3 luty 2005, Wieliczka koło Krakowa, rozmowa z Salomeą Gemrot przeprowadzona przez Jolantę Jaworską



Pobieranie 364.75 Kb.
Strona1/7
Data23.04.2018
Rozmiar364.75 Kb.
  1   2   3   4   5   6   7

3 luty 2005, Wieliczka koło Krakowa, rozmowa z Salomeą Gemrot przeprowadzona przez Jolantę Jaworską.
SG: Z życiem zachowałam się jako tako, to niestety nic nie zdołałam uratować, bo mnie pomogli przyjaciele, którzy też narażali życie. Więc to, co dałam im do przechowania zagrażało im, bo były denuncjacje, wie pani– że jestem. Więc musiałam się przemieszczać z miejsca na miejsce dzięki też znajomościom. Nigdzie długo nie mogłam zagrzać miejsca, bo wie pani, niestety Polacy mają to do siebie, że są nietolerancyjni i mają głęboko zakodowane– no nie wszyscy, ale przeważnie tak, że utrzymać się przy życiu było bardzo trudno. Z tym, że trzeba było z miejsca na miejsce się przemieszczać, nigdzie długo nie mogłam zostać, bo zaraz były podejrzenia i doniesienia i tak dalej i nikt mnie nie chciał trzymać. Tak, że nie zachowałam niestety nic.
JJ: Ja chciałam najpierw zapytać panią kiedy się pani urodziła i gdzie?
Gdzie się urodziłam?
Tak.
Rzeszów, 3 kilometry od miasta we wsi Przybyszówka, no.
A w którym roku?
Tam trafił– ale ja nie wiem w którym roku– bardzo wcześnie chyba, przed moim urodzeniem, jakiś Żyd z Węgier i zainwestował tam w budowę cegielni i w ogóle. Był on pierwszym Żydem w tej miejscowości, bo potem, no i tam prowadził tą cegielnię, no. I taką podmiejską restaurację prowadził, gospodarstwo rolne. Był niezwykle człowiek no, poradny, zaradny. Nazywał się Strahl, tak. Pochodził z Węgier. I wybudował tam dom dla swojej rodziny z żoną, i wybudował też taki obiekt gdzie prowadził wytwórnię spirytusu.
A, taka gorzelnię.
Tak, taka gorzelnia. Tak, i równocześnie prowadził rolne ten, no, gospodarstwo. Ale niestety długo nie trwało to, bo wybuchł pożar w tej i spaliła się tam mu ta żona.
W domu?
Żywcem, tak. Dzieci nie miał, to znaczy może i miał, ale zostawił gdzie na Węgrzech. Tego ja nie wiem. To się działo bardzo, przedtem długo zanim ja się urodziłam, bo ja byłam dopiero prawnuczką jego.
Jego prawnuczką pani była?
Jego prawnuczką, no. A więc nic się nie zachowało wiele. Miał, ożenił się po raz drugi, ale też nie wiem dokładnie, nawet nazwiska nie znam. Wiem, że z Ropczyc z jakąś panią. On miał pod sześćdziesiątkę, ona 18 lat, no. Ale była sierotą i tak jak u Żydów dawniej postanowione było, że sierotą miała obowiązek zająć się cała rodzina, która pozostała. Więc ją szybko wydali za mąż za tego właśnie.
Pradziadka pani.
Tak, że był bogaty i tak dalej. No małżeństwo to podobno było bardzo poprawne. No. Bo pozostał dom, pięknie urządzony, cegielnia prosperująca i gospodarstwo, tak że ta pani– ta babcia moja była chyba zadowolona. Nie wiem jak tam, ale zdążyła mieć– nie wiem– ze kilkoro dzieci, w tym moja matka była. No niestety, moja matka jak miała 10 lat – była tam którąś z tych dzieci– nie pierwszą na pewno, też została jakoś [nieczytelne].
Czyli ta mama młodo umarła?
To ten umarł, to ten.
Ojciec, umarł tak?
Dziadek umarł. Naturalną śmiercią, musiał być stary.
Czyli została z matką.
Tak, że ja, wie pani– niewiele się zachowało z tych czasów, bo wie pani jak było. Były te konfiskaty i w ogóle. Tak, że z życiem jak się ktoś zachował z całej rodziny to uważali, że to chyba ręka boska, że ma chody u pana Boga. Tak się mówiło, bo ja wychodziłam z nieprawdopodobnych sytuacji, z nieprawdopodobnych. I wychodziłam cało, w ostatniej chwili. Kiedy zagrożone było już bardzo poważne, byłam przypadkowo wprowadzona w niemiecką rodzinę. Taką stu procentową. Ponieważ nie miałam wyjścia innego więc oni mnie przyjęli. Tak przypadkowo też pozostałam na peronie, musiałam ujść od tamtych ludzi – i zostałam na peronie w Krakowie sama. I zupełnie przypadkowo podłączyła się do mnie starsza pani, sympatycznie wyglądająca i zapytała się mnie czy szukam pracy. No i oczywiście powiedziałam, że tak. Miałam [paradę??] tu do Krakowa od znajomych, ale niestety to było nierealne to wszystko, bo wszędzie byli Niemcy i wszyscy byli zastraszeni, i nikt nie chciał obcych przyjmować, ale tej pani akurat się spodobałam i kazała mi przyjechać do siebie. Więc ja oczywiście – wieczór, bo ja tylko nocą się przemieszczałam, bo się bałam, że to jest niedaleko, bo to były Niepołomice koło Krakowa, a ja Rzeszów, a tu to przecież na tej trasie podróżowali ludzie sami. No i ponieważ nic nie znalazłam w Krakowie, więc późnym wieczorem przyjechałam do tej pani i tak jak mi powiedziała, że jak nic nie znajdę lepszego, to ona poszukuje kogoś, kto by był sekretarzem dla jej męża. A on był Niemiec rodowity i miał funkcję organizowania kultury rolnej na całym tym podkrakowskim, tym no dystrykcie. Kilka wiosek i on tam miał kulturę rolną niemiecką wprowadzać. Tak. To był człowiek wykształcony, miał jakąś wyższą szkołę rolniczą i Niemcy mu powierzyli takie zadanie. Ja miałam być tą sekretarką jego więc pisywałam raporty. Przyjęli mnie. Tam byłam, nie utrzymałam się więcej jako około dwóch lat. No, ale też usłużni węszyli, że to nie jest coś tak jak trzeba, bo niestety tam miałam dość duże powodzenie. Podobałam się tym facetom tam. A ja byłam bardzo ostrożna, więc trochę zazdrość, trochę czy ja wiem co tam? Tak, że mi to zagrażało i musiałam stamtąd pójść. Już nie było miejsca dla...
Zrezygnowała pani sama?
Nie, tylko ci znajomi nie mieli co ze mną zrobić, bo już nie mieli dla mnie miejsca, bo już tyle czasu, to wykorzystali wszystkie możliwości. No i syn tych państwa przyszedł z pomocą i powiedział, że się ożeni ze mną i zatrze ślady. I tak niestety się stało.
A ten syn, to był...
Ten mój mąż, bardzo porządny człowiek – bardzo. Był gotów wszystko, na wszystko. No i oczywiście już potem, to zatkało trochę tych wszystkich no, bo już miałam nazwisko nie okupacyjne. Bo przedtem to miałam okupacyjne nazwisko takie, polskie, takie byle jakie. A tu to już miałam...
Czyli nieprawdziwego pani nazwiska używała?
Proszę?
Pani używała nie swojego nazwiska w czasie wojny, tak? Tylko przybranego.
Ach to nie można było! To były obce dokumenty!
A jak pani wtedy miała na nazwisko?
To mi zdobyli znajomi, razem z fotografią, ze wszystkim. No, z odciskami palców, ze wszystkimi możliwościami Miałam dobre dokumenty.
A na jakie nazwisko były? Pamięta pani?
Już nie pamiętam tego nazwiska. No, a potem to przyjęłam nazwisko męża. Gemrot. Rdzennie niemieckie nazwisko.
Czyli on też był Niemcem sam, tak?
I ten ojciec mojego męża pochodził spod Berlina, rdzenny Niemiec, ale nie był ani folksdojczem, ani, bo to był– oni mieli obowiązek się deklarować, w tych tutaj zdobytych tych częściach kraju. Ale oni się [nieczytelne] i był nietykalny. No i ja z tego skorzystałam i tak przeżyłam wojnę.
[wtrącenie córki : on był czeskim Niemcem, z Cieszyna].
Co?
[No dziadek był czeskim Niemcem z Cieszyna].
Stuprocentowym spod Berlina. Miał dokumenty z dziada pradziada.
Dobrze, rozumiem.
I ja byłam nietykalna przez to nazwisko.
Czyli w którym roku wzięła pani ślub?
Nie wolno było, bo nikt nie miał odwagi denuncjować. No i ale to już było pod koniec, ale już nie było innego wyjścia.
Czyli została pani do końca wojny tam w Niepołomicach?
Proszę?
Do końca wojny pani mieszkała w Niepołomicach?
Tak, nie. On był pracownikiem w niemieckich zakładach. Produkowali broń w Tarnowie, no.
Czyli on nie musiał iść na front?
Proszę?
On nie musiał iść na front? Na wojnę. Pani mąż.
Co miał?
Nie musiał iść na wojnę.
A nie, pewnie. I też był na takich uprzywilejowanych warunkach. No i tym samym i ja. Pod koniec wojny zaproje... ponieważ usuwali tych swoich pracowników w głąb Rzeszy, jemu zaproponowali wagon, żeby z rodziną pojechał do Niemiec. Gdzieś tam pod Kolonię czy gdzieś– diabli wiedzą do jakichś też zakładów produkujących broń. Ale ja nie chciałam. To pod koniec wojny sobie myślę: ja mam, od nich uciekałam tyle lat, to teraz ma jechać do nich? Nie chcę, już nic nie chcę! – powiedziałam. No i bardzo mu było przykro, bo on chciał jechać. No i nie pojechałam. Zostałam. I tak założyłam rodzinę. Tam jeszcze ze szczątków majątku miałam trochę pieniędzy i kupiliśmy ten dom. No i tu mieszkałam, miałam troje dzieci. Ona najstarsza. No i jeszcze dwoje, którzy są w Anglii. Żyją, dobrze się im powodzi, ale nie chcieli tu zostać dobrowolnie. A miałam brata, który z Armią Andersa był [nieczytelne- ale tam do Rosji] tam kto mógł, to wie pani...
Uciekał.
Tam się chronił więc on wstąpił do Armii Andersa. Był po wojsku akurat. Brat mój najstarszy. No i z Armią Andersa pojechali pod Monte Cassino i brał udział w walce pod Monte Cassino przez cały czas, ale też go Bóg ochronił i został bez żadnych tych obrażeń. Stamtąd żywy wydostał się no i wysłali tych, co tam nielicznych w tam przetrwali to Monte Cassino do Anglii. I każdy z tych dostał fundusz taki, no żeby zapomogowy no, i ten brat się, był jubilerem, ten mój brat. Osiedlił się w Anglii. Nie ożenił się, ale ze mną tutaj miał kontakt, bo mnie odnalazł po wojnie. I zabrał tych dwoje moich dzieci do Anglii.
Do siebie.
I tam ich urządził.
A jak brat miał na imię, jak ma na imię.
Brat miał na imię Zygmunt Krygier i brał udział tu w wojnie, w tych dokumentach z Płaszowa jest wymieniony. Miał jakiś kontakt tam z ludźmi, ale nie wiem jaki. Wiem, że przeczytałam w takiej publikacji jego imię i nazwisko.
Znalazła pani jego imię i nazwisko?
Nie wiem, czy miał przez kontakt, coś pomagał czy jak, nie wiem, no.
Tym więźniom na Płaszowie tak?
On umarł, brat, no. Tak, że ja dużo tam z nim kontaktu nie miałam.
A ja chciałam pytać tak jeszcze o pani rodzinę, o rodziców.
Proszę?
Chciałabym panią zapytać o rodziców, bo chciałabym tak pytać trochę chronologicznie, żeby później...
Nie słyszę...
Dobrze. Chciałabym pytać tak po kolei o pani życie. Od czasów kiedy pani była małą dziewczynką. Wiem, że może pani wiele nie pamiętać...
Niewiele pamiętam.
A co pani pamięta z okresu kiedy pani była mała dziewczynką?
Chodziłam do polskich szkół.
O właśnie, na przykład...
Matka moja była uczulona na punkcie, żeby nas nie prześladowano. Bo był czas kiedy trudno nam było w szkole i gdziekolwiek, bo jak gdzie był akcent tylko, to już te dzieci były dyskryminowane. Tak, że ja chodziłam do takiej szkoły podstawowej, do piątej czy do szóstej klasy gdzie dzieci pochodzenia żydowskiego były osobno w klasie.
W innych ławkach...
Tak. Ojciec mój był człowiekiem oczywiście wykształconym. I nie mógł tego przeboleć, bo on też całe życie przeżył w Anglii.
Pani ojciec?
Tak Jak miał 13 lat zabrała go znajoma ich rodziny, bezdzietna, do Anglii no i tam był ponad dziesięć lat. Wykształciła go, miał szkołę zawodową jakąś, nie wiem. Tak, że wiem, że był księgowym. Świetnie znał język. No i oczywiście przystojny, i taki no, obyty człowiek. Tam był ponad dziesięć lat u tej pani. Wybuchła wojna buersko- angielska. No nie wiem dokładnie w którym to było roku, ale wiem, że takie wydarzenie historyczne było. Była wojna buersko...
Bułgarsko? A dobrze, dobrze, w Afryce.
Anglia prowadziła wojnę buersko – angielską. W Afryce to się działo więc ojciec miał do wyboru: albo pójść do wojska, albo ponieważ był księgowym zająć tam jakieś stanowisko, którym zarządzali Anglicy. I on się dostał jako księgowy. Tam gdzieś. No i przetrwał tą wojnę, ale niestety w jakiejś kopalni złota. Więc to był Kapsztad, Johannesburg– wie pani, ja nie pamiętam, tylko te nazwiska tam jakoś pozostały w pamięci. Ale gdzie to dokładnie było, to nie pamiętam. Nie. Bo to ja byłam chyba bardzo...no mnie na świecie nie było. Bo on przyjechał i tu się dopiero ożenił. Tam zachorował na tą żółtą febrę. To była bardzo groźna, ta, no choroba i tam nie bardzo mieli możliwości leczenia, i zaproponowali mu żeby przyjechał tu do tego, to była Austria wtedy tutaj. I tu żeby się wyleczył. No przyjechał, wyleczyli go. Tu miał jeszcze rodziców, rodzeństwo. Miał dwadzieścia kilka lat, bo tam był... miał trzynaście czy czternaście lat jak go ta pani zabrała. Więc miał dwadzieścia kilka lat jak wrócił. No ja też dokładnie nie wiem, no. Bo to mnie na świecie jeszcze nie było. No i wyleczyli go. Ponieważ tam starali się, żeby powrócił do Anglii, ale niestety, zobaczył moją matkę, zakochał się i został. I nie było siły. Matka nie chciała jechać tam, czego nie mogła przeżałować całe życie. By była pojechała, osiedliła się, ale była do swojej rodziny bardzo przywiązana. Miała matkę wdowę, więc no nie wiem, takie jakieś uczucia, sentymenty. [nieczytelne] ładna była.
Pamięta pani jak mama wyglądała?
Pamiętam, ale nie mam żadnego zdjęcia.
A jak wyglądała, jakie miała włosy?
Miała wygląd nie żydowski. Była szatynką, taką no ciemnoblond ona miała włosy. Bardzo ładna była. No i tutaj osiedliła się w tym majątku po ojcu swoim, i tu myśmy się wszyscy urodzili. Było nas siedmioro.
Tam pod Rzeszowem?
Tak, tam pod Rzeszowem.
A jak mama miała na imię?
Anna.
Anna.
Hana. Hanna.
Dobrze.
A babcia Amalia.
Ale ładne imię. A ojciec pani ?
Ajdzik. Takie jakieś imię.
Ajdzik?
Tak. Ei [Eidzik].
Czym się mama zajmowała pani?
Mama pomagała rodzinie, matce swojej. Pomagała i w gospodarstwie, i w ogóle.
Czyli mieliście ziemię?
Proszę?
Czy rodzice mieli ziemię i gospodarstwo rolne?
Mieli. Kilka hektarów.
To było dużo przed wojną?
Dość dużo. To były dawniej morgi mówić można, to kilkanaście tych mórg było. Na tym była ta cegielnia, na tym majątku i matka pomagała swojej matce i rozprowadzała te cegły. Pół Rzeszowa było zbudowane na tej cegle. I zawsze mi matka powiedziała– ‘to z naszej cegły, to z naszej’– opowiadała.
A jak się ta cegielnia nazywała?
Strahl.
Czyli po nazwisku?
Po nazwisku dziadka.
A czy zwierzęta też rodzice mieli, takie zwierzęta rolne?
Proszę?
Czy rodzice pani mieli też zwierzęta rolne, krowy, konie?
Mieli oczywiście, trzy krowy, dwa konie. No, gospodarstwo duże było.
A jak pani była małą dziewczynką, to jak pani chodziła do szkoły...
Chodziłam do Rzeszowa do szkoły...
A, czyli do Rzeszowa pani chodziła.
I ojciec miał właśnie ambicje, żeby mnie z tej szkoły gdzie osobno dzieci były – inaczej traktowane.
Gorzej.
Nie najlepiej i nie najgorzej, ale miał ambicje, żeby mnie zapisać do innej szkoły, gdzie nie było żadnej segregacji.
Ale to by była szkoła dla dzieci polskich?
Ale to już do siódmej klasy. I trafiłam do takiej szkoły, gdzie nie było w ogóle pochodzenia żydowskiego dzieci. Ale tam nieźle mi się, opiekowali się mną, dobrze mi tam było. I po ośmiu klasach w tej szkole. Ojciec mnie zapisał do takiej średniej szkoły, która była zaprowadzona dla funkcjonariuszy państwowych, prywatna, bo oficerom polskim nie wolno się było żenić. A tam był sztab stacjonowany, nie było wolno się żenić z kimś, kto nie miał średniego wykształcenia. I ta szkoła była dla nich i dla urzędników państwowych stworzona, i tam znowu trafiłam jako jedna.
Ale to pani ojciec...
Na czterdzieści kilka uczennic. Nie, nie byłam dyskryminowana, przeciwnie. Ja ukończyłam, to była Szkoła Przemysłowa Rzemiosł Artystycznych.
W Rzeszowie.
Tak. Więc czteroletnia, no i liczyło się jako średnie wykształcenie.
Ale, bo pani tak mówi, to oznacza, że ojciec chciał żeby pani się ożeniła z oficerem, z wojskowym?
Nie, skąd. Tam nie było obowiązku żeby się żenić, tylko oni mieli warunek: jak się chcieli ożenić to se musieli poszukać kogoś, kto miał średnie wykształcenie. A w Rzeszowie było gimnazjum żeńskie oczywiście, seminaria różnego typu, nauczycielskie, handlowe szkoły, tam dużo było takich możliwości. To nie była tylko jedyna szkoła do której, tylko ojciec uważał, że będę miała jakiś zawód, że coś będę umieć.
A pozostałe rodzeństwo pani, też poszło do szkół? Siostry pani i bracia, też wszyscy poszli do szkół?
Ja nie miałam sióstr. Miałam siostrę jak, urodziła się jak miałam czternaście lat. A tak to miałam pięciu braci.
I pani była jedna dziewczyna?
Jedna dziewczyna i czterech braci miałam.
A jak bracia mieli na imię?
Zygmunt był najstarszy ten, co był pod Monte Cassino. Drugi był Roman to ginął w Argentynie.
A co on robił w Argentynie?
Pojechał do Argentyny i tam przepadł w nieznanych warunkach, szukali, ale go nie znaleźli.
Ale w czasie wojny?
Wybitnie przystojny, o takich artystycznych zdolnościach. Bardzo dobry głos i w ogóle. Scenariusze robił różne tam takie. Bardzo zdolny. Ten przepadł w tej Argentynie. Romek. Abraham, no. Potem trzeci to się zajmował gospodarstwem rolnym.
I miał na imię?
Miszel czy coś.
I czwarty brat?
Proszę?
A czwarty brat?
To jest ten który przeżył i mieszka w Szwecji.
On jeszcze żyje. W Szwecji mieszka, tak?
Siedem lat młodszy jak ja.
I jak ma na imię?
Salomon. Tak.
I tam ma rodzinę swoją?
Tak, ma. Niestety nie ożenił się jak trzeba, ale to już jest jego sprawa. No.
A jak on się tam znalazł w tej Szwecji?
On tutaj był dobrze sytuowany, mieszkał w Bielsku.
W Bielsku?
Tak. Ale wtedy, jak to u nas zmuszali w sześćdziesiątym którymś roku Żydów do wyjazdu poczuł się zagrożony, sprzedał to wszystko i pojechał do Szwecji, bo Szwecja przyjmowała. No i tam jest po dziś dzień. Żyje, nienajlepsze zdrowie.
Chciałam zapytać, u pani w domu rodzinnym w jakim języku się rozmawiało?
Co?
W domu rodzinnym w jakim języku się rozmawiało?
Dzieci rozumiały, matka wysyłała nas do szkół hebrajskich, prywatnych więc poza...
Ale dziewczyny też? Panią też?
Proszę?
Chłopaków? Do chederu, tak?
Chłopaki miały belfrów, którzy przychodzili i kształcili ich w tych religijnych tych, tych.
Ale to przychodził do domu nauczyciel, tak?
Tak. A ja chodziłam do takiej szkoły hebrajskiej.
I czego się pani tam uczyła?
Proszę?
Czego pani się tam uczyła?
Języka hebrajskiego no i wdrażali nas tam w ten... To był taki nauczyciel, który potem wyemigrował do Ameryki. Dawidson się nazywał. I ten nauczyciel mnie bardzo lubił.
Bo pani była dobrą uczennicą?
A czy ja pamiętam jaka byłam. Dość na tym, że miałam na imię Salomea, i jego to denerwowało. I mówi: ‘jakaż to Salomea ty jest? Ty będziesz Szoszana, bo ty jesteś dla mnie różą’. Tak mi mówił. I ja uczyłam się tego języka hebrajskiego, i dosyć mi to szło. No. No, ale potem nastały czasy, kiedy niestety nie miałam tego w użyciu i bardzo mało mi pozostało.
A jak ktoś mówi, to pani rozumie teraz?
Po herbrajsku?
Tak.
Słabo, no bo przecież ja mam 95 lat skończone. No. To 15 listopada skończyłam 95 lat.
No, piękny wiek, piękny.
No niestety, tylko to piękne mi zostało – jak pani widzi.
Bardzo dobrze pani wygląda...
Co?
Bardzo dobrze pani wygląda na swój wiek.
No, wyglądam jak wyglądam, jak muszę wyglądać w tym czasie. Nie mam na to żadnego wpływu. Teraz tamtego roku miałam wypadek, wywróciłam się i złamałam tutaj w biodrze jakiś tam ważny element. No i nie chodzę. Od tamtego czasu...
Czyli pani ma rehabilitację teraz?
Mam, ale niewiele mam nadziei.
Musi być dobrze, no pewnie, że będzie.
Tak, że nie mogę, chodzić nie mogę, i tu mam ten ból.
Czyli chciałam się upewnić, że rodzice w domu mówili....
Rodzice pomiędzy sobą rozmawiali w jidysz, no.
Żeby dzieci nie rozumiały?
A dzieci rozumiały, naturalnie. Bracia mówili dobrze w tym języku, świetnie i oczywiście mówili po polsku. Ja najmniej skorzystałam z tego, bo byłam jedna z najmłodszych, to jakoś zatrudniali. Mieli ambicje to mnie nauczyć, tamto nauczyć – jako jedna, wciąż jeszcze byłam jedynaczką, no. Czternaście lat.
No właśnie, i urodziła się ta druga córka.
Ta druga jest w Jerozolimie, nie w Jerozolimie. W Hajfie mieszka. Tam założyła rodzinę i wyjechała jak był ten egzodus.
Też w 68 roku, tak?
[córka: nie, wcześniej, wcześniej]
W latach pięćdziesiątych, tak?
Tak.
Jak ta siostra ma na imię?
Amalia. Tak jak babcia. Wyszła bardzo dobrze za mąż.
Ale tu w Polsce, czy tam już?
Tam. Oczywiście założyła rodzinę. Dwoje bardo udanych dzieci tam ma i wnuków. I właśnie pisze, że wnuczka, którą ja poznałam, bo była tu z tą, z wycieczką, (śliczna dziewczyna, z pięknymi włosami, bardzo ładna) tutaj zdała maturę i do wojska musi iść na dwa lata [córka: w niedzielę poszła].
Czyli już jest w wojsku?
Co?
Już jest w wojsku.
Jak ona się nazywa, ta...
[Amit- córka]
Amit. Tam mają hebrajskie nazwiska i imiona.
Czyli siostra już nie jest Amalia tylko...
Co?
Siostra już nie ma na imię Amalia....
Amalia siostra ma, ona ma prawdziwe dokumenty. Wprawdzie ona też miała nazwisko okupacyjne, ja też miałam, ale mi go odebrali.
To znaczy jak odebrali?
Odebrali mnie, no siłą. Jeszcze całkiem to podobno nielegalne, bo potem jak zapisałam się do tego towarzystwa w Krakowie, to mi powiedzieli, że nie powinnam sobie pozwolić żeby mnie odebrali to nazwisko, bo wszyscy sobie pozostawiali. Przeważnie członkowie z tej organizacji zostawili nazwiska. A ja nie. jakie to nazwisko? jakiegoś księdza biskupa, cholera wie. Jak?
[córka: Kloc i Tomaka].
Kloc i Tomaka.
Nie, nie Kloc. Jeszcze miałam, pierwsze miałam nie Kloc. Nazwisko jakiegoś księdza ze Lwowa.
Pani przyjęła.
Pierwsze, a potem lepsze dokumenty mi zrobili, to mi dali jakieś nazwisko Kloc, jakieś, no.
To nieładne nazwisko...
Nie. Tak, ale w tym, w tej organizacji tam u was w Krakowie mi powiedzieli, że sobie nie powinnam była pozwolić odebrać, bo nikt z tych nie pozwolił i pozostał przy tym nazwisku. To nazwisko zostało na tej zasadzie, że to Bóg ingerował w życie i to nazwisko za jego wolą było. No, możliwa taka interpretacja dla wierzących.
Chciałam zapytać jeszcze o, w pani domu rodzinnym o tradycje żydowskie.
Proszę pani, tradycje żydowskie były. Były święta w naszym domu, ponieważ tam było dziesięć rodzin później osiedlonych w tej wsi, to w naszym domu były zgromadzone w święta takie organizacji modlitw.
Aha, to był taki sztibł u was w domu?
Tak, te dziesięć rodzin uczestniczyły w tym i wszystkie święta były w ten sposób odprawiane.
Że u was w domu...
Że się zgromadzali tam u nas. Była oczywiście Tora i początkowo wynajmowali kogoś, a potem ojciec mój celebrował. Ponieważ miał bardzo dobry głos i znał dobrze ten układ wszystkiego. Więc nie pamiętam, stale gromadzili się, te rodziny, i kobiety, i mężczyźni. Ponieważ dom był duży tam było – ja wiem? – cztery pokoje takie w amfiladzie, wiec mieli gdzie się gromadzić. Także przypominam sobie, że matka bardzo pilnowała. No chłopcy to uczestniczyli, bo należeli do tej grupy religijnej, tych kochanym. Wie pani, to oni byli taką grupą uprzywilejowaną żydowskie ten, to byli rodzina kapłanów czy coś takiego. Tak, że jak były nabożeństwa, to oni wyodrębniali się podczas specjalnego błogosławieństwa. Odmawiali ten, takie o znaki mieli. I to się nazywało, że błogosławią. To znaczy, to była jakoś, no jakiś uprzywilejowana warstwa tych ludzi. ‘Michesz’ po hebrajsku.
Chciałam zapytać czy mama prowadziła koszerną kuchnię w domu?
Absolutnie. Absolutnie. Była służąca, ale służąca tylko w gospodarstwie była, matka sama gotowała. I utrzymywała kontakt z rodzina swoją. Bo miała matka braci w Krakowie, który jeden ojca... brat prowadził dom starców żydowskich. Był tym, no całym kierownikiem, to było na ulicy Krakowskiej. Pamiętam nad... oni jeden z pierwszych tych budynków zburzyli. Nad Wisłą. Tam było, duży ten zakład był. Ja tam jeździłam dosyć często, to pamiętam. Ogród piękny, utrzymane pierwszorzędnie to wszystko. Ameryka utrzymywała to i w ogóle. Austria, przysyłali ze wszystkich tych, tak. Tak, że to było pierwszorzędne [nieczytelne]. No to był brat ojca też Krygier.

Pobieranie 364.75 Kb.

Share with your friends:
  1   2   3   4   5   6   7




©operacji.org 2020
wyślij wiadomość

    Strona główna