Złego nie przyjmiesz Grzegorz Pieńkowski



Pobieranie 78,32 Kb.
Data02.12.2017
Rozmiar78,32 Kb.



Złego nie przyjmiesz


Grzegorz Pieńkowski
Właściwie powiem ci Marcinie, że ten twój tajemniczy gość – Aleksander, a swoją drogą świetny szachista – nie wiadomo, jaką rolę tutaj pełni. Czyżby chciał zmienić historię?

- Nie, historii zmienić się nie da, myślę że on chce nas bliżej poznać, a przez to bardziej zrozumieć. Pojechał na tereny, którym daleko do siły mistycznej naszych ziem. Tu, jak wiesz, wszystko paruje mistycyzmem, a tam kominy, hałdy, ubogie robotnicze osiedla.

- A co ty masz na uszach Janku?

-To takie urządzenie do słuchania muzyki?

- Masz, posłuchaj Marcinie.

Marcin włożył do ucha miniaturową słuchawkę, posłuchał chwilę, i oddał Jaśkowi.

- To nie dla mnie.

- Dlaczego… dobra muzyka. Wiesz co to za utwór? To „Dziecko w czasie” Deep Purple.

- Ale Jaśku takie zestawienie… XIX-wieczny dworek, my, a zwłaszcza ty, wymyślony przez autora, postacie z polskiej literatury, Chopin grający Chopina, Bach grający Bacha, Eglantyna Pattey mająca przyjechać ze Szwajcarii, Juliusz Słowacki i Deep Purple. Przecież tego nie zniesie żaden czytelnik.

- Marcinie, u nich skończył się XX wiek, już parę lat trwa wiek XXI. Jeżeli znieśli XX wiek z jego całą gamą okrucieństw, dziwactw, to zniosą i to. „Dziecko w czasie”, słuchane w XIX-wiecznym dworku, w wieku XIX.

*

Tak mówiąc spojrzał zyzem gdzie śród biesiadników,



Siedział gość Moskal; był to pan kapitan Rykow

Stary żołnierz, stał w bliskiej wiosce na kwaterze,

Pan Sędzia go przez grzeczność prosił na wieczerze”

- Aleksander, widzisz Jaśku, przybył do nas, bo to taka tradycja, by Moskala zapraszać. Adam wprowadził do swojego „Pana Tadeusza” Moskala, to i my mamy swojego Moskala. A swoją drogą, ciekawe gdzie on teraz jest, czy już wsiadł w Wilnie do pociągu, który do Warszawy zmierza? Myślę, że będzie nam przysyłał listy z tej podróży.

- Ciekawsze listy na pewno pośle do centrali, do Petersburga. Muszę pomyśleć Marcinie, jakby je przejąć, musi istnieć jakiś sposób.

- Ty się w to Jaśku nie mieszaj, bo skończysz na Syberii.

- Na Syberii? Może być. Nie ja pierwszy i nie ostatni. Syberia to kraj wielkich możliwości, można się tam dorobić fortuny. Przyjechałbym jak bogacz jakiś, to bym z tego dworku zrobił magnacką rezydencję, z basenem, marmurowymi posadzkami, a na ścianach wisiałyby oryginalne Kossaki.

*

Złego nie przyjmiesz do siebie w gościnę…”



- Teraz Marcinie jesteśmy już w następnym tomie cyklu autora „Imię moje jak dźwięk pusty”, a tytuł wziął z Psalmu 5.

A ty przyjąłeś do siebie Aleksandra, a on przecież zły, bo Moskal, a Moskal dobry być nie może, tym bardziej że on z Ochrany. Knuje coś zapewne, przygotowuje grunt, aby zatryumfował najpotworniejszy z systemów. Bo to on przygotuje grunt dla takich postaci jak ta, która leży w szklanej trumnie na placu Czerwonym w Moskwie.

- Poczekaj, Jaśku. Nie wiemy jak się to wszystko potoczy. Zło jest połączone na zawsze z dobrem. Popatrz, taki Goethe zło uznaje za czynnik rozwojowy w dziejach świata. Bóg (tak uważa Goethe) daje człowiekowi diabła za towarzysza, by jako duch zły przeciwdziałał rozleniwieniu, umiłowaniu spokoju, by jako ferment podniecał i pobudzał do działania.

- Marcinie, filozof z ciebie. Dla mnie zło to zło. Ale dobrze, myśl sobie co chcesz. Ja opuszczam cię na jakiś czas. Jadę do Ziemi Świętej tropem Juliusza. Listy będę przysyłał, a ty je zachowaj, do skrzyni włóż na strychu, aby tam po latach różne prawnuki odczytały, bo to taka tradycja. Pamiętaj o tym. Pamiętaj.

*

Pieśń tę zostawiam wiekom, które mają



Potężne ręce i potężne głosy…

Niech jej w niebiosach głośniej dośpiewają

Niż ja, kończący tu bolesne losy.

Anioły moje już przybiegły zgrają,

Tłuką mi serce – targają mi włosy

I nazywają już wielką osobą,

I szepczą… i już zapraszają z sobą”

Gdzie cię zapraszają Juliuszu, gdzie? A jakbyś tak opisał jak tam jest za zasłoną. Ty to zrobisz po mistrzowsku. Już ilu próbowało to opisać, przenieść na papier swe mistyczne stany. Ale teraz spróbuj ty. Napisz i przyślij na adres Marcinowego dworku. I będzie wszystko jasne. Albo też wskaż, które strofy należy odczytać jako przekaz stamtąd. Czekamy na ten znak.

I jeszcze zdanie dobrze nie wyschło na papierze, a znak już się pojawił. Marcin bowiem przejął od Dostojewskiego zwyczaj otwierania Pisma na chybił trafił i odczytywania zdania – przesłania. Bo przypadków nie ma i być nie może. A zdanie, które w tym momencie przeczytał, brzmiało:

Przyjdzie bowiem chwila, kiedy zdrowej nauki nie będą znosili, ale według własnych pożądań… będą sobie mnożyli nauczycieli. Będą się odwracali od słuchania prawdy, a obrócą się ku zmyślonym opowiadaniom.”

*

Czy nie widzicie, żem chory – szatanizm,



Bajronizm – siedem mnie dręczy boleści;

Wierzę w religię mas – w republikanizm,

W postęp… a nawet wierzę w te czterdzieści

Cztery…, choć nie wiem, co ta Liczba znaczy,

Ale w nią wierzę jak w dogmat… z rozpaczy.”

Ale nie pisze Juliusz nic o tym cyrografie. Chociaż badacze od dawna podejrzewali, że coś jest na rzeczy. Szatan daje sławę, powodzenie szybko, a Juliusz… dla Juliusza sława to była rzecz numer jeden, przynajmniej w pewnym okresie życia. Nie wiadomo, czy w Wilnie podpisał. Wilno piękne miasto, w ładnej by się to odbyło scenerii. 44… Nie wiadomo do dziś, ale sam pomysł genialny. Zadać zagadkę następnym wiekom, niech się męczą. „Pana Tadeusza” nie przeczytają, „Dziadów” też nie, ale 44 będzie ich pasjonować. Ale może jakiś komputer to rozwiąże. Komputer może wygrać z Kasparowem, to i rozwiąże zagadkę 44. Trzeba mu tylko wprowadzić w pamięć tysiące strof o tym dziwnym kraju. I niech pracuje. Niech się męczy. My poczekamy.

*

Wszyscy się jednak do mnie zlatywali



Pytając, gdziem był…”

Już właściwie chcieliśmy usunąć Juliusza z Marcinowego dworku. Ale im bardziej usuwany tym bardziej obecny. Okazuje się że właściwie usunąć Juliusza się nie da. Bo to tak jakby wymazać go z naszej świadomości.

A zjadacze Marcinowego chleba (Boże, co za smak) jednak poczuli się aniołami.

Juliusz jest jedyny. Coś w nim jest takiego, że potrafi zawładnąć czytelnikiem jego dziwnych strof.

Bo weźmy na przykład taką strofę:

Patrzajcie – rzekną – Otośmy przez wieki w tych pięknych urnach ledwo się ruszały…”

I zjawił się Juliusz i poruszył urny. Wszystko ożyło, anioły się zjawiły, świat się zmienił.

A gdzie jest Juliusz?

Właśnie, gdzie jest? W Genewie go nie ma, we Florencji też, z klasztoru Betheszban też się wyniósł z ogromnym jak pisze „butlem” pełnym wina. Ach wiem, jest nad oceanem atlantyckim w Pornic.

Mama przecież napisała mu w liście „kąp się w morzu”, więc Juliusz potraktował to jak rozkaz i pojechał, aby zażywać morskich kąpieli.

Liczyła na to, że morska kąpiel pomoże mu odzyskać zdrowie.

Nie pomogła, bo Juliusz już od dziecka był tą chorobą naznaczony, a Fleming, wynalazca penicyliny, jeszcze się nie urodził. Nic się nie da zrobić. Przynajmniej na razie, bo książka dopiero się zaczyna. Coś wymyślimy Juliuszu. Będzie dobrze.

*

Aleksander Fistonow przysłał Marcinowi list.



„Piszę z Wilna. Pociąg do Warszawy mam dopiero jutro, postanowiłem więc poznać bliżej to miasto. Pierwsze kroki skierowałem na ulicę Zamkowa ,tam jak wiesz Marcinie pod numerem 24 mieszkał August Becu ze swoją drugą żoną Salomeą, dwiema córkami Olą, Hersylią i przybranym synem Julkiem. Twoim jak myślę najważniejszym gościem. Byłem też na grobie Ojca Julka, nawet świeczkę zapaliłem. Powiedz o tym Juliuszowi, może choć trochę zmieni on swój stosunek do nas, Moskali. Wilno piękne miasto. A w malutkie księgarence kupiłem „Beniowskiego”. I popatrz nasza cenzura nie pozwala drukować Juliusza a ci Polacy z Wilna jakimś sposobem przemycają go.

Przymknę na to oko. Na razie przynajmniej.

Bądź zdrów.

Aleksander F


Marcin skończył czytać ,schował list i poszedł do salonu gdzie jego goście właśnie schodzili się by obejrzeć film.

Dzisiaj miał być zaprezentowany ostatni film Krzysztofa Kieślowskiego „Czerwony”.

Chcieli poznać motywacje emerytowanego sędziego, który podsłuchuje sąsiadów, gdyż tak rozumie hasło rewolucji francuskiej BRATERSTWO.

*

Rozpętała się burza.



Potężne błyskawice malowały srebrne nitki na niebie.

W dworku Marcina niespecjalnie zwracano na nią uwagę, gdyż zafrapowała ich historia opowiedziana przez Krzysztofa Kieślowskiego.

A w Wilnie tymczasem stało się nieszczęście. Do mieszkania położonego przy ulicy Zamkowej 24, wpadł piorun.

August Becu odpoczywał po obiedzie i piorun go zabił.

Pani Salomea została wdową po raz drugi.

I ten piorun był też przyczyną, jedną z przyczyn niechęci Juliusza do Adama Mickiewicza..

Bo Adam uważał, że to nie przypadek, że to kara Boża za postawę wobec Moskali, doktora Becu.

I pani Salomea zaczęła od rządu rosyjskiego otrzymywać emeryturę profesorską, której korzystał również Juliusz.

Mógł na przykład opłacić pensjonat pani Pattey i spokojnie kontemplować Mont Blanc, na którym ujrzał Kordiana, wroga Moskali.

*

Nade mną wielka ćma duchów latała



I różne złote, straszne komet miotły

Pędzały mego anioła szelestem

Skrzydeł…żem wcale nie wiedział gdzie jestem”
Gdzie jest Aleksander?

Właśnie wsiadł do pociągu jadącego do Warszawy z Wilna. Kołdunów litewskich nakupił na drogę, gazet również i zajął miejsce w przedziale klasy pierwszej. Był sam.

Kiedy pociąg ruszył, na peronie zobaczył dziewczynę, właściwie mignęła twarz dziewczyny, bardzo podobnej do tej, którą kiedyś poznał w Petersburgu.

Miał 17 lat. Był na spacerze w parku i tam ujrzał siedzącą na ławce, czytającą książkę dziewczynę.

Przechodząc koło niej, poruszony jednakże niezwykłym u niego przypływem śmiałości, zapytał tytuł książki. I wtedy otrzymał odpowiedź wypowiedzianą miłym i sugestywnym głosem: to są „Biedni ludzie”. I teraz Aleksander, gdyż nosił tą książkę zawsze ze sobą zaczął czytać.

A tamtej dziewczyny już nigdy nie zobaczył, mimo iż jeszcze 2 lata przychodził w to samo miejsce.

*

A tymczasem w dworku Marcina poruszenie: przyjechała Eglantyna Pattey, dziewczyna o zniewalającej urodzie.



A Juliusza nie ma. Jak zwykle jej unika.

*

„Król-Duch zaczyna się grzmotami, piorunami i błyskawicami. W takiej scenerii Juliusz czuje się najlepiej.



A ja czekałem aż piorun uderzy

Tak byłem pewny, że w owe rumiane

Grzmotem powietrze – jak duch zmartwychwstanę”

Piorun może zabić, ale może też dać życie.

A Aleksander jedzie tymczasem do Warszawy, ale nie jedzie już sam .Do przedziału wszedł pasażer w habicie. Był to brat Łukasz z zakonu dominikanów.

Uśmiechnął się i usiadł naprzeciw Aleksandra.

Wyciągnął Biblię i zaczął czytać.

-Gdzie to braciszek się wybrał – Aleksander zapytał, by zacząć rozmowę?

-Do Warszawy zmierzam, jestem brat Łukasz.

Aleksander rzucił szybkie spojrzenie na pokaźnych rozmiarów tobołek, który spoczął obok zaczytanego Łukasza. By przekonany, że jest tam nielegalna literatura.

Wszyscy oni przejęli się rolą księdza Robaka, a intuicja Aleksandra wyszkolona latami praktyki nie pozostawiała żadnych wątpliwości.

Jednakże – pomyślał sobie – nie będę wszczynał żadnych akcji. Niech sobie knują.

Może braciszek skosztuje kołduna, mam też pyszny chleb, pieczony w polskim dworku, brat pewnie głodny?

Dziękuję, skosztuję.

A pan o ile można zapytać gdzie zmierza?

O, daleko. Jadę do Zagłębia, do takiego miasta nad Przemszą.

Jestem Włodzimierz . Włodzimierz Krasnow– nauczyciel rosyjskiego języka.

Kłamstwo, które teraz wypowiedział przyszło mu niezmiernie łatwo Aż sam zdziwił się, że tak łatwo.

*

A Jasiek? Jasiek postanowił zaskoczyć wszystkich. Wybrał on się mianowicie do dwóch miast, które miały się stać sławnymi w bardzo dalekiej przyszłości. Na razie jednak nic tego nie zapowiadało. A może jednak zapowiadało tylko mieszkańcy nie potrafili odczytać znaków? Bo znaki są zawsze.



Jasiek znalazł się w Pompejach i Herkulanum i to w roku 75 naszej już ery. Chodził po mieście i patrzył na ludzi, którzy za 4 lata staną się świadectwem swoich czasów.

Czytał kiedyś w bibliotece Marcinowego dworku książkę o archeologii i rozdziały o Pompejach i Herkulanum zrobiły na nim duże wrażenie. Wyczytał też jak to odkopano tabliczkę z napisem „Strzeż się psa”.

I znalazł ten dom. Rzeczywiście była tabliczka powieszona na murze wokół domu. Patrzał w twarze ludzi i poczuł wdzięczność do autora, że dał mu tak ciekawe życie. Uświadomił sobie, że on również przetrwa, że stanie się w pewnym sensie mitem.

A że przetrwa to wiedział na pewno. Chociażby na jednej dyskietce, na jednej płytce CD, ale przetrwa. On wymyślony, a jakże prawdziwy. Pomyślał nawet, że kiedyś napiszą o nim książkę, nakręcą film. Ale najbardziej cieszyło go to, że przeczyta o nim ktoś, kogo nie ma jeszcze na świecie. Jeszcze się nie narodził. Narodzi się za mniej więcej 70 lat. No, ale teraz spaceruje po Pompejach. Mógłby właściwie ich ostrzec, ale przecież mu nie uwierzą. A gdyby mu uwierzyli to przecież nie powstałaby ta piękna książka, którą czytał w bibliotece Marcina z wypiekami na twarzy. Więc niech historia się toczy jak się ma toczyć.

A teraz musi się spieszyć, bo za tydzień odpływa statek, którym przepłynie do Egiptu, a stamtąd wybierze się w podróż do Ziemi Świętej. Chce podążyć drogą mistrza z Nazaretu. Chce zrozumieć dlaczego ten człowiek przyszedł do nas. Do nas wymyślonych przez Jego Ojca.

*

Juliusz przyjechał do Drezna w Wielki Piątek. Był 1831 rok. Wynajął pokój za 6 talarów na miesiąc, pokój o 5 oknach. A w saloniku lampa alabastrowa, którą wieczorem zapala, i przy niej pisze. 114 lat później całe Drezno zapłonęło. W 1945 roku w lutym 3 dywanowe naloty bombowe zamieniły miasto w proch i pył. Zginęły setki tysięcy ludzi. Była to operacja „Clarion”. Alianci chcieli tym nalotem coś powiedzieć Hitlerowi. Ale my możemy spojrzeć jednocześnie na Julka, który zapala lampę i pisze w Dreźnie swoje wiersze, i na płonące Drezno. Julek nie przewiduje tego co będzie za 114 lat, chociaż przewidział to co będzie 130 lat od momentu gdy pisał „Pośród niesnasek Pan Bóg uderza w ogromny dzwon, dla słowiańskiego oto Papieża otworzył tron”. Zostawimy go w tym Dreźnie, on tam bezpieczny, i podążymy za Jaśkiem i Aleksandrem. Juliuszu, zapal lampę. Dzisiaj nic nie pisz, tylko weź Pismo i poczytaj. Otwórz na chybił trafił.



- Co tam masz?

- Kazanie na Górze.

- Dobrze.

*

Zostawimy Fistonowa w tym pociągu, niech jedzie gdzie mu przeznaczone. Jasiek smutny, ale przecież będzie pocieszony, bo tak powiedział w Kazaniu na Górze Jezus. A my wracamy do dworku. Przybyła tam pewna francuska dziewczyna. Właściwie nikt jej nie zapraszał, ale przecież Marcin wszystkich gości przyjmuje z radością.



- Jestem Sophie, po waszemu Zosia, przybyłam z Paryża.

- Bardzo mi miło – Marcin z atencją przywitał się, i patrzał na nią z nieskrywanym zachwytem. Jej uroda była zniewalająca. – Pani, jak się domyślam, ma zapewne tutaj jakieś sprawy do załatwienia.

- No niespecjalnie, chcę poznać to miejsce, bo mój ojciec był tutaj częstym gościem.

- Pani jest córką, przepraszam, kogo?

- Jestem Sophie Pinard, córka Juliusza Słowackiego i Kory Pinard.

Marcin z wrażenia o mało nie upadł.

- Ale… o ile wiem, Juliusz nie ma dzieci.

- Panie Marcinie, ja jestem córką hipotetyczną. Rozumie Pan, mogłam się przecież narodzić. Moja mama była zakochana w Juliuszu Słowackim do utraty tchu, więc dlaczego nie.

- Właściwie wszystko jest na tym świecie możliwe – rzekł Marcin.

A zwłaszcza w tej książce.

Hipotetyczna córka Juliusza Słowackiego i Kory Pinard urodziła się oczywiście w Paryżu.

Kora miała wtedy około 16 lat, prawie tyle co matka Juliusza pani Salomea kiedy Juliusz w pamiętnym 1809 roku na świat przychodził. Sophie to po francusku, u nas Sophie będzie po prostu Zosią.

A Julek kiedyś taki wiersz napisał;

Niechaj mnie Zośka o wiersze nie prosi



Bo kiedy Zośka do ojczyzny wróci

To każdy kwiatek powie wiersze Zosi

Każda jej gwiazdka piosenkę zanuci”

A Zosia chciała poznać wszystko co było związane z jej ojcem. Marcin postanowił więc ściągnąć do dworku Jaśka, aby on był za przewodnika. Niech jadą do Krzemieńca, Wilna, Warszawy, aby Zośka mogła zrozumieć ten kraj, tych ludzi, którzy aniołami przecież nie są, a których Juliusz postanowił w aniołów przerobić. Ale gdzie jest Jasiek?

Jasiek idzie śladami Juliusza. Był w Jerozolimie, a teraz widzimy go, jak wchodzi do piramidy w Kairze. Jak go u ściągnąć? Wszak w dworku czeka śliczna dziewczyna.

*

Nie pozostawało nic innego jak ściągnąć Jaśka do dworku. Marcin napisał list i wysłał do wielu miejsc, gdzie Jasiek mógł się zjawić.



„Nie uwierzysz Jaśku – przyjechała dziewczyna, około 20-letnia, piękna że aż dech zapiera, i co najciekawsze i najdziwniejsze podaje się za córkę Juliusza Słowackiego. Czego to autor nie wymyśli, a przez to naraża nas, abyśmy zajęli w tej sprawie jakieś stanowisko. Niby wiesz, właściwie to jest możliwe. Ta Kora Pinard szalała za Julkiem. I ten nagły wyjazd z Paryża do Genewy pod koniec grudnia 1832 roku. Taka to była jakby ucieczka. Ale to już nie nasza sprawa. Ty musisz przyjechać i zająć się Zosią. Pokazać jej ciekawe miejsca, wspólnie poczytać dzieła Juliusza, aby ona mogła zrozumieć kim jest. Więc przyjeżdżaj. Czekam. Marcin.”

List Jasiek otrzymał. Wręczył mu go pewien człowiek w Bejrucie, kiedy Jasiek zwiedzał to miasto po pobycie w Klasztorze Bechteszban. A tam Jasiek być musiał, gdyż Julek spędził tam piękne chwile, i został obdarowany ogromną butlą z winem. A że Jasiek idzie tropem Julka, więc i ten klasztor zaliczył. List go specjalnie nie zdziwił. Będąc bohaterem tak skonstruowanej książki musiał się liczyć z różnymi sytuacjami i pomysłami najbardziej, wydawałoby się, fantastycznymi. Tym bardziej, że patrząc z klasztoru Bechteszban na jeden z piękniejszych widoków na świecie słuchał na swoim mp3 super przeboju zespołu Omega – „Dziewczyna o perłowych włosach”. Ciekawe tylko, czy Zosia też jest dziewczyną o perłowych włosach. I tylko to go zajmowało. Bo że jest, że istnieje, to było dla niego oczywiste.

*

Zapomnieliśmy o pięknej Eglantynie Pattey. A przecież ona już od pewnego czasu przebywa w naszym dworku. Spędzała głownie czas w bibliotece, wchłaniając w siebie dzieła Juliusza. Wiadomość o przybyciu Zosi, zaskoczyła ją zupełnie, to był dla niej cios. Postanowiła więc wyjechać stąd, wyjechać do swojego pensjonatu w Szwajcarii, i tam patrzą na Mont Blanc zastanawiać się dlaczego Juliusz ją odrzucił.



Wyjeżdżaj piękna Eglantyno, tam czeka na ciebie inny los. Jesteś szlachetna, dobra i piękna, i los uśmiechnie się do ciebie. Zostaniesz panią de Lupe. Pozostanie ci tylko portret Julka namalowany w 1836 roku we Florencji, na którego spoglądać będziesz zawsze. Do końca. Dobra, piękna Eglantyno, pomyśl - mimo wszystko los uśmiechnął się do ciebie. Jesteś na kartach polskiej literatury. Żyjesz. Patrz, ilu przeminęło bez śladu, a ty, póki Juliusz żyje, też żyć będziesz. Bo póki my go czytamy, i czytamy o nim, musimy natrafić na ciebie.

*

Nadchodzi rok nieistnienia, nadchodzi straszne bezkwiecie,



W tym roku wszystkie dziewczęta wyginą, niby motyle.

Ja pierwsza blednę samochcąc i umrzeć muszę za chwilę –

I już umieram – o, spojrzyj! – i już mnie nie ma na świecie!”

Zosia Jasia oczarowała. Bo Jasiek wreszcie przybył. Europa już zaczynała opasywać się torami kolei żelaznej. Jadąc pociągiem z Warszawy do Wilna, minął po drodze pociąg z Wilna do Warszawy, w którym podróżował Fistonow. Kiedyś będziemy mu towarzyszyć, ale teraz wracamy do Zosi.

Czarne oczy – to po Juliuszu – delikatna cera, jednym słowem piękna dziewczyna. Zacznie się przygoda jedyna w swoim rodzaju, bo gdy zostanie stworzona to przetrwa. Zostawmy ich, niech się poznają, czeka ich długa droga. Jasiek weźmie Zosię w podróż po świecie, który wymyślił Juliusz, i w miejsca gdzie Juliusz był. I wymyślił Jasiek, że zacznie podróż od Syberii. Tam pojadą, by poznać kogoś, kto do nich podobny. Juliusz go stworzył w klasztorze Betchesz-ban. A nazywał się Anhelli.

*

Gdym odjeżdżał na zawsze znajomym gościńcem



Patrzyły na mnie bratków wielkie, złote oczy

Podkute szafirowym dookoła sińcem

Był klomb i rój motyli i błękit przezroczy”.

Odjeżdżają Jasiek i Zosia. Ale czy na zawsze? Nie wiadomo, może na zawsze. Może się zdarzy coś, że do tego dworku przed którym był klomb z bratkami już nie wrócą. Tego nie wie nawet autor, bo nie wie on też, co się w tej podróży zdarzy. Pociąg z Wilna do Moskwy był pierwszym etapem ich podróży. Jasiek miał rosyjski paszport z dwugłowym rosyjskim orłem, a Zosia paszport francuski. To wystarczyło, by notatka z odpowiednią adnotacją znalazła się na biurku oficera Ochrany w Petersburgu, który pod nieobecność Fistonowa zajmował się Marcinowym dworkiem, i jego gośćmi. Z Moskwy wyruszyli koleją transsyberyjską do Władywostoku. W ich przedziale podróżowało jeszcze 2 pasażerów. Jeden to Andriej Szatunow, a drugi Piotr Kropotkin. Andrzej jechał w celach handlowych, a drugi w celach bliżej nieokreślonych.

Czekało ich 2 tygodnie wspólnej podróży, więc chcąc nie chcąc musieli się ze sobą zaprzyjaźnić. Jasiek wziął ze sobą wszystko co napisał Juliusz. Język polski Zosia znała słabo, ale znała. Korę Pinard i jej siostry Julek zaczął uczyć polskiego, kiedy przychodził do drukarni ich ojca drukować swoje dziwne poematy. Wyciągnął Jasiek z torby pierwszą książkę na chybił trafił, i był to „Król-Duch”. Zosia patrzała przez okno, jednak monotonny krajobraz nużył ją.

Zobacz Zosiu pierwsze zdanie „Króla-Ducha”:

Cierpienia moje i męki serdeczne

i ciągłą walkę z szatanów gromadą…”

To ta choroba. Od dziecka był nią zainfekowany. Właściwie nieuleczalna. A więc całe życie cierpiał.

I dalej…

i ciągłą walkę z szatanów gromadą…

W tym momencie Zosia spojrzała przez okno i zauważyła ogrodzone drutem kolczastym tereny. To były łagry. Co kilkadziesiąt kilometrów widzieli obóz. Przed nim symbol sierpa i młota, idiotyczne hasła i portrety człowieka o mongolskich rysach, który w szklanej trumnie leżał niczym faraon w Moskwie.

i ciągłą walkę z szatanów gromadą…”

Juliusz dostrzegł ten szatański rys w dziejach tego narodu, i przeczuwał co się zdarzy.

Zapanowała atmosfera przygnębiająca. Jakże piękny, pełen ciepła i miłości był ten Marcinowy dworek. Ten dworek, który poddani człowieka w szklanej trumnie kiedyś zniszczą, rozjadą czołgami tak, że nie pozostanie kamień na kamieniu. Ale przecież stworzymy go w wyobraźni – gdzie żaden czołg go nie rozjedzie. Żaden.



*

Pod ziemią tętna zakopanych dzbanów



Z prochem rycerzy.”

- Jakie piękne zdanie, co ono znaczy dla was Jaśku?

Zosia spojrzała w zamyśleniu na Jaśka, który zdziwił się, że ta piękna dziewczyna rodem z Paryża, jadąca z nim w nieznane zainteresowała się zdaniem które znalazła w utworach Juliusza, jej ojca. I wtedy stała się rzecz dziwna i nieprzewidywalna. Milczący dotychczas pasażer Piotr Kropotkin odezwał się w te słowa:

- Panienko piękna, to są prochy zamordowanych przez nas żołnierzy polskich w lasku pod Katyniem. Tam się potworny mord dokonał. Tam triumfowało zło. A ja jadę na Syberię, i tam będę pokutował do końca mych dni, bo w tym mordzie brał udział mój ojciec. Nie wiem czy będzie mu to wybaczone, ale ja muszę pokutować. Oni chcieli na zbrodni, kłamstwie i krwi zbudować nowy, wspaniały świat… i co zrobili? Zniszczyli wszystko, i długo się nie podniesiemy po ich diabelskim eksperymencie. Ci rycerze polscy cwałują teraz na zielonych łąkach raju, to wiem na pewno, a my zostaliśmy tu z rękoma pełnymi krwi.

*

Barwny ich strój



amaranty zapięte pod szyją

o Boże mój, jak to polscy ułani się biją…”

Co oni osiągnęli tym, że zabili tych rycerzy? Czy to coś znaczy, że stało się to, a potem nastąpiła cisza? Potem zarządzono triumf kłamstwa i ciszę. To coś znaczy, tylko co? Może za wiele lat okaże się sens tego wydarzenia. N razie nie możemy dotrzeć do nitki, która prowadzi do sensu i jest sensem. Jeżeli w tym momencie usunięto ich, usunięto z gry zwanej życiem, to znaczy że taki był cel, zamysł i plan. Nie, na pewno nie zła wcielonego. Oni przecież są cząstką tej siły, co zła pragnąc zawsze dobro zdziała. Ale sensu i celu nie odkryje Zosia. Może tylko pytać.

*

Jasiek posłał list do Marcina z opisem ich podróży i relacją z rozmów z Kropotkinem. Marcin odpisał mu błyskawicznie:



„W co ty Jaśku wciągasz tą dziewczynę? Co ją to może obchodzić? Ty wysiądź z tego pociągu (Anhellego ci się zachciało oglądać – nie przesadzaj), wsiądź do pociągu na Petersburg, a potem jedźcie do Paryża, a tam we ją na spacer do lasku bulońskiego, kup białe albo czerwone róże. Love story przeżyj, póki żyjesz. To jest najważniejsze. A ty ją wplątujesz w naszą historię. Po co? Gdybym ja był w twoim wieku… Historię zostaw nam. Przecież Zosia ma czarne oczy(to po ojcu, tak na pewno po ojcu) urodę niesamowitą, a ty o Syberii myślisz, oj Jaśku ,Jaśku.

*

Jasiek odebrał list na jednej ze stacji kolejowych.



- Wracamy Zosiu, jedziemy do Paryża.

- Dlaczego wracamy? – Zosia zdziwiona spojrzała na zaaferowanego otrzymanym listem Janka.

- Marcin ma rację, zostawmy sobie tego Anhellego na potem. Muszę ci powiedzieć, że cieszę się, że jesteś, że… to ty taka… piękna.

Pociąg do Petersburga odchodził dopiero w dniu następnym. Mieli czas by pochodzić po mieście. Zostawmy ich samych, bo żadne słowa nie oddadzą tych chwil.

*

Jasiek i Zosia przyjechali do Petersburga. Petersburg przywitał ich pogodą deszczową. Kupili bilety na ekspres „Nord”, który przez Berlin podążał do Paryża. Odjazd mieli wieczorem, o 20, więc te kilka godzin poświęcili na zwiedzanie miasta. Zosia chciała koniecznie zobaczyć miejsca znane z lektur. Zwiedziła kamienicę, w której żył i tworzył Fiodor Dostojewski. Chciała podążyć śladem studenta Raskolnikowa.



- To w tej kamienicy stało się to najstraszniejsze, tu zabił lichwiarkę – poinformował Zosię Jasiek. Rola przewodnika bardzo mu odpowiadała. Czuł się ważny, a ona z zainteresowaniem słuchała jego literackich opowieści. Kiedy przyszli na stację byli zmęczeni, lecz pełni wrażeń, które przetrawią jadąc ekspresem „Nord” do Paryża. Tam w Paryżu ona będzie przewodnikiem, bo to jej miasto.

*

Otóż wy jesteście niczym i wasze dzieła są niczym”



Izajasz 41,24

Czy Leonardo da Vinci czytał te słowa? Czy czytał je Jan Sebastian Bach? Tak, on pewnie je czytał, i co?

Powinien przestać tworzyć, przerwać pracę nad swoją Pasją wg św. Mateusza, a nie przestał, nie przerwał pracy. Nie przerwał, bo po to został stworzony, on i wielu innych genialnych twórców. Bo to niczego nie zmienia, gdyż chodzi o coś innego. Oni działali w innej skali, innej rzeczywistości. Niech więc maluje swoje obrazy Leonardo i myśli nad tajemnicą twórczości, życia, i upływu czasu. Za zasłoną jest odpowiedź. Jest na pewno.

*

„Wtenczas wspomniałem na dzieciństwo moje



Dziwne. Przyszedłem na świat – anioł ciemny”

Kiedy Jasiek i Zosia wsiedli do ekspresu „Nord”, który pomknął do Paryża, Zosia otworzyła dzieło Juliusza „Król-Duch”, i to zdanie zastanowiło ją: „… przyszedłem na świat – anioł ciemny”.

- Co to znaczy Jaśku? Anioł ciemny to Juliusz, mój ojciec? Jak to? Przecież pisze, że walczył z szatanów gromadą, ta pisze w pierwszych wersach „Króla-Ducha”. Mało tego, przecież zjadaczy chleba chciał przerabiać w aniołów. Anioł ciemny nie mógłby tego zrobić, nawet by nie chciał.

- Tak Zosiu, to jest zagadka, to jest tajemnica, i ty musisz ją rozwikłać. Ale aby ją rozwikłać, musimy być w tych miejscach gdzie on był, zbadać jego ślady i sprawdzić, co wyrosło w miejscach gdzie on próbował zasiać swoje myśli. Innej drogi nie ma.

*

Co ten Marcin sobie myśli? On będzie mówił co ja mam robić?



Jasiek patrzał na piękną Zosię i myślał o liście Marcina, który nie wiadomo dlaczego uzurpuje sobie prawo do sterowania jego życiem. W tych sprawach nic na siłę. Co on myśli, że co… w Paryżu spojrzę na Zosię inaczej?

Nie. Dość. Niech on tam w tym swoim kresowym dworku napycha siebie i gości szynką, niech częstuje ich winem, rocznik 1809, i swoim legendarnym chlebem, ale niech nie ingeruje w moje życie.

Tu nie chodzi o Marcina w końcu, tu chodzi o autora książki. Autor użył sformułowania „gdym odjeżdżał na zawsze” co może sugerować, że chce się mnie pozbyć. Nic z tego. Przecież pomysł z Zosią musi kontynuować.

- Zosiu, wysiadamy na najbliższej stacji. Jedziemy do Warszawy. Juliusz pracował tam, odwiedził Usynów, pisał powstańcze wiersze. Jedziemy do Warszawy.

*

Zosia jest śliczna, myśli Jasiek, patrząc na jej twarz. Autor albo nie ma pomysłu jak poprowadzić ten „romans”, albo nie umie, albo nie chce. Co ja będę na niego liczył. Sam biorę sprawy w swoje ręce. Domyślam się, że autor chce nas wrobić w jakieś powstanie, wpuścić chce pewnie w kanał, a z Zosi zrobi pewnie sanitariuszkę, bo to takie polskie i romantyczne.



O, nie. Spróbuję spędzić z nią ten czas dany mi poza historią.

- Zosiu, nie jedziemy do Warszawy, pojedziemy do Kazimierza nad Wisłą. Wynajmiemy pokój i spędzimy tam czas poza naszą historią. Będziemy sami, tylko ty i ja. Nawet autor nie będzie nic o nas wiedział. Ty jesteś moja i tylko moja.

*

I tęskniąc sobie zadaję pytanie



Czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie?”

Niewątpliwie jest to kochanie. Jasiek spacerował z Sophie po uroczych zakątkach Kazimierza nad Wisłą. Tam po raz pierwszy jej to powiedział, tak delikatnie, mimochodem właściwie. A ona uśmiechnęła się tajemniczo. Więcej już nic nie napiszemy, wszystko jasne.

Marcin tymczasem przeprosił gości i poszedł do swojego młyna dopilnować by mąka była zmielona jak należy. Goście też rozjechali się po Litwie, gdyż obejrzeć chcieli te piękne miejsca, które rysował Napoleon Orda i fotografował pan Dagere. Dworek opustoszał. Ale została jedna osoba. Był to pan Kraszewski, który każdą minutę wykorzystywał na pisanie. Właśni nowy pomysł przyszedł mu do głowy, więc pisze. Skrzypi pióro gęsie po papierze, a on tworzy powieść o czasach króla Augusta II, Mocnym zwanego. Mocnym, bo podkowy łamał, i właśnie skręcił podkowę niczym sprężynę i rzucił pod nogi pięknej damie. Była to hrabina. Hrabina Cosel.

*

Nie wiedziała jak pieścić – nie wiedziała jak nęcić



Jakim śmiechem pośmieszyć, jakim smutkiem posmęcić”

Sophie była taka zwiewna. Jest zwiewna, bo przecież trwa. A Jasiek coraz bardziej zachwycony nią, przeżywał chwile, których wcześniej nie przeżył. Siadali w malowniczych zakątkach nad Wisłą i przy świetle księżyca on szeptał jej, że kocha, a ona:

Nie wiedziała jak pieścić – nie wiedziała jak nęcić

Jakim śmiechem pośmieszyć, jakim smutkiem posmęcić”

I tą niewiedzą Jasiek był zachwycony. I przeżyli piękne chwile, jedyne, które powinien przeżyć każdy, ale nie każdemu są dane.

A może by teraz pojechać w góry, bo w górach bliżej do nieskończoności – pomyślał Jasiek.

Jedziemy w Tatry Zosiu, pokażę ci piękno gór.

*

Juliusz nigdy w Tatrach nie był.



Chodził za to po Alpach. 31 lipca 1834 wybrał się z grupą przyjaciół na 20-dniową wycieczkę. Opisał ją w liście do Matki, lecz zastrzegł, że: „Żadne opisy nie odmalują Wam zieloności szmaragdowej, którą widać w dolinie – tych domów białych, które po niej są rozsypane – tej góry żółtego koloru – tych gazowych chmur, które się wieszają po jej szczytach. A ja – to wszystko – widziałem.”

I jeszcze pisze:

Obrazy, które sobie Twoja imaginacja utworzy, będą może piękne, ale nie będą tymi samymi obrazami, które teraz ja widzę we wspomnieniach. Czyż ludzie nie wynajdą kiedy jakiego środka, który by lepiej niż pismo i malarstwo wystawiał przedmioty. Dziwna i głupia myśl.”

- Widzisz Sophie, tak pisał Juliusz, przewidywał wynalazek aparatu fotograficznego i kamery.

Jasiek próbował zacząć rozmowę z Sophie, która milcząca i zamyślona patrzyła w okno pociągu zmierzającego do Zakopanego.

- Nie mam ochoty jechać w góry, wysiądźmy w Krakowie, pochodźmy po mieście, pokażesz mi ciekawe miejsca, góry zostawmy na później – dobrze Jasiu?

- Dobrze Zosiu, dobrze, wysiadamy w Krakowie.

Prośby Zosi Jasiek zawsze odbierał jak rozkaz, i jeszcze zadowolony był, że może coś dla niej zrobić, dla dziewczyny, którą kochał.

W Krakowie pierwsze kroki skierowali na rynek. Przed kościołem Mariackim czekało kilkanaście dorożek zaprzężonych w konie. Okazało się, że właśnie ksiądz udziela ślubu poecie i dziewczynie, jak mówili woźnice, „od nas, prostej, z ludu”.

Pan poeta Rydel brał ślub.

- A gdzie będzie przyjęcie weselne? – zapytał Jasiek.

- W Bronowicach panie, niedaleko.

*

- Właściwie to musimy tę chatę w Bronowicach opuścić. Co tutaj się dzieje? Tutaj nie ma miejsca dla nas Zosiu. My jesteśmy z innej opowieści. Popatrz, pan Wyspiański patrzy na to wszystko, i niechybnie to opisze. A jak on to opisze, to już na zawsze wtłoczy ich w swój dramat. I już zawsze będziesz musiała tańczyć, bawić się, i przeżywać coś, czego nie rozumiesz.



- Ależ Jasiu… zostańmy. Patrz, jak te kolorowe pary wirują, patrz, jaka panna młoda szczęśliwa, nawet Rachela tańczy. Zostańmy.

- Nie. Idziemy Zosiu po śladach Juliusza. On nigdy w Krakowie nie był i nie będzie.

- Skąd wiesz Jaśku, że nie będzie? Skąd wiesz?

*

Musimy się stąd wyrwać, Zosiu, wyrwać na zawsze. Tutaj historia jest na każdym kroku. Gdzie się nie ruszymy, autor wplątuje nas w dzieje tego dziwnego kraju. To wszystko jest już mistyczne, historyczne. Każdy kamień, drzewo każde, już nawet każdy dom, fabryka, stają się ważne, historyczne, dziejowe, jedyne i niepowtarzalne. Jedziemy do pensjonatu Pani Pattey w Genewie. Tam w ciszy i spokoju pomyślimy co dalej, jak wyrwać się spod władzy autora tej książki. Jak pokonać tę sprzeczność. Bo póki on pisze, jesteśmy, żyjemy, a jednocześnie musimy robić to, co on sobie wymyśli, co on chce. Ani jest to przyjemne. Weźmy na przykład takiego Pana Tadeusza, on ciągle przyjeżdża pod ten ganek w Soplicowie, a może on by chciał gdzie indziej pojechać. Nic z tego. Albo Raskolnikow, może on nie chciałby zabijać, a tu, widzisz, autor włożył mu tą siekierę do ręki już na zawsze. I nie ma wyjścia z tej sytuacji.



A my?

My na razie jesteśmy to na weselu w Bronowicach, to w Kazimierzu, i właściwie autor się waha w którą stronę iść. Ale kiedy nas wpuści w jakąś rolę według niego ważną to już na zawsze będziemy ją odgrywać. Więc musimy uciekać. Pensjonat Pani Pattey jest odpowiednim miejscem. No i może spotkamy tam Eglantynę.

- Nie wiem Jasiu, czy to dobry pomysł, i myślę, że mówienie mi o Eglantynie jest nie na miejscu.

- Eglantyna była potem Zosiu. Najpierw była Kora Pinard.

*

Pierwszy etap podróży to Wrocław. Juliusz tak napisał: „… wyjechałem w nocy, smutno mi było – zdawało mi się że uciekam…”



Dlaczego on napisał, że ucieka?

Zosia pokazała ten fragment listu do matki Jaśkowi w dyliżansie, który ich wiózł do Wrocławia.

Juliusz wtedy, w marcu 1831 roku też zapewne jechał dyliżansem, i miał wrażenie, zresztą słuszne, że ucieka, bo uciekał, inaczej tego nazwać nie można. Trwa powstanie, nazwane potem listopadowym, które rozpoczęli młodzi ludzie, jak on. Ważne dni w historii tego kraju, a Juliusz Słowacki ucieka. Uważa się za osobę zbyt cenną, by ginąć. Musi przecież stać się Juliuszem Słowackim. Szkoda oddawać teraz swoje życie, kiedy jego nazwisko nikomu nic nie mówi. I kiedy przyjeżdża do Wrocławia jest nikim. Po 17 latach tam wróci, ale wtedy jego nazwisko będzie robić piorunujące wrażenie, co samo w sobie jest zadziwiające, gdyż mało kto przeczytał jego poezję, a mimo to Juliusz Słowacki jest numer dwa. Bo numer jeden jest Adam, i nic nie da się tutaj zmienić. Nic.

*

Mamo moja kochana, śliczny kraj opuściłem i może już do niego nigdy nie będę mógł powrócić.”



To jest zdanie z listu wysłanego przez Juliusza z Wrocławia, listu do matki oczywiście. Patrząc z naszego punktu widzenia, Juliusz właściwie kraju nie opuścił. Ale Wrocław mu się nie podoba, uważa, że miasto jest nudne. Wyrywa się na zachód. Czeka na niego Londyn, Paryż, a wcześniej Drezno. Czeka i Genewa, i ten pensjonat pani Pattey, do którego zmierzają bohaterowie naszej książki, Zosia i Jaś.

Właściwie Juliusz przybył do pensjonatu jadąc z zachodu, z Paryża, więc należałoby Jasia i Zosię również tam przenieść, by powtórzyli tę drogę. Tymczasem dyliżans zmierza do Wrocławia, a w nim Jaś zaczął bardzo interesującą rozmowę.

- Tak myślę, że moglibyśmy uwolnić się spod władzy autora.

- Co masz na myśli?

- To, że musimy robić to, co wymyśli autor. Teraz jedziemy w jakimś idiotycznym dyliżansie do Wrocławia, niby tropami Juliusza, a to już mnie tak nie interesuje. Ja mam inny pomysł na to nasze życie, nawet jeśli jest ono literackie.Ja mam inny pomysł na to nasze życie, nawet gdy ono jest literackie. Powiem ci więcej nie przepadam za Juliuszem Słowackim. Wydaje mi się on taki zarozumiały ,przekonany o własnej wyjątkowości w stopniu trudnym do strawienia dla mnie a myślę ,że nie tylko dla mnie. No i rzecz najważniejsza ,te jego utwory, te wiersze ,poematy, dramaty ,są zawile, niezrozumiałe i nikt absolutnie nikt ich nie czyta. Może tylko jacyś szaleni pasjonaci, ale ich jest niewielu. Pamiętasz te jego słynne zdanie”aż was zjadacze chleba w aniołów przerobi”

Nikogo nie przerobił w anioła ,mówię ci, nikogo.

*
Juliusz jedzie dyliżansem z Paryża do Genewy.

Szybko, bardzo szybko ,podejrzanie szybko zdecydował się na wyjazd z Paryża, ku rozpaczy Kory Pinard.26 grudnia 1832 roku o godzinie siódmej wieczorem wsiadł do dyliżansu. Jechał ciemnymi paryskimi ulicami i myślał ,że opuszcza Paryż na zawsze.

Jadąc przez tereny górskie często z dyliżansu wysiadał i szedł piechotą ,wyprzedzając dyliżans o milę drogi. Po paru dniach przyjechał do Genewy i tam, chodząc po mieście znalazł „ładny pensjon w wiejskim domu, kilkadziesiąt kroków od miasta położony”

No i spotkał tutaj Eglantynę .

Nikt by o niej nie usłyszał gdyby nie ten przypadek, ze Juliusz wybrał akurat ten dom bo mu pewnie przypominał czasy spędzone w Krzemieńcu .Weszła dzięki temu na zawsze w dzieje polskiej literatury i szkoda tylko ze Juliusz nie poprosił o jej rękę.

Liczyła na to. Chciała być Eglantyną Słowacką z domu Pattey.

Nie wyszło. Szkoda!

*

Gdzieś zagubiliśmy Fistonowa. A on tymczasem zmierza do Szwajcarii. Jednakże nie ma on zamiaru zamieszkać w pensjonacie pani Pattey , podziwiać urodę Eglantyny, grać w szachy z Juliuszem. Dostał inne zadanie, ma jechać do Zurichu i tam zlikwidować niejakiego Uljanow. Ochrana już od jakiegoś czasu miała go na oku i teraz decyzja zapadła .ten człowiek musi zginąć ,gdyż jego działalność może doprowadzić do upadku Rosji.



Kurier jadący z Petersburga dostarczył Fistonowowi oprócz kilkunastu tysięcy rubliparasol z przemyślnie wbudowanym mechanizmem .Była to sprężyna na końcu której umieszczono ostrze z trucizną działająca błyskawicznie .Teraz należało tylko dostać się do Zurichu i wykonać zadanie.

*

A Jasiek z Zosią zbliżają się do Genewy .Mają nadzieje że w pensjonacie pani Pattey będą wolne pokoje. Liczą na to ,ze spotkają Eglantynę.



*



©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna