Wydawnictwo sonia draga



Pobieranie 2,1 Mb.
Strona4/35
Data23.10.2017
Rozmiar2,1 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   35

— Dlaczego NASA nie pochwaliła się sukcesem? — zapytała Rachel. — Z pewnością dobre wieści bardzo by im się przydały.

NASA milczy, ponieważ ja tak poleciłem.

Rachel zastanowiła się, czy dobrze usłyszała. Jeśli tak, prezydent nie wiedzieć z jakiego powodu postanowił popełnić polityczne harakiri.

— Odkrycie to... — podjął — jest... to znaczy może mieć niespodziewane konsekwencje.

Rachel poczuła nieprzyjemny chłód. W świecie wywiadu „niespodziewane konsekwencje" rzadko oznaczały coś dobrego. Zastanowiła się, czy przypadkiem system satelitarny EOS nie wykrył jakiejś bliskiej katastrofy ekologicznej.

— Jest problem?

— Absolutnie nie. Odkrycie EOS jest wprost cudowne.

Rachel milczała.

— Przypuśćmy, Rachel, że powiem ci, iż NASA właśnie dokonała odkrycia o takiej wadze naukowej... takim epokowym znaczeniu... że uzasadnia każdego dolara, jakiego Amerykanie kiedykolwiek wydali na badania w kosmosie?

Rachel nie mogła sobie tego wyobrazić.

Prezydent wstał.

— Przespacerujmy się, dobrze?
Rozdział 11

Rachel wyszła za prezydentem Herneyem na lśniące schody Air Force One. Gdy schodzili, czuła, jak rześkie marcowe powietrze rozjaśnia jej w głowie. Na nieszczęście jasność sprawiła, że twierdzenia prezydenta wydały się jeszcze bardziej dziwaczne niż wcześniej.

„NASA dokonała odkrycia o tak wielkim znaczeniu naukowym, że uzasadnia każdego dolara, jakiego Amerykanie kiedykolwiek wydali na badania w kosmosie"?

Rachel doszła do przekonania, że odkrycie o takiej doniosłości może dotyczyć tylko jednej rzeczy — świętego Graala NASA, czyli kontaktu z życiem pozaziemskim. Niestety o tym szczególnym świętym Graalu wiedziała dość, by się orientować, że jego znalezienie nie jest prawdopodobne.

Była analitykiem informacji wywiadowczych, dlatego znajomi wciąż zasypywali ją pytaniami o rzekomo utajniane przez rząd kontakty z obcymi. Zbulwersowało ją, w jakie teorie wierzą jej „wykształceni" znajomi — rozbite latające spodki ukryte w tajnych bunkrach rządowych, zwłoki kosmitów trzymane w lodzie, uprowadzenia niczego niepodejrzewających cywilów i poddawanie ich zabiegom chirurgicznym.

To wszystko było oczywiście niedorzeczne. Nie ma żadnych obcych. Ani żadnego utajniania.

Wszyscy w środowisku wywiadowczym rozumieli, że przytłaczająca większość przypadków dostrzeżenia UFO oraz relacji z uprowadzeń jest po prostu wytworem bujnej wyobraźni albo mistyfikacją obliczoną na zarobienie pieniędzy. Dziwnym trafem „autentyczne" fotografie UFO pochodziły z okolic amerykańskich baz lotniczych, w których testowano nowoczesne tajne samoloty. Kiedy Lockheed rozpoczął próby z supernowoczesnym odrzutowcem Stealth Bomber, liczba doniesień o zauważeniu UFO wokół bazy sił powietrznych Edwards zwiększyła się piętnastokrotnie.

— Masz sceptyczną minę — zauważył prezydent.

Rachel drgnęła, wyrwana z zamyślenia. Popatrzyła na niego, nie wiedząc, co powiedzieć.

— Cóż... — zawahała się. — Czy mogę założyć, panie prezydencie, że nie mówimy o pozaziemskich statkach kosmicznych ani małych zielonych ludzikach?

Herney okazał umiarkowane rozbawienie.

— Sądzę, Rachel, że to odkrycie uznasz za dalece bardziej intrygujące niż wszystkie wymysły science fiction.

Rachel odetchnęła z ulgą. Na szczęście NASA nie jest na tyle zdesperowana, żeby sprzedawać prezydentowi historyjkę o ufoludkach. A jednak jego stwierdzenie tylko pogłębiło tajemnicę.

— Niezależnie od tego, co odkryła NASA, dokonała tego w nadzwyczaj dogodnym czasie — zauważyła.

Herney przystanął na schodach.

— Dogodnym? Jak to?

Jak to? Rachel również się zatrzymała i spojrzała na niego zdumiona.

— Panie prezydencie, NASA toczy bitwę na śmierć i życie, żeby uzasadnić swoje istnienie, a pan jest atakowany za stałe finansowanie agencji. Przełomowe odkrycie w obecnej chwili będzie panaceum zarówno dla NASA, jak i dla pańskiej kampanii. Pańscy krytycy z pewnością uznają, że dokonanie go właśnie teraz jest bardzo podejrzane.

— W takim razie... zarzucasz mi kłamstwo czy głupotę? Rachel poczuła, jak serce podjeżdża jej do gardła.

— Nie chciałam być nieuprzejma, panie prezydencie, tylko...

— Uspokój się. — Herney uśmiechnął się lekko i ruszył na dół. — Kiedy administrator NASA powiadomił mnie o tym odkryciu, z miejsca uznałem je za absurdalne. Oskarżyłem go o planowanie najbardziej przejrzystej politycznej lipy w historii.

Węzeł w jej gardle nieco się rozluźnił.

Heniey zatrzymał się u stóp schodów i popatrzył na nią.

— Jedynym powodem, który skłonił mnie do poproszenia NASA o zachowanie odkrycia w tajemnicy, była chęć ochrony agencji. To odkrycie przewyższa wszystko, czego NASA dokonała. W porównaniu z nim lądowanie ludzi na Księżycu wyda się mało znaczącym epizodem. Ponieważ wszyscy, łącznie ze mną, mają bardzo wiele do zyskania — i do stracenia — uznałem, że przed wystąpieniem na forum światowym z formalnym oświadczeniem nie zaszkodzi jeszcze raz zweryfikować dane agencji kosmicznej. Rachel nie kryła zaskoczenia.

— Chyba nie chodzi panu o mnie? Prezydent roześmiał się.

— Nie, to nie pani dziedzina. Poza tym już uzyskałem potwierdzenie przez kanały pozarządowe.

Ulga Rachel szybko ustąpiła zdumieniu.

Pozarządowe, panie prezydencie? To znaczy, że skorzystał pan z usług sektora prywatnego? W sprawie czegoś, co jest utajnione?

Zach Herney z przekonaniem pokiwał głową.

— Powołałem zewnętrzny zespół składający się z czterech cywilnych naukowców niepowiązanych z NASA, sław o ustalonej reputacji, której na pewno nie zechcą narazić na szwank. Użyli własnego sprzętu i osobiście przeprowadzili badania. W ciągu minionych czterdziestu ośmiu godzin ci niezależni naukowcy potwierdzili, że odkrycie nie budzi cienia wątpliwości.

Rachel była pod wrażeniem. Prezydent zabezpieczył się z typową dla niego ostrożnością. Tworząc zespół z największych niedowiarków — ludzi z zewnątrz, którzy nie mogli niczego zyskać przez potwierdzenie odkrycia NASA — zapewnił sobie obronę przed zarzutami, że to tylko desperacka sztuczka agencji, mająca na celu usprawiedliwienie wydatków, zapewnienie reelekcji nastawionego przyjaźnie prezydenta oraz odparcie ataków senatora Sextona.

— Dzisiaj wieczorem o ósmej — oznajmił Herney — zwołam konferencję prasową w Białym Domu, żeby ogłosić odkrycie światu.

Rachel była sfrustrowana. W gruncie rzeczy Herney nic jej nie powiedział.

— A dokładnie co to za odkrycie?

Prezydent uśmiechnął się.

— Dziś poznasz cnotę cierpliwości. To coś, co trzeba zobaczyć na własne oczy. Chcę, żebyś w pełni zorientowała się w sytuacji, zanim zrobimy coś więcej. Administrator NASA czeka, żeby wprowadzić cię w temat. Powie ci wszystko, co musisz wiedzieć. Później oboje przedyskutujemy twoją rolę.

Rachel dostrzegła dramatyczny błysk w oczach prezydenta i przypomniała sobie przeczucie Pickeringa, że Biały Dom chowa coś w rękawie. Wydawało się, że dyrektor NRO jak zwykle miał rację.

Herney wskazał niedaleki hangar.

— Proszę ze mną — powiedział, kierując się w tamtą stronę. Zdezorientowana Rachel ruszyła za nim. Budowla nie miała okien, a ogromne wrota były zamknięte. Do wnętrza prowadziło tylko niewielkie boczne wejście. Prezydent zatrzymał się kilka kroków przed uchylonymi drzwiami.

— Tutaj moja trasa się kończy — oznajmił, wskazując wejście. — Ty jedziesz dalej.

Zawahała się.

— Nie wchodzi pan?

— Muszę wrócić do Białego Domu. Niebawem się z tobą skontaktuję. Masz komórkę?

— Oczywiście, panie prezydencie.

— Daj mi ją.

Rachel podała mu telefon przekonana, że Herney zamierza wpisać do niego swój numer. Prezydent schował aparat do kieszeni.

— Teraz jesteś poza siecią. Wszystkie twoje obowiązki w pracy zostały zawieszone. Dzisiaj nie będziesz rozmawiała z nikim bez pozwolenia udzielonego przeze mnie albo przez administratora NASA.

Drgnęła. Czy prezydent właśnie ukradł moją komórkę?

— Po zaznajomieniu cię z odkryciem administrator umożliwi ci kontakt ze mną na bezpiecznym kanale. Wkrótce porozmawiamy. Powodzenia.

Rachel popatrzyła na drzwi hangaru i ogarnął ją niepokój. Prezydent Herney uspokajająco poklepał ją po ramieniu i skinął głową w stronę wejścia.

— Zapewniam cię, dziewczyno, nie będziesz żałowała, że pomagasz mi w tej sprawie.

Odwrócił się i odszedł w stronę śmigłowca, którym przyleciała. Wsiadł na pokład, maszyna wystartowała. Ani razu się nie obejrzał.


Rozdział 12

Rachel Sexton stała sama w drzwiach wielkiego hangaru i spoglądała w ciemność. Czuła, że przekracza próg innego świata. Z przepastnego wnętrza płynęło chłodne, stęchłe powietrze, jakby budynek oddychał.

— Jest tam kto? — zawołała lekko zachrypniętym głosem. Cisza.

Z narastającym drżeniem przestąpiła próg. Przez chwilę, dopóki oczy nie przyzwyczaiły się do ciemności, nic nie widziała.

— Pani Sexton, jak sądzę? — zapytał mężczyzna stojący zaledwie parę metrów od niej.

Podskoczyła, odwracając się w stronę, z której dobiegał głos.

— Zgadza się.

Niewyraźna sylwetka przybliżyła się.

Rachel stwierdziła, że ma przed sobą młodego mężczyznę w kombinezonie lotniczym NASA z naszywkami na piersi. Nieznajomy był wysportowany i muskularny, obdarzony potężną szczęką.

— Komandor Wayne Loosigian — przedstawił się. — Przepraszam, że panią przestraszyłem. Tutaj jest trochę ciemno. Nie zdążyłem otworzyć drzwi. — Nim Rachel zdążyła zareagować, dodał: — Z przyjemnością będę dziś pani pilotem.

— Moim pilotem? — Rachel wbiła w niego wzrok. Mam osobistego pilota. — Przyszłam tutaj na spotkanie z administratorem.

— Tak, proszę pani. Mam rozkaz natychmiast panią do niego dostarczyć.

Rachel dopiero po chwili zrozumiała treść tego oświadczenia. Poczuła się oszukana. Jej podróże wcale się nie skończyły.

— A gdzie on jest? — zapytała czujnie.

— Nie posiadam tej informacji — odparł pilot. — Otrzymam współrzędne, gdy będziemy w powietrzu.

Rachel domyśliła się, że mężczyzna mówi prawdę. Najwyraźniej ona i dyrektor Pickering nie są jedynymi ludźmi, którzy tego ranka żyją w nieświadomości. Prezydent bardzo poważnie traktował kwestię bezpieczeństwa; Rachel była zdumiona, jak szybko i bez wysiłku „wyłączył ją z sieci". Wystarczyło pół godziny w terenie, i już nie mam łączności, a mój szef nie wie, gdzie jestem.

Stojąc przed pilotem NASA, Rachel nie wątpiła, że jej poranne plany wzięły w łeb. Wesołe miasteczko wyruszyło w drogę, a ona razem z nim, czy jej się to podoba, czy nie. Pozostaje pytanie: dokąd zmierza?

Pilot podszedł do ściany i wcisnął guzik. Drzwi po drugiej stronie hangaru zaczęły się przesuwać. Do pomieszczenia wlało się światło, a w nim ukazała się sylwetka wielkiego samolotu.

Rachel szeroko otworzyła usta. Boże, miej mnie w swojej opiece.

Na środku hangaru stał groźnie wyglądający czarny odrzutowiec. Rachel nigdy dotąd nie widziała samolotu o bardziej opływowych kształtach.

— Pan żartuje.

— To powszechna reakcja, proszę pani, ale myśliwiec F-14 Tomcat z podwójnym usterzeniem pionowym jest sprawdzoną maszyną.

To pocisk ze skrzydłami.

Pilot poprowadził ją w kierunku samolotu. Wskazał dwuosobową kabinę.

— Pani z tyłu.

— Poważnie? — Uśmiechnęła się nerwowo. — A już myślałam, że to ja mam prowadzić.

Po włożeniu ocieplanego kombinezonu Rachel nie miała innego wyjścia, jak wspiąć się do kabiny. Niezdarnie wcisnęła biodra w wąski fotel.

— Najwyraźniej w NASA nie ma pilotów o tłustych tyłkach — zażartowała.

Pilot uśmiechnął się szeroko, pomagając jej zapiąć pasy. Potem założył hełm.

— Polecimy dość wysoko. Będzie potrzebowała pani tlenu. — Wziął maskę z bocznego pulpitu i chciał ją przypiąć do jej hełmu.

— Dam sobie radę — powiedziała Rachel.

— Oczywiście, proszę pani.

Po dłuższej chwili zdołała przymocować profilowaną maskę do hełmu. Była zaskakująco niewygodna i niedopasowana. Komandor patrzył na nią z lekko rozbawioną miną.

— Coś nie w porządku? — zapytała.

— Ależ skąd. — Wydawało się, że powstrzymuje złośliwy uśmiech. — Pod siedzeniem są worki, gdyby zrobiło się pani niedobrze. Większość ludzi choruje w czasie pierwszego lotu tomcatem.

— Nic mi nie będzie — zapewniła go głosem stłumionym przez maskę. — Nie cierpię na chorobę lokomocyjną.

Pilot wzruszył ramionami.

— Wielu chłopców z SEAL mówi to samo, a potem muszę sprzątać ich rzygi z podłogi.

Słabo pokiwała głową. Cudownie.

— Jakieś pytania, zanim ruszymy?

Po chwili wahania Rachel postukała w maskę wpijającą się w brodę.

— Odcina mi krążenie. Jak w nich wytrzymujecie w czasie długich lotów?

Pilot uśmiechnął się wyrozumiale.

— Cóż, zwykle zakładamy je odwrotnie.

Widząc przed sobą koniec pasa, a pod sobą czując pulsujące silniki, Rachel miała wrażenie, że jest kulą w karabinie, czekającą na naciśnięcie spustu. Kiedy pilot przesunął dźwignię przepustnicy, bliźniacze silniki Lockheed 345 ryknęły i świat zadygotał. Pilot zwolnił hamulce i przyspieszenie wcisnęło ją w fotel. Odrzutowiec w ciągu paru sekund przebył pas i wzbił się w powietrze. Ziemia oddalała się w zawrotnym tempie.

Gdy samolot mknął jak rakieta w niebo, Rachel zamknęła oczy. Zastanawiała się, w którym miejscu źle skręciła tego ranka. Miała siedzieć za biurkiem i pisać skróty. Zamiast tego siedzi okrakiem na napędzanej testosteronem torpedzie i oddycha przez maskę tlenową.

Gdy tomcat wyrównał na wysokości czternastu tysięcy metrów, dostała mdłości. Ze wszystkich sił starała się skupić myśli na czymś innym. Patrząc w dół na oddalony o czternaście kilometrów ocean, bardzo zatęskniła za domem.

Pilot rozmawiał z kimś przez radio. Kiedy rozmowa dobiegła końca, natychmiast skręcił ostro w lewo. Samolot stanął niemal pionowo, a żołądek Rachel wykonał podwójne salto. Wreszcie znowu wyrównali.

Rachel jęknęła.

— Dzięki, że mnie uprzedziłeś, kowboju.

— Przykro mi, proszę pani, ale właśnie otrzymałem tajne współrzędne miejsca spotkania z administratorem.

— Niech zgadnę, kierunek północ?

Pilot nie krył zdziwienia.

— Skąd pani wie?

Rachel westchnęła. Nie można nie kochać tych pilotów szkolonych na komputerach.

— Jest dziewiąta, kolego, a słońce wisi na prawo od nas. Lecimy na północ.

Przez chwilę w kabinie panowało milczenie.

— Tak, proszę pani, lecimy na północ.

— A jak daleko?

Pilot sprawdził współrzędne.

— Mniej więcej pięć tysięcy kilometrów.

Rachel gwałtownie podniosła głowę.

— Co? — Spróbowała wyobrazić sobie mapę, ale nie miała pojęcia, co może leżeć tak daleko na północ. — To cztery godziny lotu!

— Tak, przy obecnej prędkości — odparł pilot. — Proszę się trzymać.

Zanim zdążyła zareagować, zwiększył kąt skosu, składając skrzydła, by zmniejszyć opór powietrza. Chwilę później przyspieszenie znowu wcisnęło ją w fotel, gdy samolot wystrzelił do przodu tak, jakby do tej pory stał w miejscu. W ciągu minuty osiągnęli prędkość prawie dwóch i pół tysiąca kilometrów na godzinę.

Rachel miała zawroty głowy. Gdy niebo przemykało w oszałamiającym tempie, wezbrała w niej fala mdłości. Słyszała ciche echo głosu prezydenta. „Zapewniam, Rachel, nie pożałujesz, że pomagasz mi w tej sprawie".

Z jękiem sięgnęła po worek. Nigdy nie ufaj politykowi.
Rozdział 13

Choć senator Sedgewick Sexton nie lubił brudu publicznych taksówek, nauczył się ponosić drobne wyrzeczenia na swojej drodze do chwały. Niechlujna taksówka korporacji Mayflower, z której wysiadł na dolnym parkingu hotelu Purdue, zapewniła mu coś, czego nie mogła dać limuzyna — anonimowość.

Z zadowoleniem stwierdził, że ten poziom jest pusty. W lesie betonowych filarów stało tylko kilka zakurzonych samochodów. Idąc przez parking, spojrzał na zegarek.

Kwadrans po jedenastej. Idealnie.

Człowiek, z którym miał się spotkać, przywiązywał dużą wagę do punktualności. Swoją drogą, przypomniał sobie Sexton, zważywszy na to, kogo reprezentuje, może być czuły dosłownie na punkcie wszystkiego.

Biały minivan ford windstar parkował dokładnie w tym samym miejscu, co w czasie wszystkich poprzednich spotkań — we wschodnim kącie garażu, za rzędem koszy na śmieci. Sexton wolałby spotykać się w apartamencie na górze, ale oczywiście rozumiał konieczność zachowania środków ostrożności. Przyjaciele tego człowieka nie zajmowaliby tak wysokich stanowisk, gdyby byli nieostrożni.

Idąc w stronę vana, czuł zdenerwowanie, jak zawsze przed tymi spotkaniami. Zmusił się do rozluźnienia mięśni ramion, wesoło pomachał ręką i usadowił się na fotelu pasażera. Ciemnowłosy mężczyzna na miejscu kierowcy nie odwzajemnił uśmiechu. Miał prawie siedemdziesiąt lat, ale jego czerstwa twarz, jak przystało na symbolicznego przywódcę armii rzutkich wizjonerów i drapieżnych biznesmenów, emanowała surowością i bezwzględnością.

— Zamknąć drzwi — polecił szorstko.

Sexton posłuchał, nie obrusząjąc się na jego arogancję. Ostatecznie ten człowiek reprezentuje ludzi mających kontrolę nad ogromnymi pieniędzmi, z których część została przeznaczona na ulokowanie Sedgewicka Sextona w najpotężniejszym gabinecie świata. Sexton doszedł do przekonania, że celem tych comiesięcznych spotkań jest nie tyle omawianie strategii, ile przypominanie mu, co zawdzięcza swoim dobroczyńcom. Ludzie ci inwestowali w niego i spodziewali się poważnych zysków. „Zyski", musiał przyznać, były szokująco śmiałe, a jednak, co wydawało się jeszcze bardziej niewiarygodne, ich wygenerowanie miało leżeć w sferze jego wpływów, gdy zasiądzie w fotelu prezydenckim.

— Zakładam, że wpłynęła kolejna rata — zagaił, wiedząc już, w jaki sposób mężczyzna lubi przechodzić do interesów.

— Tak. I jak zwykle wykorzysta pan te fundusze wyłącznie na swoją kampanią. Z zadowoleniem stwierdziliśmy, że sondaże wciąż zmieniają się na pana korzyść. Wygląda na to, iż pański sztab wyborczy roztropnie wydaje nasze pieniądze.

— Szybko pniemy się w górę.

— Jak wspomniałem przez telefon, namówiłem sześć kolejnych osób na spotkanie z panem dziś wieczorem.

— Wybor nie. — Sexton już zarezerwował czas.

Starszy mężczyzna podał mu teczkę.

— Tutaj są informacje. Proszę je przeanalizować. Chcą wiedzieć, czy podziela pan ich zainteresowania i czy okaże pan zrozumienie. Proponuję, żeby spotkał się pan z nimi w swoim mieszkaniu.

— W domu? Zwykle umawiam się...

— Senatorze, tych sześciu ludzi kieruje firmami dysponującymi kapitałem znacznie większym niż ci, z którymi już pan rozmawiał. To grube ryby. Ostrożne grube ryby. Mają więcej do zyskania i tym samym więcej do stracenia. Niełatwo było ich namówić na spotkanie z panem. Wciąż wymagają specjalnego traktowania. Akcentów osobistych.

Sexton skwapliwie pokiwał głową.

— Zaaranżuję spotkanie w domu.

— Oczywiście, zależy im na dyskrecji.

— Mnie również.

— Powodzenia. Jak dobrze pójdzie, to spotkanie być może będzie ostatnie. Ci ludzie mogą zapewnić wszystko, czego trzeba, żeby kampania Sextona uzyskała miażdżącą przewagę.

Sextonowi spodobało się brzmienie tego zdania. Popatrzył na rozmówcę z pewnym siebie uśmiechem.

— Przy odrobinie szczęścia, przyjacielu, wybory zapewnią zwycięstwo nam wszystkim.

— Zwycięstwo? — Starszy mężczyzna ściągnął brwi i popatrzył na niego groźnie. — Ulokowanie pana w Białym Domu jest zaledwie pierwszym krokiem w kierunku zwycięstwa, senatorze. Zakładam, że pan o tym nie zapomniał.


Rozdział 14

Biały Dom jest jednym z najmniejszych pałaców prezydenckich na świecie: ma 50 metrów długości i 25 szerokości, a powierzchnia przyległych gruntów wynosi 18 akrów. Zgłoszony przez architekta Jamesa Hobana projekt pudełkowej kamiennej budowli z czterospadowym dachem, balustradą i kolumnadowym portykiem, choć mało oryginalny, został wybrany przez jurorów konkursu, którzy wychwalali jego „atrakcyjność, dostojeństwo i uniwersalność".

Prezydent Zach Herney nawet po trzech i pół roku mieszkania w Białym Domu rzadko czuł się swobodnie wśród kandelabrów, antyków i uzbrojonych żołnierzy piechoty morskiej. W tej chwili jednak był ożywiony i dziwnie rozluźniony. Nogi niosły go same po puszystym dywanie do Zachodniego Skrzydła.

Kilku członków personelu na jego widok podniosło głowy. Herney machnął ręką i przywitał każdego z nich po imieniu. Ich odpowiedzi, choć uprzejme, były ciche i osłodzone wymuszonymi uśmiechami.

— Dzień dobry, panie prezydencie.

— Miło pana widzieć, panie prezydencie.

— Dobrego dnia, panie prezydencie.

W drodze do biura słyszał za sobą szepty. W rezydencji na Pennsylvania Avenue pod numerem 1600 zanosiło się na bunt. W ciągu kilku tygodni niezadowolenie narosło do tego stopnia, że Hemey zaczął się czuć jak kapitan Bligh dowodzący okrętem, którego załoga przygotowuje się do wypowiedzenia mu posłuszeństwa.

Prezydent nie miał pretensji do swoich współpracowników. Ciężko pracowali przez długie godziny, żeby wspierać go w nadchodzących wyborach, a on nagle wypuścił piłkę.

Wkrótce zrozumieją, powiedział sobie w duchu. Niedługo znowu będę bohaterem.

Żałował, że tak długo trzymał swój personel w nieświadomości, ale zachowanie tajemnicy było absolutnie konieczne. A kiedy chodzi o sekrety, Biały Dom jest znany jako najbardziej przeciekający statek w Waszyngtonie.

Herney wszedł do poczekalni przed Gabinetem Owalnym i wesoło pomachał sekretarce.

— Ładnie wyglądasz, Dolores.

— Pan również, panie prezydencie — odparła, z jawną dezaprobatą patrząc na jego niedbały strój.

Herney konspiracyjnie ściszył głos.

— Chciałbym, żebyś zwołała zebranie.

— Jakie, panie prezydencie?

— Całego personelu Białego Domu.

Sekretarka spojrzała na niego pytająco.

— Całego personelu, panie prezydencie? Wszystkich stu czterdziestu pięciu?

— Co do jednego.

— Dobrze. Czy mam zebrać ich... w sali konferencyjnej? — spytała zaniepokojona.

Herney pokręcił głową.

— Nie. W moim gabinecie.

Zrobiła wielkie oczy.

— Chce pan spotkać się z całym personelem w Gabinecie Owalnym?

— Jak najbardziej.

— Ze wszystkimi naraz, panie prezydencie?

— Czemu nie? Umów ich na szesnastą.

Sekretarka pokiwała głową, jakby spełniała zachciankę chorego psychicznie pacjenta.

— Dobrze, panie prezydencie. A zebranie ma dotyczyć...

— Dziś wieczorem publicznie wygłoszę ważne oświadczenie. Chcę, żeby mój personel usłyszał je pierwszy.

Na twarzy sekretarki odmalowało się przygnębienie, jakby w głębi duszy bała się tej chwili. Zniżyła głos:

— Wycofuje się pan z wyścigu?

Herney wybuchnął śmiechem.

— Ależ skąd, Dolores! Przygotowuję się do walki!

Zrobiła powątpiewającą minę. W mediach już mówiono, że prezydent Herney rezygnuje z walki o fotel.

Mrugnął do niej krzepiąco.

— Dolores, przez cztery lata wykonywałaś dla mnie wspaniałą robotę i będziesz ją wykonywała przez kolejne cztery. Zostaniemy w Białym Domu. Obiecuję.

Sekretarka wyglądała tak, jakby chciała w to wierzyć.

— Dobrze, panie prezydencie. Powiadomię personel. Czwarta po południu.

Gdy Zach Herney wszedł do Gabinetu Owalnego, nie mógł powstrzymać się od uśmiechu na myśl o personelu stłoczonym w tym wbrew pozorom małym pomieszczeniu.

Choć z biegiem lat gabinet dorobił się wielu przydomków — „Kibel", „Jama Dicka", „Sypialnia Clintona" — Herneyowi podobała się „Pułapka na homary". Ta nazwa wydawała się najbardziej odpowiednia. Każdego, kto pierwszy raz wszedł do Gabinetu Owalnego, ogarniała natychmiastowa dezorientacja. Symetria pokoju, łagodnie zakrzywione ściany, dyskretnie zamaskowane wejścia i wyjścia — wszystko to sprawiało, że goście czuli się, jakby zawiązano im oczy i okręcono dokoła. Często po zakończeniu spotkania dygnitarz wstawał, żegnał się i maszerował prosto do drzwi szafy. W zależności od przebiegu rozmowy Herney albo zatrzymywał go w porę, albo z rozbawieniem obserwował zakłopotaną minę gościa.



1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   35


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna