Wydawnictwo sonia draga



Pobieranie 2,1 Mb.
Strona9/35
Data23.10.2017
Rozmiar2,1 Mb.
1   ...   5   6   7   8   9   10   11   12   ...   35

Podeszli mężczyźni. Tolland uśmiechnął się do Rachel.

Sporo wie o lodzie, prawda?

Na jego widok ogarnęła ją dziwna radość.

— Tak, jest cudowna.

— I dla twojej informacji... — Tolland pokiwał głową — datowanie doktor Mangor jest poprawne. NASA podała ten sam rok jeszcze przed naszym przyjazdem. Doktor Mangor wywierciła rdzenie, przeprowadziła własne badania i potwierdziła wyniki NASA.

Rachel była pod wrażeniem.

— Tak się składa, że w tysiąc siedemset szesnastym badacze zauważyli jasną kulę na niebie nad północną Kanadą — dodała Nora. — Od nazwiska kierownika ekspedycji meteor został nazwany Jungersolem.

— Zgodność datowania rdzeniowego z danymi historycznymi jest niezbitym dowodem na to — wtrącił Corky — że patrzymy na fragment tego samego meteorytu, który Jungersol zaobserwował w tysiąc siedemset szesnastym.

— Doktor Mangor! — zawołał jeden z robotników. — Szef mówi, że coś widać!

— Koniec wycieczki, proszę państwa — oznajmiła Nora. — Nadeszła chwila prawdy. — Stanęła na składanym krzesełku i co sił w płucach krzyknęła: — Wyłoni się za pięć minut!

Wszyscy ludzie w kopule, niczym psy Pawłowa reagujące na dzwonek, porzucili dotychczasowe zajęcia i przybiegli do strefy wydobycia.

Nora Mangor podparła się pod boki i rozejrzała dokoła.

— Dobra, podnieśmy tego „Titanica".


Rozdział 28

— Odsunąć się! — ryknęła Nora, przebijając się przez gęstniejący tłum. Ludzie się rozpierzchli. Nora przejęła kontrolę, z przesadną skrupulatnością sprawdzając kable i ich naprężenie.

— W górę! — wrzasnął jeden z pracowników NASA. Obsługa wyciągarek naprężyła muskuły i z otworów wysunęło się kolejne piętnaście centymetrów kabli.

Rachel czuła, jak tłum centymetr po centymetrze przesuwa się do przodu. Corky i Tolland mieli miny dzieci, które nie mogą się doczekać gwiazdkowych prezentów. Po drugiej stronie otworu stanął administrator NASA, potężnie zbudowany Lawrence Ekstrom.

— Już blisko! — zawołał ktoś. — Widać liny prowadzące! Stalowe plecionki ustąpiły żółtym łańcuchom.

— Jeszcze metr osiemdziesiąt! Ciągnąć równo!

Wokół rusztowania zapadło pełne skupienia nabożne milczenie, jak na seansie spirytystycznym, gdy wszyscy czekają na pojawienie się ducha i każdy chce zobaczyć go pierwszy.

I Rachel zobaczyła.

Pod coraz cieńszą warstwą lodu zarysowała się mglista forma meteorytu. Cień był podłużny i ciemny, z początku rozmazany. Z każdą chwilą stawał się wyraźniejszy, gdy kamień wędrował w górę, wytapiając lód.

— Mocniej! — krzyknął technik. Robotnicy wytężyli ramiona, rusztowanie zaskrzypiało.

— Jeszcze półtora metra! Pilnować, żeby naprężenie było jednakowe!

Rachel zauważyła, że lód nad kamieniem pęcznieje jak brzuch ciężarnej bestii, która zaraz zacznie rodzić. Rozpuszczał się szybko wokół miejsca rozgrzanego promieniem lasera. Otwór stawał się coraz większy.

— Szyjka macicy się rozszerza! Rozwarcie na dziewięćdziesiąt centymetrów!

Ciszę zmącił nerwowy śmiech.

— Dobra, wyłączyć laser!

Ktoś pstryknął przełącznikiem i promień zgasł.

A potem się stało.

Wielka skała z sykiem przebiła powierzchnię, materializując się w kłębach pary niczym paleolityczny bóg. Obsługa wyciągarek nacisnęła mocniej i nieregularna bryła uwolniła się z lodowych okowów. Zawisła, gorąca i mokra, nad otwartym szybem wypełnionym wrzącą wodą.

Rachel patrzyła jak zahipnotyzowana.

Chropawa powierzchnia lśniła we fluorescencyjnych światłach, przyczerniona i pomarszczona jak ogromna skamieniała śliwka. Z jednej strony skała była gładka i zaokrąglona, najwyraźniej wygładzona przez tarcie w drodze przez atmosferę.

Patrząc na osmaloną skorupę obtopieniową, Rachel niemal widziała meteor mknący ku Ziemi we wściekłej kuli płomieni. Nie do wiary, zdarzyło się to setki lat temu. Dziś okiełznana bestia wisi na linach, ociekając wodą.

Polowanie dobiegło końca.

Dopiero teraz Rachel w pełni zrozumiała dramatyczną wymowę tego wydarzenia; wiszący przed nią obiekt pochodzi z innego świata, odległego zapewne o miliony kilometrów. I zawiera oznaki — nie, dowody — świadczące o tym, że człowiek nie jest sam we wszechświecie.

W jednej chwili wszystkich ogarnęła euforia. Wybuchły spontaniczne okrzyki, rozległy się brawa. Nawet administrator dał się porwać ogólnemu entuzjazmowi. Klepał swoich ludzi po plecach, składał im gratulacje. Rachel cieszyła się z sukcesu NASA. W przeszłości prześladował ich pech. Wreszcie los się odmienił. Zasłużyli na tę chwilę.

Otwór ziejący w lodzie wyglądał teraz jak mały basen głęboki na sześćdziesiąt metrów. Rozkołysana woda jeszcze przez chwilę biła w lodowe ściany. Lustro znajdowało się dobre metr dwadzieścia poniżej krawędzi; różnica wynikała z ubytku meteorytu i właściwości wody, której objętość w stanie ciekłym jest mniejsza niż w stanie stałym.

Nora Mangor natychmiast rozstawiła słupki STASK. Szyb był dobrze widoczny, ale w tym przypadku należało podjąć wszelkie środki ostrożności. Każdy, kto wpadłby do dziury, znalazłby się w poważnych tarapatach. Ściany szybu tworzył idealnie gładki lód i wydostanie się o własnych siłach nie byłoby możliwe.

Lawrence Ekstrom podszedł do Nory Mangor i mocno uścisnął jej rękę.

— Dobra robota, doktor Mangor.

— Spodziewam się pochwał na piśmie — odparła.

— Załatwione. — Administrator odwrócił się do Rachel. Na jego uszczęśliwionej twarzy malowała się ogromna ulga. — I co, pani Sexton, profesjonalny niedowiarek jest przekonany?

Rachel musiała się uśmiechnąć.

— Oszołomiony, to lepsze słowo.

— Dobrze. Proszę ze mną.

Rachel podeszła z administratorem do wielkiej metalowej skrzyni, która przypominała przemysłowy kontener transportowy. Na boku pomalowanym w barwy kamuflujące widniały wypisane z użyciem szablonu litery: PSC11.

— Stąd zadzwoni pani do prezydenta — powiedział Ekstrom. Przenośny system bezpiecznej łączności, pomyślała Rachel.

Takie „budki telefoniczne" były standardowym elementem wyposażenia na polu bitwy, ale nie spodziewała się, że zobaczy jedną z nich w czasie pokojowej misji NASA. Z drugiej strony, za administratorem Ekstromem stoi Pentagon, więc NASA ma dostęp do takich zabawek. Surowe twarze dwóch uzbrojonych strażników świadczyły o tym, że kontakt ze światem zewnętrznym odbywa się wyłącznie za zgodą administratora.

Wygląda na to, że nie tylko ja jestem poza zasięgiem.

Ekstrom zamienił parę słów ze strażnikiem i wrócił do niej.

— Powodzenia — rzucił i odszedł.

Strażnik zapukał do drzwi. Technik otworzył je od środka i gestem zaprosił Rachel. Weszła za nim do przyczepy.

Wewnątrz było ciemno i duszno. W niebieskawym świetle samotnego monitora dostrzegła półki z aparaturą telefoniczną, radiową i sprzętem łączności satelitarnej. Ciasnota pomieszczenia mogła wpędzić w klaustro fobię. Było zimno jak w piwnicy w środku zimy.

— Proszę usiąść, pani Sexton. — Technik wysunął stołek na kółkach i ustawił go przed ekranem komputera. Gdy usiadła, przysunął mikrofon do jej ust i założył jej na głowę duże słuchawki. Sprawdził hasła w książce kodów i na stojącym w pobliżu urządzeniu wystukał drugi ciąg znaków. Na ekranie pojawił się zegar.

00:60 SEKUND.

Technik z zadowoleniem pokiwał głową, gdy zegar zaczął odliczać sekundy.

— Jedna minuta do połączenia. — Odwrócił się i wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Rachel usłyszała szczęk zamka.

Cudownie.

Czekając w ciemności i patrząc, jak zegar powoli odlicza sekundy, uświadomiła sobie, że to jej pierwsze chwile prywatności od wczesnego ranka. Obudziła się bez cienia przeczucia, że wydarzy się coś niezwykłego. Życie pozaziemskie. Tego dnia najpopularniejszy mit wszech czasów przestał być mitem.

Rachel zaczęła sobie uświadamiać destrukcyjny wpływ odkrycia meteorytu na kampanię ojca. Choć pod względem politycznym kwestia funduszy NASA nie mogła równać się z prawem do przerywania ciąży czy też opieką socjalną i zdrowotną, ojciec nadał jej taką rangę. A teraz gorzko tego pożałuje.

Za kilka godzin Amerykanie znów poczują dreszcz emocji związany z triumfem NASA. Marzyciele będą płakali z radości, a naukowcy rozdziawią usta ze zdumienia. Dziecięce marzenia się spełnią. Kwestie dolarów i centów zbledną w blasku tej doniosłej chwili. Prezydent odrodzi się niczym Feniks z popiołów i stanie się bohaterem, a w środku tej powszechnej radości atakujący go senator wyda się małostkowym łiczykrupą bez krzty amerykańskiego ducha przygody.

Komputer zapiszczał. Rachel podniosła głowę.

00:05 SEKUND.

Ekran zamrugał, ukazało się rozmazane godło Białego Domu. Po chwili jego miejsce zajęła znajoma twarz.

— Cześć, Rachel — powiedział prezydent Herney z figlarnym błyskiem w oku. — Przypuszczam, że miałaś interesujące popołudnie.
Rozdział 29

Biuro senatora Sedgewicka Sextona mieściło się w senackim biurowcu Philipa A. Harta, stojącym przy C Street na północny wschód od Kapitolu. Zdaniem krytyków gmach, złożony z białych prostokątnych brył, bardziej przypominał więzienie niż biurowiec. Wiele pracujących tam osób podzielało tę opinię.

Na drugim piętrze Gabrielle Ashe spacerowała szybko przed terminalem komputerowym. Na ekranie widniała wiadomość. Nie była pewna, co oznacza.

Pierwsze dwie linijki brzmiały zwyczajnie:

SEDGEWICK ZROBIŁ WRAŻENIE W CNN.

MAM DLA CIEBIE WIĘCEJ INFORMACJI.

Gabrielle otrzymywała podobne e-maile od kilku tygodni. Adres nadawcy był fikcyjny, choć zdołała wytropić domenę white-house.gov. Wyglądało na to, że tajemniczy informator pochodzi z Białego Domu. Kimkolwiek jest, stał się źródłem wszystkich cennych politycznie informacji, łącznie z tą o tajnym spotkaniu prezydenta z administratorem NASA.

Gabrielle z początku odnosiła się nieufnie do tych e-maili, ale ze zdumieniem stwierdziła, że są prawdziwe i pomocne — tajne informacje dotyczące ogromnych wydatków NASA i kosztów przyszłych misji, dane wskazujące, że program poszukiwania życia pozaziemskiego jest poważnie przeinwestowany i żałośnie bezowocny, a nawet wewnętrzne sondaże przestrzegające, że poruszenie kwestii NASA odbierze głosy prezydentowi.

Aby podnieść swoją wartość w oczach senatora, nie powiadomiła go, że otrzymuje bezinteresowną e-mailową pomoc z Białego Domu. Po prostu przekazywała mu informacje „z pewnego źródła". Sexton okazywał wdzięczność i był zbyt mądry, żeby wypytywać, skąd pochodzą. Wiedziała, że podejrzewa ją o świadczenie usług seksualnych. Jak na złość wydawało się, że wcale go to nie martwi.

Gabrielle przestała spacerować i jeszcze raz popatrzyła na nową wiadomość. Konotacje wszystkich e-maili były jasne: ktoś w Białym Domu chce, żeby senator Sexton wygrał wybory, i pomaga mu poprzez wskazywanie słabych stron NASA.

Ale kto? I dlaczego?

Szczur z tonącego okrętu, osądziła. W Waszyngtonie nie było niczym nadzwyczajnym, gdy przewidujący zmianę władzy pracownik Białego Domu po cichu oferował swoje usługi oczywistemu następcy w nadziei na zachowanie posady. Wyglądało na to, że ktoś postawił na zwycięstwo Sextona i wcześnie kupuje akcje.

Wiadomość widoczna na ekranie działała jej na nerwy. Różniła się od poprzednich. Dwie pierwsze linijki nie budziły zastrzeżeń, ale dwie ostatnie mocno ją strapiły.

WSCHODNIA BRAMA WIZYT, 16:30

PRZYJDŹ SAMA

Informator pierwszy raz poprosił o spotkanie — i to gdzie! Gabrielle spodziewałaby się bardziej dyskretnego miejsca na spotkanie twarzą w twarz. Wschodnia Brama Wizyt? O ile wiedziała, w Waszyngtonie jest tylko jedna taka brama. Przy Białym Domu? Czy to żart?

Nie mogła odpowiedzieć pocztą elektroniczną; jej wiadomości zawsze wracały jako nieodebrane. Konto korespondenta było anonimowe. Nic dziwnego.

Czy mam naradzić się z Sextonem? Szybko zadecydowała, że nie może tego zrobić. Senator jest na zebraniu. Ponadto, gdyby powiedziała mu o tym e-mailu, musiałaby wspomnieć o poprzednich. Uznała, że informator zaproponował jej spotkanie w publicznym miejscu w biały dzień, żeby czuła się bezpiecznie. Pomaga jej od dwóch tygodni. Musi być przyjacielem.

Przeczytała e-mail jeszcze raz i spojrzała na zegarek. Ma godzinę.
Rozdział 30

Administrator NASA uspokoił się, gdy meteoryt został wydobyty z lodu. Wszystko idzie jak z płatka, mówił sobie w drodze do stanowiska Michaela Tollanda. Teraz nic nas nie powstrzyma.

— Jak robota? — zapytał, stając przy naukowcu.

Tolland oderwał oczy od ekranu komputera. Był zmęczony, ale pełen entuzjazmu.

— Montaż prawie skończony. Właśnie wklejam materiał z wydobycia, nakręcony przez pańskich ludzi. Zaraz będzie gotowe.

— To dobrze. — Prezydent prosił o jak najszybsze przesłanie filmu do Białego Domu.

Ekstrom sceptycznie podchodził do udziału Michaela Tollanda w projekcie, ale obrobione z grubsza fragmenty dokumentu, które widział wcześniej, skłoniły go do zmiany zdania. Pełna werwy narracja gwiazdy telewizyjnej w połączeniu z wypowiedziami niezależnych naukowców tworzyła emocjonujący i zrozumiały piętnastominutowy program popularnonaukowy. Tolland bez wysiłku osiągnął to, co często nie udawało się NASA — przedstawił naukowe odkrycie w sposób zrozumiały dla przeciętnie inteligentnego Amerykanina, i to bez nutki protekcjonalności.

— Kiedy pan skończy — powiedział Ekstrom — proszę przynieść film do studia telewizyjnego. Każę przesłać cyfrową kopię do Białego Domu.

— Dobrze. — Tolland wrócił do pracy.

Ekstrom poszedł dalej. Kiedy zjawił się przy północnej ścianie, stwierdził, że „studio telewizyjne" habisfery prezentuje się bardzo ładnie. Na lodzie leżał wielki niebieski dywan, pośrodku stał długi konferencyjny stół z kilkoma mikrofonami, a w tle wisiał emblemat NASA i duża amerykańska flaga. Uwieńczeniem efektu dramatycznego był meteoryt, przyciągnięty na czymś w rodzaju sań i ustawiony na honorowym miejscu, tuż przed stołem.

Ekstrom z zadowoleniem stwierdził, że w studiu panuje radosny nastrój. Jego ludzie tłoczyli się wokół meteorytu jak obozowicze wokół ogniska, przykładając ręce do ciepłego jeszcze kamienia.

Uznał, że to właściwa chwila. Podszedł do tekturowych pudeł stojących na lodzie za studiem. Dziś rano kazał sprowadzić je z Grenlandii.

— Ja stawiam! — ryknął, podając puszki piwa uradowanemu personelowi.

— Hej, szefie! — krzyknął ktoś. — Dzięki! Nawet schłodzone! Ekstrom błysnął nieczęstym uśmiechem.

— Trzymałem je na lodzie.

Wszyscy się roześmiali.

— Chwileczkę! — zawołał ktoś, łypiąc na swoją puszkę. — To kanadyjskie! Gdzie pański patriotyzm?

— Mamy ograniczone możliwości finansowe, ludzie. To najtańszy browar, jaki mogłem znaleźć.

Przez kopułę przetoczyła się następna fala śmiechu.

— Uwaga, kupujący! — ryknął przez megafon pracownik ekipy telewizyjnej NASA. — Zaraz przechodzimy na oświetlenie studyjne. Możecie doznać czasowej ślepoty.

— Tylko nie całować się po ciemku — wrzasnął ktoś. — To program familijny!

Ekstrom zaśmiał się, zadowolony z tych żartów. Jego ekipa wprowadzała ostatnie poprawki w ustawieniu lamp i reflektorów punktowych.

Zmiana oświetlenia za pięć, cztery, trzy, dwie...

Gdy gasły halogeny, wnętrze kopuły zaczęło pogrążać się w mroku. Po paru sekundach nie paliła się ani jedna lampa. Zapadły nieprzeniknione ciemności.

Ktoś wrzasnął, udając przerażenie.

— Kto uszczypnął mnie w tyłek? — ryknął inny ze śmiechem. Po chwili rozbłysły jaskrawe światła. Wszyscy zmrużyli oczy.

Przemiana zakończona; północny kwadrant habisfery NASA przeobraził się w prawdziwe studio telewizyjne. Pozostała część kopuły wyglądała teraz jak otwarta na oścież stodoła, oświetlona jedynie przez nikły odblask reflektorów pod stropem. Puste stanowiska robocze rzucały długie cienie.

Ekstrom cofnął się w mrok, zadowolony, że jego zespół nie odstępuje oświetlonego meteorytu. Czuł się jak ojciec, który w Boże Narodzenie patrzy na dzieci bawiące się wokół choinki.

Bóg świadkiem, że na to zasłużyli, pomyślał, nie podejrzewając, jaka katastrofa ich czeka.
Rozdział 31

Pogoda się zmieniała.

Niczym żałobny zwiastun zbliżającej się wojny, wiatr zawył przeraźliwie i zatrząsł mocno schronieniem Delta Force. Delta Jeden skończył mocować dodatkowy tropik i wrócił do swoich partnerów. Przeżyli załamanie pogody już wcześniej. Burza nie powinna trwać długo.

Delta Dwa oglądał przekaz nadawany na żywo przez mikrobota.

— Popatrz na to — mruknął.

Delta Jeden przysunął się. Wnętrze habisfery spowijały ciemności, tylko w północnej części płonęły światła. Cała reszta była ledwo widoczna.

— To nic takiego. Wypróbowują telewizyjne oświetlenie na wieczór.

— Nie chodzi o światło. — Delta Dwa wskazał ciemną plamę na lodzie, wypełniony wodą szyb, z którego wydobyto meteor. — Tutaj jest problem.

Delta Jeden przyjrzał się otworowi. Otaczały go pachołki, powierzchnia wody wyglądała spokojnie.

— Nic nie widzę.

— Spójrz jeszcze raz. — Żołnierz pomanipulował joystickiem, przesuwając mikrobota w kierunku tafli wody.

Gdy Delta Jeden uważniej przyjrzał się ciemnej sadzawce, zobaczył coś, co sprawiło, że się wzdrygnął.

— Co do...

Delta Trzy przysunął się, żeby popatrzeć. On też był wstrząśnięty.

— Mój Boże. To szyb? Czy woda miała się tak zachowywać?

— Nie — odparł Delta Jeden. — Jasne jak słońce, że nie.


Rozdział 32

Choć Rachel Sexton siedziała w wielkim metalowym pudle pięć tysięcy kilometrów od Waszyngtonu, denerwowała się jak przed osobistą wizytą w Białym Domu. Obraz na ekranie wideofonu był krystalicznie czysty. Prezydent Zach Herney siedział w pokoju łączności przed prezydenckim godłem. Cyfrowe połączenie spisywało się idealnie i gdyby nie ledwo dostrzegalne opóźnienie w przekazie, można by sądzić, że rozmówca siedzi w sąsiednim pomieszczeniu.

Rozmowa miała optymistyczny, bezpośredni charakter. Prezydent nie był ani trochę zaskoczony i sprawiał wrażenie zadowolonego z pozytywnej oceny Rachel oraz wyboru zniewalająco przystojnego Michaela Tollanda na prezentera odkrycia NASA. Był w dobrodusznym, żartobliwym nastroju.

— Jestem pewna, że się ze mną zgodzisz — powiedział, poważniejąc. — W idealnym świecie konsekwencje tego odkrycia miałyby charakter wyłącznie naukowy. — Umilkł i pochylił się. Jego twarz wypełniła ekran. — Niestety, nie żyjemy w idealnym świecie i triumf NASA stanie się elementem politycznej gry w chwili, w której go ogłoszę.

— Biorąc pod uwagę dowody i status ludzi je weryfikujących, nie wyobrażam sobie, żeby społeczeństwo czy pańscy przeciwnicy mogli zrobić cokolwiek poza uznaniem odkrycia za fakt.

Herney zaśmiał się smutno.

— Moi polityczni oponenci wierzą w to, co widzą, Rachel. A obawiam się, że to, co zobaczą, wcale im się nie spodoba.

Rachel zwróciła uwagę na ostrożność prezydenta, który ani razu nie wspomniał ojej ojcu. Używał określeń „opozycja" i „przeciwnicy polityczni".

— Myśli pan, że z powodów politycznych opozycja zacznie krzyczeć o spisku?

— Taka jest natura gry. Wystarczy rzucić cień wątpliwości, wystarczy zasugerować, że odkrycie jest politycznym oszustwem obmyślonym przez NASA i Biały Dom, a stanę przed komisją śledczą. Media zapomną, że NASA znalazła dowód na istnienie życia pozaziemskiego, i skoncentrują się na szukaniu dowodów spisku. Każda insynuacja dotycząca odkrycia będzie niekorzystna dla nauki, niekorzystna dla Białego Domu, niekorzystna dla NASA i nie oszukujmy się, niekorzystna dla kraju.

— Dlatego wstrzymał się pan z ogłoszeniem odkrycia do czasu uzyskania potwierdzenia ze strony szanowanych niezależnych naukowców?

— Moim celem jest zaprezentowanie dowodów w sposób niebudzący wątpliwości i zduszenie w zarodku wszelkiego sceptycyzmu. Chcę, żeby to odkrycie potraktowano z szacunkiem, na jaki zasługuje. Na jaki zasługuje NASA.

Rachel siedziała jak na szpilkach. A czego chce ode mnie?

— Zajmujesz wyjątkową pozycję — kontynuował. — Z racji pracy zawodowej i oczywistych związków z moim przeciwnikiem masz ogromną wiarygodność.

Poczuła się rozczarowana. Zamierza mnie wykorzystać... dokładnie tak, jak powiedział Pickering!

— Dlatego chciałbym, żebyś osobiście potwierdziła to odkrycie, jako łącznik wywiadu Białego Domu... i jako córka mojego przeciwnika.

Stało się. Odkrył karty.

Heniey chce, żebym opowiedziała się po jego stronie.

Naprawdę myślała, że Zach Herney nie zniży się do polityki takiego rodzaju. Udzielenie przez nią publicznego poparcia sprawi, że odkrycie stanie się dla jej ojca sprawą osobistą; kwestionując wiarygodność odkrycia, senator podważyłby wiarygodność rodzonej córki, a to oznaczałoby wyrok śmierci dla człowieka prowadzącego kampanię pod hasłem „rodzina na pierwszym miejscu".

— Szczerze mówiąc, panie prezydencie — powiedziała, patrząc w monitor — jestem zdumiona pańską prośbą.

Prezydent wyglądał na zaskoczonego.

— Sądziłem, że pomożesz mi z przyjemnością.

— Z przyjemnością? Panie prezydencie, niezależnie od różnicy zdań między mną a ojcem ta prośba stawia mnie w trudnym położeniu. Mamy dość problemów bez ścierania się w pojedynku na śmierć i życie. Nie kryję swojej niechęci do tego człowieka, lecz on jest moim ojcem. Wystawianie mnie przeciwko niemu na forum publicznym naprawdę wydaje się posunięciem nielicującym z pańską godnością.

— Chwileczkę! — Herney podniósł ręce w geście kapitulacji. — Kto mówi o forum publicznym?

— Zakładam, że chciałby pan, abym dołączyła do administratora NASA w czasie wieczornej konferencji prasowej.

W głośnikach zadudniło parsknięcie.

— Rachel, za kogo ty mnie uważasz? Naprawdę sądziłaś, że poproszę cię o wbijanie ojcu noża w plecy na oczach milionów telewidzów?

— Przecież powiedział pan...

— I czy myślisz, że każę administratorowi NASA dzielić się poklaskiem z córką mojego arcywroga? Bez urazy, Rachel, ale ta konferencja prasowa będzie prezentacją naukową. Nie jestem pewien, czy twoja wiedza o meteorytach, skamieniałościach lub strukturach lodu przyczyniłaby się do zwiększenia jej wiarygodności.

Rachel zarumieniła się.

— Wobec tego... jaką pomoc miał pan na myśli?

— Odpowiednią do twojej pozycji.

— To znaczy?

— Jesteś łącznikiem wywiadu z Białym Domem. Wprowadzisz mój personel w kwestie wagi państwowej.

— Mam przekonać pański personel?

Herney wciąż był rozbawiony nieporozumieniem.

— Tak. Sceptycyzm, jakiemu stawię czoło na zewnątrz Białego Domu, jest niczym w porównaniu z tym, z czym spotykam się wewnątrz. Mam tutaj do czynienia z najprawdziwszym buntem. Straciłem wiarygodność. Moi współpracownicy błagali, żebym przestał finansować NASA. Zignorowałem ich prośby, co było politycznym samobójstwem.

— Do tej chwili.

— Otóż to. Jak mówiłem dziś rano, moment odkrycia wzbudzi podejrzenia politycznych sceptyków, a obecnie nikt nie jest bardziej sceptyczny od mojego personelu. Dlatego chciałbym, żeby informacja została podana przez...

— Nie powiedział pan swoim ludziom o meteorycie?

— Tylko najbliższym doradcom. Zachowanie odkrycia w tajemnicy było sprawą najwyższej wagi.

Rachel osłupiała. Nic dziwnego, że doszło do buntu.

— To nie moja dziedzina. Trudno uważać meteoryt za skrót powiązany z wywiadem.

— Nie w tradycyjnym rozumieniu. Lecz nie ulega wątpliwości, że z odkryciem wiążą się wszystkie aspekty twojej pracy. Masz dane, które należy przeanalizować, poważne konsekwencje polityczne...

— Nie jestem specjalistką od meteorytów, panie prezydencie. Czy to nie administrator NASA powinien wprowadzić pański personel?

— Chyba żartujesz! Wszyscy go nienawidzą. Z punktu widzenia mojego personelu, Ekstrom jest szarlatanem, który wciąga mnie w kolejne szalbierstwa.

Rachel rozumiała jego racje.

— A Corky Marlinson? Dostał medal za pracę naukową. Jest znacznie bardziej wiarygodny.

— Mój sztab składa się z polityków, Rachel, nie z naukowców. Poznałaś doktora Marlinsona. Jest wspaniały, ale jeśli postawię astrofizyka przed moim zespołem oszołomów, skończy się ogólnym paraliżem i wytrzeszczaniem oczu. Potrzebują kogoś... zwyczajnego. Ciebie, Rachel. Moi ludzie znają twoją pracę i biorąc pod uwagę nazwisko, jesteś idealnie bezstronnym rzecznikiem, którego wysłuchają bez zastrzeżeń.



1   ...   5   6   7   8   9   10   11   12   ...   35


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna