Zarządzanie moim życiem moja autobiografia



Pobieranie 0,6 Mb.
Strona1/5
Data24.02.2019
Rozmiar0,6 Mb.
  1   2   3   4   5



MANAGING

MY LIFE


MY AUTOBIOGRAPHY
ALEX

FERGUSON

with Hugh McIlvanney

ZARZĄDZANIE

MOIM ŻYCIEM


MOJA AUTOBIOGRAFIA


ALEX

FERGUSON

z Hugh McIlvanney

DEDYKACJA
To jest fakt, że w każdej fazie twojego życia są stałe i ciągłe wspomnienia o tych, którzy Ci pomogli, wskazali drogę, kochali Cię. Mogę podziękować Bogu za takie szczęśliwe dzieciństwo i mogę nadal czuć ciepło mojej matki i ojca oraz otaczające mnie wsparcie ze strony rodziny. Właściwie to ty jesteś tym kim są twoi rodzice; doświadczenia mogą pomóc w kształtowaniu osobowości ale fundament człowieka jest zdeterminowany przez wpływ rodziców. Tak jest również w moim przypadku.

Mój brat Martin przebył taką samą drogę jak ja, pomimo to, że jest inny z natury nie mniej jednak jest potomkiem naszych rodziców. Nikt nie mógł by mieć lepszego brata.

Moja żona Cathy jest ostoją naszej rodziny. To ona jest osobą, która dźwigała brzemię wychowania naszych trzech synów : Mark’a, Jason’a i Darren’a. To więcej niż to o co mógłbym prosić, a i oni okazali się być fantastycznymi synami i ludźmi. Wszyscy dziękujemy jej za bycie tak wspaniałą żoną i matką. Wolą Cathy było zawsze to by pozostać w tle. Teraz jednak to czas dla niej. Jestem jej wdzięczny i potwierdzam jej rolę w każdym sukcesie, który osiągnąłem. Bez jej pomocy, konkretnego podejścia do życia ( twardo stąpa po ziemii ) oraz jej nieustannego wsparcia nic z tego co osiągnąłem nie było by możliwe.

Lato 1995 roku to okres, o którym nie mogę zapomnieć. Cathy i ja zdecydowaliśmy się pojechać do Kanady by odwiedzić siostrę mojego taty Isobel i jej męża Sonnego. Ponieważ po rozmowy telefonicznej z nimi miałem przeczucie, że mój wujek Sonny jest chory. Martin i ja zawdzięczamy wiele Sonnemu; był nauczycielem i podczas dni szkolnych udzielał nam lekcji w swoim wolnym czasie w celu pogłębienia naszej wiedzy, więc nie mogłem zignorować szansy by go odwiedzić. Podczas naszych wielu konwersacji wspomniałem mu o możliwości napisania mojej autobiografii. Zapytałem go czy mógłbym zamieścić jeden z jego wierszy jako oznakę szacunku dla niego, a on natychmiast się zgodził. Niestety zmarł cztery miesiące później. Oto trzy zwrotki z jego wiersza, który wysłał mi po śmierci mojej matki Liz, podkreślają one jej radosną naturę, a dla mnie są bardzo wyjątkowe :


Dorastanie w latach trzydziestych było raczej złe,

Kiedy brakowało pieniędzy i większość ludzi była smutna,

Liz nadal znajdowała czas by pomagać i opiekować się.

Licz wszystkie swoje błogosławieństwa – Liz zwykła mówić,

Zsumuj je wszystkie pod koniec dnia,

Nic nie szkodzi jeśli masz tylko jedno lub dwa,

Pamiętaj, że niektórzy ludzie są gorsi od Ciebie.
Nadal widzę wyraźnie Liz oczyma mojej wyobraźni,

Wspomnienia o niej nigdy nie zginą,

Wtedy dziękuję Bogu za rzeczy, które się zdarzyły,

Za spotkanie i znajomość takich osób jak ona.

W te same wakacje otrzymaliśmy wiadomość o tragicznej śmierci naszego bratanka Stephen’a. On miał tylko 19 lat. Nawet wtedy gdy świętuję sukces z 1999 roku trudno mi nie wracać myślami do tych wcześniejszych czasów.

Alex Ferguson

SPIS TREŚCI
PODZIĘKOWANIA

WSTĘP


CUD NA NOU CAMP

1. Zaczęło się w Clyde……………………………………………………………………...16

2. Wyszkolony w dwóch rzemiosłach………………………………………………………35

3. Niedopieszczeni zawodowcy……………………………………………………………..45

4. Żałoba, gole i dobra kobieta………………………………………………………………64

5. Podróże w miejsca konfliktów……………………………………………………………80

6. Marzenia, które legły w gruzach………………………………………………………….86

7. Kończące uderzenie……………………………………………………………………..105

8. Życie u Fergie…………………………………………………………………………...121

9. Powodzenie w pięciu się w górę………………………………………………………..128

10. Podświetlanie północy

11. Jack Stein – nauka od mistrza

12. Meksyk 1986

13. Więcej srebra dla srebrnego miasta

14. Picie do upadku

15. Kilka wzlotów i przerażająca zniżka

16. Kolekcjonerzy pucharów

17. Pośród agentów

18. Blisko ale nie do końca

19. W końcu tytuł

20. Pierwszy dublet

21. Skok w niedole

22. Wróg publiczny numer jeden

23. Odejście talizmanu

24. Arsenal w galopie

25. Niemożliwe potrojenie

26. Świat do gry

27. Latający dla flagi

Rekordy w karierze

Mapa


Index

Fotograficzne podziękowania



PODZIĘKOWANIA
W momencie kiedy decyzja o napisaniu książki została podjęta pozostała tylko kwestia znalezienia najlepszego dziennikarza sportowego naszych czasów by ją napisał – mr Mc Ilvanney. Zapytałem mojego dobrego przyjaciela Mike’a Dillon’a czy nie może pomóc mi w zaangażowaniu mr Mc Ilvanney’a, ponieważ wiedziałem jak bardzo zajęty był pracą w The Sanday Times. Naszczęście odpowiedź była pozytywna. To był styczeń 1998 roku i przez następne trzy miesiące nasze wspólne wyprawy do Glasgow wniosły obecność ludzi, którzy odegrali jakąś rolę w moim życiu. Latem 1998 roku Hugh i ja nadal regularnie się spotykaliśmy. Ja zacząłem spisywać wszystkie fakty z mojego życia, które pamiętam. Końcowy efekt mojego pisania to jakieś 250 000 słów – spora część pracy. Hugh był tym, który własnymi słowami nadał temu sens. Na miłość boską on wykonał fantastyczną robotę. Tylko on ma taki styl by przełożyć wszystkie meandry mojego życia i uporządkować jego historię. Dobra robota Hugh! Jesteś geniuszem. Wszystkie te telefony i niezliczone godziny – czy Mc Lean pisze się przez małe „c” i duże „L” a może „mac”? Bycie świadkiem jego profesjonalizmu było przyjemnością.

Siostrzenica Hugo – Patricia Murphy również odegrała kluczową rolę w powstaniu tej książki. Za każdym razem kiedy część mojego rękopisu była gotowa, wysyłana była do Patrioci, która ją poprawiała, korygowała i przesyłała do Hugo. Bardzo dziękuję za pracę, którą wykonała dla mnie i dla Hugo.

Pragnę podziękować również mojej sekretarce Lyn, która czuwała nad tym aby mój rękopis dotarł bezpiecznie gdzie trzeba, była w stałym kontakcie z wydawcą.

Byłem szczęściarzem podczas pracy w Aberdeen i Manchesterze United mając u boku tak wspaniałych ludzi, którzy dla mnie pracowali.

Dziękuję zawodnikom i sztabom szkoleniowym. Chciałbym podkreślić mój dług wdzięczności wobec nich!

Inni, którym chciałbym podziękować to: Roddy Bloomfield, mój publicysta oraz jego asystentka Nicola Intern. Roddy spotykał się ze mną regularnie oferując mi pomoc i wsparcie. Współpracował blisko z Hugo i sztabem specjalistów, którzy odegrali ważną rolę w tworzeniu tej książki. Mój stary przyjaciel Lenn Gibbons sprawdził szkocką część rękopisu a mój wieloletni kolega David Meek zrobił to samo z częścią o Manchesterze United. Pozostali z zespołu, którzy zasługują na wyróżnienie to: Alastair Macdonald i Cliff Butle, którzy opracowali statystyki, ilustrator Gabriel Allen, edytor tekstu Marion Paull, projektant mapy Rodney Paull, projektant książki Bob Vickers, twórca indeksu Will Ford, dyrektor Hodder and Stought – Sandie Steward i niezależny publicysta piłkarski Phil Shaw, który przeczytał książkę jako ostatni i wyraził swoją opinię na jej temat.



WSTĘP
Kiedy podpisał kontrakt w 1998 roku aby napisać tą książkę Aleź Ferguson już miał dużo do powiedzenia. To co osiągnął przez 8 i pół roku z Aberdeen i 11 lat z Manchesterem United uplasowało go na liście najbardziej utytułowanych trenerów ( menadżerów ) w historii brytyjskiego futbolu. Ferguson nienawidził przegranych meczy w końcówce, udowodnił to prowadząc Manchester United przez sezon bezprecedensowych zwycięstw. Po wielu latach oczekiwania Manchester Unitek zdobył Puchar Europy, tytuł Mistrza Kraju oraz FA Cup. Trofea te zostały zdobyte by spełnić coś, co nawet w snach wydawało się nieprawdopodobne. Był to dość imponujący sposób aby dowieść, że jego autobiografia jest warta publikacji.

Zgodziłem się na to aby być zatrudnionym do napisania tej książki ponieważ wiedziałem, że zaangażowanie Aleja w projekt było ogromne. Ferguson wyjaśnił mi, że czuł się zobligowany być szczerym aby uniknąć hipokryzji, które często są znajdowane w innych autobiografiach. Wiedziałem również, że jego pamięć była tak genialna jak jego energia. Ta kombinacja miała mu umożliwić przypomnienie sobie szczegółów z 50 lat jego życia. Spora część materiałów do książki została dostarczona przez samego Fergusona w ostatniej chwili. To było dla niego typowe, że podczas nocy poprzedzającej zdobycie Mistrzostwa i dwóch Pucharów on pisał około 15 tysięcy słów.

Materiały napisane przez Alex’a nabierały szlifu i ogłady dopiero w rękach mojrj cudownej siostrzenicy Patrycji Murphy. Poświęciła ona wiele weekendów by pomóc mi w mozolnym procesie przekształcenia rozległych materiałów Alex’a ( około 250.000 słów – zdecydowanie duża liczba), analizie niezliczonych rozmów z nim w ostateczny tekst książki. Z powodu całej pracy i ciepła, z którym została ona wykonana jestem dozgonnym dłużnikiem Patrycji.

W próbie asystowania Alexowi by zaprezentował się odpowiednio czytelnikowi byłem pod dużym wpływem jego niechęci do przesadnych uproszczeń. On konfrontuje swoje skomplikowane życie z życiem innych, a jego entuzjazm dla języka zachęca go do znajdowania środków ekspresji, które nie dopuszczają zwrotów wziętych z księżyca. Jeśli pojawi się dziwny liryczny dotyk w kolejnych linijkach, oznacza to, że źródłem jest to co powiedział lub napisał Alex. Co było do przewidzenia najbardziej rozpisywał się opisując swoją rodzinę i zdarzenia z Clyde, które ukształtowały system jego wartości. Jeżeli chodzi o moją część byłem bardzo zadowolony z faktu, że to nie powinna być po prostu książka o piłce nożnej, ale raczej historia życia, w którym ta wielka gra była napędem wyrażającą pasję i fascynującą osobowość.

Poza całą tą ciężką pracą było też dużo zabawy. Dla tych, którzy znają go głównie z telewizji, jego wizerunek został wykreowany jako uzależniony od wygrywania : mężczyzna, którego twarz jest pełna napięcia. Tak naprawdę jest on bardzo pogodnym człowiekiem i nie ma lepszego towarzystwa aby się zrelaksować szczególnie gdy jego żona Chaty oraz ich trzej synowie są w pobliżu.

Na każdym etapie mojej pracy nad książką otrzymywałem bezcenne wsparcie z wielu źródeł. Jako wydawca Roddy Bloomfield był przykładem uprzejmości, inteligencji a czasem również tolerancji. Asystentka Roddiego Nicola Intern była zdolna i bez wątpienia podbiła serca firm kurierskich jak i moje. Pomiędzy Nicolą a Lyn Laffin , wspaniałą sekretarką Alex’a z Old Traford był nieustanny kontakt, a to miało wpływ na zdrową współpracę z Hodder and Stoughton. Jane Philips konsultant tej firmy był pozytywny, praktyczny i przyjacielski.

Phil Show, Dawid Meek oraz mój stary partner z Glasgow Gleen Gibbon wyświadczył bezcenną przysługę dotyczącą korekt. Następnym wiernym i lojalnym jeżeli chodzi o zasługi był John Watt, który nie wiedział w momencie gdy zaczynaliśmy naszą przyjaźń ( 40 lat temu ), że będzie tak wykorzystany jako archiwista. Oboje Alex i ja jesteśmy wystarczającymi szczęściarzami by mieć Mikea Dillona za przyjaciela więc nie było od niego ucieczki. Oboje pogubiliśmy się w liczeniu przysług Mikea. W moim przypadku większość tego mogła być powiedziana o Alex’a Buttler’a redaktorze sportowym z The Sundej Limes. Nie mógłbym prosić o bardziej pomocnego szefa a w środku „całej operacji” byłem pod stałym wpływem mojego agenta i przyjaciela Goffreg’a Irvine’a. Nic dziwnego, że moja matka traktuje Goff’a jako ojca mojej zawodowej egzystencji.

Wszyscy członkowie mojej rodziny byli jak zawsze niezmiernie pomocni podczas długiego okresu pisania tak obszernej książki, w której tworzenie zostałem zaangażowany. Oprócz Patrycji musi być jeszcze wzmianka o wsparciu jakie otrzymałem od dwóch wielkich gwiazd mojej drużyny mojego syna i córki, Conn i Elizabeth. Żaden ojciec nie mógł by mieć większego powodu do podziękowania niż ja.

Nikt oczywiście nie zasługuje na moje podziękowania bardziej niż sam rycerz. Jeśli Alex Ferguson nie zrobił by nigdy niczego nadzwyczajnego nad zwyczajnego piłce nożnej to znajomość z nim była by nadal dla mnie ogromnym przywilejem.
Hugh McIlvanney
CUD NA NOU CAMP
Pośród wszystkich moich wspomnień, najbardziej charakterystycznym wydarzeniem jest to, które zdarzyło się w finale Pucharu Europy. Również ż ywo wspominam ciszę jaka panowała na kilka godzin przed tym jak Nou Camp eksplodował w emocjach. Piłkarze Manchesteru United byli zakwaterowani w hotelu położonym na wybrzeżu Sitgest. Ja zamierzałem rozpocząć swoją krótką drogę do Barcelony na najważniejszą noc mojej kariery kiedy mój syn Jason powiedział mi : „Tato, jeśli dzisiaj nie wygrasz to niczego nie zmieni. Nadal będziesz świetnym menadżerem i wszyscy Cię kochamy”. Kto mógłby się czegokolwiek obawiać po usłyszeniu takich słów? To prawdziwe błogosławieństwo mieć taką wspaniałą żonę od ponad trzydziestu lat. Natomiast Cathy i ja nie mogliśmy mieć lepszych synów niż Mark, Darren i Jason. To bardzo wiele dla mnie znaczyło, że moja żona i dzieci były ze mną w Barcelonie wraz z moim bratem, siostrą Cathy oraz innymi bliskimi członkami naszej rodziny. Byłem dumny mając tak duże wsparcie 26 maja 1999 roku, który to dzień mógł się skończyć porażką lub zwycięstwem i świętowaniem.

Wyjechałem do Hiszpanii przekonany, że poza tym, iż zespól był osłabiony przez zawieszenie Roy’a Keane i Paul’a Scholes jesteśmy w stanie pokonać Bayern Monachium i zgarnąć najbardziej prestiżową nagrodę w piłce klubowej. Dopiero co zdobyliśmy Mistrzostwo Anglii po raz piąty, oraz dodaliśmy FA Cup by zdobyć potrójną koronę. Lecz Puchar Europy okrutnie udowodnił mi, że muszę brać pod uwagę możliwość kolejnego rozczarowania. W każdym z dwóch poprzednich sezonów zdawaliśmy się być wystarczająco dobrzy by to trofeum zdobyć, tylko po to by zostać pozbawionym nadziei w ostatnich fazach rozgrywek czy to przez kontuzje, czy przez nasz brak przekonania tak potrzebny do pokonania przeciwników najwyższej półki wtedy kiedy oni byli na naszej łasce.

Po wygłoszeniu mojej ostatniej przygotowawczej mowy do zawodników podczas lunchu w środę, znalazłem siebie siedzącego na werandzie w pokoju hotelowym patrzącego na morze i zastanawiającego się czy czasem ten kawałek srebra ( Puchar ) nie pozostaje po za moim zasięgiem. Jeśli tak się stanie, powiedziałem do siebie, nadal będę miał powód by być usatysfakcjonowanym moją karierą, która rozpoczęła się 25 lat wcześniej na East Stirlingshire gdzie dowiedziałem się, że nie mieliśmy wystarczająco dużo zawodników by stworzyć drużynę. Wygrałem 10 głównych trofeów w Szkocji oraz 11 z Manchesterem United. Już wtedy wiedziałem, że będzie to uznane za mój powolny upadek jako trenera jeśli nie powiększę tej listy o Puchar Europy ( Liga Mistrzów ). To było moje 8 podejście, 3 z Aberdeen i 5 z Manchesterem United, w wieku 57 lat nie mogłem być podejrzewany o posiadanie jakichkolwiek szans przebycia całej drogi ponownie aż do finału.

Patrząc na niektórych kibiców plątających się wokół hotelu, była pewna część mnie, która chciała być tak spokojna jak oni. Kibice liczyli na zespół i na mnie, że my dostarczymy im szczęście i radość. Wiedziałem, że zazdroszczenie fanom ich beztroskiego nastroju będzie nieszczere. Od zawsze pożądałem być pod presją odpowiedzialności za to co się dzieje na boisku. Całe moje życie zawodowe było przygotowaniem na wyzwanie, które czekało Manchester United kilka mil stąd na niesamowitym stadionie Nou Camp. Mój umysł był tak nastawiony na to co musi być zrobione, że byłem zbyt oschły dla fanów, którzy tłoczyli się przed hotelem w poniedziałek. Wśród kilku grup kibiców były również dzieci przez co było mi przykro, że ich rozczarowałem. Dzieliłem mój entuzjazm z fanami Manchesteru United bo to oni sprawili, że jesteśmy najwspanialszym klubem na świecie i mogę mieć tylko nadzieję, że zrozumieją, iż gdy jestem skupiony na wygrywaniu to wszystko jest mniej ważne od bezpieczeństwa moich zawodników.

Kiedy czas oczekiwania wreszcie się skończył i przemieściliśmy się na stadion, będąc w szatni spojrzałem tak jak zawsze na to jak moi zawodnicy radzą sobie z wymaganiami, którym muszą sprostać. Byli zupełnie cicho, ale była to zdrowa cisza, cisza skoncentrowanych umysłów. Od tamtej chwili nie wiele mogłem zrobić poza życzeniem im wszystkiego dobrego. Podczas meczu Bayern grał dokładnie tak jak się tego spodziewałem, twardo, polegając na długich zagraniach do swoich napastników Carstena Janckera i Aleksa Zicklera. Tego czego nie mogłem przewidzieć to to, że ten jeden atak będzie drastyczny dla nas w skutkach już w 6 minucie gry. Po przyznaniu Bayernowi rzutu wolnego na granicy naszego pola karnego posłużyli się Marksem Babbelem by zablokować Nickiego Butta na końcu naszej defensywy. Mario Basler skierował piłkę w róg bramki i właśnie wtedy rozpoczął się koszmar gonienia wyniku. Po tym zdarzeniu upłynęło 15 minut zanim się otrząsnęliśmy, a nawet gdy to już zrobiliśmy nasza gra nie była płynna co wyróżniało nas podczas naszych najlepszych występów w trakcie sezonu. Ale to my byliśmy zespołem z pozytywnym nastawieniem. Jeśli to my byśmy prowadzili, staralibyśmy się dobić, wykończyć przeciwnika. Niemcy natomiast byli zajęci zabijaniem gry. Z taką filozofią gry nie zasłużyli na wygraną, lecz na kilka minut przed końcem meczu zanosiło się na to, że tak będzie. Zawsze nalegałem by wprowadzić Teddego Scheringhama i kiedy wszedł za Jespera Blomkvista na 24 minuty przed końcem meczy zaczęliśmy coraz częściej forsować defensywę Bayernu. Oczywiście pościg za remisem narażał nas na kontry ze strony niemieckiej bo nasze szanse mogły zostać pogrzebane drugim golem Niemców, to jednak wzmocniło wiarę moich zawodników, że jeszcze nic nie jest stracone i wraz z Ole Gunnarem Solskjeerem, który zastąpił Endiego Cola podporządkowaliśmy sobie Bayern Monachium. Jednak gdy zegar na stadionie pokazał, że pełne 45 minut drugiej połowy upłynął zacząłem przygotowywać się do zniesienia porażki z godnością.

Barwy Bayernu już widniały na Pucharze w gotowości do prezentacji zwycięzców, a Lenart Johanson przewodniczący UEFA był gotów do poprowadzenia ceremonii. Wtedy zdarzył się cud. Mówiąc wprost, to co się zdarzyło to dwa rzuty rożne wykonywane przez Davida Beckham’a, które zostały zamienione na bramki przez Teddy’ego Sheringham’a oraz Ole Gunnar’a Solskjaer’a. Magiczna przemiana zdarzyła się wciągu niecałych dwóch minut przed samym końcem meczu. Z pewnością, nigdy w historii piłki nożnej nie miała miejsca tak nieprawdopodobna i elektryzująca końcówka meczu. Bayern, zupełnie załamany po golu Sheringham’a stracił ochotę na walkę z nami w ewentualnym doliczonym czasie gry. Ostatecznie zespół Bayernu pogrążył Ole Gunnar Solskjer, który w końcówce doliczonego czasu gry skierował z pełną mocą piłkę do bramki. Byliśmy niesamowicie szczęśliwi, podobnie jak nasi kibice. Puchar Europy ( Liga Mistrzów ) zmierzał na Old Trafford, drugi raz po 31 – letniej przerwie, w dzień, który byłby dniem 90 – tych urodzin Sir Matt’a Busby’ego. Dla mnie wynik oznaczał dotarcie na szczyt aspiracji, które kiedyś wydawały się nieosiągalne. W zgiełku i wrzawie świętowania, był prywatny zakątek mojego umysłu, który przywoływał kluczowe momenty „ wspinaczki” …



-1-

ZACZĘŁO SIĘ W CLYDE
Nieważne jaką podróż odbędziemy, miejsce, w którym zaczynaliśmy swoją podróż będzie zawsze częścią nas. Znaczną częścią powodzenia, z którego możemy czerpać, jest przyjście na świat w kochającej rodzinie, a gdy otaczająca cię społeczność również daje ci ciepło oraz poczucie przynależności – wtedy mamy do czynienia z podwójnym błogosławieństwem. Moja wdzięczność dla rodziców jest nieskończona, podobnie jak sentyment Govan, rejon Clydeside w północno-zachodniej części Glasgow, które było naszym domem.

Nazwanie Govan rejonem jest swego rodzaju obrazą. To szczególna jednostka, miejsce ze swoją własną, niezależną duszą oraz jasno zdefiniowaną osobowością. To wszystko zdaje się być naturalne jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że do roku 1912, kiedy silna miejscowa opozycja miała być pokonana zanim Govan zostało wcielone do miasta Glasgow, było największym miastem w Szkocji. Poczucie wyjątkowości bierze się jednak z czegoś innego, bardziej podstawowego niż miejska historia. Mianowicie, pochodzi głównie z dumy klasy pracującej oraz energii generowanej przez fakt, iż Govan było powszechnie znane jako miejsce narodzin dużych statków. Kiedy się urodziłem - 31 grudnia 1941 roku, produkcja była ważniejsza niż kiedykolwiek, z powodu II wojny światowej, lecz budowanie statków oraz górne Clyde było synonimami już od ponad 50 – ciu lat wcześniej. Gdy w latach 70 – tych XX wieku Jimmy Reid i Jimmy Airlie oraz inni wyróżniający się handlowi związkowcy stracili zapał w walce o uchronienie przemysłu od wymarcia – niezastąpiony element został usunięty z życia Govan na zawsze. Ktokolwiek, kto dorastał w cieniu opustoszałych statków, które zaczęły zaśmiecać rzeki, nie może wyobrazić sobie wysiłku oraz witalności, które były z nimi związane. Pamiętam siebie czekającego na mojego ojca w miejscu gdzie pracował, chciałem rozpoznać go pośród brudnych postaci, zbliżających się hałaśliwie w moim kierunku lub spoglądającego z tylnego okna naszego domu mieszkalnego na główną arterię ulicy Govan, by wychwycić jego charakterystyczny chód, by moja matka mogła podać jedzenie do stołu. Ja nigdy nie byłem zatrudniany do p[racy przy statkach, ale mój młodszy brat Martin dołączył do taty, jak wszyscy pozostali w okolicy. Dorastałem, w pełni akceptując fakt, iż budowanie statków było częścią mojej egzystencji. W społeczeństwie, które zdecydowanie polega na jednym przemyśle, pojawia się intensywność dzielonych ze sobą doświadczeń, która łączy ludzi i sprawia, że doceniają wzajemnie siebie i swoją pomoc. Mówi się, że wartości, które wielcy trenerzy jak Jock Stein, Sir Matt Buscy, Bill Shankly i Bob Paisley wnoszą do footballu mają swoje korzenie w ich przeszłości, miejscu, w którym się wychowali. Nie mam wątpliwości, że to prawda, jestem również pewien, że każdy sukces, który osiągnąłem jako selekcjoner, a w szczególności stworzenie idei lojalności i wspólnoty w drużynie, zawdzięczam tym, którzy mnie wychowali w Clydeside.

Zawsze jestem zdumiony postawą ludzi, którzy są zadowoleni z faktu, iż tracą kontakt ze swoimi korzeniami. Dwóch moich najlepszych kumpli Duncan Petersen i Jim McMillan byli ze mną w miejscowym żłobku gdy mieliśmy po cztery lata. Duncan pamięta, że leżał obok mnie gdy byliśmy kładzeni na krótką popołudniową drzemkę. Cała nasza trójka pozostaje w stałym kontakcie z innymi kolegami jak np. z Tommy’m Hendry’m, który grał z nami w piłkę. Tommy stosunkowo późno dołączył do naszej paczki, ponieważ nie znaliśmy go, dopóki nie skończył pięć i pół roku. To zdaje się być dla nas naturalne, że te znajomości z przeszłości przetrwały już ponad 50 lat.

Większość z moich wspomnień z dzieciństwa skupia się wokół domu, w którym mieszkaliśmy. Govan Road 667 – ten adres oznaczał, ze znajdował się on na rogu Neptune Street, bardzo często uczęszczana, znana jako miejsce Irlandczyków. Neptune Street była jedną z rzeczy, która przypominała o tym jak dużym magnesem było Glasgow dla ludzi, którzy pokonywali rozległe wody w poszukiwaniu pracy. Mieszanka protestancko-katolicka będąca efektem migracji była tak swawolna w Govan jak w każdym innym miejscu. Jednak rzut oka na moje drzewo genealogiczne daje odpowiedź na pytanie : dlaczego zaślepienie nigdy nie miało szansy się rozprzestrzenić pośród Fergusonów. Poprzez wszystkie jego gałęzie i tak daleko jak tylko możemy sięgnąć, mieliśmy do czynienia z małżeństwami mieszanymi. To dość powszechne zjawisko na zachodzie Szkocji. Być może nie zawsze zaszczepiało to religijną nietolerancje w późniejszych pokoleniach, ale tak właśnie stało się w naszym przypadku. Ja jestem protestantem, który poślubił katoliczkę, a mój ojciec był katolikiem, który ożenił się z protestantką. Dzieci ze wszystkich tych małżeństw, były wychowane jako protestanci lecz z naturalną odrazą do goryczy sekciarstwa. Mój brat Martin i ja wyrośliśmy na ogromnych fanów Rangersów, nasz tata nie miał nic przeciwko temu, pomimo, że ( widoczne były powiązania religijne ) sam był fanem Celtic’u. Tata był bardzo przeciwny prowokacyjnemu obnoszeniu się z klubem, któremu się kibicuje, do tego stopnia, że Martin musiał schować swój szalik Rangersów za spłuczką toalety. Ponieważ wiara katolicka mojej mamy była silna, a mój tata nigdy nie mógł poszczycić się zdecydowanymi przekonaniami religijnymi – to dość interesujące, że postanowili by dwójka ich synów przyjęła wiarę protestancką ( w moim przypadku miejscem chrztu był kościół Św. Mary ). Bez wątpienia ich decyzja była związana z uwzględnieniem przez nich faktu, co będzie dla nas lepsze gdy zaczniemy pracować. W tamtych czasach było to normalne dla każdego, że gdy ubiegał się o pracę zostało zadane mu pytanie : „Do jakiej szkoły chodziłeś?” Jeśli odpowiedź brzmiała, że do katolickiej, szansa na zatrudnienie automatycznie się zmniejszała, często stawały się równe zeru. Tego rodzaju uprzedzenie było wyjątkowo popularne w zakładzie gdzie budowano statki, aż do ostatnich dwóch dekad jego istnienia na terenie Clyde.

Mój katolicki dziadek Ferguson, który był zatrudniony raczej przy budowie łodzi a niżeli okrętów oraz raczej w Dunbartonshire, a niżeli w Glasgow, prawdopodobnie doświadczył najgorszej i najciemniejszej strony dyskryminacji. Z pewnością napięcia religijne nie były mu obce. Wraz z poślubieniem mojej babci Janet ( Jenny ) Beaton, zyskał również teścia, Który był nie tylko zagorzałym protestantem, ale również osobą silnie zaangażowaną w ruch Masonów, co pozwoliło mu być prowincjonalnym wielkim mistrzem. Stary Beaton miał dość groźny charakter, jednak uspokoił go fakt, iż para wzięła ślub w szkockim kościele oraz, że wychowali swoje dzieci, mojego tatę, jego brata Hojna oraz siostrę Isobel w wierze protestanckiej. Problemy zaczęły się gdy babcia odkryła, że cichy dziadek Ferguson zabierał mojego tatę, który miał wtedy około 4 lata do katolickiego kościoła. Musiała temu zapobiec od tamtego czasu uczęszczali jedynie do szkockiego kościoła. Prawdą jest jednak, że mój ojciec w późniejszym czasie miał mało czasu na religię i znalazł miejsce do wyrażenia siebie w humanitarnym socjalizmie. Jego niezależność okazała się gdy wielki dziadek Beaton zmarł i tym samym uczynił go spadkobiercą swych masońskich insygniów władzy. Z moralnych pobudek tata odmówił pozostania Masonem i obowiązek ten spoczął na wujku Johnie. Zawsze byłem dumny z tej demonstracji prawości i rzetelności.

Mój ojciec Alexander Beaton Ferguson urodził się w Renton w Dunbartonshire w 1912 roku. Po tym, gdy jego ojciec został kaleką podczas I wojny światowej przeniesiono go z frontu do szpitala w Bellahouston Park, w pobliżu Ibrox. Rodzina przeprowadziła się do Glasgow, by być bliżej mojego umierającego dziadka. Osiedlili się w Hamiltonhill, na granicy z Maryhill i Possilpark. W wieku 14 lat tata zostawił szkołę, by pomóc swojej matce oraz młodszemu rodzeństwu, pracując w przeróżnych fabrykach. Babcia często opowiadała mi o jego odwadze, kiedy to niemalże stracił rękę, która utknęła w jednej z maszyn. Jego lewy nadgarstek wyglądał potwornie, był pełen blizn a prawy kciuk natomiast stracił w wypadku, w innej fabryce. To wszystko oznaczało, że był nie zdolny do pracy w momencie wybuchu II wojny światowej.

Pasję futbolu, którą zaszczepił w nastolatkach umożliwiła mu stworzenie klubu dla młodzieży dorastającej w północnej części Glasgow, gdzie sam mieszkał. Po latach Hamiltonhill wygrało Szkocki Puchar Klubów Chłopięcych. Ich lewy skrzydłowy, Jimmy Caskie, uzyskał sławę w klubie Rangers i reprezentacji Szkocji. Tata mówił z dumą o tamtych czasach. Jego własna kariera osiągnęła szczyt w Belfaście gdzie grał dla Glentoran wraz z człowiekiem, którego uznał za najlepszego zawodnika jakiego kiedykolwiek widział – Petera Dohert’ego. Wtedy dziadek Ferguson umarł, a babcia wyszła za mąż ponownie za Johnn’ego Miller’a, rodzina przeprowadziła się do Północnej Irlandii gdzie tata pracował w stoczniach Harland i Wolff. Po dwudziestce wrócił na stały ląd i pracował w fabryce Birmingham.

Ich dom mieścił się na Shieldhall Road 357 w Drumoyne, które tak naprawde jest przedłużeniem Govan. Ten adres jest dla mnie szczególnie ważny. To właśnie tam się urodziłem. Ale najpierw, co jest oczywiste moi rodzice musieli się spotkać. Siostra mojego taty, ciocia Isobel była zatrudniona w Broomloan Road tuż za rogiem Ibrox Park. Wtedy też gospodarstwa zostały przemianowane na Izbę Fergusonów. Od 1940 roku mieściło się tam biuro matrymonialne, które założyły dwie wspólniczki ciocia Isobel oraz jej przyjaciółka Elizabeth Hardie, kiedy dyskutowały na temat przeciwnych płci. Isobel zasugerowała, że Lizzie powinna poznać jej przystojnego brata. Tata był 10 lat starszy od nastoletniej Lizzie, lecz zakochali się w sobie i zostali małżeństwem. Okoliczności zawarcia małżeństwa nie były mi do końca znane, znałem dość ogólnikowe fakty lecz byłem zdeterminowany, chciałem poznać więcej szczegółów. Podczas ostatniej wizyty w domu cioci Isobel w Oshawie w Kanadzie, spytałem ją o okoliczności tak szybkiego małżeństwa i uzyskałem dość pyskatą odpowiedź. Nie była w nastroju by tolerować jakikolwiek afront w kierunku swojego brata, nawet ze strony jego własnego syna. „Twój tata był wspaniałym człowiekiem”- tak brzmiała jej jedyna deklaracja. Moja chęć do zapoznania się z całą sytuacją zdecydowanie nie zmniejszyła się, gdy dowiedziałem się, że mama zaszła w ciążę gdy się ze sobą umawiali. Wzięli ślub w 1941 roku, a ja przyszedłem na świat ostatniego grudnia. Urodzenie się tego dnia mogłoby się wydawać niesamowitym przywilejem dla Szkota, biorąc pod uwagę ogromny entuzjazm, z którym w szkockiej tradycji wiąże się sylwester; lecz kiedy byłem już chłopcem okazało się, że to raczej pech. Sąsiedztwo moich urodzin z tym świętem oznaczało, że ten sam prezent załatwi od razu dwie okazje. Jedenaście miesięcy i dwadzieścia jeden dni po moich narodzinach na świat przyszedł Martin, więc on również w za wesołej sytuacji, jeśli chodzi o prezenty.

Nasz pierwszy dom mieścił się na Broomloan Road, ale przedtem żyliśmy w domu czynszowym z 2 pokojami i kuchnia na Govan Road 667 i to właśnie z tamtego okresu dorastania moje wspomnienia zdają się być najwyraźniejsze. Mieliśmy szczęście posiadając toaletę wewnątrz domu. Większość mieszkańców domów czynszowych w Govan musiało dzielić toaletę znajdującą się na klatce schodowej. Wtedy ukrycie szalika Rangersów mogłoby się okazać dla Martina bardzo trudnym zadaniem. Nie posiadaliśmy takich wygód jak wanna, nazwałbym to raczej dużym zlewem, który był trzymany pod łóżkiem w kuchni

(gdzie mama i tata spali). Nazwa przypisana temu pomieszczeniu może być trochę myląca.

W zasadzie spełniało ono role dwóch pomieszczeń – kuchni i salonu i stanowiło centrum naszego życia rodzinnego, jak w większości domów w Glasgow. Mieliśmy prawdziwą kuchenkę, gdzie dużo się gotowało, oraz skład na węgiel. Było nam dość ciasno jednocześnie jednak wydawało się nam, że nic więcej nie potrzebowaliśmy. Martin i ja dzieliliśmy sypialnię, której okna wychodziły na ulicę Govan i muszę przyznać, że pomiędzy odgłosami samochodów i pracami w pobliskich stoczniach w Harland i Wolff, łatwy sen należał do rzadkości. W naszej rodzinie krąży historia, że kiedyś Fergusonowie byli w posiadaniu ziemi okupowanej przez Harland i Wolff, jednak jedyne co wiem na pewno, to że ich działalność bezwzględnie maltretowała moje uszy. Gdy byliśmy dziećmi, druga sypialnia była wynajmowana irlandzkiej parze Frankowi i Madge McKeever, którzy pozostali u nas na kilka lat, do czasu, gdy kupili swój własny dom.

Przeciętny dom czynszowy miał trzy piętra, na każdym piętrze mieściły się trzy czasem cztery mieszkania. W naszym budynku mieszkało 9 rodzin i gdzieniegdzie liczba ludzi żyjąca w tych małych pomieszczeniach była zdumiewająca. Pośród naszych sąsiadów była rodzina Law, która w szesnastkę mieszkała w kuchni i sypialni. Gdy jeden z synów, Joe, powrócił do domu po wakacjach w Korei, cała rodzina wyszła na róg ulicy, by go powitać. Z dziadkami, ciotkami, wujkami, siostrzeńcami, kuzynami i resztą było ich chyba ze stu. Gdyby Korea Północna odkryła jak duże ma on wsparcie pewnie spakowaliby się wcześniej.

W tamtych czasach Govan było dynamicznym miastem z populacja, która pod koniec II wojny światowej wzrosła do ponad 100 tysięcy. Co więcej, istniała trzecia prężnie działająca firma w dziedzinie budowy statków (obok Harland i Wolff), która dostarczała nowe stanowiska pracy – Alexander Stephen i synowie. Był tam także ogromny dok, gdzie odbywały się głównie naprawy. Dla mnie, jako dziecka, było to życie wokół domów czynszowych, zgiełku i różnorodności, które były pokazywane w filmach ukazujących najbiedniejsze okolice Nowego Jorku ( jak np. druga część „Ojca Chrzestnego”). W sobotnie poranki nasza okolica tętniła życiem, widać było kataryniarzy, sprzedawców owoców, piosenkarzy oraz bukmacherów. Tuz pod naszym mieszkaniem na 1-wszym piętrze dostarczano piwa do pub’u, więc często z bratem z fascynacją obserwowaliśmy jak zrzucano z ciężarówek beczki prosto na worek z trocinami, a potem jak toczono je do piwnic. Sprzedawcę węgla Fletcher’a można było usłyszeć daleka, jak zachwalał swoje niskie ceny. Miał konia, który ciągnął za sobą worki okolicznych węglem po okolicznych domach czynszowych. Może dałem się łatwo oczarować, ale wtedy naprawdę czułem się jak w samym środku karnawału.

Nie można powiedzieć, ze było to łagodne środowisko, moja pierwsza szkoła, podstawówka na Bloomloan Road raczej nie należała do najlepszych. Elizabeth Thomson – której winny jestem dożywotnią wdzięczność, z którą utrzymuje regularny kontakt, powiedziała mi, że gdy po raz pierwszy zjawiła się w tej szkole, była ona uznawana za najgorszą szkołę w całym Glasgow, Glasgow największa liczba chłopców z kuratorem sądowym. Dorośli raczej nie byli konsekwentni jeżeli chodzi o praworządność. Jednym z ostatnich powieszonych w Szkocji mężczyzn, był oskarżony o zamordowanie wujka chłopaka, z którym grałem w piłkę. Jednak w moim dzieciństwie ani przez chwile nie było cienia niebezpieczeństwa czy grozy. Byłem raczej beztroski. Moi przyjaciele – Dunky Petersen, Jim McMillan i Tommy Hendry mieszkali zaledwie 300 jardów ode mnie, bliżej Parku Ibrox, ale raczej nie ryzykowałbym tam wizyt, gdyby nie chęć zobaczenia się z nimi. Zanim ciocia Isobel i wujek Sonny wyemigrowali do Kanady, mieszkali w nieciekawej kwaterze, zwana Wanlock Street. Kiedyś, gdy rówieśnicy notorycznie dokuczali mojemu kuzynowi Christopher’owi, choremu na chorobę Heine-Medina, ciocia porosiła mnie bym się nimi zajął. Zrobiłam co było konieczne, ale możecie być pewni, że już się nie włóczyłem w pobliżu Wanlock Street.

Pewnej soboty, gdy miałem 10 lub 11 lat i bez wątpienia powinienem być zaangażowany w nieco bardziej dziecięce rozrywki, postanowiłem zajrzeć do baru ze snookerem, pana Docherty’ego na Bloomloan Road. Pomyślałam, że jestem szczęściarzem gdy para nastolatków zaproponowała mi drinka. Po wzięciu dość solidnego łyka, prawie zwymiotowałem. Zielony płyn, którym plułem okazał się niczym innym niż moczem. Kiedy dowcipnisie wygadali się, cały czas śmiejąc się ze mnie, odszedłem by zaplanować zemstę. Byłem bardzo zaangażowany w swój plan, pierwszym zadaniem było znalezienie kawałka drewna , który będzie idealnie pasował do pętli metalu, które formowały zewnętrzny uchwyt drzwi. Gdy już to zamontowałem, ponownie wszedłem do środka i dyskretnie podniosłem 2 bile leżące na akurat wolnym stole. Poczekałem aż moi dręczyciele znaleźli się po drugiej stronie swojego stołu i wtedy odpaliłem moje pociski cała złością jaka się we mnie nagromadziła. Trafiłem dwa razy. Wtedy wybiegłem na zewnątrz, zabarykadowałem drzwi drewnem i uciekłem. Kilka tygodni później, idąc wzdłuż ulicy zauważyłem chłopaka, którego trafiłam. Był ze swoja dziewczyną i miał ogromny plaster na twarzy. Ukryłem się na wypadek gdyby miał mnie rozpoznać. Może czegoś się nauczył…

Nie było żadnych konsekwencji w związku z moją eskapadą lecz następna, która miała miejsce niewiele później odbiła się na moim późniejszym życiu. Najpierw był to zwykły konflikt na palcu zabaw, w którym brałem udział. Miałem dość duża satysfakcje ze zwycięstwa lecz później gdy człowiek, który przegrał stał się największym twardzielem w Govan, nie byłem już tak chętny by wspominać o moim młodocianym zwycięstwie. Jego reputacja wystarczała na uciszenie tak zwykłego obywatela jakim niewątpliwie byłem. Willie Bennett- nazywany diabłem, którego sąd kiedyś opisał jako osobę która zmasakrowała komuś twarz za kilka funtów; zmarł tak samo brutalnie jak żył. Pierwszy raz spotkałem się z nim po zakończeniu szkoły, gdy grałem dla St Johnstone. Byłem w drodze na trening kiedy zawołal mnie stojąc w drzwiach sklepu na Govan Cross. To było wezwanie:

„Hej Ty! Ferguson!”

Był ze swoim młodszym bratem, Malky’m, którego również nie można było uznać za najlepszego kompana do wieczornego drinka. Grupę uzupełniał dobrze znany narwaniec z Patrrick. Nagle zorientowałem się, że nie mogę ufać sobie samemu, starałem się być miły ale on nie słuchał.

„Słyszałem, że grasz dla St Johnstone”, warknął. „Ja też chce zagrać.”

Wcale nie zapytał czy mam ochotę się sprawdzić. Następna część wypowiedzi brzmiała: „Kurwa, załatw mi grę.” Zaczęła się nonsensowna paplanina o władcach nocy, ja postanowiłem wyplątać się z tego i szybkim tempem, galopem, wróciłem na swoja drogę.

Całe szczęście nie był konsekwentny. Po raz kolejny nasze ścieżki skrzyżowały się jakieś 20 lat później, we wczesnych latach 80-tych, kiedy byłem menadżerem Aberdeen’u. Przyjąłem prośbę od naczelnika więzienia Peterhead, aby zorganizować quiz dla więźniów. To była jedna z tych okropnie zimnych, brudnych nocy, kiedy Peterhead jest najbardziej ponure. Gdy przyjechałem, dyrektor więzienia powiedział mi, że nęka go pewien problem, wiedziałem, że nie ma to nic wspólnego ucieczką. Ktokolwiek by nie uciekł w taką pogodę wprost w opustoszałe otoczenie, pewnie błagałby o powrót do swojej celi. Prawdziwy problem naczelnika trochę mnie zszokował.

„Mam tutaj twojego starego kumpla, który przysparza mi wiele kłopotów,” powiedział.

Potem wyjaśnił mi, że Willie Bennett jest zarazą - ciągle opowiada wszystkim jak świetnym facetem jesteś i że jesteś jego najlepszym kumplem. Diabeł nie był jednak towarzyszem z podstawówki przy Bloomloan Road. Uczęszczał on do innej szkoły w Govan (do prawdopodobnie gorszej, pomimo tego co mówiła Elizabeth Thomson), ale on i inni uczniowie z tej szkoły czasem korzystali z naszego wyposażenia. Mimo wszystko był to zdecydowanie lepszy układ, że nazywał mnie swoim kumplem, zamiast przywoływania tego odległego dnia, kiedy dałem mu nauczkę.

Naczelnik postanowił, że quiz odbędzie się w dużej sali, która chyba była stołówką, wypełniona rzędami składanych krzeseł. Tuż przed rozpoczęciem naczelnik zawołał mnie i powiedział żebym spojrzał przez małe okno do wręcz przeciwnie pustego pokoju, siedział tam Willie Bennett ze związanymi rękami oraz skupiona miną. Poza nim nie było tam żywej duszy. Gdy pozostali więźniowie się zgromadzili, wszedłem i do Willie’ego i od razu go przywitałem.

„Cześć Willie.” Natychmiast wstał.

„Alex!” krzyknął. „Powiedz im! że jesteś moim kumplem, jesteś prawda? Chodziliśmy razem do szkoły w Govan. Powiedz im!”

„Aj,” powiedziałem to i dodałem „ w nawiasie mówiąc grał też w szkolnej drużynie.”

To była prawda i samo wspomnienie o tym sprawiało, ze stał się on dumny jak paw. Nie było zagrożenia, że zachowa się nieprzyzwoicie, ale Willie poszedł w druga stronę i zaczął się zachowywać jak mistrz ceremonii, prowadzący: „Hej, hej spokój tam! Zamknijcie się w końcu. Jedno pytanie dla każdego.” Obsługa więzienia była bardzo szczęśliwa, gdyż w normalnych warunkach Willie nie dawał im ani chwili spokoju. Morderstwa Bennett’a przyczyniły się do tego, że spędził on większość swojego dorosłego życia w więzieniu. Z więzienia wyszedł w wieku 50 lat; został zadźgany podczas awantury przed pubem w Govan w 1991roku.

Wielu chłopców, którzy dorastali ze mną w Govan, skończyli w więzieniu lub zaczęli pić. Pokusa takiego życia była wszędzie wokół nas, jednak większość rodzin posiadała etykę klasy pracującej, dla której fundamentami była determinacja rodziców, by dać swoim dzieciom szanse na lepszy start. Większość moich kolegów odpowiedziała na tą zachętę , która otrzymali, ale również byli i tacy, którzy nie mieli wystarczająco dużo siły, by oprzeć się czynnikom, które ciągnęły je na dno. Oczywiście, jeśli rodzice byli słabi, dziecko miało marne szansa na osiągniecie sukcesu. Elizabeth Thomson mówi, ze czytała smutne historie o życiu rodzinnym swoich uczniów, życiu pełnym kłopotów. Nikt nie mógł mieć lepszego domu niż ja. Martin i ja nigdy nie zostaliśmy bez jakże cennej otuchy i wsparcia. Rodzice uważali ,że nic nie było dla nas dobre. Również wiele dało nam wsparcie, które dotykało nas z obu stron rodziny.

W przeciwieństwie do taty, mama pochodziła z rodziny bez większych religijnych komplikacji. Jej bliscy byli w stu procentach irlandzkimi katolikami. Jej matka, Susie Mansell, urodziła się w Newry w północnej Irlandii. Gdy poślubiła Thomasa Hard’iego , oznaczało to połączenie się dwóch katolickich rodzin. Z jakiegoś powodu, dziadek Hardie zaginął, wiec później moja babcia ponownie wyszła za mąż, za Sam’a Irvin’a. Mama kochała śpiewać i tańczyć. Chodziła tańczyć z siostra mojego taty Isobel 2 lub 3 razy w tygodniu, gdy były nastolatkami. Często korzystały ze słoików po drzemie by zebrać kwotę na wejście. Te cechy troszkę ucichły gdy przyszedłem na świat, ale wiem, że miała cudowna duszę oraz głęboką, cicha odwagę.

Z kolei w moim ojcu tkwiła nieprawdopodobna siła. Można usprawiedliwić ciocie Isobel, która opisała go mojej mamie, jako „dużego”, chociażby dlatego, że był wyższy niż większość Szkotów w jego wieku. Z pewnością budził respekt, szczególnie gdy spod gęstych ciemnych włosów było widać jego upartą minę. Był zupełnym przeciwieństwem ekstrawertyka; a moim niezmiennym wspomnieniem, jest widok mojego taty przesiadującego godzinami obok kominka, czytającego w ciszy, lecz kiedy jego temperament niszczył tą harmonię mógł zmienić się w prawdziwy wulkan. Zazwyczaj gdy cos zmajstrowałem, pozostawało to bez większych konsekwencji. To na Martinie skupiał się zazwyczaj złość taty, przez jego bujające w obłokach nastawienie. Przy pierwszych oznakach złości, ja już zdążyłem schować się pod łóżkiem wystawiając tym samym Martina. Jeśli musiałem znaleźć schronienie gdzieś poza domem, np. wtedy gdy zostaliśmy złapani na paleniu cynamonowych patyków, pędziłem do babci Irwin. Byłem jej ulubieńcem i za nic w świecie nie pozwoliła by tacie nawet mnie dotknąć. Jedne z najgorszych tarapatów, tarapatów które wpadliśmy przez ospałość Martina, były rezultatem naszej sekretnej decyzji, by zignorować ostrzeżenie taty dotyczące trzymania się z daleka od meczów Rangers – Celtic. Gdy podczas meczu zaczęły latać butelki, bez zastanowienia przedostałem się przez ogrodzenie. Martin wałęsał się ospale i następnego dnia na pierwszej stronie „Sundey Express” ukazało się zdjęcie przedstawiające Martina z butelkami fruwającymi nad jego głową. Jego twarz została wzięta w kółko i podpisana „chłopiec, który został z tyłu”. W sobotę rano tata zrobił dla wszystkich śniadanie i kiedy przyniósł nasze do sypialni, okazało się, że ma również „Sudany Express” w drugiej ręce. Martin prawie zaczął żałować, że jedna z butelek go nie uderzyła. Kiedy tata spojrzał na mnie, skłamałem, że grałem wtedy w piłkę. Całe szczęście, był chyba skłonny mi uwierzyć.

Pomimo faktu, że mnie i mojego brata dzielił nie cały rok, zdecydowanie ja byłem tym bardziej aktywnym i dominującym bratem. Szczerze mówiąc często zdarzało mi się mu dokuczać. Prędzej bym umarł niż pozwolił komukolwiek go skrzywdzić, lecz jako chłopiec byłem przekonany, że starszeństwo daje mi przyzwolenie do zafundowania mu ciężkich czasów. Moja mama zwykła mnie ostrzegać, że kiedyś on odpłaci mi się tym samym, ale to raczej wywoływało u mnie tylko śmiech. Lekceważenie go było jednak błędem, które odkryłem gdy w końcu trochę przesadziłem. W naszym palenisku zazwyczaj znajdował się pogrzebacz, który miał za zadanie wpuszczać powietrze do palącego się węgla. Kiedyś, w gniewie Martin rzucił we mnie rozżarzonym pogrzebaczem, trafiając mnie prosto w lewe udo. Nadal mam siną bliznę, która pozostała mi po wizycie w Southern General Hospital.



Jako chłopiec miałem wrażenie, że nigdy nie wychodziłem ze szpitala. Miałem dwie operacje związane z przepukliną, później wylądowałem tam z powodu problemów z nerkami. Dziwny wypadek, który można dodać do tej listy, czyli rozcięcie ręki, które było nagrodą za próbę przedostania się przez szklane okno do sali gimnastycznej w celu „pożyczenia” piłki do gry w piłkę nożną, oczywiście. Nieobecności na zajęciach z powodów medycznych zebrały swoje żniwa i zaskutkowały ogromnym rozczarowaniem, związanym z oblaniem egzaminu kwalifikacyjnego, który musiałem zdać by przenieść się z Broomloan Road do Govan High School. Na tym etapie, Elizabeth Thomson, tuż po apelu ze strony moich rodziców, zainteresowała się moją sprawą osobiście i stała się bohaterką mojego dzieciństwa. Była powalająco atrakcyjną młodą kobietą i jak prawie wszyscy moich szkolnych kumpli byłem w niej zakochany. W dniu jej ślubu, Martin i ja przeprawiliśmy się przez Clyde promem. Potem pieszo przewędrowaliśmy następne mile do Hillhead na zachodnim krańcu Glasgow. Wszystko to by móc dostać się na schody kościoła i pogratulować jej po zakończonej ceremonii. Jest jedna fotografia z nami wyglądającymi jak dwa urwisy w małych pulowerach, które były naszym standardowym, szkolnym ubraniem.

Elizabeth włożyła olbrzymia pracę w moja edukację, a moja wciąż trwająca przyjaźń z nią jest wspaniałym i ciepłym dziedzictwem mojego dzieciństwa. Zdałem egzamin kwalifikacyjny ze świetnym wynikiem; znalazłem się tam rok później niż powinienem, więc musiałem czekać pół roku na rozpoczęcie roku szkolnego, zanim mogłem zostać umieszczony w klasie. To oznaczało, ze miałem ponad 13 lat i fakt przyporządkowania mnie do dużo młodszej grupy, był dla mnie dość traumatyczny, zawstydzenie, które czułem, szczególnie w relacjach z dziewczynami, było tak głębokie, ze nigdy go nie przezwyciężyłem i w efekcie reszta szkoły była dla mnie torturą, przynajmniej jeśli chodzi o lekcje. Moja pewność siebie ucierpiała tak bardzo jeszcze tylko raz, wtedy gdy byłem zawodnikiem Rangersów-etap ten zakończył się odrzuceniem. Oby dwa te etapy były tak marne, ze mogły spowodować trwała szkodę w mojej psychice. Ostatecznie byłem jednak w stanie wykorzystać te kiepskie czasy do wypełnienia się motywacją, która napędzała mnie w późniejszych latach. Jednak wcześniej wcale się na to nie zapowiadało. Czasem poczucie słabości, które towarzyszyło mi wtedy może powrócić by przypomnieć mi, ze nikt nigdy nie jest zupełnie bezpieczny, ze demony niepewności są wciąż żywe. Przez te 57 lat nauczyłem się wiele, na temat tego jak je pokonać. W Govan High pozytywne nastawienie, którym charakteryzowałem się wcześniej, zbudowało drogę do strachu przed porażką. Byłem jednym z ambitniejszych; załamywał mnie fakt, że pozostali ambitni są młodsi ode mnie o kilka lat, zniechęciło mnie to do spróbowania dotrzymania im kroku. Kurs był wymagający, z francuskim i niemieckim dodanymi do codziennych przedmiotów. Ja poszedłem na łatwiznę ściągając od kilku najbystrzejszych osób z klasy. Niektórzy byli dumni z tego, ze mogli mi pomóc, ponieważ dla kontrastu z poczuciem niższości jako student, byłem ich niewielkim bohaterem, jeśli chodziło o moje zaangażowanie w odnoszący sukcesy zespól piłkarski. Piłka nożna była moim stałym pocieszeniem w tym okresie, ale teraz wydaje mi się, że jej wpływ był najprawdopodobniej obosieczny. Jeśli nie miałbym możliwości ucieczki do dodającego mi otuchy świata, który znajdował się dla mnie w parku, zapewne radziłbym sobie lepiej w klasie. Oczywiście każda korzyść, którą zyskiwałem ściągając od innych była stricte kosmetyczna i nieadekwatny wkład mojej pracy był demaskowany na egzaminach. W wieku 16 lat gdy powinienem był przygotować się do wyższego certyfikatu ( odpowiednika poziomu A ) dyrektor powiedział mi coś, co sam doskonale wiedziałem – że nie byłem wystarczająco solidny przez te 4 lata, przez co moje szanse na poradzenie sobie są raczej niewielkie. Rozsądną alternatywa było więc opuszczenie szkoły i rozpoczęcie praktyki w handlu. Moi rodzice musieli być rozczarowani, jednak wspierali mnie jak nigdy. Obyło się bez wzajemnych oskarżeń. Branżą, którą miałem się zająć było robienie narzędzi, jednak w głębi duszy byłem przekonany, że moja przeszłość będzie związana z futbolem. Ta myśl zdominowała moje marzenia odkąd sięgam pamięcią.

Pierwsza próba nadeszła gdy jeden z sąsiadów, pan Boyd, stworzył drużynę z naszych domów czynszowych. Nazwał nas Govan Rovers i optował za paskami w stylu Arsenalu. Jednak pojawiły się pewne przeszkody żebym został członkiem drużyny. Po pierwsze miałem 7 lat a Roversi grali w lidze poniżej 12 lat, a po drugie nie miałem butów piłkarskich. Byłem jednak dość doświadczony jak na swój wiek, więc mój wiek był mniejszym problemem niż obuwie, więc gdy inny sąsiad, Tommy Gemmell, sprezentował mi parę używanych butów, zyskał moją niezmierną wdzięczność, a ja, z maskotki drużyny zmieniłem się w zawodnika. Największym rozczarowaniem w tamtych czasach był dla mnie fakt, że szkoła na Broomloan Road nie miała nauczyciela, który chciałby prowadzić drużynę piłkarską. Rekompensowaliśmy to sobie organizując mecze z pobliskimi szkołami, St Saviour i Copeland Road. Katolicka szkoła St Saviour zwykła wygrywać puchary i ligi na terenie Govan. Ich dwóch najlepszych zawodników było moimi kumplami, Des Heron i Bernard McNally. Des mieszkał na samym końcu ulicy Neptune, Bernard natomiast mieszkał w miejscu znanym jako Winna Alejka – później wyemigrował do Stanów, gdzie został pisarzem. Des został zawodowym piłkarzem z Aberdeen i nadal jesteśmy przyjaciółmi. Chaty i ja jesteśmy rodzicami chrzestnymi jego córki. Nadal żartuje przy nim jak to Broomloan zazwyczaj wygrywało z jego szkołą. Mieliśmy wielu doskonałych zawodników i fakt, że nie mogliśmy grać w lidze był bardzo frustrujący. W momencie gdy podjęto decyzję, że Martin i ja zostaniemy wychowani w duchu protestanckim, mama upewniła się, że będziemy dorastać jako chrześcijanie i w wieku 6 czy 7 lat uczęszczaliśmy do lokalnej szkoły biblijnej Shiloh Hall. Nadal mam moją pierwsza Biblię. Dostałem ją za regularną obecność. Później niej przeniosłem się do Life Boys, co oznaczało dwukrotne chodzenie do kościoła w niedzielę. Oznaczało to Również możliwość gry w piłkę nożną, oraz że większość dobrych zawodników z Broomloan wstąpiło do Life Boys.

W skrócie, z Life Boys, zdobyłem Puchar Glasgow oraz okręgu, pokonałem Polmadie Company w dwuetapowym finale. Wygraliśmy pierwszy mecz na własnym terenie, „50 boisk” – słynny plan publiczny na terenie Cardonald, które sąsiaduje z Govan. Podróż przez południową część Glasgow do Polmadie na drugi etap, stanowiła około 7 - 8 mil, jednak była to najdłuższa droga jaką przebyliśmy jeśli chodzi o grę na wyjeździe i było to dla nas jak wyjazd do innego państwa. Jedynie warunki gry były znajome. Nawierzchnie był standardowe i podczas suchego lata kurz wirował wokół nas, była to jednak ostatnia rzecz jaką się przejmowaliśmy. Mecz zakończył się wynikiem 4 : 2 dla nas, a to co czuliśmy, było czymś więcej niż przyjemnością. To była prawdziwa radość. Trener naszego klubu, Johnny Boreland, kupił nam wszystkim lody z podwójnym waflem nugatowym. Jedzenie ich idąc wzdłuż Polmadie Road z butami zarzuconymi na szyję, było najbardziej ekscytującym i radosnym doświadczeniem mojej młodości.

Ja i moi koledzy nie mieliśmy dość piłki i gdy tylko lokalna drużyna chłopców, Harmony Row, podała informację, że przyjmie nowych zawodników, czterej muszkieterowie : Duncan Petersen, Tommy Hendry, Jim McMillan i ja, staliśmy w kolejce by stać się nowymi członkami drużyny. Klub prowadził Bob Innes i z wielu powodów właściwie to on był Harmony Row. To było jego dzieło, któremu poświęcił swoje życie. Drużynami znajdującymi się w naszej grupie wiekowej zajmował się obsesyjny Mick McGovan. Ja już zdążyłem przywyknąć do dorosłych, którzy byli tak samo zaślepieni piłką nożną jak ja. Johny Boreland – mój mentor w Life Boys, był i nadal jest ogromnym fanatykiem piłki nożnej. Kiedy odwiedziłem go całkiem niedawno, zauważyłem, że ma miniaturową bramkę, z tyłu ogrodu. Pomimo faktu, że był wystarczająco wiekowy, by przetrwać lata w obozie jenieckim podczas II wojny światowej, powiedział mi, że bramka nie stoi tam wcale w celach dekoracyjnych.

Mick McGovan, który był po trzydziestce gdy go spotkałem, był nie tylko entuzjastą futbolu ale charakteryzowało go również fanatyczne, całkowicie pochłaniające poświęcenie i oddanie dla Harmony Row. Nikt i nic nie było ważniejsze od spraw klubu. Był niemożliwym człowiekiem. Wszyscy go kochaliśmy, ale od czasu do czasu zdarzało się nam z nim poróżnić. Moje pierwsze wspomnienia, czegoś co mogło by zostać nazwane prowadzeniem drużyny, są związane z Mick’iem. Wziął kilku z nas, z Harmony Row, która jest ulicą leżącą w samym sercu Govan na pobliskie boisko, nazywane Polar Engine Park. Po tym jak zgromadził nas wokół siebie, zaczął nam wyjaśniać jakie znaczenie ma gra zespołowa, podania i poruszanie się po boisku. Następnie odwrócił się do mnie i powiedział : „Alex, zdecydowanie za dużo dryblujesz. Będziesz musiał się nauczyć rozprowadzać piłkę”. Byłem dość bystry w szkole, jednak musze się przyznać, że nie wiedziałem co oznacza słowo „rozprowadzać”. Więc nie mogłem doczekać się powrotu do domu by zapytać tatę o definicje. Miałem wrażenie ,że on zna każde słowo, które można znaleźć w słowniku. Tata miał doskonały zasób słownictwa, więc mógł mi pomóc ze znaczeniami tych bardziej oczywistych słów, jak np. to, którego wtedy potrzebowałem. Jednak lata płynęły i gdy chciałem wystawić go na próbę pytając o jakieś nieznajome, stricte techniczny termin, odpowiadał: „przeliteruj to.” Kiedy już to zrobiłem, a on to odrzucał mówiąc, że nie ma takiego słowa”, ja obstawałem przy swoim podając mu gazetę, która właśnie czytałem – z danym słowem. Po kilku sekundach ostatecznie oświadczał: „Nie ma takiego słowa, nigdy o nim nie słyszałem”. Miał swoje własne poglądy na temat tego, gdzie sięga język angielski.

Harmony Row grało w lidze chłopięcej w Glasgow, naszym najcięższym rywalem byli Bridgeton Boy’s Club; trasy na ich teren na Glasgow Green – renomowany park na południowym brzegu Clyde - w centrum miasta, nigdy nie były spokojnymi wycieczkami. Jak zwykle boisko pokryte było czarnym popiołem. Podczas jednego meczu, przeciwko Bridgeston BC atmosfera była bardziej napięta niż zwykle, całe pole zapełnione było ich kibicami. Wygrywaliśmy 3: 0, w połowie meczu, gdy wójek Andrew podszedł do mnie i zasugerował, że szybka ucieczka, gdy mecz się już skończy byłaby zdecydowanie wskazana. Wujek Andrew, który zył w Oatlands, po tej samej stronie rzeki co Green, podsłuchał kiedyś o gangu około 30 chłopaków siejących poważne zagrożenie. Wiadomości o zagrożeniu rozprzestrzeniły się z nieprawdopodobną prędkością wśród reszty zespołu. Mick McGovan powiedział, że pozbiera nasze ubrania i że gdy tylko usłyszymy ostatni gwizdek sędziego mamy uciekać na główna ulicę Ballater, gdzie jeżdżą tramwaje do Govan. Pomimo stresu, dobrnęliśmy do końca, wygrywając 4 : 1. Bieg na ulicę Ballater był gorączkowy, a ja wciąż wyobrażałem co się stanie jeśli nie przyjedzie żaden tramwaj, gdy dotrzemy na przystanek. Całe szczęście, jeden przyjechał i potencjalny lincz został około 30 jardów za nami. Mogę powiedzieć, że to było wprowadzenie do dramatów piłkarskich.

Znaczna część mojego dorastania odbyła się w Harmony Row, jak z reszta większości moich kumpli z tamtych czasów. Kilku z nich poślubiło dziewczyny, które poznali w klubie. Duncan Petersen właśnie tam poznał Janette i jako pierwszy poszedł do ołtarza. Bob Innes często organizował wieczorki taneczne i nalegał abyśmy podbijali parkiet. Cała agresja, którą nosiliśmy w sobie gdy przebywaliśmy na boisku bardzo szybko się ulatniała i wielu z nas na parkiecie było„sparaliżowanych”. Więc Bob wyłączał światło by oszczędzić nam wstydu związanego z tym, że nasi kumple musieliby oglądać jak deptamy swoje partnerki po stopach i jak pląsamy po małej sali Harmony Row przy dźwiękach the Platters – wspaniałe czasy.

Gra w piłkę była kombinacją gry dla szkoły oraz klubu Boys Brigade, teraz opiekę nade mną przejął brat Jonnego Borelanda , Jim i w wieku 13 lat miałem zapewnione miejsce w 129th Company of the Boys Brigade, pomimo, że ich zespół był zespołem do lat 18. W tamtych czasach szkolna piłka nożna była na nadzwyczajnym poziomie. W Govan High mieliśmy bliźniaków McKinnon, Ronniego i Donniego. Oboje odnosili dość znaczące sukcesy w seniorskiej piłce. Donnie grał w Patrick Thistle, a Ronnie grał dla Rangers i w reprezentacji Szkocji. Ronnie zaczynał jako prawy skrzydłowy i regularnie zachwycał nas lekceważącym stosunkiem do butów grając w samych getrach. Z innych zawodników, którzy grali w Govan High za moich czasów można by wymienić Craiga Watsona, który grał kilka lat dla Rangersów zanim przeniósł się do Falkirk i Mormon, Jimmy Morrison grał dla Clyde i Dumbarton, oraz mojego brata Martina, który grał w Patrick Thistle, Barnsley, Doncaster, Dunferline i Mormonie. Później Martin podjął się pracy jako grający trener zespołu Waterford w Irlandii. Wygrał z tym zespołem Ligę i dotarł do finału Pucharu Irlandii.

Główny rywal Govan High, ST Gerard’s mieli Joe McBride’a, który mieszkał niedaleko mnie i przez to, że był ode mnie trochę starszy zawsze był dla mnie kimś w rodzaju bohatera. Joe miał świetne wyniki z Motherwell, w Wolves, Kilmarnock, Celtick i z reprezentacją Szkocji, a ilość bramek jakie strzelił z pewnością była by historyczna, gdyby nie kontuzja kolana, której doznał w 1966 roku podczas sezonu triumfu Celticku w Pucharze Europy. Niewiarygodne, udało mu się zdobyć 35 bramek w poprzednim sezonie, zanim kontuzja stanęła mu na drodze. W okolicach Bożego Narodzenia Jim Craig, który zdobył medal w Pucharze Europy z Celtickiem, był również w St Gerard’s w tamtych czasach.

Ci, którym udało się zaistnieć w tamtych czasach, odnosili sukcesy w późniejszych latach jako profesjonalni zawodnicy, grając dla Anglii, oraz zdobyli oni wiele pucharów wraz z reprezentacją Szkocji : Eddie McCreadie, Andy Lochead, Bobby Hope i Asa Hartford. Wysoki poziom oznaczał poważną konkurencję w walce o miejsce w drużynie, w głównych szkołach piłkarskich, do których zdecydowanie należało Govan High. Byłem więc zaskoczony, gdy zobaczyłem na tablicy ogłoszeń, że zostałem wyznaczony do zdania raportu z gry. Widocznie mój kumpel z Broomloan, Tommy Hendry, polecił mnie opiekunowi drużyny – Georgowi Symington’owi. Wyglądał groźnie i był dokładnie takim na jakiego wyglądał. Nikt nie robił sobie żartów z pana Symingtona. Osiągnął z nami nadzwyczajny sukces, przez ponad rok nie ponieśliśmy żadnej porażki.

W czasie mojego pierwszego sezonu, największym osiągnięciem było nasze spotkanie z St Gerard’s podczas walki o Puchar Whitefield. Z tą szkołą średnią staraliśmy się wygrać w każdej możliwej grupie wiekowej. Nasi chłopacy wspierali swoich bohaterów – Rangersów a chłopaki z St Gerard’s byli kibicami Celticu, co tylko potwierdz fakt, że nasze spotkanie z nimi było na krawędzi. Pierwsza próba zdobycia Pucharu Whitefield zakończyła się remisem 1:1 na dużym boisku w Pirie Park, boisku, które dzieliliśmy St Gerard’s. W tym dniu był dość potężny wiatr i popiół wiał prosto w twarze zawodników, co uczyniło z meczu małą farsę. Mieliśmy raczej szczęście, że dotrwaliśmy do końca z remisem. Ja jednak nie czułem się jak szczęściarz, gdy znalazłem się pod obstrzałem pytań rodziców zawodników z St Gerard’s, poświęcono mi dość dużo uwagi w relacji z meczu, a to, że nie był to mój najlepszy występ dało mi trochę satysfakcji. Byłem zaskoczony taką wrogością ze strony dorosłych ludzi ale mój tata był kompletnie nie wzruszony i powiedział tylko, że jedyną właściwą odpowiedzią będzie dobra gra w następnym meczu, najlepiej z hat trickiem. Drugi mecz miał miejsce w piękny sobotni poranek. Grałem zupełnie zaślepiony i zdobyłem hat tricka, a w rezultacie wygraliśmy 6 : 3. Po strzeleniu jednej z bramek w prawe okienko z 20 jardów, nie mogłem się oprzeć pokusie świętowania tuż przed kibicami St Gerard’s. Tata miał rację co do najlepszego sposobu na uciszenie ich.

W tamtym sezonie wygraliśmy ligę, Puchar Whitefield ( pokonując w finale Bellahouston Academy 7 : 1 ) oraz Puchar Castle. W tym Pucharze naszą ostatnią ofiarą było Adelphi z Gorbals, których zmiażdżyliśmy 6 : 0. W następnym sezonie znowu wygraliśmy ligę i dotarliśmy do finału Scottish Shield na Hampden, gdzie zmierzyliśmy się z St Pat’s. Byli bardzo silnym zespołem. Wynik wskazywał na to, że przegraliśmy 4 : 0, jednak w zupełności nie oddawał on tego co zdarzyło się na boisku. Nic szczególnego się nie działo, dopóki nasz bramkarz, Angus Birnie nie złamał sobie palca na 10 minut przed końcem meczu i musiał zejść z boiska. Byliśmy zupełnie rozkojarzeni i właśnie wtedy straciliśmy 4 gole, co wyglądało dosłownie jak rzeź. Pan Symington był załamany. Nie mogliśmy uwierzyć, że przegraliśmy. Zastanawianie się nad porażką nie było w naturze pana Symingtona, zawsze wzbudzał w nas ogromną wolę zwycięstwa. W momentach, kiedy myśleliśmy, że jest straszny, nasi rodzice uważali go za wspaniałego człowieka, co wskazuje na to, że musiał mieć dużo więcej cech niż jego niepohamowana miłość do rywalizacji. Mój tata, który nigdy nie miał tendencji do przeceniania kogokolwiek, zdefiniował pana Symingtona jako „dobrego człowieka”, a dla mnie znaczyło to więcej niż królewska akceptacja.

Podczas tego sezonu, poszukiwania chłopców, którzy mogliby reprezentować Glasgow Schools odbywały się na Scotstoun Showground; Tommy Hendry i ja zostaliśmy wybrani. Umówiliśmy się, ze pojedziemy razem z Govan Cross, lecz kiedy nadszedł czas odjazdu pojawił się ojczym Tommy’ego, pan Gibon i powiedział, że Tommy nie chciał jechać. Był zbyt zdenerwowany, zbyt niepewny, a wszystkie godziny, które pan Gibon spędził na namawianiu go do zmiany decyzji poszły na marne. Nie udało musie obudzić w nim pewności siebie. Każdy, kto coś osiągnął w futbolu ma w zanadrzu historię o co najmniej jednym z rówieśników, który mógł być świetnym zawodnikiem, gdy nie jakaś cecha jego osobowości, która okazała się być przeszkodą nie do pokonania. Podczas trwania mojej kariery, jako zawodnika oraz menadżera nie raz byłem zasmucony takimi przypadkami. Problem Tommy’ego polegał na braku wiary w siebie. Była to ogromna szkoda dla futbolu, gdyż był on niesamowicie utalentowany. Niestety jego ambicje nie wykraczały poza grę dla Govan High, czy Harmony Row. Dziś jest tak samo skromny jak wtedy.

Człowiekiem, który kierował Glasgow Schools był Dawid Letham, który cieszył się udana kariera z Queen’s Park i który odegrał duża rolę w moim życiu. Później, gdy dołączyłem do tego świetnego amatorskiego klubu, kiedy byłem już gotowy do próbnego meczu, powiedział mi, że mam grać na lewym skrzydle. Nie grałem na tej pozycji odkąd skończyłem jakieś osiem lat i mój brak obycia ukazał się już w pierwszej połowie. Jak już kiedyś wspominałem, cicha natura mojego taty czasem się zamieniała w wybuchy temperamentu. Tak się właśnie stało, gdy zauważył jakie są perspektywy sukcesu jego syna., usychającego gdzieś na lewym skrzydle. Przemaszerował dookoła boiska, by przekazać swoje odczucia Dawidowi Lethamowi, co zaskutkowało zmiana pozycji w drugiej połowie, na moja pozycje lewego środkowego. Polepszenie się mojej gry zostało podświetlone jednym wyjątkowym podaniem, które umożliwiło prawemu skrzydłowemu zdobyć bramkę. Moje miejsce w Glasgow było bezpieczne.

Kolejnym dowodem na to, ze moja kariera była w dobrej sytuacji był fakt, iż otrzymałem ofertę od Drumchapel Amateurs- najlepszego szkockiego zespołu w tamtych czasach, na tym poziomie. Początkowo nie byłem zainteresowany, jednak po wizycie Danglasa Smitha, który prowadził drużynę, zacząłem się wahać. Wtedy mój tato odbył decydującą rozmowę naszym sąsiadem Joe McBride’m, który grał dla głównych rwali Drumchapel- Kilmarnock Boy’s Club.

„On musi iść do Drumchapel”- powiedział bez zastanowienia. Taka pewność ze strony osoby, którą tata szanował od zawsze pozbawiło go wszystkich wątpliwości i szybko przekonał mnie, co okazało się potem najlepsza rzeczą jaka mogłem zrobić. Rzeczą, która sprawiła, ze rzuciłem sobie zdecydowanie większe wyzwania niż te w Harmony Row. Drumchapel miało 5 drużyn. Poniżej 14 lat, poniżej 15, poniżej 16, poniżej 17 i poniżej 18. a rozmiar ich sukcesu ukazał się w pełni, gdy podczas jednego roku 30 spośród ich zawodników awansowało do seniorów. To był fenomen, nawet jak na fakt, że Szkocja mogła się pochwalić utalentowana młodzieżą, w tamtych czasach. Jednym z atutów Douglasa Smith’a było to, że nauczył nas myśleć w inny sposób niż dotychczas. Jeśli miałeś mecz w sobotę rano nie musiałeś gorączkowo biec do domu, a potem od razu kierować się na mecz. Zamiast tego zjadłeś lunch na koszt Douglasa w restauracji na ulicy Gordon w Glasgow. To sprawiało, że czułeś się troszkę lepszy niż chłopcy, przeciwko którym grałeś i jakkolwiek głupie mogło to być, wcale nie miało yo wpływu na naszą wiarę w siebie na boisku. Moi koledzy Z Govan High i Harmony Row ledwo mogli uwierzyć w to, że właśnie tak mnie tam traktowano. Niektórzy z nich myśleli pewnie, gdy o tym wspominałem, że jestem zarozumialcem ale ja wiedziałem, że ich podstawową reakcją była zazdrość. Klub, w którym grałem był tak dobry, że wygraliśmy jeden z pierwszych meczów przeciwko Marspark Amateurs 35 : 0. Mi udało się wtedy zdobyć 9 bramek, ale najwięcej bramek tego dnia zdobył nasz środkowy napastnik Bobby Stark – 12, mimo to nie został wystawiony do podstawowego składu na następny mecz, a jego miejsce zajął nasz regularny środkowy napastnik David McBetha.

Jeśli amatorski futbol zapewniał mi najwyższy poziom na tym etapie, to granie dla tej szkoły nie było dla mnie wstydem. W sezonie 1956/57 Govan High jeszcze raz starało się zdobyć wszystkie tytuły i porzuciliśmy nasze cele tylko w Pucharze Szkocji po przegranej 2:1 w półfinale z West Kalder High School. Tego grudnia zagrałem również w drużynie Glasgow Schools w tradycyjnych derbach przeciwko Edinburgh w Parku Cathkin’a, na terenie wymarłego Third Lanark. Nie było jeszcze „większego” meczu w mojej krótkiej karierze piłkarskiej, byłem tak nerwowy jak gdyby to był mój pierwszy raz. To niesamowite jak szybko w piłce nożnej można wyrobić sobie renomę. Na tym etapie mojej kariery grałem jako lewy pomocnik. Kiedy wyszliśmy na boisko pokryte warstwą śniegu, byłem zaskoczony jak był John Greig i pomyślałem sobie „musi być dobry żeby coś zdziałać na tym boisku”. Przez 90 minut gry pokazał swój talent doprowadzając do wysokiego zwycięstwa 4:0. Ja grałem nieźle, szczeliłem bramkę z rzutu karnego. Dla Johna ważniejsze dni były przed nim, dni podczas, których nie zapomniał zbesztać mnie za gnębienie małego chłopca z Edynburgu. Jak to możliwe, że ten mały chłopczyk o twarzy anioła się tak zachował?

Mój ostatni rok gry szkolnej był w drużynie do 18 lat w Govan High, pomimo tego, że miałem ciągle tylko 15 lat gdy do nich dołączyłem. Nie mieliśmy słabych punktów w tej starszej grupie wiekowej i nasza przygoda z ligą trwała, aż do ostatniego meczu, gdzie musieliśmy pokonać Holyrood w Pirie Park. Mimo przegranej było mnóstwo indywidualnych rekompensat, ja zostałem wybrany do Scottish Schools i miałem ją reprezentować w meczu przeciwko Anglii w Dulwich Hamlet’s. Nie dołączyłem do drużyny, ale byłem zachwycony mogąc nosić strój zmiennika, pomimo tego, że przegraliśmy 4:3.

W Drumchapel nasza drużyna do lat 15 udowodniła, że może grać w lidze do lat 16, co oznaczało, że klub mógł wystawić dwie drużyny w jednych rozgrywkach, Douglas Smith był tym zachwycony. Nigdy nie byliśmy nimi przerażeni, chociaż mieli paru graczy, którzy mogli zrobić dobrą profesjonalną karierę. Drużyna do lat 15 wyznaczała nowe standardy pokonując naszych starszych kolegów z Drumchapel w finale o puchar ligi, można było wyczuć, że Douglas nie był zbyt szczęśliwy, zakładał bowiem, że po zdobyciu wszystkich trofeów drużyna do lat 16 odniesie sukces w lidze z wielką łatwością. My jednak obaliliśmy jego hipotezę pokonując 16-latków 1:0 w półfinale w Szkockim Amatorskim Pucharze po prawdziwej walce w Kolbowie Park w Clydebank. Kiedy nadszedł czas finałów nie czuliśmy wyczerpania spowodowanego wymaganiami szkół, hrabstwa oraz międzynarodowego futbolu i byliśmy zdolni do dalszej walki. W meczu finałowym zostałem przesunięty z powrotem na lewą stronę by stworzyć warunki naszemu błyskotliwemu lewemu napastnikowi Dawie’mu Thomsonowi. On był naprawdę dobry ale jak większość chłopców nie zdawał sobie sprawy ze swojego potencjału. Po okresie z Clyde zrezygnował z gry i wyjechał do Kanady, żeby zostać pisarzem tekstów piosenek. W finale w Szkockim Amatorskim Pucharze pokonaliśmy Dundee Buterburn 3:2 w Dundee i wielkość satysfakcji jaką dał mi ten dramatyczny mecz, jest wciąż jednym z najważniejszych wspomnień mojej młodości.

W następnym sezonie zostaliśmy przeniesieni do ligi do lat 17. Radziliśmy sobie całkiem nieźle, ale musieliśmy przeżyć straszny zawód przegranej w finale Szkockiego Amatorskiego Pucharu 1:0 z Calder. Spudłowałem wtedy z rzutu karnego, a pod koniec meczu Douglas Smith zażądał wyjaśnień, dlaczego ja go wykonywałem. To mnie wkurzyło, ponieważ byłem etatowym wykonawcą rzutów karnych, mało tego w półfinale strzeliłem bramkę w ostatniej minucie przeciwko Ayr Albion dzięki czemu zremisowaliśmy 2:2, doprowadzając do dogrywki, w której wygraliśmy 1:0 na bardzo trudnym terenie, tuż za domkiem Rabbie Burns w Alloway. Prawdziwą przyczyną irytacji Douglas’a była moja decyzja o opuszczeniu Drumchapel, aby móc przejść do najsłynniejszego amatorskiego klubu – Queen’s Park. Próbował rozmawiać ze mną na ten temat Douglas Shmit, ale ja już podjąłem decyzję. Miałem ambicje pielęgnowane przez ojca, odkąd pierwszy raz ujawniłem talent do piłki.

Moje zaangażowanie dla Drumchapel zmieniła postawa, co do mojej osoby, Micka McGovana w Harmony Row. Został on skłoniony do wyrzucenia mnie z drużyny i z jednej strony zobaczyłem uzasadnienie tego, z drugiej jednak strony byłem zły. Nie było nikogo innego kto byłby członkiem tego klubu dłużej ode mnie i wciąż uczęszczał na treningi każdego tygodnia. Dowód na to, że problemy finansowe były powodem dylematu Micka, pojawił się dopiero gdy Harmony Row zmierzyło się w finale Pucharu z wystraszonym Bridgetown BC na boisku St Anthony’s Juniors w Morre Park. W poprzednim tygodniu przegrali 6:1 z Bridgetown w innym pucharze. Mick odmówił powołania mnie na ten mecz, lecz gdy Moore Park się zbytnio zadomowiła, zdecydował się wezwać mnie z powrotem. Wygraliśmy ten finał 7:0, a ja strzeliłem 4 bramki. Jednak prawdziwe emocje przyszły po meczu, gdy kierowaliśmy się z powrotem do Harmony Row. By dojść do siedziby klubu, musieliśmy zejść na dół ulicą Heleny i przejść przez Polar Engine Park gdzie normalnie mecze rozgrywa Harmony Row. Park ten był ostatnio używany jako tereny wystawowe. Lokalny gang, znany jako Bingo, zaatakował Tommy’ego McDonalda, brata jednego z naszych graczy, Hugh’a McDonalda. Ta banda stała się powszechnie znana w okolicy i nie bała się używać różnego rodzaju broni. Brzytwy, łańcuchy rowerowe i noże były standardem w ich wyposażeniu, więc sprawa napaści na Tommy’ego była naprawdę poważna. W tym momencie wszyscy rodzice, nie wykluczając mojego ojca, ruszyli w stronę gangu i rozpoczęli walkę. Większość drużyny dotarła do Harmony Row. Wszyscy sąsiedzi czekali na nasze przybycie i gdy dowiedzieli się o ataku to sprintem przebiegli około 300 jardów by dobiec do sceny. Jedna z dobrze znanych rodzin McDonald’s (nie mających związku z ofiarami napaści) przerwała swoją grę w piłkę nożną na ulicy i przyszli pomóc walczącym z gangiem. Następnego dnia pierwsze strony gazety Daily Record opisywały historię gangu, który zniszczył noc zwycięstwa drużyny Harmony Row. To był mój ostatni mecz tego lata zanim przeszedłem do Queen’s Park. Odbyła się tradycyjna dekoracja zwycięzców, która była moim pożegnaniem z Harmony Row.



  1   2   3   4   5


©operacji.org 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna