Zeszyt drugi



Pobieranie 394,11 Kb.
Strona1/20
Data20.11.2017
Rozmiar394,11 Kb.
  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   20

Zeszyt drugi.

(08.08.2015, sobota, godz. 10:00)


Ho ho! Witajcie w drugiej części, jeszcze lepszej, ciekawszej, pełnej nagłych zwrotów akcji, nieprzeciętnego, błyskotliwego humoru, wspaniałych historii oraz intrygujących i trafnych obserwacji autora. A co najważniejsze, dodawanej zupełnie za darmo do części pierwszej. Spodziewalibyście się? W życiu! Bo przecież „nikt się nie spodziewa hiszpańskiej inkwizycji!”. No to mamy przed sobą cały, czysty zeszyt, który muszę zakulfonić. Duży, A4, w linie, z takimi metalowymi kółeczkami które trzymają go (że tak się wyrażę) w kupie. Mam jednak nadzieję że będą trzymać razem coś o nieco większej wartości. Pomyślałem zatem że zacznę od pierwszej strony, a potem już jakoś pójdzie, z górki. Do dzieła zatem! Jako jednostka wyjątkowo zapobiegawcza (a bardzo chciałem zapobiec przeziębieniu) spałem dziś w innym, nieco cieplejszym pokoju. Przypominam że ostatnio pomieszkuję sam, ale to też miało się wkrótce skończyć kiedy zaczną wracać z Norwegii. W małżeńskim łożu Henia i Czesia hehe, tylko im nie mówcie. Zmarzłem jakby nieco mniej, a skoro ich nie było a pokój stoi pusty to co się ma marnować. Ale koniecznie muszę poprosić Kasię aby zadzwoniła do swojej koleżanki w sprawie zimnych grzejników (nie mam jej numeru, zresztą co bym jej powiedział? – „Hello, my kaloryfer is cold like a dead body”???). A teraz uwaga, bo będzie zdziwko! Zacząłem się rano krzątać przy śniadaniu, patrzę, a z drugiej strony łączki przyszły do mnie Gienia z Gieniem. Nie znam się zbytnio na koniach, ale mogło być tak że usłyszały mnie w kuchni. Może zobaczyły w oknie na piętrze? Kochane mordeczki! Czy mam się niepokoić tym że zaczynam już gadać z końmi Panie Doktorze? A może po prostu usłyszały Boney M. i przyszły na disco?  Mogą też domagać się jabłka którego wczoraj nie dostały. Przejazdy okazjonalne, orka i wymuszenia – spółka z zoo. No wybaczcie, ale do domu to wczoraj powróciłem około 22-ej i ostatnią rzeczą o której myślałem to było karmienie jabłkiem tej dwójki. Zaraz im pokroję i zaniosę. Zadowoleni? Nie wiem tylko czy można im tak wcześnie przeszkadzać, bo wciąż są w „piżamach”. Zebra to wygląda dosyć normalnie, niczym „Zebra z klasą”, tylko w tej czarnej woalce (ciekawe czy użyłem trafnego określenia?) wygląda jakby była w żałobie. Zebra w żałobie. Gieniek natomiast chyba przez noc wciągnął nosem całą powieść Dumas’a, bo wygląda niczym jeden z jej bohaterów. Co najmniej jak jeden z trzech, czterokopytnych muszkieterów (bo przecież konie muszkieterów odgrywały niemal równie ważną rolę co ich jeźdźcy). I znów powróciły na drugi koniec wybiegu. Właśnie przyszło mi coś do głowy, wybaczcie. Czy możemy mówić o dwóch końcach? Przecież jeśli określamy coś jako koniec, to jest to koniec czegoś, a zatem druga, przeciwległa strona nie będzie już końcem a początkiem. Prawda? Czyli coś takiego jak drugi koniec nie ma prawa bytu? Czyli jednak przyszły się przywitać, a mnie jest niezmiernie miło. Kończę właśnie jeść kanapki z paprykarzem na szwedzkim, słodkim, tostowym chlebie (nie róbcie tego w domu sami), jeszcze tylko pójdę szybko z jabcokiem i wyruszam na zbiory. Osuszyłem drugą butelkę Pepsi, dzięki czemu mam już dwie butelki soku rozrzedzonego kranówą. Powinno wystarczyć na cały dzień pocenia się. Musi. Tutejsza woda w smaku żadną tam rewelacją nie jest, ale jej niepodważalny plus to zdatność do picia bez konieczności przegotowania. A jak się do niej jeszcze doda soku to daje się to pić. Nie czuć wtedy przynajmniej smaku rur, niczym w Zagłębiu Ruhry. Tym oto sposobem znów zacznę moje zbieranie dopiero po godzinie 11-ej i będę zbierał do późna. A miałem dziś w planie jechać wcześniej by wrócić o przyzwoitej porze. Od jutra! Taaa, jasne. (23:00) Wróciłem o 22-ej, kiedy zjechałem pod dom zauważyłem czarne, nowe Lambo szykujące się do startu, poszedł super, no i ten piękny dźwięk silnika. Zagrałbym w Forzę, ech. Zaczaiłem się z aparatem bo myślałem że będzie wracał, niestety tylko zmarzłem. Czesiek już wrócił, drzemał rozczochrany w swoim łożu małżeńskim, czyli wszystko ok. Zagrzałem sobie makaron z mięskiem, potem szybki prysznic aby nie oswajać na sobie „przyjaciół” z lasu, i już mogę leżeć i pisać. Kleszczy boje się strasznie, małe dranie a tyle złego mogą wyrządzić człowiekowi. O dziwo, jednak się tutaj z nimi nie zetknąłem. Czego oczywiście nie żałuję. Może to kwestia wysokości? Może mają lęk wysokości? Bo tyle czasu ile tu spędzam w lasach przeciskając się przez krzaki to w Polsce bym ich miał pewnie po kilka (- naście?) dziennie. A tu nic, i bardzo dobrze! Chciałem Wam napisać o potędze podświadomości, jak to moją siłą woli sprawiłem rano że grzejniki zaczęły znów grzać, jednak muszę wstrzymać „lejce” bo znów przestały. No po prostu działają jak chcą. A może naprawdę mają gdzieś otwór na monety, tylko gdzie w grzejniku oznacza „mieć gdzieś”? Otwór na monety niczym skrzynki elektryczne w Anglii czy skrzynki na monety od telewizora w szpitalach. No nie doszukałem się. Ale co tam zimne grzejniki przy historii która spotkała mnie dzisiaj w lesie. Naprawdę, żarty się skończyły, będą czaszki, bielejące kości i rozsypane po okolicy zęby. Osoby o słabych nerwach, które mają już za sobą zeszyt pierwszy, wiedzą już że mają podczas czytania zamknąć oczy. Prawda? Brr, wciąż jeszcze mam dreszcze na samą myśl o tym „cmentarzysku” w głębi lasu, z dala od ludzi. Nawet ptaków nie było słychać w okolicy. Tajemnicza, złowroga cisza, kości porozrzucane pośród drzew, a pod stopami bagno. Nieświadomy przekroczyłem kotarę z gałęzi i znalazłem się w tym przerażającym miejscu. Kiedy niechcący stanąłem na czymś twardym, co okazało się kawałkiem szczęki, to aż podskoczyłem do góry. A na jednym z pni bielejąca czaszka wpatrzona w nicość, ale wyglądała jakby stała na straży tego miejsca i wyznaczała jego granice. Wspaniały przykład nadinterpretacji, ale jaki klimatyczny. Mijam stertę sierści leżącej na ziemi, mijam poczerwieniałe jeszcze miejscami kości, czyli nie są jeszcze takie stare. Kiedy stary słoń czuje, że zbliża się jego koniec, oddala się od stada by w spokoju odejść z tego świata. Takie ustronne miejsce nosi nazwę cmentarzyska słoni. Być może trafiłem na takie podobne cmentarzysko, cmentarzysko łosi, bo takie właśnie zwierze pasowało mi najlepiej do znalezionych szczątków. A że z puzzli jestem niezły … Może to tutaj przychodzą łosie by w spokoju wydać swoje ostatnie tchnienie? Nie znam się zbytnio na łosiach, chyba nawet jeszcze mniej niż na koniach. Wróciłem do auta po aparat, zrobiłem kilka zdjęć, i nagle coś przerażającego przyszło mi do głowy, a zimny pot zlał mnie całego. Otóż przypomniałem sobie film z Neeson’em (chyba tytuł brzmiał „Przetrwanie”) gdzie jako grupa rozbitków z katastrofy lotniczej starała się przetrwać w dzikich terenach, tropiona przez watahę wilków. A w zasadzie to przez tę watahę ścigana i systematycznie eliminowana, aż do napisów końcowych. Więc może łosie wcale nie przyszły w to miejsce z własnej woli, może zostały tu zagnane lub (o zgrozo!) przywleczone? Może nieopatrznie trafiłem na wilczą stołówkę? Zdumiewające, jakie nasz umysł potrafi w mgnieniu oka tworzyć scenariusze w poczuciu zagrożenia, bo wszystkie te myśli przeleciały mi przez głowę z prędkością błyskawicy. Starając się szybko pozbierać i dodając sobie nieco odwagi, zacząłem wymawiać na głos – WI … - TAJ – dokończył złowrogi głos za moimi plecami. Kleks. Odrywam przerażony oko od wizjera aparatu i widzę stojącego za mną, potężnego, szarego wilka który z Geraltem z Rivii nie miał kompletnie nic wspólnego. – Wilk – wydukałem bezgłośnie, lecz w mojej głowie obiło się niczym upadające kowadło. – TAJ? – wskazał na mnie łapą wilk. Spokojnie, wdech, wydech. Najważniejsze to go nie prowokować, może sam sobie pójdzie? W sumie to nie zjadł mnie przecież od razu, i chociażby sam ten fakt dobrze rokuje naszej dalszej znajomości. Trzeba tylko grać na czas. – Taj? Nie … nie – zacząłem odpowiadać łamiącym się głosem – jestem z Polski. – A zatem WITAJ człowieku z Polski – skinął głową. – Polska – rozmarzył się po chwili – bigos, schabowy, golonka. A może golonka to Niemcy? Ja tego nie rozumiem człowieku, żrą te golonki, popijają piwem, a jak przyjadą to takie to chude, twarde i żylaste? Dobrze jednak że nie jesteś Tajem, bo oni używają strasznie dużo przypraw co potem kończy nam się straszną zgagą. Miło że odwiedziłeś nasze skromne progi, ludzie się tu zbyt często nie zapuszczają, akurat trafiłeś w sam raz na obiad – klasnął w łapy. – Będziesz naszym gościem honorowym, creme de la creme, wisienką na torcie, deserem, że się tak wyrażę – wyraził się z niepokojącym uśmiechem w którym błysnął sznur ostrych zębów. Kątem oka dostrzegłem też w oddali inne wilki otaczające nas coraz ciaśniejszym kołem, jakby tylko czekały na znak swojego samca alfa gotowe w każdej chwili by rzucić się do ataku. – Obiad? Obiad? – lepiej wiej jeśli ci życie miłe, myślałem w duchu – yyy dzięki ale niedawno jadłem. A tak w ogóle to muszę już lecieć bo żelazko na gazie zostawiłem - dałem drapaka nie oglądając się nawet za siebie. Szybko, szybko, byle tylko dopaść do auta, kluczyki, nie ta kieszeń, szybciej, trzaskam drzwiami i już czuję się nieco bezpieczniej. Stacyjka, sprzęgło, bieg i gaz do dechy! Szybko, byle jak najszybciej i jak najdalej od tego miejsca. Pędząc, zobaczyłem jeszcze w oddali wilcze stado siedzące przy dymiącym grillu na którym, mógłbym przysiąc, dostrzegłem papryki, pieczarki i cebulkę. Czyżby byli to wegetarianie? W taki oto sposób przeleciał mi koło nosa pyszny obiad z grilowanych warzyw za którymi ostatnio wprost szaleję. Sami przyznacie że głupio by było teraz zawrócić i siadać przy grillu. Taką oto cenę przyszło mi zapłacić za uleganie stereotypom. Z drugiej jednak strony, to te warzywa mogły być przecież ledwie dodatkiem do dania głównego, które jednak roztropnie zwiewa. Może lepiej że się tego nigdy nie dowiem. Kiedy już nieco doszedłem do siebie po tym nieoczekiwanym spotkaniu, pokazałem zrobione zdjęcia pobliskim łosiom. Pomyślałem, że może poznają właścicieli bielejących szczątek, czy nawet szczątków. Mogą też wiedzieć co się stało ich właścicielom, czyli co było powodem opuszczenia przez nich tego łez padołu. – Dziadek Eustachy! – aż podskoczył oglądający zdjęcie łoś – chodź no Jadźka! Patrzaj, dziadek Eustachy na zdjęciu! A to jajcarz! Pani łosiowa przybiegła szybko i zapuściła żurawia w ekranik aparatu – No tak, dziadek Eustachy zawsze był fotogeniczny. Bardzo ładne zdjęcie – pochwaliła – jest na nim taki szczęśliwy. – Ale to nie martwiliście się jak dziadek Eustachy zniknął? – pytam zaskoczony – jak długo już go nie ma? – A rzeczywiście, gdzieś nam się dziadek ostatnio zapodział – zamyślił się pan łoś – mówił że na ryby się wybiera. – A gdzie tam na ryby! – zdementowała szybko pani łosiowa – na grzyby przecie szedł! – Co ty kobieto za głupoty wygadujesz – żachnął się zdementowany pan łoś – pamiętam przecież doskonale że wędkę brał. – Gdzie głupi z wędką na grzyby??? – twardo obstawała przy swoim – przecie brał kosik i wiaderko. – No tak – zgodził się – brał nożyk i wiaderko bo chciał od razu nad wodą poskrobać złowione rybki. I wędkę też brał! – podkreślił. – Mówię ci przecie stary capie że żadnej wędki to on ze sobą nie zabierał, jeno wiadro i nożyk!!! – luźna wymiana spostrzeżeń zaczynała się przeobrażać w otwartą wojnę. Podziękowałem, pożegnałem się naprędce, a wychodząc z lasu jeszcze słyszałem krzyki w oddali: „Ryby!”, „Grzyby!”, „Ryby!!!”, „Grzyby ty stary ośle!!!”. W zasadzie to niewiele się dowiedziałem, a już na pewno nie dowiedziałem się czy dziadek Eustachy zaginął wychodząc na ryby, czy na grzyby. To kim był, ani jak dawno wyszedł, pozostanie tajemnicą już na wieki. Zastanowiło mnie, z jakim spokojem moi rozmówcy przyjęli fakt, że po ich krewnym pozostały jedynie szczątki. Ale może tak jest lepiej? Skoro śmierć jest czymś nieuniknionym, zakończeniem, czy raczej zwieńczeniem podróży naszego życia, to dlaczego nie przyjąć tego faktu jako naturalnej kolei rzeczy. Z pokorą, spokojem, dumą ze swojego życia. A może nie mamy z czego być dumni? Może wiedliśmy podłe, zakłamane życie i teraz staramy się go za wszelką cenę trzymać by nie stracić dóbr zdobytych wyrzeczeniem się samego siebie? Tak kurczowo człowiek trzyma się swojego życia, jakby to była najcenniejsza rzecz nie tylko dla niego, ale i dla całego świata. Nie godzi się z upływającym czasem, poddaje najróżniejszym operacjom, zabiegom, sam siebie stara się wywieźć w pole. A kiedy sami opłakujemy czyjąś śmierć, uderzmy się w pierś. Czy faktycznie płaczemy po tej osobie jako człowieku, osobowości, tym kim był i świecie jaki wokół siebie stworzył? Przecież nie można źle mówić o zmarłym, chociażby dopuścił się podłości i ktoś przez niego cierpiał. Przecież nie jesteśmy w stanie w pełni kogoś poznać, bo aby się tak stało, trzeba by stać się nim właśnie. Wtedy zrozumiemy co przeżył, co robił, jakimi pobudkami się kierował. Jak stwierdził Goethe, „być sprawiedliwym w dziejach tego świata to jak być wybranym między tysiącami”. A może opłakujemy kogoś tak żarliwie w dużej mierze dlatego, że to właśnie MY się więcej z tą osobą nie zobaczymy, to MY nie będziemy się więcej wspólnie z tą osobą śmiali, to MY nie poczujemy więcej jej dotyku. I wreszcie, to NASZE życie zmieni się nieodwracalnie w pewnej, związanej z tą osobą, części? Nasze spokojne, spójne i poukładane już życie nagle ulega zmianie, i to MY musimy się szybko w tej nowej rzeczywistości odnaleźć. Czy zatem tak do końca opłakujemy osobę która odeszła, czy może dusi nas za gardło fakt zmian, przed którymi zostaliśmy nieuchronnie postawieni, bezpowrotnych przemian na które nie mamy żadnego wpływu? I płaczemy, płaczemy z bezsilności, płaczemy bo nic nie możemy poradzić, bo okazuje się jak mało zależy od człowieka. I to będzie chyba najlepszy moment na powiedzenie sobie dobranoc. Aha, jeszcze jedna rzecz. Na cmentarzysku łosi, jak sobie pozwoliłem nazwać to miejsce, rosło sporo jagód. Czyli co, „Ty zakwitniesz różą, a ja kaliną”?. Sam nie wiem czy bym chciał aby rosły na mnie jagody, co innego delektować się nimi, a co innego podziwiać je od spodu. Jednego jestem pewien, na pewno nie chcę jurtonu, tego bladego, zgniłego i śmierdzącego jurtonu (zebrałem dziś Ewie całe pudełko które mi wczoraj użyczyła). Cóż, biorąc pod uwagę mój charakter, to zapewne będzie to oset, kłujący przechodniów we wszystko co popadnie. HA! Teraz to już jest wręcz idealny moment na ułożenie się do snu, bo za kwadrans będzie już 1 nad ranem. Miałem wcześniej wstawać, ale anu tego dokonać, musiałbym wcześniej kłaść się spać, no a z tym to już było by ciężko. Aha, szarpidrutom dałem dziś odpocząć (pewnie na dłużej) a w napędzie zagościł Ozzy Osborne. Całkiem nieźle się tego słucha, wręcz czuć ducha tamtych lat i gitarowych solówek (bardzo spodobał mi się utwór „Crazy train”). A skoro już przy nadrabianiu zaległości jesteśmy, to po powrocie do Polski to kupię wreszcie ilustrowany zbiór opowiadań E.A. Poe. Jakiś czas temu widziałem w Empiku fajne wydanie, z ładnymi ilustracjami, no ale te 60 złotych, jakby nie było to skrzynka pełna jagód. Teraz chyba zacznę wszystko przeliczać na skrzynki hahaha, tak się tu człowiekowi „ryje beret”. Będąc na cmentarzysku, mógłbym przysiąc że słyszę odgłos motoru i jakąś muzykę. A może satanisty mają tam miejsce swoich spotkań? Ło matko! Dobranoc. No i ostatnia już kwestia, ale nie usnę jak się tym z Wami nie podzielę. Przypomniałem sobie, że kiedy zapytałem łosia o to czy nie jest mu żal że dziadek Eustachy odszedł, ten odpowiedział mi spokojnie – Ale przecież taka jest kolej rzeczy i nic na to nie poradzimy, a nasz żal nic nie zmieni. Panta rej, musimy akceptować zmiany a dziadek Eustachy z racji swojego sędziwego wieku ustąpił po prostu miejsca na świecie jakiemuś nowonarodzonemu łosiowi. Zresztą – na chwilę oddał się zadumie – gdybym miał żyć wiecznie to chyba umarłbym z nudów. Rzeczywiście, jest w tym jakaś łosiowa logika która do mnie trafia. Zamiast zastanawiać się ile to moglibyśmy zrobić gdybyśmy żyli wiecznie, zastanówmy się raczej jak najlepiej wykorzystać czas który nam dano. Zresztą, nieśmiertelność wcale nie musi być taka fajna, o czym pisze w swojej ostatniej książce „Futu.re” Dmitry Glukhovsky.


  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   20


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna