Wydawnictwo sonia draga



Pobieranie 2,1 Mb.
Strona7/35
Data23.10.2017
Rozmiar2,1 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   10   ...   35

Tolland mrugnął do Rachel, jakby chciał powiedzieć: „cierpliwości".

— Musisz to jakoś wytrzymać. Ten facet naprawdę chciał zostać aktorem.

— Tak, a Mike szanowanym naukowcem. — Corky pogrzebał w pudełku po butach, wyjął trzy niewielkie kawałki skał i ułożył je na biurku. — To trzy główne rodzaje meteorytów.

Rachel popatrzyła na próbki, nieregularne sferoidy wielkości piłek golfowych. Każda została przecięta na pół, żeby widać było przekrój.

— Meteoryty różnią się pod względem ilości stopów niklowo-żelazowych, krzemianów i siarczków — mówił Corky. — Klasyfikujemy je na podstawie stosunku metali do krzemianów.

Rachel przeczuwała, że wykład Corky'ego Marlinsona potrwa znacznie dłużej niż trzydzieści sekund.

— Ta pierwsza próbka... — Wskazał lśniący, czarny jak smoła kamień. — Meteoryt żelazny. Bardzo ciężki gość. Wylądował na Antarktyce kilka lat temu.

Rachel przyjrzała się meteorytowi. Zdecydowanie wyglądał na obiekt nie z tego świata — gruda ciężkiego szarawego żelaza ze spaloną, poczerniałą powłoką.

— Ta osmalona zewnętrzna warstwa zwana jest skorupą obtopieniową — wyjaśnił Corky. — Powstaje wskutek działania wysokich temperatur, gdy meteor przechodzi przez atmosferę. Wszystkie meteoryty wykazują obecność takiego obtopienia. — Przeszedł do następnej próbki. — A tutaj mamy meteoryt żelazno-kamienny.

Rachel przyjrzała się próbce. Ta również była przyczerniona, miała jednak zielonkawe zabarwienie, a przekrój przypominał kalejdoskopową układankę z kolorowych, kanciastych kryształów.

— Ładne — mruknęła.

— Ładne? Olśniewające! — Corky mówił przez minutę o wysokiej zawartości oliwinu, który nadał meteorytowi zielonkawy połysk, a potem dramatycznym gestem sięgnął po trzecią próbkę.

Trzymała w dłoni ostatni meteoryt. Ten był szarawo-brązowy, podobny do granitu, ale trochę cięższy. Jedynie ciemna skorupa obtopieniowa wskazywała, że nie jest zwyczajnym kamieniem.

— To meteoryt kamienny — wyjaśnił Corky. — Najpospolitszy rodzaj. Do tej kategorii należy ponad dziewięćdziesiąt procent meteorytów znajdowanych na Ziemi.

Rachel była zaskoczona. Zawsze myślała, że wszystkie meteoryty są podobne do pierwszej próbki — metaliczne, obłe grudy, obce już na pierwszy rzut oka. Kamień w jej ręku wcale nie wyglądał na przybysza z kosmosu. Pomijając spaloną powierzchnię, przypominał otoczaka, na którego mogłaby nastąpić na plaży.

Oczy Corky'ego zaokrągliły się z podniecenia.

— Meteoryt pogrzebany w Lodowcu Milne'a jest kamienny, podobny do tego, który pani trzyma. Kamienne meteoryty są niemal identyczne z ziemskimi skałami magmowymi, co sprawia, że trudno je wypatrzyć. Zwykle tworzy je mieszanina lekkich krzemianów — skalenie, oliwin, pirokseny. Nic ekscytującego.

Też tak sądzę, pomyślała Rachel, oddając mu próbkę.

— Wygląda jak kamień przypalony w palenisku.

Corky parsknął śmiechem.

— Nie byle jakim palenisku! Największy wielki piec zbudowany przez człowieka nawet w przybliżeniu nie wytwarza ciepła&&, które oddziałuje na meteoroidy wchodzące w naszą atmosferę. To dla nich piekło!

Tolland obdarzył Rachel współczującym uśmiechem.

— Teraz będzie najlepsze.

— Proszę sobie wyobrazić... — ciągnął Corky, biorąc próbkę z jej ręki — proszę sobie wyobrazić, że ten kamyk jest wielkości domu. — Podniósł próbkę nad głowę. — Dobra... jest w kosmosie... leci przez nasz Układ Słoneczny... schłodzony do minus stu stopni Celsjusza.

Tolland zaśmiał się pod nosem. Najwyraźniej już widział odtworzone przez Corky'ego przybycie meteorytu na Wyspę Ellesmere'a.

Corky zaczął opuszczać próbkę.

— Nasz meteor leci w kierunku Ziemi... ściąga go nasza grawitacja... przyspiesza... przyspiesza...

Rachel patrzyła, jak Corky zwiększa prędkość lotu próbki, naśladując przyspieszenie nadawane przez grawitację.

— Teraz pędzi naprawdę szybko! — krzyczał Corky. — Ponad piętnaście kilometrów na sekundę, niemal sześćdziesiąt tysięcy kilometrów na godzinę! Sto trzydzieści pięć kilometrów nad powierzchnią Ziemi wchodzi w atmosferę i podlega działaniu sił tarcia. — Mocno potrząsał próbką, opuszczając ją w kierunku lodu. — Na wysokości stu kilometrów zaczyna się żarzyć! Gęstość atmosfery wzrasta, tarcie jest niewiarygodne. Powietrze wokół meteoroidu rozjarza się, gdy ciepło topi powierzchnię. — Corky wzbogacił narrację o efekty dźwiękowe, sycząc i skwiercząc. — Mija wysokość osiemdziesięciu kilometrów, powierzchnia nagrzewa się do ponad tysiąca ośmiuset stopni Celsjusza!

Rachel patrzyła z niedowierzaniem, jak wybrany przez prezydenta, wyróżniony medalem astrofizyk jeszcze mocniej potrząsa meteorytem, radośnie posykując i parskając.

— Sześćdziesiąt kilometrów! — krzyknął. — Nasz meteoroid zderza się z murem atmosferycznym. Powietrze jest zbyt gęste! Gwałtownie o trzysta razy zmniejsza prędkość. — Corky zapiszczał jak hamujący samochód i dramatycznie spowolnił opadanie. — Meteor błyskawicznie stygnie i przestaje się żarzyć. Tracimy go z oczu. Powierzchnia twardnieje, płynny materiał zastyga w skorupę obtopieniową.

Rachel usłyszała jęk Tollanda, gdy Corky ukląkł na lodzie, żeby wykonać coup de grace — zderzenie z powierzchnią Ziemi.

— Teraz nasz wielki meteoryt mknie przez dolną warstwę atmosfery... — Klęcząc, Corky opuszczał skalę ukosem. — Leci w stronę Oceanu Arktycznego... schodzi pod niewielkim kątem... opada... wygląda na to, że przeskoczy nad oceanem... opada... i... — Dotknął próbką lodu. — BUM!

Rachel podskoczyła.

— Zderzenie jest katastrofalne! Meteoryt eksploduje. Oderwane fragmenty koziołkują nad wodą. — Corky w zwolnionym tempie obracał próbkę, przenosząc ją nad niewidzialnym oceanem w kierunku stóp Rachel. — Jeden kawałek szybuje ku Wyspie Ellesmere'a... — Przysunął próbkę do jej nogi. — Przemyka nad oceanem, spada na ląd... — Przetoczył próbkę po czubku buta i wturlał na podbicie, blisko kostki. — Wreszcie spoczywa wysoko na Lodowcu Milne'a, gdzie szybko przykrywa go śnieg i lód, chroniąc przed erozją.

Rachel zaśmiała się z uznaniem.

— Doktorze Marlinson, wyjaśnienie było nadzwyczaj...

— Obrazowe? — podsunął Corky. Uśmiechnęła się.

— Można tak powiedzieć. Corky podał jej próbkę.

— Proszę spojrzeć na przekrój.

Rachel przez chwilę przyglądała się wnętrzu skały, nie widząc niczego niezwykłego.

— Nachyl w stronę światła — podpowiedział Tolland ciepłym, życzliwym głosem. — I przyjrzyj się z bliska.

Rachel podniosła skałę do oczu i nachyliła ją w stronę jaskrawych halogenów płonących pod sklepieniem. Zobaczyła tuziny maleńkich metalicznych kuleczek. Miały około milimetra średnicy i lśniły jak kropelki rtęci.

— Te małe bąbelki zwane są chondrami — wyjaśnił Corky. — Występują wyłącznie w meteorytach.

Rachel zmrużyła oczy, patrząc na kuleczki.

Zgadza się, nigdy nie widziałam czegoś podobnego w ziemskich skałach.

— I pani nie zobaczy! — oświadczył Corky. — Te struktury geologiczne po prostu nie występują na Ziemi. Niektóre są wyjątkowo stare, być może zbudowane z pierwotnej materii kosmicznej. Inne są znacznie młodsze, jak te w pani ręku. Chondry w tym meteorycie mają tylko około stu dziewięćdziesięciu milionów lat.

— Tylko?

— Jasne! W kategoriach geologicznych powstały zaledwie wczoraj. Ale rzecz w tym, że obecność chondr jednoznacznie świadczy o tym, iż mamy do czynienia z meteorytem.

— W porządku, rozumiem. Chondry przesądzają sprawę.

— Na koniec — Corky westchnął — jeśli nie przekonała pani skorupa obtopieniowa i chondry, my, astronomowie, mamy prosty sposób na potwierdzenie pochodzenia próbki.

— Mianowicie?

Corky nonszalancko wzruszył ramionami.

— Używamy petrograficznego mikroskopu polaryzacyjnego, spektrometru rentgeno-fluorescencyjnego, analizatora aktywacji neutronowej albo spektrometru do zmierzenia proporcji ferromagnetyków.

Tolland jęknął.

— Teraz się popisuje. Chodzi mu po prostu o analizę składu chemicznego.

— Hej, gwiazdorze! Naukę zostaw naukowcom! — parsknął Corky. Do Rachel zaś powiedział: — Skały ziemskie charakteryzują się albo bardzo wysoką, albo bardzo niską zawartością mineralnego niklu. W meteorytach mamy wartości pośrednie. Tym samym, jeśli procentowy udział niklu mieści się w średnim przedziale, to analizowana próbka jest meteorytem, bez cienia wątpliwości.

Rachel zaczęła się irytować.

— W porządku, panowie, skorupa obtopieniowa, chondry i średnia zawartość niklu świadczą o pozaziemskim pochodzeniu próbki. Rozumiem. — Położyła meteoryt na stole. — Ale co z tego? I co ja tu robię?

Corky westchnął uroczyście.

— Chce pani zobaczyć próbkę meteorytu, który NASA znalazła w lodzie pod nami?

Błagam, zanim tu umrę.

Tym razem Corky sięgnął do kieszeni na piersi i wyjął niewielką kamienną tarczkę. Plasterek skały wielkości płyty CD miał nieco ponad centymetr grubości i pod względem budowy przypominał kamienny meteoryt, który przed chwilą oglądała.

— To fragment próbki rdzeniowej, którą wywierciliśmy wczoraj. — Corky podał jej dysk.

Zdecydowanie nie robił piorunującego wrażenia. Pomarańczowo-biała, ciężka skała, z jednej strony obtopiona i czarna. Najwyraźniej próbka pochodziła z powłoki meteorytu.

— Widzę skorupę obtopieniowa — powiedziała Rachel.

Corky pokiwał głową.

— Tak, próbka została pobrana z zewnętrznej warstwy, dlatego jest trochę obtopiona.

Rachel przechyliła dysk do światła i zauważyła maleńkie metaliczne kuleczki.

— Widzę też chondry.

— Dobrze — pochwalił Corky głosem drżącym z podniecenia. — I mogę pani zdradzić, że badanie pod petrograficznym mikroskopem polaryzacyjnym wykazało średnią zawartość niklu, zupełnie inną niż w skałach ziemskich. Gratulacje, dowiodła pani, że skała, którą trzyma pani w dłoni, pochodzi z kosmosu.

Rachel podniosła głowę, skonsternowana.

— Doktorze Marlinson, to meteoryt. Powinien pochodzić z kosmosu. Czyżbym coś przeoczyła?

Corky i Tolland wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Tolland położył rękę na jej ramieniu i szepnął:

— Przewróć na drugą stronę.

Rachel przekręciła tarczkę. Przez chwilę jej mózg przetwarzał informacje, jakich dostarczały oczy.

Prawda uderzyła ją jak rozpędzona ciężarówka.

Niemożliwe!, wykrzyknęła w duchu, wiedząc, że jej definicja „niemożliwego" zmieniła się raz na zawsze. W skale tkwiła forma, której obecność w ziemskich skałach nie jest niczym niezwykłym, ale w meteorycie była absolutnie nie do pomyślenia.

— To... — Rachel zająknęła się, nie mogąc wykrztusić słowa. — To... robak! Ten meteoryt zawiera skamielinę jakiegoś robaka!

Tolland i Corky błysnęli promiennymi uśmiechami.

— Witamy na pokładzie — mruknął Corky.

Emocje na chwilę odebrały jej mowę. Nawet w stanie oszołomienia, wjakim trwała, rozumiała, że skamieniałość bezsprzecznie była kiedyś organizmem żywym. Odcisk miał około siedmiu centymetrów długości i wyglądał na brzuszną stronę dużego żuka albo pełzającego owada. Siedem par wieloczłonowych odnóży skupiało się pod ochronnym szkieletem zewnętrznym, podzielonym na segmenty jak pancerz pancernika.

Zakręciło jej się w głowie.

— Owad z kosmosu...

— To równonóg — poprawił Corky. — Owady mają trzy pary odnóży, nie siedem.

Rachel ledwo go słyszała. Z niedowierzaniem przyglądała się skamieniałości.

— Wyraźnie widać — mówił Corky — że pancerz jest segmentowany jak u ziemskiego prosionka, ale dwa wydatne wyrostki na odwłoku upodabniają to stworzenie do psotówki.

Rachel nie słuchała wykładu Corky'ego. Klasyfikacja okazu nie miała absolutnie żadnego znaczenia. Kawałki układanki z hukiem wpadały na swoje miejsca — tajemniczość prezydenta, podekscytowanie NASA...

W meteorycie jest skamieniałość! Nie tylko ślad bakterii czy mikrobów, ale wysoko rozwinięty organizm! Dowód, że gdzieś we wszechświecie istnieje życie!


Rozdział 23

Po dziesięciu minutach debaty senator Sexton zaczął się zastanawiać, dlaczego w ogóle się przejmował. Marjorie Tench okazała się zdecydowanie przecenionym przeciwnikiem. Wbrew reputacji, bardziej przypominała jagnię ofiarne niż bezwzględnego adwersarza.

Zgadza się, na początku rozmowy zyskała przewagę, atakując jego stanowisko antyaborcyjne jako wyraz uprzedzenia do kobiet, ale niedługo potem, zamiast przyprzeć go do muru, popełniła niewybaczalny błąd. Wypytując, jak senator wyobraża sobie poprawienie sytuacji finansowej szkół bez podnoszenia podatków, złośliwie skomentowała jego skłonność do zrzucania winy za wszystko na NASA.

Sexton zamierzał poruszyć ten temat pod koniec debaty, ale Marjorie Tench sama otworzyła mu furtkę. Idiotka!

— Skoro o tym mowa — podchwycił jakby od niechcenia — czy może pani skomentować pogłoski, że NASA niedawno poniosła kolejną porażkę?

Marjorie Tench nawet nie mrugnęła.

— Niestety, nie słyszałam tych pogłosek. — Była nałogową palaczką i głos miała szorstki jak papier ścierny.

— W takim razie bez komentarza?

— Obawiam się, że tak."

Sexton triumfował. W świecie mediów stwierdzenie „bez komentarza" oznacza mniej więcej tyle, co „winny zarzucanych mu czynów".

— Rozumiem. A co z pogłoskami o potajemnym, nadzwyczajnym spotkaniu prezydenta z administratorem NASA?

Tym razem Tench zrobiła zdziwioną minę.

Nie jestem pewna, do którego spotkania pan nawiązuje. Prezydent odbywa wiele spotkań.

— Oczywiście. — Sexton postanowił przypuścić atak bezpośredni. — Pani Tench, jest pani wielką zwolenniczką agencji kosmicznej, prawda?

Tench westchnęła, jakby zmęczona dyskusjami na temat jego ulubionej kwestii.

— Jestem zwolennikiem technologicznej przewagi Ameryki na świecie, przewagi wojskowej, przemysłowej, wywiadowczej, telekomunikacyjnej. NASA przyczynia się do realizacji tej wizji. Tak, popieram NASA.

Sexton widział, jak w pokoju reżyserskim Gabrielle oczami daje mu znak, żeby się wycofał, ale już czuł smak krwi.

— Jestem ciekaw, szanowna pani, czy to pod pani wpływem prezydent deklaruje poparcie dla tej wyraźnie niedołężniejącej agencji?

Tench pokręciła głową.

— Nie. Prezydent równie mocno jak ja wierzy w NASA. Sam podejmuje decyzje.

Sexton nie wierzył własnym uszom. Właśnie dał Marjorie Tench okazję do częściowego oczyszczenia prezydenta z zarzutów poprzez przyjęcie na siebie odpowiedzialności za finansowanie NASA. Zamiast z niej skorzystać, zrzuciła całą winę na Heraeya. „Prezydent sam podejmuje decyzje". Wydawało się, że starszy doradca już próbuje odciąć się od pogrążonej w kłopotach kampanii Herneya. Nic dziwnego. Ostatecznie, kiedy sytuacja się wyklaruje, Marjorie Tench zostanie bez pracy.

Przez kilka minut fechtowali się na słowa. Tench podejmowała słabe próby zmiany tematu, podczas gdy Sexton uparcie drążył kwestię budżetu NASA.

— Senatorze, chce pan obciąć budżet NASA, ale czy ma pan pojęcie, ilu wysoko wykwalifikowanych specjalistów straci pracę?

Sexton o mało nie roześmiał jej się w twarz. Ta baba uchodzi za najmądrzejszą w Waszyngtonie? Najwyraźniej ma nikłe pojęcie o demografii w tym kraju. Paru specjalistów jest niczym w porównaniu z rzeszami ciężko pracujących robotników.

Zaatakował.

— Mówimy o oszczędnościach rzędu miliardów dolarów, Marjorie, i jeśli w konsekwencji gromada naukowców NASA będzie musiała wsiąść do swoich bmw i poszukać roboty gdzie indziej, niech tak będzie. Opowiadam się za poważnym ograniczeniem wydatków.

Marjorie Tench umilkła, jakby ogłuszona tym ostatnim ciosem.

Gospodarz programu nacisnął:

— Pani Tench? Słuchamy.

Starszy doradca odchrząknęła i powiedziała:

— Po prostu zastanawiam się, dlaczego pan Sexton z takim uporem usiłuje przedstawić się nam jako zagorzały przeciwnik NASA.

Sexton zmrużył oczy. Niezła próba, moja pani.

— Nie jestem przeciwnikiem NASA i nie podoba mi się takie zaszufladkowanie. Mówię tylko, że budżet NASA jest przykładem wymykających się spod kontroli wydatków, które aprobuje prezydent. NASA twierdziła, że może zbudować prom kosmiczny za pięć miliardów dolarów; prom kosztuje dwanaście. Twierdziła, że może zbudować stację kosmiczną za osiem miliardów; obecnie koszt wynosi sto miliardów.

— Amerykanie przodują w wielu dziedzinach, ponieważ wysoko stawiamy poprzeczkę i nie rezygnujemy z osiągnięcia celów nawet w ciężkich czasach — zripostowała Tench.

— Uderzanie w nutę dumy narodowej nie robi na mnie wrażenia. NASA w ciągu dwóch lat trzy razy przekroczyła limit i przypełzła do prezydenta z podkulonym ogonem, prosząc o więcej pieniędzy na naprawianie błędów. Czy to jest duma narodowa? Jeśli chce pani mówić o dumie narodowej, porozmawiajmy o dobrych szkołach. Porozmawiajmy o opiece zdrowotnej. Porozmawiajmy o dzieciach dorastających w kraju otwartych możliwości. To jest duma narodowa!

Tench spiorunowała go wzrokiem.

— Czy mogę zapytać o coś wprost, senatorze?

Sexton nie odpowiedział. Czekał.

Kobieta z namysłem wypowiadała słowa, w nagłym przypływie determinacji.

— Senatorze, gdybym powiedziała, że obniżenie budżetu agencji kosmicznej uniemożliwi eksplorację kosmosu, czy optowałby pan za jej likwidacją?

Pytanie uderzyło Sextona jak głaz. Może jednak Tench nie jest taka głupia? Zrobiła mu przykrą niespodziankę. Pytania tego typu mają na celu zmuszenie oponenta do opowiedzenia się po jednej ze stron i jednoznaczne przedstawienie swojego stanowiska.

Sexton odruchowo spróbował zrobić unik.

— Nie mam wątpliwości, że właściwie zarządzana NASA może badać przestrzeń kosmiczną za mniejsze pieniądze niż obecnie...

— Senatorze Sexton, proszę odpowiedzieć na pytanie. Eksploracja kosmosu jest przedsięwzięciem niebezpiecznym i kosztownym. Przypomina budowanie pasażerskiego odrzutowca. Można to robić albo dobrze, albo wcale. Półśrodki nie wchodzą w rachubę, bo ryzyko jest zbyt wielkie. Powtarzam pytanie: Jeśli zostanie pan prezydentem i stanie pan przed decyzją, czy utrzymać budżet NASA na obecnym poziomie, czy też spowodować zamknięcie amerykańskiego programu badań kosmicznych, co pan wybierze?

Cholera. Sexton popatrzył przez szybę na Gabrielle. Jej mina wyrażała to, co już wiedział. Zdeklarowałeś się. Idź dalej. Bez lania wody. Wysoko uniósł brodę.

— Tak... Gdybym miał podjąć taką decyzję, przeniósłbym obecny budżet NASA do systemu szkolnictwa. Postawiłbym nie na kosmos, lecz na przyszłość naszych dzieci.

Na twarzy Marjorie Tench odmalował się szok.

— Jestem wstrząśnięta. Czy dobrze usłyszałam? Jeśli zostanie pan prezydentem, spisze pan na straty narodowy program kosmiczny?

Sexton czuł, jak narasta w nim wrzący gniew. Tench wkładała w jego usta słowa, których nie powiedział. Próbował sparować cios, ale ona mówiła dalej:

— Dla jasności, senatorze, czy chce pan powiedzieć, że zlikwidowałby pan agencję, dzięki której człowiek stanął na Księżycu?

— Mówię, że wyścig kosmiczny dobiegł końca! Czasy się zmieniły. NASA przestała odgrywać ważną rolę w codziennym życiu Amerykanów, my jednak finansujemy ją tak, jakby nadal tak było.

— A zatem według pana kosmos nie jest przyszłością?

— Jest, jak najbardziej, ale NASA to dinozaur! Niech badaniami kosmosu zajmie się sektor prywatny. Amerykańscy podatnicy nie powinni otwierać portfeli za każdym razem, gdy jakiś inżynier z Waszyngtonu chce pstryknąć warte miliard dolarów zdjęcie Jowisza. Amerykanie są zmęczeni sprzedawaniem przyszłości swoich dzieci, żeby utrzymać anachroniczną agencję, która pochłania kolosalne sumy i niewiele daje w zamian!

Tench westchnęła dramatycznie.

— Niewiele? Może, z wyjątkiem programu SETI9, NASA przynosi ogromne zyski.

Sexton nie mógł wyjść ze zdumienia, że wspomniała o SETI. Poważny błąd. Dzięki za przypomnienie. Poszukiwanie inteligencji pozaziemskiej zawsze było finansową studnią bez dna. NASA próbowała poprawić wizerunek programu poprzez przemianowanie go na „Origins" i zmianę niektórych celów, ale to nie zmieniało faktu, że był z góry skazany na niepowodzenie.

Sexton skwapliwie skorzystał z okazji.

— Marjorie, zajmę się SETI wyłącznie dlatego, że pani o tym wspomniała.

Co dziwne, Tench miała niemal zadowoloną minę. Sexton chrząknął.

— Większość ludzi nie zdaje sobie sprawy, że NASA szuka ET już od trzydziestu pięciu lat. A poszukiwania są bardzo drogie — szeregi anten satelitarnych, ogromne urządzenia nadawczo-odbiorcze, miliony dolarów na pensje dla naukowców, którzy siedzą w ciemności i słuchają pustych taśm. To karygodne marnowanie pieniędzy.

— Mówi pan, że tam w górze niczego nie ma?

— Mówię, że gdyby jakaś inna agencja rządowa w ciągu trzydziestu pięciu lat wydała miliardy dolarów i nie wykazała się żadnymi osiągnięciami, już dawno zostałaby zamknięta. — Sexton umilkł na chwilę dla podkreślenia powagi swojego stwierdzenia. — Myślę, że po trzydziestu pięciu latach bezowocnych poszukiwań dla wszystkich stało się jasne, iż nie znajdziemy życia pozaziemskiego.

— A jeśli się pan myli?

Sexton przewrócił oczami.

— Och, na miłość boską, pani Tench, prędzej mi kaktus na dłoni wyrośnie!

Marjorie Tench wbiła w niego żółtawe oczy.

— Zapamiętam, senatorze, co pan powiedział. — Uśmiechnęła się po raz pierwszy. — Myślę, że wszyscy będziemy to pamiętali.

W leżącym dziesięć kilometrów dalej Gabinecie Owalnym prezydent Zach Herney wyłączył telewizor i nalał sobie drinka. Stało się tak, jak obiecała Marjorie Tench: senator Sexton połknął przynętę — łącznie z żyłką i spławikiem.


Rozdział 24

Michael Tolland uśmiechał się ze zrozumieniem, gdy Rachel Sexton w milczeniu wpatrywała się w skamielinę. Na jej pięknej twarzy malowało się bezbrzeżne, niewinne zdumienie — jak u małej dziewczynki, która pierwszy raz zobaczyła Świętego Mikołaja.

Wiem, co czujesz, pomyślał.

Sam przeżył to samo zaledwie czterdzieści osiem godzin temu. Jemu także odjęło mowę. Nawet teraz naukowe i filozoficzne implikacje odkrycia wprawiały go w osłupienie, zmuszając do przemyślenia wszystkiego, co kiedykolwiek sądził o naturze.

W trakcie badań oceanograficznych sam odkrył kilka wcześniej nieznanych gatunków głębinowych, ale ten „kosmiczny robak" stanowił przełom zupełnie innego rodzaju. Na przekór hollywoodzkiej tendencji do przedstawiania istot pozaziemskich jako małych zielonych ludzików, astro-biolodzy i astronomowie amatorzy zgadzali się, że biorąc pod uwagę choćby tylko liczbę i zdolność adaptacyjną ziemskich owadów, życie pozaziemskie — o ile kiedykolwiek zostanie odkryte — prawdopodobnie będzie „robako-podobne".

Owady należą do typu stawonogów — stworzeń posiadających twardy szkielet zewnętrzny i odnóża złożone z członów połączonych stawami. Obejmują ponad milion dwieście pięćdziesiąt tysięcy opisanych gatunków, przy czym możliwe, że pół miliona jeszcze nie zostało sklasyfikowanych i przewyższają liczbą wszystkie inne zwierzęta razem wzięte. Stanowią dziewięćdziesiąt pięć procent gatunków występujących na Ziemi i aż czterdzieści procent biomasy planety.

Wrażenie robi nie tyle obfitość „robaków", ile ich odporność. Od antarktycznego lodowego żuka po pustynnego skorpiona z Doliny Śmierci, żyją one w regionach o skrajnie wysokich i niskich temperaturach, wilgotności, a nawet ciśnieniu. W nadzwyczajnym stopniu opanowały sztukę przetrwania i potrafią przeżyć oddziaływanie najbardziej zabójczej siły we wszechświecie — promieniowania. Po próbie jądrowej przeprowadzonej w 1945 roku oficerowie sił powietrznych włożyli kombinezony ochronne i zbadali punkt zerowy wybuchu. Znaleźli tam karaluchy i mrówki, które zachowywały się tak, jakby nic się nie stało. Astronomowie doszli do przekonania, że ochronny szkielet zewnętrzny czyni stawonoga idealnym kandydatem na mieszkańca niezliczonych planet o wysokim poziomie promieniowania, na których nie mogłoby żyć nic innego.

Wygląda na to, że astrobiolodzy mieli rację, pomyślał Tolland. ET jest stawonogiem.

Rachel miała nogi jak z waty.

— Nie mogę... uwierzyć — wydukała, obracając skamielinę w rękach. — Nigdy nie sądziłam...



1   2   3   4   5   6   7   8   9   10   ...   35


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna