Wydawnictwo sonia draga



Pobieranie 2,1 Mb.
Strona8/35
Data23.10.2017
Rozmiar2,1 Mb.
1   ...   4   5   6   7   8   9   10   11   ...   35

— Przetrawiaj to powoli — poradził Tolland z uśmiechem. — Ja ochłonąłem po dwudziestu czterech godzinach.

— Widzę nową twarz — powiedział nietypowo wysoki Azjata, podchodząc do nich.

Wydawało się, że z Corky'ego i Tollanda w jednej chwili uszła para. Magiczna chwila przeminęła.

— Doktor Wailee Ming — przedstawił się przybysz. — Szef paleontologii na Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles.

Nosił się z pompatyczną wyniosłością renesansowego arystokraty, stale gładząc niedorzeczną muszkę. Ubrany był w długi do kolan płaszcz z wielbłądziej wełny. Wailee Ming należał do osób, które dbają o prezencję niezależnie od okoliczności.

— Rachel Sexton. — Ręka wciąż jej drżała, gdy potrząsała wypielęgnowaną dłonią mężczyzny. Ming musi być kolejnym cywilnym rekrutem prezydenta.

— Z przyjemnością, pani Sexton, powiem pani wszystko, co chce pani wiedzieć o tych skamielinach — oświadczył.

— I mnóstwo tego, czego nie chce pani wiedzieć — burknął Corky.

Ming musnął muszkę.

— Jako paleontolog specjalizuję się w badaniu wymarłych stawonogów i ptaszników. Najdziwniejszą cechą tego organizmu jest oczywiście to...

— ...że pochodzi z innej planety! — dokończył Corky. Ming ściągnął brwi i chrząknął.

— Najdziwniejszą cechą tego organizmu jest to, że idealnie pasuje do darwinowskiego systemu taksonomii i klasyfikacji.

Rachel popatrzyła na niego. Mogą to sklasyfikować?

— Chodzi panu o królestwo, typ, gatunek i tak dalej?

— Jak najbardziej. Ten okaz, gdyby został znaleziony na Ziemi, zostałby zaliczony do typu równonogów i do rzędu, który obejmuje około dwóch tysięcy gatunków stonóg.

— Stonoga? — zdumiała się. — Taka duża?

— Taksonomia nie bierze pod uwagę wielkości. Domowe koty i tygrysy są zaliczane do jednej rodziny. Klasyfikacja opiera się między innymi na pokrewieństwie. Ten okaz zdecydowanie jest stonogą. Ma spłaszczone ciało, siedem par odnóży i komorę lęgową, identycznie jak stonoga murowa, psotówka, kulanka i prosionek. Inne skamieliny wykazują bardziej wyspecjalizowane...

— Inne skamieliny?

Ming popatrzył na Corky'ego i Tollanda.

— Ona nie wie?

Tolland pokręcił głową.

Twarz Minga pojaśniała.

— Pani Sexton, nie słyszała pani najlepszego.

— Jest więcej skamieniałości — wtrącił Corky, wyraźnie próbując odebrać Mingowi część poklasku. — Znacznie więcej. — Podniósł dużą szarą kopertę i wyjął złożoną kartkę. Rozłożył ją na biurku przed Rachel. — Po wywierceniu kilku otworów opuściliśmy na dół kamerę rentgenowską. Oto graficzny obraz przekroju.

Rachel spojrzała na wydruk i natychmiast usiadła. Wnętrze meteorytu było usiane tuzinami robaków.

— Skamieniałości paleolityczne zwykle występują w dużych skupiskach — wyjaśnił Ming. — Często zsuwy błotne zabijają organizmy en masse, przykrywając gniazda albo całe społeczności.

Corky uśmiechnął się szeroko.

— Uważamy, że kolekcja w meteorycie reprezentuje gniazdo. — Wskazał na wydruku jeden okaz. — To mamusia.

Rachel spojrzała i opadła jej szczęka. Wyglądało na to, że rzeczony okaz ma ponad pół metra długości.

— Wyrośnięta, no nie? — zaśmiał się Corky.

Powoli pokiwała głową. Osłupiała, gdy wyobraziła sobie, że po jakiejś dalekiej planecie wędrują stonogi wielkie jak bochenki chleba.

— Na Ziemi — podjął Ming — stawonogi pozostały stosunkowo małe z powodu grawitacji. Nie urosły większe, bo szkielet zewnętrzny zarywałby się pod własnym ciężarem. Na planecie o mniejszej sile ciążenia mogły osiągnąć znacznie większe rozmiary.

— Wyobraźcie sobie, że opędzacie się od komarów wielkości kondorów — zażartował Corky, biorąc próbkę rdzeniową z rąk Rachel i wsuwając ją do kieszeni.

Ming ściągnął brwi.

— Lepiej tego nie kradnij!

— Nie gorączkuj się — odparł astrofizyk. — Mamy tego osiem top.

Analityczny umysł Rachel przetwarzał informacje.

— Ale jak życie z kosmosu może być tak bardzo podobne do ziemskiego? Mówicie, że ten okaz pasuje do darwinowskiej klasyfikacji?

— Idealnie — potwierdził Corky. — I niech pani wierzy albo nie, wielu astronomów przepowiedziało, że życie pozaziemskie będzie bardzo podobne do ziemskiego.

— Ale dlaczego? Przecież te organizmy żyły w zupełnie innym środowisku.

— Panspermia. — Corky uśmiechnął się szeroko.

— Słucham?

— Panspermia jest teorią, która mówi, że życie zostało przyniesione na Ziemię z innej planety.

Rachel wstała.

— Nie bardzo rozumiem.

Corky zwrócił się do Tollanda:

— Mike, ty jesteś specem od praoceanów. Tolland z zadowoleniem przejął pałeczkę.

— Kiedyś na Ziemi nie było życia. Wybuchło nagle, jakby z dnia na dzień. Wielu biologów uważa, że eksplozja życia nastąpiła w wyniku idealnego zmieszania pierwiastków w praoceanie. Ponieważ nikt nie zdołał odtworzyć tego cudu w laboratorium, uczeni religijni przyjęli to za dowód istnienia Boga. Oświadczyli, że życie nie mogłoby zaistnieć, gdyby Bóg nie dotknął praoceanu i nie tchnął w niego życia.

— Ale astronomowie wysunęli inną hipotezę — dodał Corky.

— Panspermia — powtórzyła Rachel, teraz rozumiejąc, o czym mówią. Słyszała wcześniej o tej teorii, choć nie znała jej nazwy. — Teoria mówiąca, że do pierwotnej zupy wpadł meteoryt, przynosząc na Ziemię pierwsze nasiona życia drobnoustrojowego.

— Bingo! — wykrzyknął Corky. — Mikroorganizmy, które uległy perkolacji, w wodzie zbudziły się do życia.

— Jeśli to prawda, pochodzenie ziemskich i pozaziemskich form życia byłoby tożsame.

— Podwójne bingo.

Panspermia, pomyślała Rachel, nadal nie mogąc ogarnąć wszystkich implikacji odkrycia.

— Ta skamieniałość świadczy nie tylko o istnieniu życia gdzieś we wszechświecie, ale praktycznie potwierdza teorię panspermii... że życie na Ziemi pochodzi z kosmosu.

— Potrójne bingo. — Corky z entuzjazmem pokiwał głową. — Formalnie rzecz biorąc, wszyscy możemy być kosmitami. — Przyłożył palce do czoła jak dwie antenki, zrobił zeza i wystawił język.

Tolland uśmiechnął się z politowaniem i popatrzył na Rachel.

— A ten facet jest szczytowym osiągnięciem naszej ewolucji.


Rozdział 25

Rachel Sexton szła przez habisferę jak we śnie. U jej boku kroczył Michael Tolland. Corky i Ming maszerowali tuż za nimi.

— Dobrze się czujesz? — zapytał Tolland.

Rachel spojrzała na niego z nikłym uśmiechem.

— Dzięki, po prostu... za dużo naraz.

Wróciła myślami do niesławnej wpadki NASA z roku 1996. ALH84001, marsjański meteoryt, wedle twierdzeń agencji zawierał skamieniałe ślady życia bakteryjnego. Parę tygodni po triumfalnej konferencji prasowej kilku cywilnych naukowców dowiodło, że skalne „ślady życia" są niczym więcej, jak tylko kerogenem10 wytworzonym przez ziemskie zanieczyszczenia. Wiarygodność NASA ogromnie ucierpiała z powodu tej gafy. „New York Times" skorzystał z okazji, żeby prześmiewczo zmienić akronim agencji: NASA — Nadmiernie Ambitne Stowarzyszenie Astronomów.

W tym samym numerze paleobiolog Stephen Jay Gould podsumował problemy z ALH84001 wykazując, że dowód miał charakter chemiczny i dedukcyjny, a nie „konkretny" w rodzaju niebudzącej wątpliwości kości czy muszli.

Teraz jednak Rachel zdała sobie sprawę, że NASA znalazła niezbity dowód. Żaden sceptyczny naukowiec nie mógł zakwestionować tych skamieniałości. Tym razem agencja nie przechwalała się niewyraźnymi powiększonymi zdjęciami rzekomych mikroskopijnych bakterii, lecz oferowała prawdziwe próbki meteorytowe, w których tkwiły organizmy widoczne gołym okiem. Półmetrowe stonogi!

Rachel uśmiechnęła się na myśl, że w dzieciństwie uwielbiała piosenkę Davida Bowie o „pająkach z Marsa". Nikt wtedy nie mógł nawet przypuszczać, jak bardzo androgyniczna gwiazda brytyjskiej muzyki pop zbliży się do przepowiedzenia największego przełomu w dziedzinie astrobiologii.

Słyszała w głowie dalekie tony piosenki, gdy podbiegł do niej Corky.

— Czy Mike już się pochwalił swoim dokumentem?

— Nie, ale posłucham z przyjemnością — odparła Rachel. Corky poklepał Tollanda po plecach.

— Śmiało, chłopie. Powiedz jej, dlaczego prezydent uznał, że najważniejsze odkrycie w historii nauki powinno zostać zaprezentowane przez ziemno-wodną gwiazdę telewizyjną.

Tolland jęknął.

— Corky, czy mógłbyś...

— Jasne, zaraz wyjaśnię. — Astrofizyk wcisnął się między nich. — Jak zapewne pani wiadomo, prezydent dziś wieczorem na konferencji prasowej powie światu o meteorycie. Ponieważ ogromna większość populacji świata składa się z półgłówków, poprosił Mike'a o prezentację łopatologiczną.

— Dzięki, Corky — mruknął Tolland. — Ładnie to ująłeś. — Popatrzył na Rachel. — Corky chciał powiedzieć, że prezydent uznał, iż dzięki krótkiemu filmowi dokumentalnemu informacje staną się przystępne dla przeciętnych Amerykanów, z których wielu, co dziwne, nie ma stopni naukowych z astrofizyki.

— Wie pani — rzekł Corky konfidencjonalnie — niedawno się dowiedziałem, że prezydent naszego państwa jest cichym fanem Niezwykłego świata oceanów. — Pokręcił głową z udawanym niesmakiem. — Zach Herney, władca wolnego świata, każe swojej sekretarce nagrywać filmy Mike'a, bo dzięki nim odreagowuje po ciężkim dniu.

Tolland wzruszył ramionami.

— Gość ma gust, co ja na to poradzę?

Rachel zaczynała pojmować maestrią planu prezydenta. Polityka jest grą medialną; Rachel potrafiła wyobrazić sobie entuzjazm i wiarygodność, jaką wzbudzi widok twarzy Michaela Tollanda na ekranie w czasie konferencji prasowej. Zach Herney zwerbował idealnego człowieka do rozreklamowania odkrycia NASA. Sceptycy będą mieli kłopot z zakwestionowaniem jego słów, jeśli potwierdzi je naczelna sława naukowa kraju wraz z kilkoma innymi szanowanymi badaczami cywilnymi.

— Mike zarejestrował już na wideo zeznania wszystkich cywilów i większości czołowych specjalistów NASA. Stawiam swój medal, że pani jest następna na liście — powiedział Corky.

Rachel zmierzyła go wzrokiem.

— Ja? O czym pan mówi? Nie mam odpowiednich kwalifikacji. Jestem łącznikiem wywiadu.

— W takim razie dlaczego prezydent panią tu przysłał?

— Jeszcze mi nie powiedział.

Corky uśmiechnął się z rozbawieniem.

— Jest pani łącznikiem wywiadu z Białym Domem, zajmuje się pani analizowaniem i potwierdzaniem informacji, zgadza się?

— Tak, ale nie naukowych.

— I jest pani córką człowieka, który opiera swoją kampanię na krytykowaniu agencji trwoniącej pieniądze w kosmosie?

Rachel już wiedziała, co zaraz usłyszy.

— Musi pani przyznać — wtrącił Ming — że pani oświadczenie nada dokumentowi całkowicie nowy wymiar wiarygodności. Prezydent przysłał tu panią, więc na pewno chce, żeby w jakiś sposób wzięła pani udział w prezentacji.

Rachel wspomniała słowa Williama Pickeringa, który uprzedzał, że prezydent zechce ją wykorzystać. Tolland spojrzał na zegarek.

— Zbierajmy się — powiedział, wskazując centrum habisfery. — Pewnie już się zbliża.

— Co? — zapytała Rachel.

— Czas wydobycia. NASA wyciąga meteoryt na powierzchnię. Powinien ukazać się lada chwila.

Rachel osłupiała.

— Naprawdę wyciągacie ośmiotonowy kamień spod lodu o grubości sześćdziesięciu metrów?

Corky zrobił triumfującą minę.

— Chyba pani nie sądziła, że NASA pozostawi to znalezisko pod lodem, prawda?

— Nie, ale... — Rachel nie dostrzegła w habisferze śladów zakrojonych na szeroką skalę wykopalisk. — Do licha, jak NASA zamierza go wyciągnąć?

— To nie problem — parsknął Corky. — Jest pani wśród specjalistów od rakiet!

— Gadanie. — Ming spojrzał na Rachel. — Doktor Marlinson lubi się popisywać. Prawda jest taka, że nie mieliśmy pojęcia, jak wydobyć meteoryt. Autorem rozsądnego rozwiązania jest doktor Mangor.

— Nie znam.

— Glacjolog z uniwersytetu w New Hampshire — wyjaśnił Tolland. — Czwarty i ostatni niezależny naukowiec zwerbowany przez prezydenta. I Ming ma rację. To Mangor jest pomysłodawcą.

— W porządku. Co zaproponował ten facet?

— Facetka — poprawił Ming takim tonem, jakby się w niej durzył. — Doktor Mangor jest kobietą.

— To kwestia dyskusyjna — burknął Corky, patrząc na Rachel. — Nawiasem mówiąc, doktor Mangor od razu panią znienawidzi.

Tolland obrzucił go wściekłym spojrzeniem.

— A żebyś wiedział! — bronił się Corky. — Znienawidzi rywalkę.

Rachel poczuła się zagubiona.

— Słucham? Rywalkę?

— Nie zwracaj na niego uwagi — poradził Tolland. — Na nieszczęście fakt, że Corky jest kompletnym kretynem, jakimś cudem umknął Państwowej Komisji Nauki. Świetnie się dogadacie. Doktor Mangor jest profesjonalistką, jednym z najlepszych glacjologów na świecie. Na parę lat praktycznie przeprowadziła się na Antarktykę, żeby badać ruch lodowców.

— Dziwne — wtrącił Corky. — Słyszałem, że na uniwerku w New Hampshire skwapliwie zgarnęli dotacje i wysłali ją na biegun, żeby mieć trochę spokoju i ciszy w kampusie.

Zdajesz sobie sprawę, że doktor Mangor omal tam nie zginęła'? — warknął Ming, oburzony tym komentarzem. — Zabłądziła w czasie burzy i przez pięć tygodni żywiła się foczym sadłem, zanim ją znaleziono.

Corky szepnął do Rachel:

— Słyszałem, że nikt jej nie szukał.
Rozdział 26

Gabrielle Ashe jazda limuzyną ze studia CNN do biura Sextona bardzo się dłużyła. Senator siedział naprzeciwko niej, wyglądając przez okno, najwyraźniej zadowolony z przebiegu debaty.

— Wysłali Tench do popołudniowego programu w kablówce — powiedział, odwracając uśmiechniętą twarz. — Biały Dom zaczyna panikować.

Gabrielle niezobowiązująco pokiwała głową. Tuż przed odjazdem dostrzegła zadowolenie na twarzy Marjorie Tench. To ją zaniepokoiło.

Zadzwonił telefon komórkowy i Sexton sięgnął do kieszeni. Jak większość polityków, miał hierarchię numerów telefonicznych, pod którymi był dostępny w zależności od rangi tego, kto chciał się z nim skontaktować. Osoba telefonująca w tej chwili zajmowała miejsce na samym początku listy; dzwoniła na prywatny numer, z którego nie śmiała korzystać nawet Gabrielle.

— Senator Sedgewick Sexton — powiedział, akcentując melodyjne brzmienie ciągu słów.

W szumie silnika limuzyny Gabrielle nie słyszała, co mówi rozmówca. Sexton wysłuchał uważnie i odparł z entuzjazmem:

— Fantastycznie. Cieszę się, że pan zadzwonił. O szóstej? Doskonale. Mam apartament w mieście. Prywatny. Wygodny. Zna pan adres, prawda? W porządku. Czekam. Do zobaczenia wieczorem.

Rozłączył się. Wyglądał na zadowolonego z siebie.

— Nowy sympatyk Sextona? — zapytała Gabrielle.

— Mnożą się. Ten facet jest zawodnikiem wagi ciężkiej.

— Nie wątpię. Spotkasz się z nim w mieszkaniu? — Sexton zwykle bronił uświęconej prywatności swojego apartamentu jak lew, któremu pozostała tylko jedna kryjówka.

Wzruszył ramionami.

— Tak. Uznałem, że odrobina domowej atmosfery nie zaszkodzi. Ten facet może zwiększyć przyspieszenie mojej kampanii na ostatniej prostej.

Gabrielle pokiwała głową, wyciągając terminarz.

— Wpisać go?

— Nie ma potrzeby. I tak zamierzałem spędzić wieczór w domu. Gabrielle znalazła odpowiednią stronę i zobaczyła wypisane przez Sextona wielkie litery „PW". Nikt nie miał pewności, co oznacza skrót — prywatny wieczór, prywatną wizytę czy może pieprzyć wszystkich. Od czasu do czasu senator rezerwował sobie wieczór, żeby zaszyć się w swoim apartamencie, wyłączyć telefony i robić to, co lubił najbardziej — sączyć brandy ze starymi kumplami i udawać, że zapomniał o polityce.

Gabrielle popatrzyła na niego ze zdziwieniem.

— Naprawdę pozwolisz, żeby interesy przeszkodziły ci w z góry zaplanowanym PW? Jestem pod wrażeniem.

— Facet przypadkiem złapał mnie akurat wtedy, kiedy mam trochę wolnego czasu. Poświęcę mu parę minut. Posłucham, co ma do powiedzenia.

Chciała zapytać, kim jest tajemniczy rozmówca, ale Sexton już mówił ogólnikowo. Gabrielle nauczyła się, kiedy nie należy być wścibską.

Gdy zjechali z obwodnicy i skręcili w kierunku senackiego biurowca, zerknęła na terminarz z zaznaczonym PW. Miała dziwne wrażenie, iż Sexton dobrze wiedział, że facet zadzwoni.


Rozdział 27

Na lodzie pośrodku habisfery NASA stał wysoki na pięć i pół metra trójnóg, który wyglądał jak skrzyżowanie wieży wiertniczej z nieudanym modelem wieży Eiffela. Rachel przyjrzała się konstrukcji, nie bardzo wiedząc, jak może zostać użyta do wydobycia ogromnego kamienia.

Pod wieżą, na stalowych płytach przymocowanych do lodu wielkimi bolcami, ustawiono kilka wyciągarek. Stalowe liny przechodziły przez serię bloczków na szczyt wieży, a stamtąd opadały pionowo w dół i nikły w wąskich otworach wywierconych w lodzie. Kilku rosłych pracowników NASA zmieniało się przy kołowrotach. Liny powoli wysuwały się z otworów, jakby ludzie podnosili kotwicę.

Najwyraźniej coś mnie ominęło, pomyślała Rachel, gdy wraz z innymi podeszła do miejsca wydobycia. Wydawało się, że ludzie wyciągają meteoryt bezpośrednio przez lód.

— Równo, do cholery! — W pobliżu rozległ się głos nacechowany wdziękiem piły łańcuchowej.

Rachel zobaczyła niską kobietę w jasnożółtym kombinezonie zabrudzonym smarem. Stała odwrócona plecami, lecz nietrudno było zgadnąć, że to ona dowodzi operacją. Z podkładką do pisania w ręku, chodziła w tę i z powrotem jak wściekły sierżant podczas musztry.

Tylko mi nie mówcie, panienki, że bolą was rączki! Corky zawołał:

— Hej, Noro, przestań się wyżywać na tych biednych chłopakach i chodź poflirtować ze mną!

Kobieta nawet się nie obejrzała.

— To ty, Marlinson? Wiedziałam, że skądś znam ten wątły głosik. Zgłoś się, jak wejdziesz w okres dojrzewania.

Corky odwrócił się do Rachel.

— Urok Nory zwala z nóg.

— Słyszałam, astrologu — warknęła doktor Mangor, nie przestając notować. — I jeśli już musisz czepiać się mojego tyłka, to wiedz, że te ciepłe portki dodają piętnaście kilo.

— Nie ma obawy! — krzyknął Corky. — Nie twój mamuci tyłek doprowadza mnie do szaleństwa, tylko ujmujący charakter.

— Spadaj.

Corky znów się roześmiał.

— Mam wspaniałe wieści, Noro. Wygląda na to, że nie jesteś jedyną kobietą zwerbowaną przez prezydenta.

— Nie chrzań. Zwerbował ciebie.

Docinki przerwał Tolland.

— Noro, znajdziesz chwilę, żeby kogoś poznać?

Na dźwięk głosu Tollanda Nora przestała notować i odwróciła się. Jej ton natychmiast złagodniał.

— Mike! — Podeszła do niego z uśmiechem. — Nie widziałam cię od kilku godzin.

— Montowałem dokument.

— Jak wypadłam?

— Mądrze i ślicznie.

— Użył efektów specjalnych — skomentował Corky.

Nora zignorowała tę uwagę, patrząc na Rachel z uprzejmym, choć pełnym rezerwy uśmiechem. Przeniosła spojrzenie na Tollanda.

Jego przystojna twarz zarumieniła się lekko, gdy dokonywał prezentacji.

— Noro, poznaj Rachel Sexton. Pani Sexton pracuje w wywiadzie NRO i przybyła tutaj na prośbę prezydenta. Jest córką senatora Sedgewicka Sextona.

Nora wyglądała na zmieszaną.

— Nie będę udawała, że rozumiem. — Nie zdejmując rękawic, bez entuzjazmu uścisnęła dłoń Rachel. — Witamy na końcu świata.

Rachel uśmiechnęła się.

— Dzięki. — Z zaskoczeniem stwierdziła, że na przekór szorstkiemu głosowi Nora Mangor ma miłą, wesołą twarz. Jej obcięte na chłopaka brązowe włosy przetykane były siwizną, a bystre, przenikliwe oczy przypominały dwa kryształy lodu. Emanująca z nich stalowa pewność siebie spodobała się Rachel.

— Noro, powiesz Rachel, co robisz? — zapytał Tolland.

Nora uniosła brwi.

— Już jesteście po imieniu?

Corky jęknął.

— A nie mówiłem, Mike?

Nora Mangor prowadziła Rachel wokół wieży, a mężczyźni szli za nimi, rozmawiając.

— Widzi pani te otwory pod trójnogiem? — zapytała Nora, wyciągając rękę. Już nie była nadąsaną damą, tylko naukowcem rozkochanym w swojej pracy.

Rachel pokiwała głową, patrząc na dziury w lodzie. Miały około trzydziestu centymetrów średnicy i w każdej z nich mknęła stalowa lina.

— Te dziury pozostały po odwiertach, gdy pobieraliśmy próbki i prześwietlaliśmy meteoryt. Użyliśmy ich do opuszczenia wkrętów z oczkami, które wkręciliśmy w meteoryt. Następnie opuściliśmy do otworów kilkadziesiąt metrów plecionej liny, zaczepiliśmy haki o oczka i teraz wyciągamy kamień na powierzchnię. Te panienki markują robotę od kilku godzin, ale jakoś idzie.

— Nie jestem pewna, czy nadążam — powiedziała Rachel. — Meteoryt jest przykryty tysiącami ton lodu. Jak go podnosicie?

Nora wskazała szczyt rusztowania, skąd spływał pionowo wąski promień czerwonego światła. Rachel zauważyła go wcześniej, ale założyła, że to po prostu wskaźnik znaczący położenie obiektu.

— To półprzewodnikowy laser arsenkowo-galowy.

Rachel przyjrzała się uważniej i zobaczyła, że wiązka światła wnika w głąb lodu przez wytopioną dziurkę.

— Wiązka jest bardzo gorąca — dodała Nora. — Podgrzewamy meteoryt w trakcie podnoszenia.

Rachel była pod wrażeniem, kiedy zrozumiała genialną prostotę planu. Nora po prostu wycelowała laser w dół, przetapiając warstwę lodu. Kamień, zbyt gęsty, by ulec stopieniu, zaczął chłonąć ciepło, aż w końcu rozgrzał się na tyle, że rozpuścił otaczający go lód. Gdy ludzie podciągali gorący meteoryt, lód topił się pod wpływem ciepła i nacisku. Woda spływała wokół kamienia, napełniając wytopiony szyb.

Jak krojenie gorącym nożem kostki zamarzniętego masła.

Nora wskazała obsługę wyciągarek.

— Generatory nie poradzą sobie z takim obciążeniem, więc używam siły ludzkich mięśni.

— Gówno prawda! — warknął jeden z robotników. — Używa siły ludzkich mięśni, bo lubi patrzeć, jak się pocimy!

— Wyluzuj się — odpaliła Nora. — Od dwóch dni narzekaliście na zimno. Znalazłam na to lekarstwo. Kręć, nie pyskuj.

Mężczyźni się roześmieli.

— A to do czego służy? — Rachel wskazała kilka pomarańczowych stożków drogowych stojących wokół wieży w pozornie przypadkowych miejscach. Widziała wiele podobnych w całej kopule.

— To niezwykle ważne narzędzia geologiczne — odparła Nora. — Nazywamy je STASK-ami. To skrót od „stań tutaj, a skręcisz kostkę". — Podniosła stożek, żeby pokazać okrągły otwór, który niczym bezdenna studnia schodził w głąb lodowca. — Lepiej tutaj nie stawać. — Odstawiła stożek. — Zrobiliśmy odwierty, żeby zbadać ciągłość strukturalną lodowca. Jak w archeologii: głębokość zalegania obiektu pomaga określić czas, jaki upłynął od chwili, gdy się tam znalazł. Im większa głębokość, tym dłuższy czas. W przypadku lodu pobieramy próbki rdzeniowe i badamy warstwy, które narosły od czasu zdeponowania. Aby zweryfikować datowanie, wykonujemy odwierty w wielu miejscach. Sprawdzamy, czy lodowiec jest jednolitą płytą, nienaruszoną przez trzęsienia ziemi, własny ruch, lawiny i tym podobne.

— Co może pani powiedzieć o tym lodowcu?

— Jest w idealnym stanie. Jednolita solidna płyta. Nie ma uskoków ani spękań. Ten meteoryt należy do tak zwanych obiektów statycznych. Leżał w lodzie nietknięty i nienaruszony od chwili upadku w roku tysiąc siedemset szesnastym.

— Zna pani dokładny rok? — zdumiała się Rachel.

Nora zrobiła zdziwioną minę.

— Tak, do licha. Dlatego mnie wezwali. Czytam w lodzie jak w otwartej księdze. — Wskazała leżący niedaleko stos cylindrycznych bloków lodu. Wyglądały jak przezroczyste słupy telefoniczne oznaczone pomarańczowymi plakietkami. — Te rdzenie są zamrożoną dokumentacją geologiczną. — Podprowadziła Rachel do sterty. — Z bliska zobaczy pani warstwowanie.

Rachel przykucnęła i stwierdziła, że słupy składają się z lodowych warstw, różniących się nieznacznie pod względem jasności i przejrzystości. Jedne były cienkie jak papier, inne miały ponad pół centymetra grubości.

— Każda zima przynosi opady śniegu — mówiła Nora — a każda wiosna powoduje częściowe stopienie pokrywy. Co sezon przybywa nowa skompresowana warstwa. Zaczynamy od góry, od ostatniej zimy, i liczymy w dół.

— Jak słoje w pniu drzewa.

— To nie takie proste, pani Sexton. Proszę pamiętać, rdzenie mają łącznie dziesiątki metrów. Musimy odczytywać markery klimatyczne i przeprowadzać badania porównawcze w oparciu o dane dotyczące opadów, zanieczyszczeń atmosferycznych i tak dalej.



1   ...   4   5   6   7   8   9   10   11   ...   35


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna