Z pamiętnika emigranta



Pobieranie 381,83 Kb.
Strona1/11
Data16.11.2017
Rozmiar381,83 Kb.
  1   2   3   4   5   6   7   8   9   10   11

Miałem kiedyś samochód w Australii.

Australia nie jest gotowa na takiego gościa jak ja. Zgorzkniały, cyniczny pracoholik. Tutaj wszyscy, nawet bezdomni, są sympatyczni, radośni, wyluzowani i leniwi. Angielska flegma w zderzeniu z ciepłym klimatem, przerodziła się w zdystansowaną radość życia. Chociaż nie wszędzie w Australii jest gorąco. My przyjechaliśmy do Perth pod koniec października i wieczorem było chłodno. Klimat panuje tu taki jak na Costa Brava w Hiszpanii. Wiosna jest chłodna w nocy, trzeba mieć dobry śpiwór aby wytrzymać pod namiotem, ale w dzień, kiedy zaświeci słońce, to spali nas w godzinę na czerwono, lepiej ukryć się w cieniu, gdzie wiatr od oceanu szybko zmusi nas do założenia na grzbiet czegoś cieplejszego. Oczywiście Australusy opowiadają niestworzone rzeczy o panujących tu upałach, o tym że na północy nie da się wytrzymać z gorąca, ale dane uśrednione z internetu temu przeczą, poza tym wszędzie w Australii, może nie w wielkich ilościach ale jednak, mieszkają ludzie tak samo zadowoleni ze swojego miejsca do życia jak mieszkańcy Perth. Zresztą kto by tam słuchał lokalesa. Tubylec zawsze wyolbrzymia, przesadza, nie chce wyjść na nudziarza.

Przed wyjazdem znajomi nastraszyli nas cenami w Australii. Więc co robi Polus na emigracji? W pierwszej, wolnej chwili wali od razu do supermarketu, szuka antypodzkiej Biedronki i sprawdza ceny, kalkuluje na co go stać, czego będzie musiał sobie odmówić. No i okazuje się, że ceny podstawowych produktów, jak dla nas jajka, mięso i warzywa, są jakieś 20-30% wyższe niż w Polsce, warzywa jakieś 50%, a reszta jest na poziomie akceptowalnym. Trochę drożej niż w Hiszpanii, ale o połowę taniej niż we Francji. Od pierwszego wejrzenia zakochałem się w sklepach sieci BWS (beer wine spirits). To miłe, że Australusy widzą w napojach wysokoprocentowych jakąś duszę. Paliwo kosztuje w granicy 3.2zł i jeśli tylko pracujesz i zarabiasz w Australii, to stać cię na więcej niż zwykłego pracownika w Polsce. Niestety transport publiczny jest tu drogi, co skutkuje zakorkowanymi ulicami, bo dużo taniej jest jeździć samochodem. Jednoślady nie są popularne.

A propos samochodów. Australia jest większa od całej Europy, patrząc od Uralu po Portugalię, a mieszka tu jedynie 25 milionów ludzi. Więc zagęszczeniem mieszkańców oscyluje w okolicy Syberii. Są oczywiście regiony gęściej zaludnione jak okolice Perth i Adelaida-Melburn-Sydney, tam są lepsze warunki do życia. W związku z tym australijskie Allegro nie oferuje wiele możliwości kupna używanego samochodu, a motocykle są dużo droższe niż w Polsce. Samochody terenowe są tańsze, ale nie ma dużego wyboru, a to co jest nie oferuje tak wysokiego poziomu wyposażenia off-roadowego jak w Polsce. Blokady mostów to tutaj wyjątek, liczy się mocny zderzak przeciw kangurom. Zgodnie z powszechnym mniemaniem, iż w Australii wszystko jest do góry nogami, rdza bierze tutaj samochody od dachu i tam należy szukać sposobów na zbicie ceny, a przynajmniej zbicie z tropu samozadowolonego yobo. Klasa yobo w Australii to proletariat bazujący na najniższych wartościach doboru dóbr konsumpcji i najłatwiejszym zaspokajaniu podstawowych potrzeb, bo innych nie mają. W skrócie: duże tanie piwo, duży brzuch, wielki telewizor, spora radość z oglądania sportu w tym telewizorze i jeszcze większy luz, bo wyzuty z możliwości zafrasowania się sprawami wyższego rzędu. Po naszemu można ich nazywać jabolami. Innym, potężnym zbiorem tubylców, mającym część wspólną z jabolami, jest zbiór barbeków. To zwykle ludzie ceniący sobie radość z obcowania z innymi, w dużych grupach podobnych do siebie, tak samo myślących ludzi. Znajdują upodobanie w produkowaniu nadmiernej ilości dzieciaków, a przede wszystkim w tak częstym, jak to tylko możliwe, wyprawianiu się takimi wielkimi rodzinami, z przyjaciółmi i domowym zwierzem, na łono przyrody miejskiej, czyli do parku lub na plażę, by tam wspólnie, hałaśliwie biesiadować i kopcić grila, czyli po tutejszemu barbeque.

Nam udało się trafić od razu z marszu do rodziny intelektualistów. Odebrali nas z lotniska. Ona nauczycielka nauczycieli, on Fizyk z wykształcenia, a biznesmen z zawodu. Na początek mamy dach nad głową i to nie byle jaki, oraz wikt i opierunek, w zamian za drobne prace przydomowe. Nie jest to wcale takie fajne, chcą nas zagłaskać na śmierć... gdybyśmy tylko potrafili to docenić i wykorzystać. Mieszkamy w dzielnicy domków jednorodzinnych, krętych uliczek, szerokich trawników przed domem i wielkich garaży na trzy samochody. Trochę jak w amerykańskim filmie z klasą średnią w obiektywie. Tyle, że w Australii domy nie są podobne jeden do drugiego i ludzie się różnią. Nie pakuje się bogatych do jednej dzielnicy, czarnych do drugiej, a biednych do bloków. Wszystko jest wymieszane, nie można awansować w oczach przyjaciół przenosząc się do dzielnicy prawników, lekarzy, czy po prostu bogatych. Nikomu to nie przeszkadza, bo Australusy mają na to zbyt duży luz. Oczywiście są rezydencje bogaczy, ale raczej dalej od miasta. Są też drogie domy, jak na przykład w Sydney. Ale nie trudno znaleźć bezdomnego w rozlatującym się busiku, koczującego na promenadzie nadmorskiej i nikt go nie wyrzuca, wręcz przeciwnie, machają do niego ręką na powitanie, podczas spaceru. Nieco większe domy, z kilkoma mieszkaniami, budowane przez lokalne władze dla biedoty, stawia się pomiędzy normalnymi domami klasy średniej. Ot chociażby niedaleko nas, nad samą plażą, z ładnym widokiem do pozazdroszczenia, stoją dwie czynszówki. Ludzie, w zamiarach planistów, mają się mieszać i integrować, a nie budować coraz większe mury między sobą. Inną rzeczą, która szybko wpada w oko jest ogrom zieleni. Inwestorzy nie starają się na siłę zabudować każdej, wolnej przestrzeni, w poszukiwaniu źródła dochodu. Miejsca jest tu bez ograniczeń. Projektuje się więc całkiem spore parki, jeziora, nawet przestrzeń z dziką przyrodą jak w dżungli. Dzięki temu, że żyjemy i pracujemy pośród standardowych, australijskich Kowalskich, doświadczamy czegoś, co w podróży staje się niezrozumiałe, odległe, hermetyczne.

Popołudniami łazikujemy sobie po okolicy i podglądamy. Już całkiem niedługo zaczną po dzielnicy krążyć opowieści o parze Polusów niestrudzenie penetrujących w sandałach wszelkie, możliwe zaułki. W USA, w takich dzielnicach w ogóle nie ma chodników. Tutaj są, wąskie i tylko z jednej strony ulicy. Rzadko spotykamy pieszych. Do parku, czy sklepu dojeżdża się samochodem. Nasi gospodarze z oporem przyzwyczajają się do naszych nawyków. To znaczy zaczynają rozumieć, że wolimy pójść, niż zostać podwiezieni, ale chyba nigdy nie poczują podobnej potrzeby. Tak jak nam trudno pojąć dlaczego dwoje doskonale sprawnych emerytów, zaprasza obcych ludzi do domu, aby z nimi mieszkali, ich objadali i tylko trochę pomagali w przydomowych obowiązkach. Polak nie znajdzie w tym ekonomii, my nie znajdujemy logiki, a pewnie chodzi o poruszenie zastałej energii, poczucie bycia znowu komuś potrzebnym. Jakoś tak samoistnie wpadliśmy, my wszyscy, w nawyk cowieczornych rozmów. Intelektualizowaniu i uświadamianiu sobie nawzajem rzeczy niezauważalnych. Handlujemy informacją między sobą, uczymy się od siebie, motywujemy się do poznawania nowych kierunków, czasami zmieniania poglądów i rozszerzania świadomości. Może właśnie taki miało to cel. Komfort życia zmusza do poszukiwań tam, gdzie ludzie na dorobku, jak Polacy, w ogóle nie zaglądają.

Ale Australia to nie jest raj na Ziemi. Mają tu sporo problemów z uzależnieniem gospodarki od USA, przywiązaniem do królewskiej wspólnoty brytyjskiej, spadkiem wzrostu gospodarczego, globalizacją obyczajów i kultury, zgnuśnieniem w przyjemnej konsumpcji. A także z dziurą ozonową, jadowitymi pająkami i Słońcem. Codziennie w TV podaje się informacje o nasłonecznieniu i przypomina o obowiązku smarowania skóry kremami. Jak ktoś zobaczy cię bez nakrycia głowy w słoneczny dzień, to na pewno poczuje się w obowiązku aby przypomnieć ci o kapeluszu. Jeśli zabierzesz się do prac w ogrodzie, albo tylko do odsuwania sofy, by za nią posprzątać bez rękawic ochronnych, to wyjdziesz na durnia. - Nie wtykaj palców tam gdzie może siedzieć red back - to podstawowa maksyma Antyspodów. Jak cię dziabnie czerwonodupiec to będziesz miał problem jak z Perth do Adelaidy. Malutkie pająki z rozdętym, czerwonawym, tutaj mówią red-isch, odwłokiem mogą być wszędzie. Gryzą jednak, tylko doprowadzone do ostateczności. Jadowitych snakeów w miastach się nie widuje. Na wiosnę, czyli polską jesień, są szczególnie niebezpieczne, bo ospałe i nie potrafią tak szybko, jak by chciały, uciekać przed człowiekiem.

Oprócz tego, że pracuję, będąc w podróży, mieszkam z obcymi ludźmi, poznaję od środka odmienną kulturę i obyczaje, to na dodatek pracuję w ogrodzie i wielkim domu. Nigdy takich prac nie wykonywałem. Pewnie gdybym to robił w Polsce to ziewałbym z nudów, ale tutaj jest jakoś inaczej, jakby otaczała mnie inna energia, a to co robię było odkrywcze, inne. Budowa zagrody dla kur. Eko, bio, easy going farmy, gdzie kury czują się jak pączki w maśle i są tak przyjaźnie nastawione do ludzi, że należy uważać aby nie wlazły między młotek a gwóźdź, albo szpadel a grządkę, bo wciskają się pod nogi jak kot co się łasi w nadziei na Wiskas. Sprzątanie ogrodu, mycie okien. To wszystko może być całkiem przyjazne dla podróżnika, jeśli nie przywiązuje się wagi do celu i planu życia na następne tygodnie. Można znaleźć radość w projektowaniu i konstruowaniu zawiasików do drzwi domku dla kur, zamiast beznamiętnie wskoczyć do samochodu, pojechać dziesięć minut do sklepu i kupić za grosze dużo lepsze zawiasy z fabryki zawiasów do domków dla kur. Po prostu można się tą robotą całkiem dobrze bawić. No... chyba że cię dziabnie w stopę niby ukrytą w crocsie, jakiś czerwonodupiec.

Nie można jednak zapominać o tyczkach wbitych w śnieg. To one pokazują podczas zamieci gdzie powinna znajdować się droga do celu. Trzeba mimo wszystko iść od tyczki do tyczki, co nie znaczy, że najkrótszą drogą. Nasza kolejna tyczka ma zawieszkę z piktogramem 'samochód'. Ile to miesięcy przed wyjazdem do Australii, męczyłem temat samochodu. Najpierw był brany pod uwagę Land Cruiser oczywiście. Potem van, a na dzień przed wyjazdem Mitsubishi Delica, taki van z napędem na cztery koła. Aż tu niepostrzeżenie, dotarliśmy do kolejnej tyczki i jutro jedziemy finalizować transakcję zakupu takiego samochodu. Znaleźliśmy to co chcieliśmy, a nasi gospodarze nam w tym pomagali. Czuję się jakbym planował ten wyjazd na antypody od zawsze. Ale ja zwykle tak się mocno angażuje we wszystkie projekty, że wydają się wypełniać cały horyzont przede mną. Potem przychodzi moment, kiedy trzeba zrezygnować, albo przejść do fazy działania. O kupnie samochodu w Australii mógłbym napisać całkiem niezły elaborat, a jutro po prostu doń wsiądziemy. Jakkolwiek wielkie rzeczy byśmy planowali, wydają się małe z bliska.

Dzisiaj dzień kupowania samochodu. Dawno tego nie robiłem, a nigdy dobrze nie kupiłem. Tym razem udało się wrócić od sprzedawcy bez problemu i na razie wszystko działa. Przy okazji tej operacji wydawania pieniędzy, zaznajomiliśmy się australijskim prawem dotyczącym samochodów w stanie Western Australia. Właściciele pojazdów nie posiadają takich dowodów rejestracyjnych jak w Polsce. Jedynie zwykłą kartkę papieru, wydruk z ewidencji urzędu komunikacyjnego. Nie trzeba jej wozić ze sobą. W razie zatrzymania przez policję, trzeba okazać jedynie prawo jazdy, a resztę sami sobie wyczytają z komputera. W Australii płaci się za licencję na użytkowanie samochodu, w tej opłacie jest również ubezpieczenie, z którego bierze się środki na ewentualne odszkodowania, jeśli w wyniku wypadku jaki spowodowaliśmy, ucierpi jakaś osoba. To jest obowiązkowe. Nadobowiązkowe jest ubezpieczenie na wypadek uszkodzenia czyjegoś samochodu. Nawet z auto casco już nie wychodzi drogo. Dla przykładu nasze Mitsubishi Delica, na rok, wychodzi około 140AUD za ubezpieczenie nadobowiązkowe. Ale za licencję na użytkowanie opłata wynosi 854AUD. Można płacić w ratach. Nasz samochód ma jeszcze ważną licencję do rocznicy stanu wojennego. Co ciekawe w Australii nie stosuje się przeglądów rejestracyjnych. Właściciel jest odpowiedzialny za stan techniczny pojazdu. Co skutkuje, jak kiedyś we Francji, tym że po drogach jeżdżą różnej maści graty. Policja może nakazać naprawić pojazd i nakleić na szybie żółtą kartkę, oraz wprowadzić do ewidencji komputerowej odpowiednią adnotację.

Cóż... jazda samochodem z kierownicą po niewłaściwej stronie i po niewłaściwej stronie jezdni, na początku wydaje się niezwykle trudna, ale człowiek szybko się wciąga. Po pół godzinie już się pamięta, że większa część samochodu jest po lewej stronie, podobnie jak najwolniejszy pas na autostradzie. Najgorzej wyjechać z dużego parkingu spod supermarketu, łatwo władować się w uliczkę pod prąd. Byle wyjechać z miasta...

Kolejnego popołudnia pojechaliśmy przerejestrować samochód. Zapłaciliśmy za parking pod urzędem 12zł i czekaliśmy pół godziny w kolejce. Urzędów jest kilka, ale my musieliśmy przyjechać do głównego, bo nie jesteśmy obywatelami Australii. Można także przerejestrować samochód przez internet. Przerejestrowanie trwało 4 minuty, zapłaciliśmy i dostaliśmy wydruk na zwykłej kartce papieru, który będzie teraz naszym dowodem rejestracyjnym. Przy okazji pobytu w urzędzie komunikacyjnym przejrzeliśmy różne foldery nakłaniające do wykupywania ponadobowiązkowych ubezpieczeń i do dbania o kondycję techniczną swoich pojazdów. Czyli aby hamulce hamowały, opony były, klamki otwierały drzwi, klimatyzacja działała, szyby były przejrzyste. Stacje diagnostyczne tutaj nie istnieją. Na ścianie urzędu wywieszono 26 rodzajów tablic rejestracyjnych do wyboru. Różniły się wielkością, formatem, kolorem tła, krojem i kolorem czcionki, kompozycją danych. 25 z nich jest płatne. Jeśli kupisz samochód z taką rejestracją musisz za jej użytkowanie zapłacić lub się jej zrzec. Niektóre tablice wyglądały jak kolorowa tęcza z nabazgranym napisem, inne były klasycznie czarne z białym nadrukiem, ale można było sobie także wybrać format europejski, gdzie na niebieskim pasku zamiast gwiazdek był emblemat stanu Australii. Kolega, parę lat temu, w tym samym urzędzie, rejestrował sprowadzony z Polski samochód. Pan kontroler sprawdził jedynie 'na oko' czy klocki hamulcowe jeszcze istnieją i nakleił na zadku emblemat "left hand driving".



Kolejne dwa dni weekendu były pełne pracy przy samochodzie. Budowałem łóżko, Iwona szyła zasłony i sprzątała, a w międzyczasie kupowaliśmy ostatnie wyposażenie kempingowe. Wszystkie te działania nie byłyby możliwe bez niezwykle rozbudowanej gościnności naszych gospodarzy - Denis i Pete'a. Denis dała Iwonie materiały na zasłony i obicia, a także sporo innego wyposażenia. Pete bezceremonialnie zapowiedział, że mam się czuć w jego garażu jak u siebie i korzystać ze wszelkich sprzętów. Ofiarował też swoją pomoc i sporo materiału do budowy łóżka w Mitsubishi. Potem pojechał jeszcze z nami do sklepu, aby udostępnić swój rabat i obniżyć nam koszty. My rewanżujemy się, całkiem swobodnie i bez przymusu, wynajdywaniem ciekawych tematów do dyskusji wieczornych. Zahaczamy o wszystko, od różnicy między normami pomocy społecznej w Anglii i Australii, przez równania Heisenberga, po tematy kulinarne. Wieczory bez flaszki porządnego wina nie mogą się obejść. Pete dostaje wino od znajomego producenta, podobno to 'expensive' butelki, czyli w sklepie coś ponad 120zł. Codziennie Denis z Iwoną wymyślają jakieś dziwaczne potrawy, może nie do końca zgodne z moją dietą, ale bardzo smaczne. Pete też dołącza swoją męską energię do kulinarii. Tylko ja wtedy czuję się nieużyteczny. Kuchnia to nie moje miejsce.

Zastanawiam się jak duże szczęście mieliśmy trafiając tu gdzie trafiliśmy, albo jak bardzo gościnni z reguły są Australijczycy, skoro z zestawu możliwości work&away wybraliśmy rodzinę na chybił trafił. Czuję się tutaj inaczej niż w Polsce, ale raczej już zadomowiony. W zachodniej Europie odzywa się mój kompleks pochodzenia z gorszego kraju, mniej cywilizowanego, biedniejszego. W Australii, od pierwszego dnia było inaczej, bo tu jest inaczej. Trudno opisać te, na pierwszy rzut oka, niewidoczne różnice, ale Australijczycy są inni z natury od, na przykład, mieszkańców rejonu śródziemnomorskiej Europy. Może powoduje to klimat, a może większa otwartość, zaufanie, życzliwość do siebie nawzajem, wynikająca z mniejszej konkurencji na rynku kontaktów międzyludzkich, pracy, mniejszy poziom drobnej przestępczości, o wiele mniejszego zagęszczenia ludności, nawet w miastach. W Europie, zwłaszcza wschodniej, jesteśmy z góry nastawieni podejrzliwie w nieskrępowanych kontaktach na ulicy, czy w supermarkecie. Nie zostawiamy otwartego samochodu z kluczykami na podjeździe przed domem, nie od razu ufamy komuś, kto chce nam pomóc włożyć dużą paczkę do wozu. Z reguły nie dowierzamy usługodawcom, naprawiającym nam pękniętą rurkę w domu, sprawdzamy i pilnujemy. Od razu nastawiamy się negatywnie do wszelkich reklam produktów, oczekujemy że z pewnością wielka firma chce tylko na nas szybko zarobić, a nie zdobyć nasze zaufanie na lata. Tutaj jest odrobinę inaczej, ludzie mniej się takimi rzeczami stresują. Jeśli państwowa agenda publikuje wyniki jakości importowanej żywności, to większość temu wierzy, nie doszukując się działań złego lobbingu w rządzie. Policjant jest kimś kto ma służyć pomocą, a nie nękać nas egzekwowaniem przestrzegania nieżyciowych przepisów. Kasjerka w sklepie jest uśmiechnięta ze swej natury, a nie z rozkazu przełożonego. Zamiast powtarzać durne regułki - dziękuje i zapraszam ponownie - zagada na temat pogody, zażartuje na temat cen. Kierowca autobusu zaczeka aż pan w garniturze dobiegnie do drzwi, a potem od niechcenia zapyta staruszkę gdzie chce wysiąść, aby jej przypomnieć. Kiedy naprawiasz wóz przed domem, żaden przechodzień nie minie cię obojętnie. Jak zaprosisz gości na szampański wieczór, to dziwnym było by nie zaprosić sąsiadów, a najlepiej pójść do parku, czy na plażę i tam usmażyć grila, może ktoś ciekawy się przyłączy, po co zamykać się w czterech ścianach, albo w ogrodzie za wysokim płotem - wyjdźmy do ludzi - taki mają tu obyczaj. Z tych małych rzeczy składa się ta inność australijskiej atmosfery jaką tworzą tutejsi ludzie. Może dlatego czuję się tutaj bardziej na miejscu niż w Niemczech, czy Hiszpanii, mniej wyobcowany. A może to tylko złudzenie. W każdym razie, 12 dni po wyjeździe z Polski zupełnie zapomniałem o wszystkich sprawach jakie tam zostawiłem. Może to odległość, chociaż jak sobie ją uświadomić, wiele razy latałem samolotem i miesiące po wylądowaniu nie czułem się tak swojsko, bezpiecznie, i u siebie. Odległość to rzecz złudna, nawet jeśli oddalamy się samochodem. Równie dobrze mógłbym być na innej planecie, przestałem pamiętać o tym co było ważne w Polsce, przeniosłem się, chyba po raz pierwszy, całym sobą. A może to jednak tylko złudzenie? Myślenie jest zależne od punktu siedzenia. Jutro, pojutrze wyjedziemy z Perth, a pieniądze zaczną topnieć jak lody zapomniane na stole, w słoneczny dzień. Trzeba jednak uchwycić się nadziei, że coś pozytywnego się wydarzy. Przestać planować kolejne dni, tygodnie, a w zamian, z brawurą, porzucić przyszłość na rzecz nieskrępowanej zmartwieniami radości dnia dzisiejszego. Nie wymyślę żadnego, prawdopodobnego scenariusza na jutro. Nie powinienem oczekiwać 'złego', tylko dlatego, że zwykle czaiło się za zakrętem. Tutaj tyle rzeczy jest inne, przeciwstawne, do góry nogami, może należy oczekiwać czegoś odwrotnego niźli zwykle.

Kiedyś w bogatych dzielnicach Perth istniała instytucja wystawek. Jak ktoś robił wiosenne porządki w domu, to wystawiał niepotrzebne sprzęty na chodnik, tak jak dziś wystawia się w kartonie cytryny, albo pomarańcze, których nie sposób przejeść w domu, a drzewo w ogrodzie ugina się pod ciężarem owoców. Kto co potrzebował to brał, a resztę wywozili śmieciarze. Teraz tak robić nie wolno. Trzeba zamówić kontener, albo samemu wywieźć na śmietnisko. Tam dokonuje się selekcji i to co się nadaje, wystawia się na sprzedaż, za dość wysokie ceny. Społeczność jest niezadowolona, ale z pewnością ktoś na tym korzysta.

Są jeszcze składy czerwonego krzyża i innych agencji pomocowych, które w tanich pomieszczeniach wystawiają na sprzedaż, za symboliczne grosze, całkiem dobre ubrania i sprzęty gospodarstwa domowego. My udaliśmy się tam w pierwszej kolejności. Zanabyliśmy teflonowy garnek do naszego gospodarstwa, spodnie robocze i inne ciuchy. Wydaliśmy tyle co w polskiej ciuchbudzie.

Takie miejsca są zwykle obstawione przez imigrantów i emerytów, podobnie jak supermarkety Coles. Czasami trafi się tam promocja niższych cen niż w Polsce. Zwykle dobra wołowina jest tańsza od kurczaka, ale nie ma wyboru tanich serów, trudno znaleźć gazowaną wodę, a alkohol tylko w sklepach BWS. My tam kupujemy 4-ro litrowe kartony australijskiego wina. Nie pamiętam abym w Polsce kiedykolwiek pił tak dobre wino z butelki, jak z australijskiego kartonu za 10.50zł/litr. Karton jest hermetyczny, więc można go opróżniać spokojnie przez tydzień. Alkohol wysokoprocentowy jest 50% droższy niż w Polsce.

Wracając do cytrusów. Tutaj rosną w ogrodzie jak u nas jabłka, zresztą jabłka, gruszki, a nawet oliwki też tu są. Cytryny zrywa się prosto z drzewa, tak jak pomarańcze, można je jeść razem ze skórą, nie są pryskane, a skóra jest smaczna. Przez dwa tygodnie przyzwyczaiłem się jeść jedną cytrynę dziennie i kilka mini pomarańczy.

Nie byliśmy jedynymi obcymi w okolicy. Po sąsiedzku mieszkała Japonka, z wymiany młodzieży szkolnej. Uczyła się angielskiego i chodziła do szkoły razem z dziećmi lokalnymi. Spędzała weekendy w przyrodzie, razem z rodziną australijską, przeniosła kawałek japońskiej kultury na australijską ziemię. Pewnego dnia umówiliśmy się na spotkanie z polskimi imigrantami. Najpierw na stopie prywatnej, na piwo, w plażowej restauracji, a drugiego dnia w polskim klubie Cracovia, na wschodnich przedmieściach Perth. Przez parę godzin rozmawialiśmy po polsku, w klubie poczytaliśmy sobie menu restauracji, wypełnione staropolskim jadłem. Otoczyli nas normalni ludzie, jak z Polski, z normalnymi tematami rozmów, jak w Polsce. Tylko dzieci jakieś inne, między sobą rozmawiają po angielsku, a z rodzicami po polsku. Czasami nawet rodzicom, odpowiadają na polskie pytania po angielsku. Poczułem się obco. Już tak przyzwyczaiłem się do innej rzeczywistości, angielskiej rzeczywistości, że powrót na chwilę, tak z marszu, do polskiej codzienności okazał się dokuczliwy.

Umówiliśmy się na te spotkania aby rozeznać rynek możliwej emigracji. Tutaj co tydzień ktoś przyjeżdża i wchodzi na drogę wiodącą ku karcie stałego pobytu. Możliwości jest kilka. Najłatwiejsza, ale zarazem najbardziej żmudna, to zacząć kurs językowy, płatny co tydzień nie mniej jak 180AUD. Na czas kursu ma się stały pobyt w Australii i pozwolenie na pracę do 20 godzin tygodniowo. Pracę łatwo znaleźć przy pomocy polskich przyjaciół, tak samo jak pokój za minimum 150AUD tygodniowo. Teraz panuje tu kryzys na rynku pracy, spowodowany zastojem w nierentownych kopalniach, ale kto chce pracować, to bez problemu zarobi 20AUD na godzinę. W międzyczasie, będąc na kursie, należy szukać pracodawcy, który zatrudni na stałe i zapewni papier na pobyt i pracę. Wtedy też można założyć własną firmę. A jak się płaci podatki, to Australia chętnie przyjmuje. Aby zdobyć kartę pobytu stałego, zbiera się punkty za wykształcenie, wiek, stan zdrowia, rodzinę na karku, zdany egzamin z angielskiego.

Są inne drogi do Australii. Na przykład przez małżeństwo, doktorat, albo kontrakt na pracę, wtedy od razu ląduje się na wyspie i idzie do pracy. Tak emigruje większość młodych. Czyli ostatnia fala polskiej emigracji. Pierwsza nastąpiła tuż po wojnie. Nie mogli wrócić, tęsknili, budowali polskie kluby, małe przyczółki polskości z dala od ojczyzny. Druga fala przyszła w latach '80-tych. Ci mniej wzdychali, sami uciekli, bardziej zależało im na wpasowaniu się w zachodnią konsumpcję. Ale po latach, kiedy się dorobili, kiedy wyjazdy wakacyjne do Polski nie były tak przyjemne jak się tego spodziewali, zaczynali szukać swojej tożsamości. Nie potrafili przerobić się na Australijczyków, nie umieli stworzyć nowej klasy polskich emigrantów, więc kultywowali w stowarzyszeniach te wszystkie wartości jakie identyfikowali z polskością, religię, obyczaje, kuchnię, język, kulturę. W tym szukali głębszego sensu własnego istnienia i tam znajdowali dystans do polskiej rzeczywistości jaką widzieli po przyjeździe do Polski na wakacje. Z początku, w latach '90-tych rodzina i znajomi widzieli w nich chodzące pieniądze, potem po prostu obcych, abstrahujących od bieżącej sytuacji polityczno-społeczno-kulturalnej w Polsce. Krytykowali ich za to, że nic nie rozumieją, pchają swoje trzy grosze w sprawy ich nie dotyczące, nawołują do włączania wstecznego biegu. Rodzina w Polsce oczekiwała od nich, że przyjmą postawę turysty, a oni nadal czuli się Polakami. Więc się na Polskę obrażali, budowali swoje mikro-Polski, bardziej polskie od polskiego ideału.



  1   2   3   4   5   6   7   8   9   10   11


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna