Wydawnictwo sonia draga



Pobieranie 2,1 Mb.
Strona5/35
Data23.10.2017
Rozmiar2,1 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   35

Herney zawsze uważał, że najbardziej rzucającym się w oczy elementem wyposażenia Gabinetu Owalnego jest owalny dywan z kolorowym amerykańskim orłem. Lewy szpon orła zaciskał się na gałązce oliwnej, a prawy na pęku strzał. Niewielu ludzi z zewnątrz wiedziało, że w czasie pokoju orzeł patrzy w lewo — na gałązkę oliwną. W czasie wojny tajemniczym sposobem orzeł zwracał głowę w prawo — w kierunku strzał. Sekret tej salonowej sztuczki był przedmiotem cichych spekulacji pracowników Białego Domu, ponieważ tradycyjnie znał go tylko prezydent i szef personelu. Herney przekonał się, że mechanizm tajemniczych zmian jest banalnie prosty. W magazynie w piwnicy leżał drugi owalny dywan i administrator w nocy je zamieniał.

Patrząc na pokojowego, zwróconego w lewo orła, Herney uśmiechnął się na myśl o tym, że być może powinien zamienić dywany na cześć małej wojny, jaką zamierza wydać senatorowi Sedgewickowi Sextonowi.
Rozdział 15

Amerykańska formacja Delta Force jest jedyną jednostką bojową, której akcje są chronione immunitetem prezydenckim.

Prezydencki dekret PDD 25 gwarantuje żołnierzom Delta Force „zwolnienie od wszelkiej odpowiedzialności karnej" z wyjątkiem czynów wyszczególnionych w Posse Comitatus Act z 1876 roku. Statut ten przewiduje kary dla każdego, kto używa wojska w celu osiągnięcia korzyści osobistych, egzekwowania prawa krajowego albo przeprowadzenia niezatwierdzonych tajnych operacji. Członkowie Delta Force są starannie wybierani z Combat Applications Group (CAG), tajnej organizacji podlegającej dowództwu operacji specjalnych w Fort Bragg w Karolinie Północnej. Żołnierze Delta Force są wyszkolonymi zabójcami — ekspertami od akcji antyterrorystycznych, odbijania zakładników, ataków z zaskoczenia i eliminowania tajnych sił wroga.

Ponieważ misje Delta Force z reguły są ściśle tajne, tradycyjna wielostopniowa hierarchia służbowa jest często pomijana na rzecz dowództwa jednoosobowego — kontrolera, który może kierować jednostką wedle własnego uznania. Kontroler zwykle jest szarą eminencją z kręgów wojskowych lub rządowych, z racji zajmowanego stanowiska albo posiadanych wpływów upoważnioną do przeprowadzenia misji. Niezależnie od jego tożsamości, żołnierze skrupulatnie wykonują rozkazy, a po zakończeniu misji nigdy o niej nie rozmawiają — ani między sobą, ani ze swoimi zwierzchnikami.

Zaatakuj. Zabij. Zapomnij.

Zespól Delta stacjonujący za osiemdziesiątym drugim równoleżnikiem ani nie atakował, ani nie zabijał. Jedynie obserwował.

Delta Jeden musiał przyznać, że jak dotąd jest to jego najdziwniejsza misja, ale już dawno nauczył się nie dziwić temu. co każą mu robić. Od pięciu lat zajmował się ratowaniem zakładników na Bliskim Wschodzie, tropieniem i likwidowaniem komórek terrorystycznych na terenie Stanów Zjednoczonych, a nawet dyskretnym eliminowaniem niebezpiecznych ludzi w różnych miejscach świata.

W zeszłym miesiącu jego grupa wykorzystała latającego mikrobota do spowodowania ataku serca u wyjątkowo groźnego barona narkotykowego z Ameryki Południowej. Kierowane przez Deltę Dwa urządzenie, zaopatrzone w cienką jak włos tytanową igłę z silnym środkiem zwężającym naczynia, wleciało do domu przez otwarte okno na piętrze, znalazło sypialnię, a następnie ukłuło śpiący cel w ramię. Gdy mężczyzna obudził się z bólem w piersi, mikrobot był już na zewnątrz. Zespół Delta ruszył do domu, zanim żona ofiary zadzwoniła po pogotowie.

Bez włamywania się i wchodzenia.

Śmierć z przyczyn naturalnych.

To było piękne.

Niedawno inny mikrobot, umieszczony w gabinecie prominentnego senatora w celu monitorowania jego prywatnych spotkań, zarejestrował sceny ostrego seksu. Zespół Delta żartobliwie nazywał tę misję „wrzuceniem za linie wroga".

Teraz, po dziesięciodniowej służbie obserwacyjnej w namiocie, Delta Jeden był gotów do zakończenia misji.

Pozostać w ukryciu.

Monitorować strukturę od wewnątrz i z zewnątrz.

Meldować kontrolerowi o wszystkich niespodziewanych zdarzeniach.

W trakcie szkolenia Delta Jeden nauczył się podchodzić do zadań bez emocji, ale tym razem jego puls przyspieszył, kiedy wraz z partnerami został zapoznany z sytuacją. Odprawa miała charakter „bezosobowy" — kolejne fazy zostały omówione przez bezpieczne kanały elektroniczne. Delta Jeden nie znał kontrolera odpowiedzialnego za tę misję.

Delta Jeden przygotowywał liofilizowany proteinowy posiłek, kiedy jego zegarek zapiszczał jednocześnie z innymi. Po paru sekundach szyfrujące urządzenie komunikacyjne CrypTalk zamrugało, sygnalizując rozmowę. Delta Jeden przerwał dotychczasowe zajęcie i podniósł komunikator. Jego partnerzy patrzyli na niego w milczeniu.

— Delta Jeden — powiedział do nadajnika.

Dwa słowa natychmiast zostały zidentyfikowane przez system rozpoznawania głosu. Każdemu słowu zostały przyporządkowane numery odniesienia, zaszyfrowane i przesłane drogą satelitarną do dzwoniącego. Tam, w podobnym urządzeniu, liczby zostały zdekodowane i przełożone z powrotem na słowa za pomocą wcześniej ustalonego, losowo wygenerowanego słownika. Następnie słowa zostały wypowiedziane przez syntezator mowy. Opóźnienie w przekazie wynosiło osiemdziesiąt milisekund.

— Tu kontroler — odezwała się osoba nadzorująca operację. Przetworzony głos brzmiał dziwnie, mechaniczny i bezpłciowy. — Jaki jest status operacji?

— Wszystko przebiega zgodnie z planem — odparł Delta Jeden.

— Doskonale. Mam aktualizację ram czasowych. Informacja zostanie podana do wiadomości publicznej dziś wieczorem o ósmej czasu wschodniego.

Delta Jeden spojrzał na zegarek. Jeszcze tylko osiem godzin. Jego praca niebawem dobiegnie końca. Ta myśl podnosiła na duchu.

— Jeszcze jedno — powiedział kontroler. — Na scenie pojawił się nowy aktor.

— Kto?


Delta Jeden wysłuchał odpowiedzi. Interesująca gra. Ktoś idzie na całość.

— Można jej zaufać?

— Należy obserwować ją bardzo uważnie.

— A jeśli będą kłopoty?

Kontroler odparł bez wahania:

— Rozkazy obowiązują.


Rozdział 16

Rachel Sexton leciała prosto na północ prawie przez godziną. Poza ujrzaną w przelocie Nową Fundlandią, przez całą drogę pod F-14 rozciągał się ocean.

Dlaczego to musi być woda? — pomyślała z niezadowoleniem. W wieku siedmiu lat, gdy jeździła na łyżwach po zamarzniętym stawie, załamał się lód i wpadła do wody. Uwięziona pod powierzchnią, była pewna, że umrze. W końcu silna ręka matki wyciągnęła ją na lód. Od czasu tego strasznego przeżycia Rachel walczyła z hydrofobią — strachem przed otwartą wodą, szczególnie zimną. Dziś, gdy jak okiem sięgnąć widziała tylko północny Atlantyk, stare lęki powróciły.

Dopiero kiedy pilot nawiązał łączność z bazą lotniczą Thule w północnej Grenlandii, żeby potwierdzić swoje położenie, Rachel uświadomiła sobie, jak daleką drogę przebyli. Jestem za kręgiem polarnym? To powiększyło jej niepokój. Dokąd mnie zabierają? Co znalazła NASA? Wkrótce niebieskoszarą przestrzeń upstrzyły tysiące białych plamek.

Góry lodowe.

Rachel widziała górę lodową tylko raz w życiu, sześć lat temu, kiedy matka namówiła ją na wspólny rejs na Alaskę. Rachel proponowała wakacje na lądzie, ale matka nie chciała ustąpić.

— Rachel, kochanie, woda pokrywa dwie trzecie tej planety — mówiła. — Prędzej czy później będziesz musiała nauczyć się radzić sobie z tym faktem. — Pochodząca z Nowej Anglii pani Sexton była twardą kobietą, zdecydowaną wychować równie silną córkę.

Rejs był ich ostatnią wspólną wyprawą.

Katherine Wentworth Sexton. Rachel poczuła daleki ból samotności. Wspomnienia wróciły z rykiem wiatru dmącego na zewnątrz samolotu i rozdzierając jej serce. Ostatnią rozmowę odbyły przez telefon, w poranek Święta Dziękczynienia.

— Przykro mi, mamo — powiedziała Rachel, dzwoniąc do domu ze sparaliżowanego przez śnieg lotniska O'Hare. — Wiem, że nasza rodzina zawsze wspólnie spędza Święto Dziękczynienia. Wygląda na to, że dziś będzie ten pierwszy raz.

Mama sprawiała wrażenie załamanej.

— Tak bardzo się za tobą stęskniłam.

— Ja też, mamo. Gdy będziecie z tatą kroili indyka, pomyśl, że ja jem na lotnisku.

Po chwili ciszy matka powiedziała:

— Rachel, nie zamierzałam mówić ci tego przed przyjazdem, ale twój ojciec stwierdził, że ma za dużo pracy, by w tym roku być w domu. Zostanie na długi weekend w swoim mieszkaniu w Waszyngtonie.

— Co? — Zaskoczenie Rachel natychmiast ustąpiło złości. — Przecież to Święto Dziękczynienia. Senat nie obraduje! Ojciec ma niespełna dwie godziny drogi do domu. Powinien być z tobą!

— Wiem. Mówi, że jest zmęczony... za bardzo zmęczony, żeby prowadzić. Uznał, że ten weekend spędzi, pracując.

Pracując? Rachel miała co do tego poważne wątpliwości. Senator Sexton spędzi raczej ten czas z jakąś kobietą. Zdradzał matkę, choć dyskretnie, od wielu lat. Pani Sexton nie była głupia, ale jej mąż zawsze miał w pogotowiu przekonujące alibi i repertuar min urażonej niewinności. Wreszcie uznała, że nie ma innego wyjścia, jak pogrzebać swój ból i udawać, że niczego nie widzi. Rachel namawiała matkę na zastanowienie się nad rozwodem, ale Katherine Wentworth Sexton była kobietą słowną. „Póki śmierć nas nie rozłączy, odparła. Twój ojciec dał mi ciebie, piękną córkę, i za to jestem mu wdzięczna. Pewnego dnia odpowie za swoje grzechy przed wyższą instancją".

Stojąc na lotnisku, Rachel wrzała z gniewu.

— Ale to znaczy, że będziesz sama w Święto Dziękczynienia! — Zrobiło jej się niedobrze. Odwracanie się od rodziny w takim dniu było po prostu podłe.

— Cóż... — Głos matki zdradzał rozczarowanie, ale brzmiał stanowczo. — Nie mogę pozwolić, żeby jedzenie się zmarnowało. Pojadę do ciotki Ann. Zawsze zapraszała nas na Święto Dziękczynienia. Zaraz do niej zadzwonię.

Rachel czuła się tylko odrobinę mniej winna.

— Dobrze. Przyjadę do domu najszybciej, jak będę mogła. Kocham cię, mamo.

— Bezpiecznej podróży, kochanie.

O wpół do jedenastej wieczorem taksówka wreszcie wjechała na kręty podjazd luksusowej posiadłości Sextonów. Rachel zorientowała się od razu, że stało się coś złego. Na podjeździe stał wóz policyjny i kilka vanów ekip telewizyjnych. W domu paliły się wszystkie światła. Z walącym sercem wbiegła na ganek.

Funkcjonariusz policji stanowej zatrzymał ją przy drzwiach. Miał ponurą minę. Nie musiał nic mówić. Rachel wiedziała. Wypadek.

— Droga dwadzieścia pięć była śliska od marznącego deszczu — wyjaśnił. — Pani matka zjechała do zalesionego wąwozu. Przykro mi. Zginęła na miejscu.

Rachel zmartwiała. Ojciec wyjechał z Waszyngtonu natychmiast po otrzymaniu wiadomości i teraz prowadził w salonie niewielką konferencję prasową. Ze stoickim spokojem oznajmiał światu, że jego żona zginęła w wypadku samochodowym, wracając ze świątecznej kolacji u swojej rodziny.

Rachel stała w rogu pokoju, przez cały czas szlochając.

— Żałuję — mówił senator ze łzami w oczach — że nie wróciłem do domu na weekend. Nie doszłoby do tej tragedii.

Powinieneś pomyśleć o tym wiele lat temu, krzyknęła Rachel w duchu. Jej nienawiść do ojca pogłębiała się z każdą chwilą.

Rozwiodła się z nim tak, jak powinna to zrobić jej matka. Senator prawie nie zwrócił na to uwagi. Nagle stał się bardzo zajęty, wykorzystując majątek po zmarłej żonie, żeby zostać kandydatem na prezydenta z ramienia swojej partii. Głosy współczucia również mu nie zaszkodziły.

Minęły trzy lata, a ojciec nawet na odległość sprawiał, że Rachel wiodła samotne życie. Jego ubieganie się o prezydenturę odsunęło na czas nieokreślony jej marzenia o związaniu się z kimś i założeniu rodziny. Wyłączyła się z gry towarzyskiej, bo było to łatwiejsze niż odpieranie zalotów niezliczonych żądnych władzy waszyngtońskich absztyfikantów, którzy mieli nadzieję na usidlenie potencjalnej „pierwszej córki", zanim przejdzie do wyższej ligi.

Zaczęło się ściemniać. W Arktyce trwała zima, czas nocy polar nej. Rachel uświadomiła sobie, że leci do krainy wiecznego mroku.

W końcu słońce zgasło, zniknęło za linią horyzontu. Wciąż lecieli na północ. Na niebie pojawił się jasny księżyc w trzeciej kwadrze, bielejący w krystalicznie czystym arktycznym powietrzu. Daleko w dole połyskiwały fale oceanu, góry lodowe wyglądały jak diamenty naszyte na ciemną cekinową siatkę.

Wreszcie Rachel wypatrzyła mglisty zarys lądu. Nie tego się spodziewała. Przed samolotem z oceanu wyrastało wielkie, pokryte śniegiem pasmo górskie.

— Góry? — zdziwiła się. — Na północ od Grenlandii są góry?

— Najwyraźniej — odparł pilot, równie zaskoczony.

Gdy nos F-14 skierował się w dół, Rachel poczuła się dziwnie nieważka. Przez dzwonienie w uszach usłyszała rytmiczny dźwięk. Pilot musiał połączyć się z jakimś urządzeniem naprowadzającym i podążał za jego sygnałem.

Gdy zeszli poniżej tysiąca metrów, Rachel ujrzała dramatyczny krajobraz zalany blaskiem księżyca. U stóp gór rozpościerała się rozległa śnieżna równina. Długi na około piętnaście kilometrów płaskowyż z wdziękiem opadał ku morzu i kończył się stromym urwiskiem.

Wtedy to zobaczyła. Nigdy dotąd nie widziała niczego podobnego. Z początku pomyślała, że księżycowa poświata płata jej figle. Zmrużyła oczy i wbiła je w śnieżne pole, nie pojmując, na co patrzy. Im niżej schodził samolot, tym wyraźniej szy stawał się widok.

Do licha, co to takiego?

Wyglądało to tak, jakby ktoś srebrną farbą wymalował na śniegu trzy ogromne pręgi. Lśniące pasy biegły równolegle do urwiska. Dopiero na wysokości stu pięćdziesięciu metrów Rachel zrozumiała, że to złudzenie optyczne. Trzy pasy były w rzeczywistości długimi, głębokimi rowami o szerokości ponad dziesięciu metrów. Koiyta zostały wypełnione wodą, która zamarzła, tworząc proste, srebrne kanały. Pomiędzy nimi piętrzyły się wały ze śniegu.

Na niższym pułapie samolotem zaczęły wstrząsać silne turbulencje. Rachel usłyszała, jak podwozie wysuwa się z głuchym zgrzytem, ale wciąż nie widziała pasa do lądowania. Gdy pilot starał się zachować panowanie nad maszyną, w zewnętrznym lodowym korycie zauważyła dwie linie mrugających świateł. Przerażona zrozumiała, co zamierza zrobić pilot.

— Lądujemy na lodzie? — zapytała.

Nie odpowiedział. Był skupiony na walce z porywistym wiatrem. Rachel czuła ssanie w dołku, gdy samolot zmniejszał prędkość i opadał w kierunku lodowego kanału. Po obu stronach wznosiły się wysokie śnieżne wały. Wstrzymała oddech. Wiedziała, że najmniejszy błąd w tym wąskim kanale oznacza pewną śmierć. Zeszli jeszcze niżej i nagle turbulencje ustały. Osłonięty przed wiatrem myśliwiec, pewnie wylądował na lodzie.

Pilot uruchomił ciąg wsteczny i zaczęli zwalniać. Rachel wypuściła powietrze. Odrzutowiec podkołował około sto metrów i zatrzymał się na czerwonej linii wymalowanej sprayem na lodzie.

Z prawej strony widać było tylko ścianę śniegu — zbocze wału. Widok po lewej był identyczny. Z przodu rozciągała się bezkresna połać lodu. Rachel miała wrażenie, że wylądowała na martwej planecie. Poza linią wymalowaną na lodzie nie dostrzegła śladów obecności człowieka.

Po chwili usłyszała. W dali mruczał inny silnik, o wyższym tonie. Hałas narastał, aż w końcu pojazd ukazał się w polu widzenia. Wielki, wielo-gąsienicowy traktor śnieżny jechał ku nim dnem lodowego koryta. Wysoki i niezdarny, przypominał fantastycznego drapieżnego owada o patykowatych nogach. Wysoko nad podwoziem wisiała zamknięta kabina z pleksiglasu z rzędem reflektorów oświetlających drogę.

Maszyna zatrzymała się z drżeniem tuż obok F-14. Drzwi kabiny otworzyły się i ktoś zszedł po drabince na lód. Był ubrany w biały kombinezon, który wyglądał jak nadmuchany.

Spotkanie Mad Maksa z ludzikiem Michelina, pomyślała Rachel, zadowolona, że ta dziwna planeta okazała się zamieszkana.

Przybysz gestem kazał pilotowi otworzyć kabinę.

Podmuch powietrza w jednej chwili przeniknął Rachel do szpiku kości.

Opuść tę cholerną klapę!

— Pani Sexton?! — zawołał mężczyzna. Miał amerykański akcent. — Witam w imieniu NASA.

Rachel dygotała. Wielkie dzięki.

— Proszę rozpiąć uprząż, zostawić hełm w samolocie i wysiąść, przytrzymując się uchwytów na kadłubie. Jakieś pytania?

— Tak! — odkrzyknęła. — Gdzie ja jestem, do jasnej cholery?!


Rozdział 17

Marjorie Tench, starszy doradca prezydenta, wyglądała jak kościotrup. Jej chuda, wysoka na metr osiemdziesiąt sylwetka przypominała kanciastą konstrukcję z klocków lego. Nad suchotniczą klatką piersiową wisiała koścista twarz obciągnięta żółtawą skórą. Przywodziła na myśl arkusz pergaminu z dwoma dziurami, z których spoglądały beznamiętne oczy. Miała pięćdziesiąt jeden lat, ale wyglądała na siedemdziesiąt.

W Waszyngtonie uchodziła za boginię areny politycznej. Przypisywano jej talent analityczny graniczący z jasnowidztwem. Dziesięć lat kierowania Biurem Wywiadu i Badań w Departamencie Stanu wyostrzyło jej i tak zabójczo ostry, krytyczny umysł. Na nieszczęście drygowi do polityki towarzyszyło lodowate usposobienie, nieznośne dla większości ludzi już po paru minutach kontaktu. Marjorie Tench miała mózg superkomputera. I jego ciepło. Tylko prezydent Zach Herney bez większego wysiłku znosił jej obecność; objął urząd niemal wyłącznie dzięki jej intelektowi i ciężkiej pracy.

— Marjorie... — Prezydent wstał, żeby ją powitać, gdy weszła do Gabinetu Owalnego. — Co mogę dla ciebie zrobić? — Nie zaproponował jej, by usiadła. Konwencjonalne formy towarzyskie nie miary zastosowania w przypadku kobiet jej pokroju. Jeśli Marjorie Tench miała ochotę usiąść, to siadała.

— Słyszałam, że zwołałeś zebranie personelu na czwartą. — Głos miała zachrypnięty od papierosów. — Wyśmienicie.

Przez chwilę krążyła po gabinecie. Herney wyczuwał, że skomplikowane trybiki jej umysłu nieustannie się obracają. Był z tego zadowolony. Marjorie Tench, jako jedna z nielicznych osób z jego otoczenia, wiedziała o odkryciu NASA, a jej polityczne otrzaskanie pomogło mu opracować strategię.

— Ta debata w CNN dzisiaj o pierwszej — zaczęła, tłumiąc kaszel. — Kogo wyślesz na sparing z Sextonem?

Hemey uśmiechnął się.

— Młodszego rzecznika kampanii. — Polityczna taktyka frustrowania „myśliwego" przez podsyłanie mu drobnej zwierzyny była równie stara jak same debaty.

— Mam lepszy pomysł. — Tench wlepiła w niego puste oczy. — Pozwól, że ja się tym zajmę.

Zach Herney podniósł szybko głowę.

— Ty? — Do licha, co ona sobie wyobraża? — Marjorie, ty nie robisz spotów w mediach. Poza tym to południowy program w kablówce. Jeśli wyślę starszego doradcę, o czym to będzie świadczyć? Wyjdzie na to, że panikujemy.

— Otóż to.

Hemey przyjrzał jej się uważnie. Niezależnie od tego, jaki przebiegły plan wykluł się w głowie tej kobiety, za żadne skarby nie pozwoli jej wystąpić w CNN. Każdy, kto choć raz miał okazję zobaczyć Marjorie Tench, wie, że nie bez powodu pracuje za kulisami. Wygląda koszmarnie — żaden prezydent nie życzyłby sobie, żeby ktoś o takiej prezencji wypowiadał się w imieniu Białego Domu.

— Wezmę tę debatę — powtórzyła. Tym razem nie pytała o pozwolenie.

— Marjorie... — Zaniepokojony prezydent miał zamiar odwieść ją od tego pomysłu. — Sztab kampanii Sextona od razu zacznie twierdzić, że twoja obecność w CNN jest dowodem na to, że Biały Dom się boi. Wysyłając armaty, będziemy wyglądali na zdesperowanych.

Kobieta w milczeniu pokiwała głową i zapaliła papierosa.

— Im bardziej, tym lepiej dla nas.

W ciągu sześćdziesięciu sekund Marjorie Tench wyjaśniła, dlaczego prezydent powinien wysłać na debatę ją, a nie jakiegoś pracownika niższego szczebla. Kiedy skończyła, Herney mógł tylko patrzeć na nią ze zdumieniem.

Marjorie Tench po raz kolejny udowodniła, że jest politycznym geniuszem.


Rozdział 18

Lodowiec Szelfowy Milne'a leży powyżej osiemdziesiątego drugiego równoleżnika na północnym wybrzeżu Wyspy Ellesmere'a w Arktyce. Jest największą jednolitą krą na półkuli północnej: ma ponad sześć kilometrów szerokości i osiąga grubość stu metrów.

Po wejściu do pleksiglasowej kabiny traktora Rachel ucieszyła się, że na siedzeniu czeka na nią skafander z rękawicami, a z otworów nawiewowych płynie ciepło. Na zewnątrz, na lodowym pasie, ryknęły silniki i F-14 zaczął kołować.

Rachel z niepokojem popatrzyła na swojego nowego gospodarza.

— Odlatuje?

Mężczyzna wsiadł do kabiny i pokiwał głową.

— Tutaj wolno przebywać tylko personelowi naukowemu i członkom bezpośredniej grupy wsparcia NASA.

Gdy F-14 poderwał się w ciemne niebo, Rachel poczuła się jak rozbitek.

— Pojedziemy iceroverem — powiedział mężczyzna. — Administrator czeka.

Rachel spojrzała na rozpościerający się przed nimi srebrny szlak lodu. Zastanawiała się, co, do diabła, porabia tu administrator NASA.

— Proszę się trzymać! — krzyknął mężczyzna, przesuwając jakieś dźwignie. Ze zgrzytliwym pomrukiem maszyna obróciła się w miejscu o dziewięćdziesiąt stopni. Teraz mieli przed sobą wysoką ścianę śnieżnego wału.

Rachel popatrzyła na stromiznę i przebiegło ją drżenie strachu. Chyba nie zamierza...

— Naprzód! — Kierowca wrzucił bieg i pojazd pomknął prosto ku ścianie.

Rachel ze stłumionym krzykiem mocno zacisnęła ręce na uchwytach. Gdy dotarli do stoku, zaopatrzone w kolce gąsienice wbiły się w śnieg i zaczęli się wspinać. Rachel była pewna, że zaraz runą do tyłu, ale co dziwne kabina zachowała położenie horyzontalne. Kierowca zatrzymał wielki pojazd na szczycie wału i uśmiechnął się do niej promiennie.

— Przydałoby się w terenówkach, prawda? Zapożyczyliśmy projekt systemu amortyzatorów z marsjańskiego „Pathfindera" i wmontowaliśmy w to maleństwo! Spisuje się jak marzenie.

Rachel słabo pokiwała głową.

— Pięknie.

Ze szczytu wału roztaczał się efektowny widok. Oświetlona przez księżyc lodowa równina zwężała się w dali i znikała w górach.

— Lodowiec Milne'a — wyjaśnił kierowca, wskazując góry. — Tam się zaczyna i spływa, tworząc ten szeroki wachlarz, na którym stoimy.

Dodał gazu. Rachel musiała się przytrzymać, gdy pojazd zjeżdżał ze stromego zbocza. Na dole przecięli kolejną rzekę lodu i wspięli się na następny wał, pokonali szczyt i szybko zjechali po drugiej stronie na ogromne lodowisko.

— Jak daleko? — Rachel widziała przed sobą tylko lód.

— Jakieś trzy kilometry.

Uznała, że to daleko. Wiatr uderzał w icerovera i grzechotał pleksiglasem, jakby próbował zmieść ich z powrotem w kierunku morza.

— To wiatr katabatyczny! — wyjaśnił kierowca. — Przywyknie pani! — Wytłumaczył jej, że na tym obszarze przeważa wiatr zstępujący, zwany katabatycznym. Ciężkie, zimne powietrze spływa po lodowcu jak wściekła rzeka. — To jedyne miejsce na Ziemi, gdzie piekło naprawdę zamarza! — dodał ze śmiechem.

Kilka minut później Rachel dostrzegła w dali mglisty zarys ogromnej białej kopuły, która wyrastała z lodu. Co, u licha...?

— Mieszkają tutaj duzi Eskimosi, no nie? — zażartował mężczyzna.

Rachel próbowała coś z tego zrozumieć. Budowla przypominała pomniejszony stadion Astrodome w Houston.

— NASA zbudowała ją półtora tygodnia temu — mówił. — Wieloelementowy pneumatyczny pleksipolisorbat. Wystarczy nadmuchać elementy, połączyć jeden z drugim, przymocować całość do lodu za pomocą naciągów. Wygląda jak przerośnięty kopulasty namiot, ale w rzeczywistości jest prototypem przenośnego siedliska, jakie mamy nadzieję pewnego dnia postawić na Marsie. Nazywamy go „habisferą"7.

— Habisferą?

— Tak, łapie pani? Bo to nie jest cała sfera, tylko habisfera. Rachel z uśmiechem patrzyła na dziwaczną budowlę, która teraz rysowała się wyraźniej na lodowej równinie.

— A ponieważ NASA jeszcze nie planuje podróży na Marsa, postanowiliście urządzić imprezę tutaj?

Mężczyzna roześmiał się.

— Prawdę mówiąc, wolałbym Tahiti, ale los zadecydował inaczej.

Rachel patrzyła niepewnie na konstrukcję. Biała kopuła odcinała się widmowo od ciemnego nieba. Icerover podjechał bliżej i zatrzymał się przy małych, właśnie otwierających się drzwiach. Światło z wnętrza wylało się na śnieg. Wyszedł zwalisty olbrzym w czarnym wełnianym golfie, który powiększał jego sylwetkę i upodobniał do niedźwiedzia. Ruszył w kierunku pojazdu.



1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   35


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna