Wydawnictwo sonia draga



Pobieranie 2,1 Mb.
Strona34/35
Data23.10.2017
Rozmiar2,1 Mb.
1   ...   27   28   29   30   31   32   33   34   35

Dopiero po chwili zrozumiała, co się stało. Upadła na okno, które poruszyło się pod jej ciężarem. Wtedy powietrze zaczęło uciekać. Najwyraźniej szyba była poluzowana! Nagle zrozumiała, do czego zmierzał Tolland, zwiększając ciśnienie w kabinie.

Chce wysadzić okno!

Butla wciąż pompowała sprężone powietrze. Leżąc przy oknie, Rachel czuła wzrastające ciśnienie. Ucieszyła się, choć wiedziała, że jest bliska utraty przytomności. Z trudem podniosła się na nogi i z całej siły naparła na szybę.

Tym razem nie usłyszała bulgotania. Szkło poruszyło się, lecz tylko minimalnie.

Rzuciła się na nie całym ciężarem. Nic. Zabolało ją ramię. Popatrzyła na nie. Krew zaschła. Rachel przygotowała się do ponownej próby, ale nie zdążyła. Nagle uszkodzony batyskaf zaczął się przechylać. Gdy ciężki przedział silnika przeważył nad zalanymi zbiornikami balastowymi, „Tryton" przekręcił się i zaczął opadać rufą do przodu.

Rachel upadła na plecy na tylną ścianę kabiny. Na wpół zanurzona w wodzie, patrzyła na nieszczelne okno, wiszące nad nią jak wielki świetlik. (

Na zewnątrz była tylko noc... i tysiące ton napierającej wody.

Chciała wstać, ale jej ciało wydawało się martwe i ciężkie. Znów wróciła myślami do wypadku z dzieciństwa, kiedy była uwięziona pod lodem.

„Walcz, Rachel!" — krzyczała matka, wyciągając ręce, żeby wydobyć ją z wody. „Chwyć się!".

Rachel zamknęła oczy. Tonę. Łyżwy ciążyły niczym ołów, ciągnąc ją w dół. Widziała, że matka leży na lodzie z rozpostartymi nogami, rozkładając ciężar, i wyciąga ręce.

„Machaj nogami, Rachel! Kop!".

Rachel starała się jak mogła. Jej ciało uniosło się lekko w przeręblu. Rozbłysła iskierka nadziei. Wreszcie matka ją złapała.

„Tak! — krzyczała. — Pomóż, żebym mogła cię podnieść! Kop nogami!".

Ciągnięta przez matkę, Rachel zużyła resztki sił na machanie nogami. Wystarczyło. Matka wydostała ją na bezpieczny lód, przeciągnęła na zaśnieżony brzeg i usiadła, zalewając się łzami.

Rachel otworzyła oczy, wdychając coraz bardziej wilgotne i ciepłe powietrze. W ciemności słyszała, jak matka szepcze zza grobu, głosem wyraźnym nawet tutaj, w kabinie tonącego „Trytona".

„Kop, machaj nogami".

Popatrzyła na kopułę. Zbierając się na odwagę, weszła na oparcie fotela, teraz niemal poziome jak w fotelu dentystycznym. Leżąc na plecach, podciągnęła nogi i wycelowała stopy w górę. Z dzikim wrzaskiem rozpaczy i siły kopnęła w sam środek pleksiglasowej kopuły. Jej golenie przeniknęły igły bólu. Zahuczało jej w uszach i poczuła, że ciśnienie gwałtownie spada. Uszczelka po lewej stronie puściła i wielkie okno odchyliło się na zewnątrz jak wrota stodoły.

Do kabiny wlał się strumień wody i wbił ją w oparcie. Ocean huczał, wirował pod jej plecami, a wreszcie poderwał z fotela i zaczął rzucać jak skarpetkę w bębnie pralki. Rachel po omacku szukała czegoś, czego mogłaby się przytrzymać, ale wir kręcił nią dziko. Gdy kabina wypełniała się wodą, batyskaf szybko opadał na dno. Jej ciało bezwolnie popłynęło w górę. Wokół niej pędziły bąble powietrza, wykręcały ją, ciągnęły w lewo i w górę. Arkusz pleksiglasu uderzył ją w biodro.

Wreszcie była wolna.

Koziołkowała w ciepłej czerni wody, brakowało jej powietrza. Płyń na powierzchnię! Rozejrzała się w poszukiwaniu światła. Jej świat ze wszystkich stron wyglądał jednakowo. Czerń. Brak siły ciążenia. Nie wiedziała, gdzie jest góra, a gdzie dół.

W tej koszmarnej chwili Rachel zrozumiała, że nie ma pojęcia, w którą stronę płynąć.

Tysiące metrów pod nią tonący kiowa był miażdżony przez wciąż wzrastające ciśnienie. Piętnaście przeciwpancernych pocisków AGM-114 Hellfire też podlegało działaniu ciśnienia, ich miedziane otuliny i detonatory wginały się niebezpiecznie do wewnątrz.

Trzydzieści metrów nad dnem oceanu potężny trzon megawiru pochwycił resztki śmigłowca i zassał je, rzucając na rozgrzaną do czerwoności kopułę magmy. Jak zapalane po kolei zapałki, pociski Hellfire eksplodowały, rozdzierając ziejącą dziurę w skorupie.

Michael Tolland wypłynął na powierzchnię, zaczerpnął tchu i zanurkował. Gdy pociski wybuchły, unosił się cztery i pół metra pod powierzchnią wody, omiatając wzrokiem ciemności. W białym błysku ujrzał niesamowity obraz — stop-klatkę, którą miał pamiętać do końca życia.

Rachel Sexton wisiała trzy metry niżej jak połamana marionetka. Pod nią szybko opadał „Tryton" z naderwanym oknem. Rekiny pierzchły na otwarte morze, najwyraźniej przeczuwając niebezpieczeństwo.

Radość Tollanda na widok Rachel prysła w jednej chwili, gdy zrozumiał, co się zaraz stanie. Światło zgasło, ale miał w pamięci jej pozycję. Zanurkował głębiej, zmierzając w jej stronę.

Tysiące metrów w dole nadwątlona skorupa pękła i podwodny wulkan eksplodował, wyrzygując do morza lawę o temperaturze tysiąca dwustu stopni Celsjusza. Pod wpływem ciepła woda przemieniła się w parę i ogromna kolumna gazu wzbiła się ku powierzchni wzdłuż osi megawiru. W myśl tych samych praw, które rządzą tornadami, pionowy wznos pary był równoważony przez antycyklonalną spiralę wody, spływającą w dół trzonu.

Prądy oceaniczne wirujące wokół słupa wznoszącego się gazu przybrały na sile. Uciekająca para wytwarzała ogromną próżnię, która zasysała galony wody w dół, gdzie stykały się z lawą. Woda uderzała w dno, parowała, dołączała do rosnącej kolumny pary i pędziła w górę, a w jej miejsce napływała świeża woda. Wir hydrotermalny z sekundy na sekundę stawał się coraz silniejszy i większy, a jego górna krawędź przybliżała się do powierzchni.

Rodziła się oceaniczna czarna dziura.

Rachel czuła się jak dziecko w łonie matki. Spowijała ją gorąca, wilgotna ciemność. Atramentowe ciepło otumaniło jej umysł. Oddychaj. Błysk światła, który widziała, mógł pochodzić tylko z powierzchni, a jednak wydawał się ogromnie daleki. Złudzenie. Płyń na powierzchnię. Zaczęła płynąć wolno w kierunku światła. Nagle dostrzegła coś więcej... dziwny czerwony żar w dali. Świt? Przyspieszyła.

Jakaś ręka złapała ją za kostkę.

Rachel niemal krzyknęła pod wodą, wydychając resztki powietrza.

Ręka, znajoma ręka, ciągnęła ją w tył, wykręcała, kierowała w przeciwną stronę. Był z nią Michael Tolland.

Umysł mówił jej, że ciągnie ją w dół. Serce zapewniało, że wie, co robi.

„Machaj nogami", szepnęła matka.

Rachel posłuchała i zaczęła z całych sił kopać wodę.
Rozdział 130

Oboje wypłynęli bezpiecznie, ale Tolland wiedział, że nie mają szans. Kopuła magmy wybuchła. Gdy tylko szczyt wiru dotrze na powierzchnię, gigantyczne podwodne tornado zacznie wszystko zasysać. Dziwne, świat na powierzchni nie był już taki cichy jak przed chwilą. Panował ogłuszający hałas, wiał silny wiatr, jakby w czasie, gdy był pod wodą, na powierzchni rozpętała się burza.

Tolland był prawie nieprzytomny z powodu niedotlenienia. Próbował podtrzymywać Rachel, która zaczynała wysuwać się z jego ramion. Prąd! Starał się, ale niewidzialna siła napierała coraz mocniej, grożąc wyrwaniem mu Rachel. Nagle wysunęła się z jego uścisku... w górę.

Oszołomiony Tolland patrzył, jak Rachel wynurza się z wody.

Rachel została wciągnięta na pokład samolotu Osprey. Dwadzieścia minut wcześniej dyżurni ze straży przybrzeżnej otrzymali meldunek o wybuchu na morzu. Stracili kontakt radarowy ze śmigłowcem Dolphin, który powinien przebywać na tym obszarze, i obawiali się, że doszło do wypadku. Wpisali do systemu nawigacyjnego ostatnie znane współrzędne maszyny i pospieszyli na ratunek.

W odległości kilkuset metrów od oświetlonego statku załoga dostrzegła niesiony prądem płonący wrak, który wyglądał na resztki motorówki. W pobliżu ktoś dziko wymachiwał rękami. Wciągnęli go na pokład. Mężczyzna był zupełnie nagi i miał nogę okręconą taśmą izolacyjną.

Wyczerpany Tolland patrzył na brzuch huczącego samolotu. Z ustawionych poziomo śmigieł biły ogłuszające podmuchy. Gdy Rachel wzniosła się na linie, liczne ręce wciągnęły ją do kabiny. Tolland, który nie spuszczał jej z oka, dostrzegł kucającą w drzwiach znajomą, wpółnagą postać.

Corky? W jego sercu wezbrała radość. Żyjesz!

Uprząż opuściła się z nieba i spadła do wody trzy metry od niego. Chciał do niej podpłynąć, ale już zasysał go wir. Morze trzymało go bezlitośnie, nie chciało puścić.

Prąd wciągnął go pod wodę. Tolland walczył z nim, próbując wypłynąć, ale zmęczenie zaczynało brać górę. „Dasz sobie radę", powtarzał jakiś głos. Tolland wierzgnął nogami, wyrwał się na powierzchnią. Uderzył w niego dmący od śmigieł wiatr. Uprząż wciąż była poza jego zasięgiem. Zadzierając głowę w strumieniu wiatru i huku, zobaczył Rachel. Patrzyła w dół, przywołując go do siebie.

Dotarcie do uprzęży wymagało czterech potężnych wymachów rękami. Resztką sił wsunął ramię i głowę w pętlę, a potem zawisł na niej bezwładnie.

Ocean pod nim zaczął się zapadać.

Tolland spojrzał w dół w chwili, gdy w wodzie otworzył się ziejący lej. Wir hydrotermalny wreszcie dotarł na powierzchnię.

William Pickering stał na mostku „Goyi" i w osłupieniu patrzył na rozgrywający się przed nim dramat. Na prawo od rufy na powierzchni morza powstawało ogromne zagłębienie. Wir miał setki metrów średnicy i szybko się powiększał. Woda wlewała się spiralnie, gładko pokonując krawędź. Z głębiny dochodziło niskie zawodzenie. Pickering z pustką w głowie patrzył, jak lej rozdziawia się niczym usta jakiegoś pradawnego boga, który łaknie ofiary.

To sen, pomyślał.

Nagle z potężnym sykiem, który strzaskał okna na mostku „Goyi", z leja wystrzelił pióropusz pary. Kolosalny gejzer z hukiem piął się w niebo, a jego wierzchołek niknął w ciemności.

W jednej chwili ściany leja stały się bardziej strome; wir rozszerzał się jeszcze szybciej, pędząc w jego stronę. „Goya" obrócił się rufą w kierunku rosnącego zagłębienia. Pickering stracił równowagę i upadł na kolana. Jak dziecko w oblicze Boga, spoglądał w głąb powiększającej się otchłani.

Jego ostatnie myśli dotyczyły córki. Pickering miał nadzieję, że nie było jej dane zaznać przed śmiercią takiego strachu, jakiego sam właśnie doświadczał.

Fala uderzeniowa od uciekającej pary miotała ospreyem na boki. Tolland i Rachel trzymali się, gdy piloci wyrównywali lot, przelatując nisko nad skazanym na zagładę „Goyą". Zobaczyli Williama Pickeringa, Kwakra, w ciemnym płaszczu i krawacie klęczącego przy relingu.

Gdy para rozłożyła się jak parasol wysoko nad ogromnym tornadem, pękł łańcuch kotwiczny. Z dumnie zadartym dziobem „Goya" zsunął się z krawędzi, zassany do wnętrza wirującego leja. Światła wciąż się paliły, gdy zniknął pod powierzchnią.


Rozdział 131

Poranek w Waszyngtonie był czysty i rześki.

Wokół monumentu Waszyngtona wirowały liście. Największy obelisk świata zwykle samotnie przeglądał się w stawie, ale tego ranka tłoczyły się wokół niego gromady reporterów.

Senator Sedgewick Sexton czuł się większy od samego Waszyngtona, gdy wysiadł z limuzyny i kroczył jak lew w kierunku czekających reporterów. To on zaprosił przedstawicieli dziesięciu największych agencji informacyjnych i obiecał ujawnienie skandalu dziesięciolecia.

Nic tak nie przyciąga ścierwojadów, jak zapach śmierci, pomyślał.

W ręku trzymał plik białych płóciennych kopert, elegancko opatrzonych pieczęcią z monogramem. Jeśli informacja jest władzą, to on niesie głowicę jądrową.

Upojony, zbliżył się do podium. Był zadowolony z zaimprowizowanej sceny z dwoma „ramami sławy" — dużymi, wolno stojącymi ściankami, które okalały mównicę jak granatowe kurtyny. Była to stara sztuczka Ronalda Reagana, zapewniająca wyróżnianie się na każdym tle.

Sexton wszedł na scenę i wyłonił się zza ścianki niczym aktor zza kulis. Reporterzy szybko zajęli miejsca na składanych krzesłach ustawionych w kilku rzędach. Słońce wyłaniało się zza kopuły Kapitolu; skośne promienie, różowe i złote, opromieniały senatora jak boska chwała.

Idealny dzień, żeby zostać najpotężniejszym człowiekiem świata.

— Dzień dobry państwu — rozpoczął, kładąc koperty na pulpicie. — Postaram się, żeby moje wystąpienie było krótkie i bezbolesne. Informacje, jakimi zamierzam się z wami podzielić, są, szczerze mówiąc, dość niepokojące. Te koperty zawierają dowody oszustwa na najwyższych szczeblach. Ze wstydem wyznam, że prezydent wezwał mnie pół godziny temu i błagał — tak, błagał — żebym ich nie ujawniał. — Z niesmakiem pokręcił głową. — A jednak jestem człowiekiem, który wierzy w prawdę, niezależnie od tego, jak jest bolesna.

Sexton umilkł i potrząsnął kopertami, podsycając ciekawość tłumu. Reporterzy wodzili za nimi wzrokiem niczym stado psów, które ślinią się na widok jeszcze nieznanego, ale najpewniej smacznego kąska.

Prezydent wezwał go pół godziny wcześniej i wszystko mu wyjaśnił. Herney rozmawiał z Rachel, już bezpieczną na pokładzie jakiegoś samolotu. Niewiarygodne, ale wydawało się, że Biały Dom i NASA są niewinnymi widzami kompromitującego spisku obmyślonego przez Williama Pickeringa.

To nie ma znaczenia, pomyślał Sexton. Notowania Zacha Herneya wciąż ostro spadają.

Żałował, że nie jest muchą na ścianie w Białym Domu, bo wtedy mógłby zobaczyć twarz prezydenta w chwili, kiedy zrozumie, że informacje zostaną ujawnione. Sexton zgodził się na spotkanie w Białym Domu, żeby przedyskutować z Herneyem, w jaki sposób przedstawić narodowi prawdę o meteorycie. Zapewne teraz Herney stoi przed telewizorem i z osłupieniem zaczyna pojmować, że Biały Dom w żaden sposób nie może powstrzymać ręki przeznaczenia.

— Przyjaciele — ciągnął Sexton, nawiązując kontakt wzrokowy z publicznością — rozważyłem to głęboko. Zastanawiałem się, czy uszanować życzenie prezydenta i zachować tę sprawę w sekrecie, i doszedłem do wniosku, że muszę zrobić to, co dyktuje mi serce. — Westchnął, zwieszając głowę jak człowiek osaczony przez historię. — Prawda jest jedna. Nie będę ubarwiał faktów. Przedstawię je takie jakie są.

Usłyszał napływający z dali łoskot rotorów wielkiego helikoptera. Przez chwilę myślał, że może spanikowany prezydent leci z Białego Domu w nadziei na przerwanie konferencji prasowej. To byłoby dopełnieniem miary szczęścia, pomyślał z rozbawieniem. Czy mógłby wtedy wyglądać na bardziej winnego?

— Nie sprawia mi to przyjemności... — podjął z uczuciem, że to idealna chwila — ale uważam, iż moim obowiązkiem jest poinformowanie Amerykanów, że zostali oszukani.

Maszyna przeleciała nad monumentem Waszyngtona i usiadła na esplanadzie po prawej stronie. Sexton podniósł głowę i zaskoczony stwierdził, że nie jest to śmigłowiec prezydencki, tylko osprey, wielki samolot z uchylnymi wirnikami.

Na kadłubie widniał napis:

STRAŻ PRZYBRZEŻNA STANÓW ZJEDNOCZONYCH.

Zbity z tropu patrzył, jak drzwi się otwierają i z maszyny wysiada kobieta, ubrana w pomarańczowy skafander straży przybrzeżnej i wyglądająca niechlujnie, jakby wróciła z wojny. Ruszyła prosto ku zgromadzonym reporterom. Przez moment Sexton nie miał pojęcia, kim ona jest. Potem zrozumiał.

Rachel? — zachłysnął się w szoku. Do licha, co ona tu robi?

Nad tłumem uniósł się pomruk konsternacji.

Z przylepionym do twarzy szerokim uśmiechem, Sexton odwrócił się do reporterów i przepraszająco podniósł ręce.

— Darujecie mi jedną minutę? Ogromnie mi przykro. — Wydał zmęczone, dobroduszne westchnienie. — Rodzina na pierwszym miejscu.

Kilka osób parsknęło śmiechem.

Rachel zbliżała się szybko. Sexton nie wątpił, że byłoby najlepiej, gdyby ich spotkanie odbyło się na osobności. Na nieszczęście w tej chwili nie mógł na to liczyć. Jego wzrok przeniósł się na dużą ściankę po prawej stronie.

Uśmiechnął się pogodnie, pomachał do córki i odsunął od mikrofonu. Idąc ku niej, manewrował w taki sposób, żeby Rachel musiała przejść za ścianką. Spotkał się z nią w połowie drogi, z dala od oczu i uszu prasy.

— Kochanie! — zawołał z uśmiechem, otwierając ramiona. — Co za niespodzianka!

Rachel podeszła i uderzyła go w twarz.

Sam na sam z ojcem, osłonięta ścianką, Rachel patrzyła na niego z nienawiścią. Uderzyła go mocno, ale prawie nie drgnął. Z lodowatym spokojem zgasił fałszywy uśmiech, a na jego twarzy odmalowała się surowa nagana.

Jego głos opadł do demonicznego szeptu.

— Nie powinno cię tu być.

Rachel zobaczyła gniew w jego oczach i po raz pierwszy w życiu poczuła się nieustraszona.

— Zwróciłam się do ciebie o pomoc, a ty mnie sprzedałeś!

O mało nie zginęłam!

— Ale nic ci nie jest. — W jego głosie zabrzmiało rozczarowanie.

— NASA nie ponosi winy! Prezydent ci to powiedział! Co tutaj robisz? — W trakcie krótkiego lotu do Waszyngtonu odbyła pospieszne rozmowy telefoniczne z Białym Domem, ojcem, a nawet ze zdezorientowaną Gabrielle Ashe. — Obiecałeś Zachowi Herneyowi, że udasz się do Białego Domu!

— Owszem. — Uśmiechnął się znacząco. — W dniu wyborów. Rachel zrobiło się niedobrze na myśl, że ten człowiek jest jej ojcem.

— To, co chcesz zrobić, to szaleństwo.

— Doprawdy? — zachichotał. Odwrócił się i wskazał na podium za ścianką. Na mównicy leżał plik białych kopert. — Te koperty zawierają informacje, które sama mi przysłałaś. Ty, Rachel. Masz na rękach krew prezydenta.

— Przefaksowałam ci te informacje, bo potrzebowałam twojej pomocy! Bo myślałam, że prezydent i NASA są winni!

— Zważywszy na dowody, agencja kosmiczna zdecydowanie wygląda na winną.

— Ale nie jest! Zasługuje na szansę przyznania się do błędu. Ty już wygrałeś wybory. Zach Herney jest skończony, wiesz o tym. Pozwól mu odejść z godnością.

Sexton jęknął.

— Aleś ty naiwna. Tu nie chodzi o wygranie wyborów, Rachel, tylko o władzę. O ostateczne zwycięstwo, udowodnienie swojej wielkości, zmiażdżenie opozycji i kontrolę sił w Waszyngtonie, żeby móc czegoś dokonać.

— Za jaką cenę?

— Nie bądź taka pewna swego. Ja tylko przedstawiam dowody. Ludzie sami wyciągną wnioski, kto jest winny.

— Wiesz, jak to będzie wyglądało. Wzruszył ramionami.

— Być może czas NASA dobiegł końca.

Senator Sexton wyczuwał, że reporterzy się niepokoją. Nie miał zamiaru tkwić tu cały ranek i słuchać pouczeń córki. Chwila chwały czeka.

— Dość tego — uciął. — Mam konferencję prasową.

Proszę cię jako córka, nie rób tego. Zastanów się. Jest lepszy sposób.

— Nie dla mnie.

Zza ścianki dobiegł pisk sprzężenia i Sexton odwrócił się na pięcie. Jakaś spóźnialska reporterka przycupnęła przy podium, próbując przymocować mikrofon do jednego z uchwytów.

Czemu ci idioci nie przychodzą punktualnie? — zżymał się Sexton w duchu.

Nieuważna reporterka strąciła plik kopert na ziemię.

Cholera! Sexton odszedł, przeklinając córkę, która zaprzątała jego uwagę. Kobieta klęczała, zbierając koperty. Sexton nie widział jej twarzy, ale musiała być z „sieci" — miała długi kaszmirowy płaszcz z przypiętą przepustką prasową ABC, szalik i naciągnięty na czoło beret.

Głupia suka, pomyślał.

— Ja to wezmę — warknął.

Kobieta zebrała ostatnie koperty i podała mu je, nie podnosząc głowy.

— Przepraszam... — wymamrotała, wyraźnie zakłopotana. Kuląc się ze wstydu, szybko zniknęła w tłumie.

Sexton szybko przeliczył koperty. Dziesięć. W porządku. Nikt nie odbierze mu poklasku. Poprawił mikrofony i z żartobliwym uśmiechem powiedział:

— Lepiej je rozdam, zanim komuś stanie się krzywda! Zebrani roześmiali się nerwowo.

Sexton czuł, że córka stoi tuż za ścianką.

— Nie rób tego — powtórzyła. — Pożałujesz.

Zignorował ją.

— Proszę cię, zaufaj mi — mówiła coraz głośniej. — Popełniasz błąd.

Podniósł koperty.

— Tato... — głos Rachel brzmiał błagalnie — to twoja ostatnia szansa, żeby zachować twarz.

Zachować twarz? Sexton zakrył mikrofon i odwrócił się, jakby chciał odchrząknąć. Zerknął ukradkiem na córkę.

— Jesteś taka sama jak matka, małostkowa idealistka. Kobiety po prostu nie rozumieją natury władzy.

Sedgewick Sexton zapomniał o córce, gdy odwrócił się w kierunku niecierpliwiących się reporterów. Z wysoko podniesioną głową obszedł mównicę i rozdał koperty. Po chwili usłyszał trzask przełamywanych pieczęci i szelest papieru, gdy rozdzierali koperty jak opakowania gwiazdkowych prezentów.

Zapadła cisza.

Tak wygląda przełomowa chwila jego kariery.

Meteoryt jest fałszywy, a ja to ujawniłem.

Senator wiedział, że zaraz zrozumieją znaczenie tego, co mają przed oczami: dolny szyb na wydruku z GPR, żyjący gatunek morski niemal identyczny ze skamielinami NASA, dowody, że chondry mogą powstawać na Ziemi. Wszystko to wiedzie do jednego szokującego wniosku.

— Panie senatorze? — wydukał któryś z reporterów. — Czy to prawdziwe?

Sexton westchnął ponuro.

— Tak, niestety, obawiam się, że bardzo prawdziwe.

Usłyszał szepty konsternacji.

— Przejrzyjcie dowody, a potem odpowiem na pytania i spróbuję rzucić trochę światła na to, na co patrzycie.

— Senatorze? — Głos następnego reportera wyrażał bezbrzeżne zdumienie. — Czy te zdjęcia są autentyczne? Bez retuszu?

— Na sto procent — odparł Sexton stanowczo. — W przeciwnym wypadku nie śmiałbym ich państwu zaprezentować.

Konsternacja jakby się pogłębiła. Sexton pomyślał, że słyszy nawet śmiech, a przecież nie takiej reakcji oczekiwał. Obawiał się, że przecenił zdolność mediów do powiązania oczywistych faktów.

— Senatorze? — zagadnął ktoś podejrzanie rozbawionym tonem. — Na pewno ręczy pan za ich autentyczność?

Sexton zaczął się denerwować.

— Przyjaciele, powiem po raz ostatni: dowody w waszych rękach są prawdziwe, na sto procent. Jeśli ktoś wykaże, że jest inaczej, to kaktus mi na dłoni wyrośnie!

Czekał na śmiech, ale odpowiedziała mu cisza.

Martwa cisza. Puste spojrzenia.

Reporter, który odezwał się ostatni, podszedł do niego, przekładając odbitki.

— Ma pan rację, senatorze. To skandal. — Urwał, drapiąc się po głowie. — Zastanawiamy się, dlaczego postanowił pan nam to pokazać, zwłaszcza po wcześniejszych żarliwych zaprzeczeniach.

Sexton nie miał pojęcia, o czym facet mówi. Reporter podał mu fotokopie. Sexton spojrzał... i zmartwiał.

Panowała absolutna cisza.

Patrzył na nieznane zdjęcia. Czarno-białe. Dwoje ludzi. Nagich. Splecione ręce i nogi. Przez chwilę nie miał pojęcia, co to ma znaczyć. Potem zrozumiał. Poczuł się, jakby dostał armatnią kulą w brzuch.

Przerażony podniósł głowę. Reporterzy skręcali się ze śmiechu. Połowa już telefonowała, przekazując wieści do swoich redakcji.

Ktoś poklepał go po ramieniu.

Odwrócił się, wciąż oszołomiony.

Rachel.

— Próbowaliśmy cię powstrzymać — powiedziała. — Miałeś szansę. — Obok niej stała jakaś kobieta.



Sexton drżał, przenosząc na nią spojrzenie. Była to reporterka w kaszmirowym płaszczu i moherowym berecie — kobieta, która strąciła koperty. Zobaczył jej twarz i krew w jego żyłach przemieniła się w lód.

Ciemne oczy przewiercały go na wylot, gdy Gabrielle odchyliła płaszcz i pokazała mu białe koperty, które trzymała pod pachą.


Rozdział 132

W Gabinecie Owalnym panował półmrok, rozpraszany przez miękki blask mosiężnej lampy, palącej się na biurku prezydenta Hemeya. Gabrielle Ashe stała z wysoko podniesioną głową. Za oknem, za plecami prezydenta, zmierzch kładł się na zachodnim trawniku.

— Słyszałem, że nas opuszczasz — powiedział prezydent z nutką zawodu.

Gabrielle pokiwała głową. Prezydent wspaniałomyślnie zaproponował jej azyl w Białym Domu, ale wolała nie szukać kryjówki w oku cyklonu. Chciała być jak najdalej stąd. Przynajmniej przez jakiś czas.

Herney patrzył na nią z drugiej strony biurka, wyraźnie będąc pod wrażeniem jej postawy.

— Decyzja, jaką podjęłaś dziś rano, Gabrielle... — Urwał, jakby zabrakło mu słów. Oczy miał szczere i czyste. Enigmatyczne, głębokie studnie, które kiedyś przyciągnęły ją do Sedgewicka Sextona, nie mogły się z nimi równać. Nawet tutaj, z dala od kamer i fleszy, Gabrielle wyczytała w jego spojrzeniu niekłamaną życzliwość, honor i godność, których długo nie miała zapomnieć.

— Zrobiłam to również dla siebie — powiedziała w końcu.



1   ...   27   28   29   30   31   32   33   34   35


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna