Wydawnictwo sonia draga



Pobieranie 2,1 Mb.
Strona33/35
Data23.10.2017
Rozmiar2,1 Mb.
1   ...   27   28   29   30   31   32   33   34   35

Rachel kuliła się w kabinie dziewięciotonowego „Trytona", który kołysał się nad otwartą klapą w stromo nachylonym pokładzie. Przez szklany bąbel widziała szalejący w dole ocean. Gdy spojrzała w górę, żeby poszukać Tollanda, ujrzała błyskawicznie rozgrywający się dramat.

Zaledwie metr od niej uwięziony w szczękach żołnierz Delty wył z bólu, podskakując jak kukiełka. William Pickering czołgał się do najbliższej knagi. Tolland wisiał na dźwigni kabestanu, ratując się przed zsunięciem z pokładu do wody. Żołnierz z pistoletem maszynowym podnosił się w pobliżu niego. Rachel wrzasnęła:

— Mike, uważaj!

Ale Delta Jeden nie zwracał uwagi na Tollanda. Z ustami otwartymi z przerażenia patrzył w kierunku pracującego na jałowym biegu helikoptera. Rachel odwróciła głowę. Bojowy śmigłowiec, z wciąż obracającymi się łopatami, powoli zsuwał się po pochyłym pokładzie. Długie metalowe płozy zachowywały sięjak narty na stoku. Rachel zrozumiała, że wielka maszyna sunie prosto na „Trytona".

Delta Jeden przebiegł po pokładzie i wskoczył do kabiny ześlizgującego się helikoptera. Nie miał zamiaru dopuścić, żeby ich jedyny środek ucieczki spadł do morza. Łopaty przyspieszyły z ogłuszającym rykiem, podejmując próbę poderwania ciężko uzbrojonej maszyny z pokładu. Delta Jeden padł na fotel i pociągnął drążek. Podnieś się! W górę, do cholery! Śmigłowiec sunął prosto na „Trytona" i unieruchomionego Deltę Dwa.

Łopaty były nachylone do przodu, kiedy więc kiowa wreszcie oderwał się od pokładu, przesunął się bardziej do przodu niż w górę, zbliżając się do batyskafu jak wielka piła tarczowa. W górę! Delta Jeden ściągał drążek i żałował, że nie może zrzucić pół tony głowic bojowych Hellfire, które ściągały go w dół. Łopaty o włos minęły głowę Delty Dwa i czubek batyskafu, ale śmigłowiec poruszał się zbyt szybko. Nie miał szans ominąć liny, na której wisiał „Tryton".

Gdy wirujące z prędkością trzystu obrotów na minutę stalowe łopaty zderzyły się ze stalową liną o udźwigu piętnastu ton, noc wybuchła zgrzytem metalu o metal. Dźwięki wyczarowały obrazy epickiej bitwy. Z opancerzonej kabiny kiowy Delta Jeden patrzył, jak łopaty nacierają na linę niczym ostrza ogromnej kosiarki, która najechała na stalowy łańcuch. Nad pokładem wystrzeliła oślepiająca fontanna iskier i łopaty eksplodowały. Delta Jeden poczuł, jak maszyna opada i ciężko uderza w pokład. Próbował odzyskać nad nią panowanie, ale utracił siłę nośną. Helikopter podskoczył dwa razy i uderzył w reling statku.

Delta Jeden przez chwilę myślał, że reling wytrzyma.

Po chwili usłyszał trzask. Ciężki śmigłowiec przechylił się i spadł do morza.

Rachel Sexton siedziała jak sparaliżowana, wciśnięta w fotel w kabinie „Trytona". Gdy łopaty zderzyły się z liną, batyskaf zakołysał się gwałtownie. Jakimś cudem minęły jego korpus, ale wiedziała, że lina musiała zostać poważnie uszkodzona. W tej chwili myślała tylko o tym, jak najszybszej uciec ze statku. Żołnierz uwięziony w kleszczach patrzył na nią, półprzytomny, zakrwawiony, zraniony odłamkiem. Za nim widziała Williama Pickeringa, wciąż trzymającego się knagi na nachylonym pokładzie.

Gdzie Michael?! Nie mogła go wypatrzyć. Po chwili paniki narósł w niej nowy strach. Wystrzępiona lina jęknęła złowieszczo, gdy splecione druty się rozwinęły. Potem rozległ się głośny trzask i Rachel poczuła, że lina pęka.

Batyskaf runął w dół. Rachel przez chwilę wisiała nieważko nad fotelem. Pokład zniknął, pomosty pod „Goyą" ruszyły „Trytonowi" na spotkanie. Żołnierz w chwytakach zbielał ze strachu, patrząc wprost na nią.

Batyskaf spadał bez końca.

Kiedy uderzył w wodę, Rachel ciężko opadła na fotel. Oświetlona woda zamykała się nad kopułą. Żołądek podszedł jej do gardła, kiedy batyskaf zwolnił, zatrzymał się pod wodą, po czym zawrócił i jak korek podskoczył na powierzchni.

Rekiny zaatakowały błyskawicznie. Rachel skamieniała, patrząc na spektakl rozgrywający się zaledwie metr od niej.

Kanciasty łeb rekina uderzył Deltę Dwa z niewyobrażalną siłą. Ostre jak brzytwa zęby zacisnęły się na jego ręce, rozcinając ciało do kości i nie chcąc puścić. W mózgu Delty Dwa eksplodował błysk rozżarzonego do białości bólu, gdy rekin przekręcił potężne cielsko i gwałtownie potrząsnął głową, odrywając rękę od tułowia. Do akcji wkroczyły pozostałe. Zęby wbiły się w nogi, tors i kark. Delcie Dwa brakowało tchu, nie mógł więc krzyczeć z bólu, gdy rekiny wydzierały kęsy jego ciała. Ostatnią rzeczą, jaką zobaczył, był przekrzywiający się na bok półkolisty pysk pełen zębów, które zamknęły się na jego twarzy.

Zapadła ciemność.

Łomotanie, z jakim ciężkie łby taranowały okno, w końcu ucichło. Poobijana Rachel otworzyła oczy. Mężczyzna zniknął. Woda omywająca okno miała szkarłatny kolor.

Rachel skuliła się w fotelu, podciągając kolana do piersi. Czuła, że batyskaf się porusza. Dryfował, niesiony prądem, ze zgrzytem przesuwając się wzdłuż dolnego pokładu do nurkowania. Przesuwał się również w innym kierunku. W dół.

Z zewnątrz dobiegało charakterystyczne bulgotanie wody wlewającej się do zbiorników balastowych. Było coraz głośniejsze. Ocean centymetr po centymetrze wspinał się po przejrzystej kopule.

Tonę!


Wstrząsnęło nią przerażenie i zerwała się na równe nogi. Starała się dosięgnąć mechanizmu zamykającego właz. Jeśli zdoła wyjść z batyskafu, zdąży wskoczyć na pokład „Goyi". Jest oddalony najwyżej półtora metra.

Muszę się wydostać!

Na mechanizmie wyraźnie zaznaczono, w którą stronę należy go przekręcić, żeby otworzyć właz. Wytężyła siły. Koło nie ustąpiło. Spróbowała jeszcze raz. Nic. Pokrywa została zatrzaśnięta. Wygięta. Gdy strach narastał w niej jak morze na zewnątrz batyskafu, Rachel zebrała siły i pchnęła ostatni raz.

Właz nawet nie drgnął.

„Tryton" zanurzył się głębiej, ostatni raz zderzył się z „Goyą" i wypłynął spod pogruchotanego kadłuba... na otwarte morze.
Rozdział 126

— Nie rób tego — błagała Gabrielle, gdy senator kończył kopiować dokumenty. — Narażasz życie córki!

Sexton, głuchy na jej słowa, wrócił do biurka z dziesięcioma kompletami kserokopii. Każdy komplet zawierał kopie stron przefaksowanych przez Rachel, łącznie z odręcznie napisanym listem twierdzącym, że meteoryt jest fałszywy oraz że NASA i Biały Dom nastają na życie Rachel.

Media nigdy nie dostały bardziej szokujących materiałów, myślał Sexton, pakując dokumenty do dużych płóciennych białych kopert. Na każdej widniało jego nazwisko, adres biura i senatorska pieczęć. Nikt nie będzie miał wątpliwości, od kogo pochodzą te niewiarygodne informacje. Polityczna afera stulecia, myślał, i to ja ją ujawnię!

Gabrielle wciąż błagała, żeby nie narażał Rachel, ale Sexton jej nie słyszał. Zamknął się w swoim świecie. Kariera każdego polityka ma przełomową chwilę. Niedługo nastąpi moja.

Wiadomość od Williama Pickeringa ostrzegała, że jeśli ujawni materiały, życie Rachel znajdzie się w niebezpieczeństwie. Na nieszczęście dla niej Sexton wiedział, że jeśli zdemaskuje oszustwo NASA, to jedno śmiałe posunięcie zagwarantuje mu wjazd do Białego Domu w sposób tak zdecydowany i efektowny, jakiego w amerykańskiej polityce jeszcze nie widziano.

Życie jest pełne trudnych decyzji, pomyślał. I te trafne podejmują zwycięzcy.

Gabrielle już kiedyś widziała ten błysk w oczach Sextona. Ślepa ambicja. Bała się tego. I nie bez powodu, jak teraz zrozumiała.

Sexton był gotów zaryzykować życie córki, byle tylko jako pierwszy ogłosić światu oszustwo NASA.

— Nie rozumiesz, że już wygrałeś? — zapytała. — Wykluczone, żeby Zach Herney i NASA przetrwali ten skandal. Nie ma znaczenia, kto go ujawni! Nie ma znaczenia, kiedy! Zaczekaj, dopóki nie dowiesz się, że Rachel jest bezpieczna. Zaczekaj na rozmową z Pickeringiem!

Sexton nie słuchał. Otworzył szufladę biurka, wyciągnął foliowy arkusz z tuzinami samoprzylepnych woskowych pieczęci wielkości pięciocentówek. Na każdej widniały jego inicjały. Gabrielle wiedziała, że zwykle opatruje nimi formalne zaproszenia. Najwyraźniej uznał, że szkarłatne pieczęcie na kopertach będą stanowiły dodatkowy akcent dramatyczny. Zrywał je z folii i naklejał na skrzydełka, pieczętując koperty jak królewskie listy.

W sercu Gabrielle wezbrał gniew. Przyszły jej na myśl skany nielegalnych czeków w komputerze. Wiedziała, że jeśli o nich wspomni, Sexton po prostu wykasuje dowody.

— Nie rób tego, bo rozgłoszę, że mieliśmy romans — ostrzegła. Sexton roześmiał się głośno, wciąż naklejając woskowe pieczęcie.

— Poważnie? I myślisz, że ci uwierzą? Myślisz, że ktokolwiek da wiarę żądnej władzy pracownicy, która spotkała się z odmową zatrudnienia w mojej administracji i za wszelką cenę szuka zemsty? Już raz zaprzeczyłem i świat mi uwierzył. Po prostu zaprzeczę jeszcze raz.

— Biały Dom ma zdjęcia.

Sexton nawet nie podniósł oczu.

— Nie ma. A gdyby nawet są bezwartościowe. — Przykleił ostatnią pieczęć. — Mam immunitet. Te koperty przebiją wszystko, czym ktokolwiek spróbuje mnie obrzucić.

Gabrielle wiedziała, że Sexton ma rację. Czuła się zupełnie bezradna, gdy podziwiał swoje dzieło. Na jego biurku leżało dziesięć eleganckich białych kopert. Każda opatrzona nazwiskiem i adresem oraz szkarłatną pieczęcią z jego inicjałami. Wyglądały jak listy królewskie. Z pewnością królowie byli koronowani dzięki mniej ważnym informacjom.

Sexton zebrał koperty i przygotował się do wyjścia. Gabrielle zastąpiła mu drogę.

— Popełniasz błąd. To może zaczekać.

Przeszył ją wzrokiem.

— Ja cię stworzyłem, Gabrielle, a teraz cię odwołuję.

— Ten faks od Rachel zapewni ci prezydenturę. Jesteś jej coś winien.

— Dałem jej dużo.

— A jeśli coś jej się stanie?

— Wtedy zapewni mi głosy współczucia.

Gabrielle nie mogła uwierzyć, że śmiał pomyśleć o czymś takim, a w dodatku powiedział to głośno. Zdegustowana, sięgnęła po słuchawkę telefonu.

— Dzwonię do Białego...

Sexton odwrócił się i uderzył ją w twarz.

Gabrielle zatoczyła się, czując, że pękła jej warga. Przytrzymała się biurka, patrząc ze zdumieniem na człowieka, którego kiedyś wielbiła.

Sexton obrzucił ją długim, twardym spojrzeniem.

— Jeśli choćby pomyślisz, żeby mi przeszkodzić, będziesz tego żałowała do końca życia. — Stał niewzruszony, trzymając pod pachą plik opieczętowanych kopert. W jego oczach widać było brutalną groźbę.

Kiedy wyszła z biurowca na zimne nocne powietrze, warga wciąż krwawiła. Zatrzymała taksówkę. Wsiadła. Po raz pierwszy od czasu przyjazdu do Waszyngtonu Gabrielle Ashe załamała się i rozpłakała.
Rozdział 127

„Tryton" opada...

Michael Tolland stanął niepewnie na nachylonym pokładzie i popatrzył zza kabestanu na wystrzępioną linę, na której jeszcze niedawno wisiał batyskaf. Odwrócił się w stronę rufy, omiótł wzrokiem wodę. Niesiony prądem „Tryton" właśnie wyłaniał się spod „Goyi". Zadowolony, że batyskaf nie został uszkodzony, przeniósł spojrzenie na właz. Niczego bardziej nie pragnął, jak tego, żeby się otworzył, żeby Rachel, cała i zdrowa, wyszła na pokład. Ale właz pozostał zamknięty. Tolland zastanowił się, czy przypadkiem nie straciła przytomności w wyniku gwałtownego upadku.

Nawet z pokładu widział, że „Tryton" jest wyjątkowo głęboko zanurzony, znacznie poniżej linii wody. Tonie. Nie miał pojęcia, dlaczego, ale powód w tej chwili był nieistotny.

Muszę wydostać Rachel. Natychmiast.

Gdy ustawił się do skoku na krawędzi pokładu, wokół niego załomotał grad pocisków z broni maszynowej, krzesząc iskry na wielkim kabestanie. Tolland rzucił się na kolana. Cholera! Wyjrzał zza bębna i zobaczył, że Pickering stoi na górnym pokładzie, celując do niego niczym snajper. Żołnierz upuścił karabin w czasie wsiadania do skazanego na zagładę helikoptera i szef NRO musiał go podnieść. Teraz zajmował dogodną pozycję strzelecką.

Uwięziony za kabestanem, Tolland popatrzył na tonącego „Trytona". Prędzej, Rachel! Wyłaź! Czekał, patrząc na właz. Nic się nie stało.

Odwrócił się, mierząc wzrokiem otwartą przestrzeń między kabestanem a relingiem na rufie. Sześć metrów. Kawał drogi bez osłony.

Odetchnął głęboko i podjął decyzją. Zdarł koszulę, rzucił ją w prawo, na otwarty pokład. Podczas gdy Pickering dziurawił kulami koszulą, Tolland skoczył w lewo, w dół nachylonego pokładu, w kierunku rufy. Wybił się i przeskoczył nad relingiem. Lecąc wysokim łukiem, słyszał gwiżdżące wokół kule i wiedział, że wystarczy jedno draśnięcie, a w chwili upadku do wody stanie się przekąską dla rekinów.

Rachel Sexton czuła się jak dzikie zwierzą zamknięte w klatce. Kolejne próby otworzenia włazu kończyły się niepowodzeniem. Słyszała, jak gdzieś pod nią zbiornik napełnia się wodą. Batyskaf stawał się coraz cięższy. Ciemny ocean wspinał się coraz wyżej po przejrzystej szybie, jak czarna kurtyna zaciągana od dołu do góry.

Przez dolną połową okna Rachel widziała pustką oceanu przypominającą otwarty grób i grożącą połknięciem jej w całości. Chwyciła mechanizm i po raz kolejny spróbowała otworzyć właz. Nie chciał ustąpić. Oddychała z trudem, czując wilgotną woń, która świadczyła o nadmiarze dwutlenku węgla. Prześladowała ją jedna stale powracająca myśl.

Umrę sama pod wodą.

Przebiegła wzrokiem po pulpicie sterowniczym, szukając czegoś, co mogłoby jej pomóc, ale wszystkie kontrolki były ciemne. Brak zasilania. Została zamknięta w stalowej trumnie, która opada na dno morza.

Bulgotanie w zbiornikach jakby się wzmogło. Już tylko kilkanaście centymetrów dzieliło linią wody od górnej krzywizny okna. W dali, za bezkresną przestrzenią wody, zza horyzontu wysuwała się szkarłatna wstęga. Nadchodził świt. Rachel bała się, że to będzie jej ostatni. Zamknęła oczy, żeby choć w ten sposób odgrodzić się od nieuchronnego przeznaczenia. Natychmiast zaatakowały ją straszne wspomnienia z dzieciństwa.

Trzask lodu. Zimna woda.

Brakowało jej tchu. Nie mogła się wydostać. Tonęła.

Matka wołała: „Rachel! Rachel!".

Z majaczeń wyrwało ją walenie w kadłub. Otworzyła oczy.

— Rachel! — Głos był stłumiony. Za szybą zobaczyła widmową twarz, okoloną ciemnymi włosami. Ledwo rozpoznała ją w mroku.

— Michael!

Tolland wypłynął na powierzchnię i odetchnął z ulgą. Rachel żyje, porusza się wewnątrz batyskafu. Żyje. Kilka razy machnął rękami, podpłynął do rufy „Trytona" i wspiął się na zanurzoną osłonę silnika. Woda wydawała się gorąca i ciężka, gdy przykucnął, żeby chwycić okrągłe pokrętło. Miał nadzieją, że znajduje się poza zasiągiem karabinu Pickeringa.

Kadłub „Trytona" był już prawie pod wodą. Tolland wiedział, że jeśli ma otworzyć właz i wyciągnąć Rachel, musi się spieszyć. W tej chwili miał w zapasie dwadzieścia pięć centymetrów. Rezerwa szybko malała. Kiedy właz się zanurzy, potok wody wleje się do wnętrza, uniemożliwiając Rachel wyjście i wysyłając batyskaf na dno.

— Teraz albo nigdy — wysapał, chwytając koło i ciągnąc je w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. Nic się nie stało. Spróbował jeszcze raz, szarpiąc z całej siły. Koło ani drgnęło.

Słyszał Rachel po drugiej stronie pokrywy. W jej stłumionym głosie pobrzmiewał strach.

— Próbowałam! — wołała. — Nie dałam rady!

Woda już wdzierała się na pokrywą włazu.

— Kręćmy razem! — krzyknął. — Przeciwnie do ruchu wskazówek zegara! — Wiedział, że tarcza jest wyraźnie oznakowana. — Dobra, teraz!

Zaparł się o zbiorniki balastowe i wytężył mięśnie. Słyszał, jak Rachel szarpie koło. Obróciło się o centymetr i znieruchomiało na dobre.

Teraz zobaczył. Pokrywa nie leżała równo we wgłębieniu. Jak w przypadku nierówno nałożonego i mocno zakręconego wieczka słoika, zapadki wykrzywiły się i zakleszczyły, co znaczyło, że właz można otworzyć tylko palnikiem.

Gdy cały batyskaf zniknął pod powierzchnią wody, Tollanda sparaliżował strach. Rachel Sexton nie ucieknie z „Trytona".

Sześćset metrów niżej zmiażdżony kadłub obładowanego bombami śmigłowca Kiowa szybko opadał, będąc niewolnikiem grawitacji i potężnego zasysania głębinowego wiru. W kabinie leżały zwłoki Delty Jeden, straszliwie zdeformowane przez miażdżące ciśnienie głębiny.

Maszyna spiralnie opadała w dół, z wciąż podczepionymi pociskami Hellfire. Na dnie oceanu, niczym rozgrzane do czerwoności lądowisko, czekała rozjarzona kopuła. Pod grubą na trzy metry skorupą wrzała magma o temperaturze tysiąca stopni Celsjusza, wulkan gotowy do erupcji.


Rozdział 128

Tolland stał po kolana w wodzie na pokrywie silnika tonącego „Trytona", gorączkowo szukając sposobu na ocalenie Rachel.

Nie pozwól, żeby batyskaf zatonął!

Spojrzał w stronę „Goyi", zastanawiając się, czy zdoła dotrzeć do wyciągarki i podczepić batyskaf, żeby zatrzymać go w drodze na dno. Niemożliwe. Odległość wynosiła już pięćdziesiąt metrów, a Pickering stał wysoko na mostku niczym rzymski cesarz w loży honorowej na krwawym widowisku w Koloseum.

Myśl! Dlaczego „Tryton" tonie?

Mechanika pływalności batyskafu była boleśnie prosta: o ruchu w pionie decydowały zbiorniki balastowe — napompowane powietrzem pozwalały na wynurzenie, a napełnione wodą powodowały zanurzenie.

Najwyraźniej zbiorniki się napełniają.

Przecież nie powinny!

Zbiorniki balastowe wszystkich statków podwodnych wyposażone są w otwory na górze i od spodu. Dolne, tak zwane zalewowe, zawsze są otwarte, podczas gdy górne — zawory powietrzne — można zamykać, żeby uwięzić wpompowywane powietrze, i otwierać, żeby powietrze mogło uciec, ustępując wodzie.

Może zawory powietrzne „Trytona" z jakiegoś powodu są otwarte? Tolland nie potrafił wyobrazić sobie dlaczego. Przesuwał się po zanurzonej osłonie silnika, macając zbiornik balastowy. Zawory zamknięte. Ale jego palce znalazły coś innego.

Dziury po kulach.

Cholera! „Tryton" został trafiony, kiedy Rachel wskoczyła do środka. Tolland natychmiast zanurkował i wpłynął pod statek, ostrożnie przesuwając rękę po ważniejszym zbiorniku balastowym — szybkiego zanurzenia. Anglicy nazywają go „ekspresem na dno", a Niemcy „zakładaniem ołowianych butów". W obu przypadkach nazwa mówi sama za siebie. Ten zbiornik po napełnieniu szybko ściąga batyskaf w dół.

Przesuwając rękę po bokach zbiornika, Tolland wymacał tuziny dziur po kulach. Czuł wpływającą wodę. „Tryton" szykował się do ostatecznego zanurzenia.

Batyskaf był już dziewięćdziesiąt centymetrów pod powierzchnią. Tolland przesunął się na dziób, przycisnął twarz do okna i zajrzał do kabiny. Rachel waliła w szybę i krzyczała. Strach w jej głosie sprawił, że opadła go bezsilność. Przez chwilę znów był w chłodnym szpitalu, znów patrzył, jak umiera ukochana kobieta, znów wiedział, że nie może nic dla niej zrobić. Unosząc się pod wodą przed tonącym batyskafem powiedział sobie, że drugi raz tego nie zniesie. „Dasz sobie radę", powiedziała mu Celia, ale on nie chciał żyć sam... już nie.

Płuca paliły, domagając się powietrza, a jednak został z nią, z Rachel. Za każdym razem, gdy uderzała w szybę, słyszał bulgotanie powietrza i batyskaf opadał głębiej. Rachel krzyczała coś o wodzie wlewającej się przez okno.

Okno widokowe przecieka.

Dziura po kuli w tym szkle? Wydawało się to mało prawdopodobne. Czując ogień w płucach, przygotował się do wypłynięcia na powierzchnię. Gdy przesuwał dłonią po wielkim pleksiglasowym oknie, place trafiły na kawałek luźnej gumy. Uszczelka musiała zostać naruszona w chwili zderzenia z powierzchnią wody. Kabina została rozszczelniona. Kolejne złe wieści.

Tolland wynurzył się i odetchnął głęboko trzy razy, próbując się skupić. Woda dostająca się do kabiny przyspieszy opadanie „Trytona". Batyskaf już był półtora metra pod powierzchnią, ledwo muskał go stopami. Czuł, jak Rachel rozpaczliwie wali w kadłub.

Tylko jedno przychodziło mu na myśl: jeśli zanurkuje do pokrywy silnika i znajdzie butlę ze sprężonym powietrzem, będzie mógł napompować zbiornik szybkiego zanurzenia. Choć napełnianie dziurawego zbiornika na dłuższą metę mija się z celem, być może „Tryton" utrzyma się blisko powierzchni jeszcze przez minutę.

A co potem?

Nie mając innego pomysłu, Tolland przygotował się do zanurzenia. Wziął bardzo głęboki oddech, napełniając płuca powietrzem niemal do bólu. Większa pojemność płuc. Więcej tlenu. Dłuższe nurkowanie. Ale gdy jego płuca się rozszerzały, napierając na żebra, do głowy wpadła mu dziwna myśl.

A gdyby zwiększyć ciśnienie wewnątrz kadłuba? Bąbel widokowy ma uszkodzoną uszczelkę. Może, jeśli zdoła zwiększyć ciśnienie w kabinie, powietrze wysadzi całe okno. Wówczas będzie mógł uwolnić Rachel.

Wypuścił powietrze z płuc i przez chwilę unosił się na powierzchni, próbując ocenić, czy pomysł jest realny. Na pewno logiczny. Ostatecznie statek głębinowy zbudowany jest w taki sposób, żeby wytrzymywać duże ciśnienie zewnętrzne, ale prawie żadnego od środka.

Co więcej, wszystkie zawory na „Trytonie" są jednakowe, co zmniejsza ilość części zapasowych przewożonych przez „Goyę". Tolland doszedł do wniosku, że mógłby po prostu podłączyć przewód butli ze sprężonym powietrzem do awaryjnego regulatora po lewej stronie statku. Zwiększone ciśnienie sprawi Rachel ból, ale być może uratuje jej życie.

Zaczerpnął powietrza i zanurkował.

Batyskaf był już prawie dwa metry pod powierzchnią, a prądy i ciemność utrudniały orientację. Kiedy znalazł butlę, szybko podłączył wąż i chwycił zawór, gotów wpuścić powietrze do kabiny. Wymalowany odblaskową żółtą farbą napis na butli przypomniał mu, że to niebezpieczne posunięcie: UWAGA: SPRĘŻONE POWIETRZE — 20 atmosfer.

Dwadzieścia atmosfer, pomyślał. Miał nadzieję, że okno „Trytona" zostanie wypchnięte, zanim ciśnienie w kabinie zmiażdży płuca Rachel. Ma wetknąć wąż strażacki do balonu pełnego wody, odkręcić zawór i modlić się, żeby balon pękł jak najszybciej.

Podjął decyzję. Zawieszony nad tonącym batyskafem, otworzył zawór. Przewód natychmiast zesztywniał i Tolland usłyszał syk powietrza, które z ogromną siłą wpadało do kabiny.

Rachel poczuła nagły dojmujący ból głowy. Otworzyła usta, by krzyknąć, ale powietrze wdarło się do jej gardła z tak wielką siłą, że przeraziła się, iż zaraz eksplodują jej płuca. Miała wrażenie, że ciśnienie wtłacza jej oczy w głąb czaszki. Ogłuszające dudnienie atakowało bębenki. Była o krok od utraty przytomności. Instynktownie zacisnęła powieki i podniosła ręce do uszu. Ból narastał.

Usłyszała łomotanie. Zmusiła się do uchylenia powiek i zobaczyła w ciemności sylwetkę Michaela. Przyciskał twarz do szyby. Wymachiwał rękami, każąc jej coś zrobić.

Ale co?

Ledwo widziała go w mroku. Patrzyła jak przez mgłę, ciśnienie zniekształciło obraz. Mimo to wiedziała, że batyskaf opadł poniżej głębokości, na jaką dociera blask podwodnych reflektorów „Goyi". Otaczała ją nieskończona atramentowa pustka.



Tolland nie przestawał tłuc w okno. Jego płuca domagały się powietrza i wiedział, że za parę sekund będzie musiał wrócić na powierzchnię.

Pchnij szybę! — wołał w myślach. Słyszał, jak bąbelki powietrza krążą wokół szkła. Gdzieś obluzowała się uszczelka. Macał wzdłuż skraju, szukając jakiegoś punku zaczepienia. Nic.

Gdy tlen się wyczerpał i pociemniało mu w oczach, zabębnił w okno po raz ostatni. Już nawet nie widział Rachel. Mając w płucach resztkę powietrza, wrzasnął pod wodą:

— Rachel... pchnij... szybę!

Z jego ust popłynął stłumiony bełkot.
Rozdział 129

Rachel miała wrażenie, że jej głowa jest ściskana w jakimś średniowiecznym narzędziu tortur. Garbiąc się nad fotelem, czuła zbliżającą się śmierć. Znajdujące się na wprost niej okno było puste. Ciemne. Łomotanie ucichło.

Tolland uciekł. Zostawił ją.

Syk sprężonego powietrza przypominał jej ogłuszający wiatr na Lodowcu Milne'a. Na podłodze batyskafu było już trzydzieści centymetrów wody. Wypuść mnie! Tysiące myśli i wspomnień przemykały przez jej głowę jak błyski jaskrawego światła.

Batyskaf się przechylił. Rachel zachwiała się, tracąc równowagę. Zatoczyła się na fotel i upadła do przodu, uderzając w sferyczne okno. Jej ramię przeniknął ostry ból. Wylądowała pod oknem i poczuła coś niespodziewanego — nagły spadek ciśnienia w kabinie. Ból w uszach zelżał i usłyszała bulgot powietrza uciekającego z batyskafu.



1   ...   27   28   29   30   31   32   33   34   35


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna