. Byli to: Janusz Prądzyński, Janusz Massalski, Staś Siekondorf, Staś Olszewski. Urządzaliśmy różne eskapady jak np. do Les Sables d'Olonne, La Rochelle nad Atlantykiem. Często wieczory spędzaliśmy słuchając wyczynów J. M. przy fortepianie - popijający przy tym świetne anjou. B. to były miłe wieczory - zapominało się o wszystkich troskach, zmartwieniach - żyło się chwilą. Jak to przyjemnie było czasem tak oderwać się od rzeczywistości, zapaść się, nie żyć tym strasznym nienaturalnym życiem.

Zimno było straszliwie. Pokoje na kwaterach nie opalone każdego wypędzały z domu. U siebie siedziało się tylko w łóżkach. To powodowało wywrócenie normalnego trybu życia. Wracałem do domu późno (11-12ta) jak najszybciej wskakiwałem do łóżka, w okolicy nóg zagrzanego przez termofor, którą mi troskliwa gospodyni - poczciwa staruszka co wieczór dawała do łóżka. Reszta pościeli była jak wilgotny kompres i trzeba ją było dopiero ogrzewać własnym ciałem. Vende'a jest ładna. Moc zieleni, wspaniałych pastwisk i drzew, nieco falista. Tylko klimat przepełniony wilgocią Atlantyku, nad którym leży. A szczególnie ta wilgoć w połączeniu z tegorocznym wyjątkowym zimnem dawała się nam b. we znaki. Ubraniowo nie byliśmy przygotowani do takich wybryków zimy - nie bardzo było za co.



Wracając do trybu życia - rano budziłem się i z przerażeniem, codziennie takim samym, myślałem o konieczności wylezienia z łóżka. Chwilę tę odkładałem w nieskończoność czytając gazety lub książki. Wychodziliśmy z domu około 11-tej. i szedłem na spacer do parku. Tam zbierało się o tej godzinie całe polskie towarzystwo i plotkowało! Różne to były tematy. A więc przede wszystkim wieści z frontu, które nas niezmiennie ogromnie irytowały, wieści z kraju, polityka naszego rządu, możliwości dotarcia do przydziału i kto dostał (i dokąd) przydział w innych obozach. Ogromnie ważnym tematem był początkowo pieniądz. Wszyscy żyli na kredyt. Przyjechało się bez centa, mundur sobie sprawiłem za pożyczone pieniądze, a chodziło się z kilkoma frankami, albo w ogóle
z pustą kieszenią. Francuzi płacili z dołu czyli -- pierwszy miesiąc trzeba było przeżyć kombinacjami. Nie było to łatwe, bo Francuzi nie byli przyzwyczajeni do takiej gospodarki i często się buntowali -
w tych wypadkach była stale stosowana zasada brać ich krzykiem. Przeważnie wydawała ona dobre rezultaty - gdy się takiemu z miną wyższości opowiadało o tych wojnach któreśmy przeszli o tym żeśmy tu - przyszli pracować dla obrony ich kraju itp., typ musiał i na jakiś czas znów był spokój.
O wysokości naszych poborów chodziły różne bajki - było parę wersji, ale zasadniczo nikt dokładnie nie wiedział. Po prostu był bałagan, który powodował, że w różnych obozach różnie wypłacali. Poza tym mówiło się, spacerując po parku, o miejscowych podbojach - płeć piękna w Vandeii raczej była niepiękna, o wynikach wczorajszych zmagań przy kartach, czy też o nowym zagadnieniu którym zajmuje się i roztrząsa nasze wysokie dowództwo w osobie mjr. Badowskiego i o jego nowych rozporządzeniach. Te zagadnienia dowództwa były różne. Więc początkowo był aktualny przez pierwsze 2 tygodnie ogromnej wagi problem - czy podchorążowie mają mieszkać w koszarach czy na kwaterach jak oficerowie? Typowo wojskowe zagadnienie i typowo po wojskowemu się do niego brano. Mianowicie rzecz była w tym, że za kwatery trzeba było płacić, a w koszarach nie. Poza tym koszary były biedne, wilgotne i kompletnie nie urządzone. A podchorążowie byli różni - jedni, którzy nie znajdowali specjalnej przykrości w mieszkaniu w koszarach, inni jak Jul Godlewski, Staś Krzesicki przyzwyczajeni do mniej więcej wygodnego życia i mający trochę własnych pieniędzy woleli mieszkać w mieście. Tymczasem od początku wyszedł rozkaz "podchorążowie będą mieszkać
w koszarach" - wywołało to ogromne niezadowolenie, układy, targi. Afera była sławna i miała miano "buntu podchorążych". W zasadzie dowództwo nie bardzo miało możności sprawdzenia gdzie mieszkają podchorążowie i nie mogło czy też nie chciało zastosować środków represyjnych
i dyscyplinarnych. Błąd był zrobiony od samego początku, bo trzeba było wyjść z założenia, że kto może i chce niech mieszka na mieście - reszcie umożliwić mieszkanie w koszarach. Ostatecznie sprawa rozeszła się po kościach. Ci co chcieli chyłkiem wyprowadzili się z koszar i mieszkali na mieście. Ze sprawą podchorążych w ogóle były komedie. Odnoszenie się oficerów zawodowych do podchorążych było w wielu wypadkach nieodpowiednie, jak to w Polsce bywało. Na tym punkcie dochodziło do starć. Poza tym było straszne ich rozczarowanie i też nie bardzo odpowiednie potraktowanie przez odebranie im pensje. Na Węgrzech odpowiednio także, zresztą nie pamiętam, ale bodaj Sikorski sam w jednym ze swych przemówień oświadczył, że podchorążowie po przyjeździe tu zostaną aspirantami. Z początku dawali im pensję jednak z czasem - zdaje się gdy ich było za dużo - wyszło rozporządzenie, że komisje oficerskie mają zbadać i postawić wnioski na nominacje aspirancką i ci co aspirantami zostaną będą brali pensje reszta nie. Dość trudno jest komisji oficerskiej ocenić podchorążych, których w większości nie znała, ale poznając to nie powinno się poza tym dawać obietnic, a później się wycofywać, We wszystkim taka chwiejność – po prostu bałagan. Spowodowało to wielkie rozgoryczenie - między podchorążymi się mówiło z ironią, że ostatecznie przyszli tu dla idei i mogą zrezygnować ze swoich 800 fr. miesięcznie na "kroplę mleczka dla pułkowników" którzy brali po 5000fr. Ta cała historia była b. niesmaczna. Pewnego dnia wybuchła szalona awantura – po prostu bomba. Niektórzy z nas, zamiast sumiennie uczyć się francuskiego, energicznie przystąpili do zaznajomienia tubylców z naszą piękną mową. Ponieważ jednak najłatwiej nauczyć kogoś krótkich zdań, a tym bardziej słów pojedynczych, które same w sobie już dużo znaczą, więc tamtejszej młodzieży obojga płci były aplikowane takie okrawki polskiej mowy jak "mała pokaż kolana" "daj buzi" i inne mniej lub więcej przyzwoite. Zdarzało się że dowództwo czasem coś posłyszało - jednak nie było jeszcze pewne - przepowiadano tylko, że w powietrzu wisi burza. Tymczasem jednemu szczęśliwemu towarzyszowi przy spacerach w księżycowe noce z małą piękną kobietką przyszło do głowy nauczyć ją, by gdy Badoski przyjdzie coś kupować powiedziała mu "Bonjur kościany leśny dziadku". Tym mianem określaliśmy zgrzybiałą majorowską starszyznę naszego obozu. Niestety nikt z nas przy tym nie był. Ale nastąpiło. Bomba wystrzeliła. Pewnego słonecznego przedpołudnia trąby - w postaci ppor. Makowskiego ochotnika - adiutanta dowódcy, zresztą b. miłego i równie miłego adiutanta pchor. Nowakowskiego - zaczęły grać alarm. W parku
i we wszystkich kawiarniach zostało ustnie i głośno obwieszczone "Dziś o godz. 15-tej zbiórka wszystkich". Oj niedobrze! Przecież stereotypowa odprawa miała miejsce nie dawniej niż wczoraj - czyli że? Unormowanym biegiem zatraconego we wszechświecie obozu następna powinna być dopiero za dwa dni. Groza zawisła w powietrzu. Przeczuwano jednak o co chodzi i raczej
z zainteresowaniem czekano na godz. 15-tą. Sala była wyjątkowo pełna - ludzie, którym zdaje się nie odpowiadał tak bardzo uregulowany tryb życia obozu, nie chcąc się zresztą przepracowywać, zaniedbywali często obowiązki przychodzenia na odprawy, przekładając nad to bardziej interesujące pokazy. Tym razem byli wszyscy. Gdy się uspokoiło - normalnie spokojny poczciwy "Badosio" wystąpił przed zgromadzeniem tym razem groźny mieniący się na twarzy, bez przerwy ruszający sumiastymi wąsami, gniewny "Badoch". Przemówienie było krótkie, ale dobitne. Dobitne przez naszpikowanie różnymi niecenzuralnymi wyrazami rzucanymi pod naszym adresem. Były tam
i groźby i prośby i morały i przekleństwa. Poza tym treści wiele nie było. Poczciwy stary "Badonio".
I to też rozeszło się po kościach. Ale opowiadano sobie zdarzeniu przez parę dni spacerując po parku w Lucon. Potem szło się 12-tej na obiad. Ponieważ było nas tam czasem i 120 więc jadało się w paru restauracjach. Więc starszyzna osobno, podchorążowie osobno, dawni burżuje osobno i my młodsi oficerowie rozbici po paru średnich restauracjach. Kto gdzie jadał zależało od kieszeni, a też od przyzwyczajeń do dawnych dobrych czasów, które głęboko we krwi tkwiły. Jadało się różne frutti di mare lub inne paskudztwa do których mimo czasem wielkiego obrzydzenia trzeba się było przyzwyczaić. Na obiad jadło się dużo, bo wielu żyło tak jak ja, że nie jadło śniadania a na kolacje tylko sandwicze. A potem co było robić - w domu - zimno wściekle, zostawała jedynie kawiarnia. Mieliśmy b. miłą kawiarnię - Cafe de Bovd........ z b. miłym patronem - duża, ciepła, dobra kawa czegóż więcej trzeba było. Za darmo karty, papier listowy. Wchodząc tam słyszało się z paru stron: "Czołem wodzu" a może byśmy dla odmiany w coś zagrali - ta odmiana polegała tylko zdaje się na rodzaju gry. Wielkie zawsze było oburzenie, gdy ktoś ze stałej partii się buntował i kategorycznie oświadczał "Nie, nie - mowy nie ma" i siadał do listów lub gazet. Do szóstej lub siódmej były zwykle karty, a potem sandwicz albo w osobnym pokoiku "wieczór artystyczny" z Januszem Massalskim
i fortepianem, albo fetowanie czegoś albo po prostu zwykła wymiana butelki wina, przeważnie ze współudziałem patrona - jako że wtedy miało się pewność naprawdę dobrego wina, albo też czasem bardzo ożywione dyskusje. Tak mijał dzień za dniem w obozie oficerów Kawalerii w Lucon.

W tym okresie przyszedł smutny i nagły koniec wojny w Finlandii. Jakeśmy ich podziwiali, jak zazdrościli wodza - (Mannerheima), a równocześnie jak b. potrafiliśmy się wczuwać w ich tragiczną sytuację tak b. podobną do naszej. Śledziło się z zapartym oddechem bieg wypadków. Taka rzeczywistość; karty historii były wypisywane krwią i bohaterstwem, a tu dziecinna zabawa.


W pewnym momencie poszła fama po polskich oddziałach że w korpusie ekspedycyjnym pojedzie
i polski legion - wielu się tam zgłosiło i ja również. Wszystko lepsze niż to bezczynne czekanie. Tymczasem przyszedł ten dzień w połowie marca - kiedy rano rozeszła się hiobowa wieść - Finlandia pobita. Jak bardzo wszystkie te ciężkie wieści nas przejmowały - choć nie dotyczyły nas bezpośrednio, naszej ojczyzny, a jednak! Tyleśmy już przeżyli tych ciężkich tragicznych wieści, że zdawało by się reakcja nasza powinna maleć. Tymczasem działo się wprost odwrotnie. Każdy sukces naszych wrogów, coraz głębiej nas dotykał, wzbudzał rozpacz, wściekłość, nienawiść i już zaczynał uchyla rąbek naszej i aliantów niemocy. Coraz częściej słyszało się od pesymistów smutne prognostyki. Były one stale zagłuszane krzykiem zapaleńców, do których i ja należałem, ale były.
I mieli rację; byliśmy bezsilni, naiwni. Sam nieraz będąc męczyłem się tymi rozmyślaniami. Jak to może być! Takie potęgi, niemal największe na świecie i ciągle ponoszą klęski za klęskami - ani jednego sukcesu. Jak to się dzieje! Ciężkie to były myśli i rozpacz i żal, że tu przyszedłem, wchodziły do mego umysłu. W końcu nie chciałem o tym więcej myśleć. Stworzyłem sobie zasadę, „że nam Polakom nie wolno tracić nadziei, bo z chwilą utraty jej życie nasze i wszystkich stawały się czymś zupełnie bezwartościowym, niczym" - i z tym mi było lepiej. Jednak potem - gdy ten straszny moment będąc już na froncie i dzień w dzień pod zupełnie nieludzkim bombardowaniem, przemordowany, gdy usłyszałem wiadomość "Francja się poddała" i ta zasada mi nie pomogła, straciłem kompletnie wiarę
i załamałem się. Potem długo, długo trwało nim ją odzyskałem.

W tym obozie 2 razy wyjeżdżałem do Nicei. Dostać urlop to była tylko kwestia umiejętnego koloryzowania swego opowiadania którym motywowało się mjr. Badowskiemu konieczność wyjazdu. Trudniej było, gdym pierwszy raz 21.II wyjeżdżał, zebrać odpowiedni kapitał - pożyczać nie bardzo było od kogo. Koleje dawały nam duże ulgi, ale to zawsze 1200 km. oficer musi jechać co najmniej II kl. i w rezultacie kosztuje to około 300 fr. Z trudem pozbierałem 500 fr. i 22.II. przyjechałem do "Polonii". Babcia strasznie czule mnie przyjęła. Była wtedy zrozpaczona chorobą c. Wandy. Miała ona jakiś wrzód koło ucha - podobno sytuacja była b. groźna, ale po paru dniach przyszło polepszenie. Babcia jak to Babcia - wiedząc że byłem chory myślała, że ja jestem jeszcze ze zdrowiem słabo


i poczciwa chciała mnie po prostu otulić w watę - strasznie kochana. Dawała mi wspaniałe jedzenie, od czego się odzwyczaiłem i co było rozkoszą niebywałą - niestety z natury nieśmiały mimo szalonej chęci nie pozwoliłem sobie na obżeranie się. Irytowała się jakem latał do kina lub nad morze. Klarowała, że powinienem siedzieć i odpoczywać, a ja całkiem inne miałem zdanie. Zresztą jakem tam dłużej czasem siedział to zaraz zapraszały mnie do proszonego remika (z p. Bogusławską), który odbywał się w tak zabójczo wolnym tempie, że nie mogłem. A niegrzecznie by było odmawiać. Wobec tego przyjąłem zasadę, że wieczór i 30-50 centymów przegranych (jakem przegrywał to była wielka radość - więc czasem dokładałem starań) dziennie im poświęcałem. W końcu pomyślałem, że już czas wyjeżdżać. Nie chciałem ich nadużywać widząc jak im ciężko.

Drugim razem pojechałem do Nicei tylko dzięki temu, że musiałem załatwić sprawę przydziału.


W drugiej połowie marca zaczęło już to wyglądać ponuro. Cały szereg moich kolegów podostawało przydziały, 10 brygada, jak dostawałem wiadomości, była w trakcie organizacji koło Avignonu, a nas 7-miu oficerów rezerwy z 10-tej brygady siedziało w Lucon. Wyraźnym było że tylko protekcja działa. Nie mając "ciotki czy wujka w Paryżu" postanowiliśmy że ja pojadę do Bakas (koło Avignonu) i pomówię z p.płk... i Wiesławem Kierszem. Urlop znów dostałem łatwo i 20.III zjawiłem się rano w pokoju Wiesława. W ciągu jednego dnia załatwiłem wszystkie rozmowy, otrzymałem solenne zapewnienia, że o nas pamiętają i na pewno za tydzień lub dwa dostaniemy wezwania
i wieczorem wyjechałem do Nicei. Byłem tam parę dni - święta Wielkanocne raczej smutne. Z domu wypędzały mnie awantury c. Wandzi z Janką. Jeździłem do Monte Carlo grać i za każdym razem wracałem mając wygrane 100-300fr. W Polonii mieszkały wtedy córki płk. Siłakowskiego, których mężowie byli w niewoli. Obie bardzo miłe, uzdolnione, jedna świetnie grała na fortepianie, druga malowała. Poza tym byli Feliks... kolega Bartka .... kuzyn Janki. Chodziliśmy na spacery. Raz pojechali ze mną do Monte Carlo. Tego dnia miałem nieprawdopodobne szczęście. Przyszedł okres, że co postawiłem to wygrywałem. Zacząłem szaleć. Kupa fiszek przede mną jak oni twierdzili, około 5000 fr. co na moje niskie stawki było moc. Potem passa przeszła. Wstałem od stołu mając 3170 fr. wygrane. Nie wiedziałem co z takimi olbrzymimi pieniędzmi zrobić. Momentalnie zaprosiłem wszystkich na wycieczkę, potem na obiad i na koncert Chopinowski, który miał się odbyć na drugi dzień w teatrze Kasyno. Na drugi dzień w czasie koncertu nie mogłem wysiedzieć, tak bardzo ciągnęła mnie gra. Przerwa - mnie już nie było, a ponieważ czasu mało zacząłem grać dużymi stawkami. I skutek? W ciągu 10 minut przegrałem 2400 fr. Uspokojony wróciłem na salę koncertową
i z szaloną przyjemnością słuchałem. Grał rzeczywiście wspaniale - sala szalała, brawa i żądanie bisowania nie ustawały. Odniósł niebywały sukces. Byłem bardzo spokojny i wtedy już niczym innym nie zajęty jak jego wspaniałą muzyką. Mogłem sobie powiedzieć, że jestem głupi - ale no co - nie było tych pieniędzy, nie ma dalej - a przynajmniej dzień był miły i zrobiłem przyjemność paru osobom. Babci o moich wyczynach w kasynie nie opowiadałem.

W czasie tego pobytu w Nicei dwukrotnie spotkałem się z p. gen. Maczkiem, spędzał tam święta. Przyjechał mając polecenie do Polonii. Tymczasem wszystkie pokoje były zajęte. Jednak poczciwa Babcia chcąc by on koniecznie u niej mieszkał tłumaczyła mi bardzo długo, że wynajmie mu salon


i tam mu będzie świetnie. On uważał przeciwnie - był z żoną, dwojgiem dzieci i boną - ale będąc trochę nieśmiałym i nie chcąc urazić Babci, nie wiedział jak z sytuacji wybrnąć. Pomogłem mu w tym - wmieszawszy się do rozmowy i tłumacząc Babci, że przecież to jest niemożliwym. Babcia potem była na mnie o to zła. Wiedziałem, ze generał był mi wdzięczny i usprawiedliwiając się powiedział do mnie „my motorowcy zawsze gdzie się pojawimy musimy narobić dużo hałasu i szumu”. Potem spotkałem się z nim jeszcze w kawiarni. Wtedy dłużej rozmawialiśmy. Dziwił się bardzo, że jeszcze nie dostałem przydziału do niego i zapewnił mnie, że przy pierwszej bytności w Paryżu sprawę tę poruszy.

Po powrocie do Lucon dowiedziałem się, że obóz kawalerii zostanie zlikwidowany i część pojedzie na przydziały, a reszta do obozu nad morzem w Val-Andre. Przyszły rozkazy z "Reginy"


i 3.IV miały być odczytane. My oficerowie 10 BK po moich ostatnich rozmowach w .. i w Nicei byliśmy przekonani, że na pewno są już dla nas przydziały. Nasze zdziwienie było też ogromne, gdyśmy usłyszeli wyraźnie na odprawie, że jedziemy do Val-Andre. Nie chciałem uwierzyć - pobiegłem do adiutanta by tam sprawdzić listę, ale niestety to była prawda. Ach! jaki byłem zrozpaczony i wściekły - powiedziałem sobie, że teraz już żadnych starań nie będę robił, niech się dzieje co chce. O tyle nie miałem racji, że poprzednie moje starania były za późne i nie mogły jeszcze być brane pod uwagę, bo przecież w .... wszystko musiało się odleżeć. Pożegnawszy wszystkich
i mimo wszystko miłe Lucon wyjechaliśmy (około 30 oficerów) 4.IV po południu na północ nad morze. Cieszyliśmy się, że coś nowego zobaczymy.


Pobieranie 303.14 Kb.

Share with your friends:
  1   2   3   4   5




©operacji.org 2020
wyślij wiadomość

    Strona główna