Wydawnictwo sonia draga



Pobieranie 2,1 Mb.
Strona32/35
Data23.10.2017
Rozmiar2,1 Mb.
1   ...   27   28   29   30   31   32   33   34   35

Kolejny powód, żeby wynieść się stąd w cholerę, pomyślał, zmierzając do celu.

Celem był faks stojący na stole w drugim końcu laboratorium. Na tacce leżał plik kartek, dokładnie tak, jak powiedział Pickering. Delta Jeden podniósł je. Na wierzchu znalazł list Rachel. Tylko dwie linijki. Przeczytał.

W dziesiątkę, pomyślał.

Gdy przewertował kartki, był zdumiony i zaniepokojony, do jakiego stopnia Tolland i Rachel przejrzeli oszustwo. Ktokolwiek zobaczy te wydruki, bez trudu zrozumie ich znaczenie. Na szczęście nie musiał nawet wciskać klawisza ponownego połączenia, żeby się dowiedzieć, do kogo zostały wysłane. Na wyświetlaczu wciąż widniał numer faksu odbiorcy.

Waszyngton, D. C, prefiks.

Starannie przepisał numer, zebrał papiery i wyszedł z laboratorium.

Tolland trzymał karabin maszynowy w spoconych dłoniach, celując w pierś Williama Pickeringa. Dyrektor NRO wciąż naciskał na Rachel, próbując się dowiedzieć, do kogo wysłała faks. Tollanda opadło niepokojące wrażenie, że Pickering po prostu próbuje zyskać na czasie. Po co?

— Biały Dom i NASA są niewinni — powtórzył Pickering. — Niech się pani zgodzi na współpracę. Niech pani nie pozwoli, żeby przez moje błędy ucierpiała wiarygodność NASA. Agencja będzie wyglądać na winną, jeśli ta sprawa się wyda. Możemy dojść do porozumienia. Proszę mi powiedzieć, do kogo przefaksowała pani dane, zanim będzie za późno.

— Żeby mógł pan zabić następną osobę? — zapytała Rachel. — Robi mi się niedobrze, gdy na pana patrzę.

Tolland był zdumiony jej postawą. Rachel gardziła ojcem, ale najwyraźniej nie miała zamiaru go narażać. Na nieszczęście okazało się, że pomysł wysłania prośby o pomoc do senatora Sextona miał złe strony. Jeśli nawet senator po wejściu do gabinetu zobaczy faks, a następnie powiadomi prezydenta o oszustwie i każe odwołać atak, nikt w Białym Domu nie będzie miał pojęcia, o co mu chodzi.

— Powiem jeszcze tylko jedno. — Pickering przeszył Rachel groźnym spojrzeniem. — Sytuacja jest zbyt skomplikowana, żeby mogła ją pani zrozumieć. Popełniła pani wielki błąd, wysyłając dane ze statku. Naraziła pani kraj na niebezpieczeństwo.

Teraz Tolland już wiedział, że William Pickering rzeczywiście gra na zwłokę. Powód zwłoki szedł spokojnie w ich stronę po sterburcie. Tollanda przeniknął strach, gdy zobaczył żołnierza z plikiem papierów i karabinem maszynowym w rękach.

Zareagował ze zdecydowaniem, które zaskoczyło nawet jego. Odwrócił się, wycelował w żołnierza i nacisnął spust.

Iglica zaszczekała nieszkodliwie.

— Znalazłem numer faksu — powiedział żołnierz, podając kartki Pickeringowi. — A pan Tolland nie ma amunicji.
Rozdział 124

Sedgewick Sexton pędził jak burza korytarzem. Nie miał pojęcia, jak Gabrielle tego dokonała, ale nie ulegało wątpliwości, że dostała się do jego gabinetu. W czasie rozmowy przez telefon wyraźnie słyszał w tle charakterystyczne tykanie zegara Jourdaina. Domyślił się, że to, co podsłuchała na spotkaniu z SFF, podkopało jej zaufanie do niego i zaczęła szukać dowodów.

Jak, do ciężkiego licha, dostała się do mojego gabinetu?

Po wejściu do biura wystukał kod, żeby wyłączyć alarm, po czym znalazł klucze, otworzył ciężkie drzwi i pchnął je gwałtownie, zamierzając przyłapać Gabrielle na gorącym uczynku.

Gabinet był pusty i ciemny, oświetlony tylko przez blask wygaszacza na ekranie komputera. Sexton zapali! światła i rozejrzał się po wnętrzu. Wszystko leżało na swoim miejscu. Panowała martwa cisza, zmącona tylko tykaniem zegara.

Gdzie ona jest, do cholery?

Usłyszał szmer i wbiegł do łazienki, zapalając światło. Łazienka była pusta. Sprawdził za drzwiami. Nikogo.

Zaintrygowany, przejrzał się w lustrze i pomyślał, że może wypił zbyt dużo tej nocy. Coś słyszałem. Zdezorientowany, już mniej pewny swego, wrócił do gabinetu.

— Gabrielle! — zawołał. Poszedł do jej biura. Nie zastał jej. W biurze było ciemno.

Usłyszał szum spuszczanej wody, zawrócił na pięcie i pomaszerował w stronę damskiej toalety. Zjawił się w chwili, gdy Gabrielle wychodziła na korytarz, osuszając ręce. Podskoczyła na jego widok.

— Mój Boże! Ale mnie wystraszyłeś! — zawołała z nieudawanym przestrachem. — Co tu robisz?

— Mówiłaś, że wpadłaś do biura po dokumenty NASA — powiedział, patrząc na jej ręce. — Gdzie one są?

— Nie mogłam ich znaleźć. Szukałam wszędzie. Dlatego to tak długo trwało.

Spojrzał jej prosto w oczy.

— Byłaś w moim gabinecie?

Zawdzięczam życie faksowi, pomyślała Gabrielle.

Parę minut wcześniej siedziała przed komputerem Sextona, próbując wydrukować widoczne na ekranie dowody nielegalnych przelewów. Pliki były zabezpieczone i potrzebowała więcej czasu, żeby dojść, jak je wydrukować. Prawdopodobnie nadal próbowałaby tego dokonać, gdyby nie pisk faksu, który przestraszył ją i przywołał do rzeczywistości. Gabrielle uznała dźwięk za sygnał do wyjścia. Nie tracąc czasu na sprawdzenie, czego dotyczy napływający faks, wylogowała się z komputera, ułożyła wszystko na swoim miejscu i poszła do łazienki. W trakcie ucieczki usłyszała, że Sexton wchodzi do gabinetu.

Teraz, gdy stał przed nią i przeszywał ją wzrokiem, wyczuła, że szuka w jej oczach kłamstwa. Sedgewick Sexton potrafił bezbłędnie wykryć fałsz. Natychmiast się zorientuje, że ona kłamie.

— Jesteś pijany — powiedziała, odwracając się do niego plecami. Skąd wie, że byłam w jego gabinecie?

Sexton położył ręce na jej ramionach i odwrócił ją do siebie.

— Byłaś w moim gabinecie?

Narósł w niej strach. Sexton rzeczywiście sporo wypił. Brutalnie trzymał ją za ramiona.

— W twoim gabinecie? — powtórzyła zdumiona, zmuszając się do uśmiechu. — Jak? Dlaczego?

— Słyszałem w tle zegar, kiedy do ciebie zadzwoniłem. Gabrielle wzdrygnęła się wewnętrznie. Zegar? Nie przyszło jej to do głowy.

— Wiesz, jak śmiesznie to brzmi?

— Spędzam w tym gabinecie całe dnie. Znam tykanie tego zegara.

Gabrielle wiedziała, że musi położyć temu kres. Najlepszą obroną jest atak, tak mawia Yolanda Cole. Biorąc się pod boki, przystąpiła do kontrofensywy. Pochyliła się w stronę Sextona i z wściekłością spojrzała mu w twarz.

— Wyjaśnijmy sobie jedno, senatorze. Jest czwarta nad ranem, piłeś, usłyszałeś tykanie przez telefon i z tego powodu tu przyjechałeś? — Z oburzoną miną wskazała palcem na drzwi jego gabinetu. — Reasumując, zakładasz, że unieszkodliwiłam federalny system alarmowy, otworzyłam dwa zestawy zamków, włamałam się do gabinetu, jak ostatnia idiotka odebrałam telefon w czasie popełniania przestępstwa, włączyłam system alarmowy po wyjściu z pustymi rękami, a potem spokojnie skorzystałam z toalety? Na pewno o to ci chodzi?

Sexton zamrugał zdziwiony.

— Nie bez powodu ludzie nie powinni pić w samotności — dodała Gabrielle. — A teraz mów, chcesz porozmawiać o NASA czy nie?

Sexton czuł się skołowany, gdy wrócił do gabinetu. Podszedł prosto do baru i nalał sobie pepsi. Jasne jak słońce, nie jest pijany. Czy naprawdę mógł aż tak się pomylić? Po drugiej stronie pokoju zegar tykał szyderczo. Sexton wypił pepsi, nalał sobie i Gabrielle.

— Napijesz się, Gabrielle? — zapytał, odwracając się. Gabrielle nie weszła za nim. Wciąż stała w drzwiach, jakby chciała utrzeć mu nosa. — Na miłość boską, wejdź! Powiedz mi, czego dowiedziałaś się o NASA.

— Chyba mam dość na dzisiaj — odparła z roztargnieniem. — Porozmawiamy jutro.

Sexton nie był w nastroju do prowadzenia gierek. Potrzebował tych informacji natychmiast i nie miał zamiaru o nie błagać. Westchnął ze zmęczeniem. Wzbudź zaufanie. Wszystko opiera się na zaufaniu.

— Spieprzyłem — wyznał. — Przepraszam. To był koszmarny dzień. Nie wiem, co sobie myślałem.

Gabrielle wciąż stała w progu.

Sexton podszedł do biurka i postawił na blacie jej pepsi. Wskazał swój skórzany fotel — miejsce władzy.

— Usiądź. Napij się. Ja włożę głowę pod kran. — Ruszył do łazienki.

Gabrielle stała nieporuszona.

— Chyba widziałem jakiś nowy faks — zawołał przez ramię, wchodząc do łazienki. Okaż, że jej ufasz. — Rzucisz okiem?

Zamknął drzwi i napełnił umywalkę zimną wodą. Ochlapał twarz, ale wcale nie poczuł się lepiej. Nigdy wcześniej nie przytrafiło mu się nic podobnego. Był tak pewny swego, a jednak wszystko wskazywało na to, że się pomylił. Zawsze ufał swojemu instynktowi, a instynkt mówił mu, że Gabrielle Ashe była w jego gabinecie.

Ale jak? To niemożliwe.

Spróbował zapomnieć o tym incydencie i skupić się na ważniejszej sprawie. NASA. Potrzebuje Gabrielle. W tej chwili nie powinien jej zrażać. Musi wiedzieć, czego się dowiedziała. Daj sobie spokój z instynktem. Pomyliłeś się.

Gdy osuszył twarz, podniósł głowę i odetchnął głęboko. Odpręż się, przykazał sobie. Nic na siłę. Zamknął oczy i odetchnął jeszcze raz, czując się trochę lepiej.

Po wyjściu z łazienki z ulgą zobaczył, że Gabrielle posłuchała i weszła do gabinetu. To dobrze, pomyślał. Teraz możemy przejść do rzeczy. Gabrielle stała przy faksie, przeglądając wysuwające się kartki. Sexton zaniepokoił się, gdy zobaczył jej minę. Była to mieszanina dezorientacji i strachu.

— Co to jest? — zapytał, podchodząc do niej.

Gabrielle zachwiała się, jakby miała zemdleć.

— Co?


— Meteoryt... — wykrztusiła, w drżącej ręce podnosząc kartki. — A twoja córka... jest w niebezpieczeństwie.

Osłupiały, wziął od niej wydruk. Na pierwszej stronie widniała odręcznie napisana notka. Sexton natychmiast rozpoznał charakter pisma. Wiadomość była szokująca w swojej prostocie:



Meteoryt jest fałszywy. Oto dowód.

NASA/Biały Dom chce mnie zabić. Pomocy! RS

Senator rzadko miewał kłopoty ze zrozumieniem sytuacji, ale gdy powtórnie przeczytał słowa Rachel, nie miał pojęcia, co oznaczają.

Meteoryt jest fałszywy? NASA i Biały Dom chcą ją zabić?

Zaczął przeglądać kartki. Pierwsza była komputerowym wydrukiem opatrzonym nagłówkiem „Radar do penetracji gruntu (GPR)". Wydawało się, że to wynik badania ultradźwiękami. Zobaczył szyb, o którym mówili w telewizji. Jego uwagę przyciągnęło coś, co przypominało ludzką sylwetkę unoszącą się w szybie. Potem zobaczył coś jeszcze bardziej szokującego — wyraźny zarys drugiego szybu bezpośrednio pod miejscem, z którego wydobyto meteoryt, jakby kamień został umieszczony w lodzie od spodu.

Do licha, co to jest?

Sexton przełożył kartkę i zobaczył zdjęcie żyjącego stworzenia oceanicznego zwanego Bathynomous giganteus. Oszołomiony, wytrzeszczył oczy. To zwierzę ze skamieniałości w meteorycie!

Przejrzał pozostałe strony i zobaczył diagram przedstawiający ilość zjonizowanego wodoru w skorupie meteorytu. Odręczny napis na tej kartce głosił: „Spalanie brei wodorowej? Silnik ekspansyjny NASA?".

Sexton nie wierzył własnym oczom. Pokój zaczął wirować. Obejrzał ostatnią kartkę — zdjęcie skały z metalicznymi kuleczkami, które wyglądały dokładnie jak te w meteorycie. Co dziwne, opis mówił, że skała jest produktem podmorskich procesów wulkanicznych. Skała z oceanu? — zastanowił się. Przecież NASA powiedziała, że chondry powstają tylko w kosmosie!

Sexton położył kartki na biurku i opadł na fotel. W ciągu piętnastu sekund skompilował wszystkie nadesłane faksem informacje. Wnioski były krystalicznie jasne. Każdy półgłówek zrozumie, czego dowodzą te zdjęcia.

Meteoryt NASA jest fałszywy.

Sexton nigdy nie przeżył tylu wzlotów i upadków. To przypominało jazdę kolejką górską nadziei i rozpaczy. Pytanie, w jaki sposób zorganizowano tak ogromny przekręt, stało się nieistotne, gdy uświadomił sobie jego polityczne implikacje.

Kiedy podam te informacje do wiadomości publicznej, zostanę prezydentem!

Upojony rychłym triumfem senator Sedgewick Sexton zapomniał, że jego córka ma kłopoty.

— Rachel jest w niebezpieczeństwie — przypomniała mu Gabrielle. — Napisała, że NASA i Biały Dom próbują...

Nagle zapiszczał faks. Gabrielle odwróciła się i wbiła oczy w urządzenie. Sexton zrobił to samo. Nie miał pojęcia, co jeszcze Rachel mogłaby mu przysłać. Kolejne dowody? Ile jeszcze może ich być? To wystarczy!

Kiedy maszyna odpowiedziała na wezwanie, nie wysunęły się kartki. Faks nie wykrył przekazu i przełączył się na tryb automatycznej sekretarki.

— Słucham — zatrzeszczała nagrana wiadomość. — Biuro senatora Sedgewicka Sextona. Jeśli chcesz przesłać faks, możesz to zrobić w każdej chwili. Jeśli nie, zostaw wiadomość po usłyszeniu sygnału.

Nim Sexton zdążył odebrać, urządzenie zapiszczało.

— Senator Sexton? — Głos mężczyzny brzmiał surowo. — Mówi William Pickering, dyrektor Narodowego Biura Wywiadowczego. Zapewne o tej porze nie ma pana w biurze, ale muszę porozmawiać z panem jak najszybciej. — Urwał, jakby miał nadzieję, że ktoś odbierze.

Gabrielle sięgnęła po słuchawkę.

Sexton chwycił ją za rękę i odsunął gwałtownie.

Gabrielle była zdumiona.

— Ale to dyrektor...

— Senatorze — podjął Pickering niemal z ulgą, że nikt się nie zgłosił. — Obawiam się, że mam do przekazania złe wieści. Właśnie dowiedziałem się, że pańskiej córce Rachel grozi wielkie niebezpieczeństwo. Wysłałem zespół na pomoc. Nie mogę podać szczegółów przez telefon, ale niedawno otrzymałem wiadomość, że być może wysłała do pana faks z pewnymi informacjami o meteorycie NASA. Nie widziałem tych dokumentów, ale ludzie grożący pańskiej córce ostrzegli mnie, że jeśli pan albo ktokolwiek inny ujawni te dane, pańska córka umrze. Przepraszam za brutalną szczerość, panie senatorze, robię to, by uświadomić panu powagę sytuacji. Życie pańskiej córki jest zagrożone. Jeśli rzeczywiście przefaksowała panu jakieś dokumenty, niech pan nikomu ich nie pokazuje. Jeszcze nie. Od tego zależy życie Rachel. Proszę na mnie czekać. Niebawem się zjawię. — Umilkł na chwilę. — Przy odrobinie szczęścia, senatorze, wszystko zostanie wyjaśnione, zanim pan się obudzi. Jeśli przypadkiem odbierze pan tę wiadomość przed moim przybyciem, proszę zostać w gabinecie i do nikogo nie dzwonić. Robię wszystko, co w mojej mocy, by ocalić pańską córkę.

Pickering rozłączył się.

Gabrielle dygotała.

— Rachel jest zakładniczką?

Sexton wyczuł, że choć sprawił jej zawód, szczerze przejęła się losem jego córki. Dziwne, sam miał kłopoty z wykrzesaniem podobnych emocji. W zasadzie czuł się jak dziecko, które właśnie dostało pod choinkę wymarzony prezent i nie chce pozwolić, żeby ktokolwiek mu go odebrał.

Pickering chce, żebym milczał?

Stał przez chwilę, próbując rozstrzygnąć, co to wszystko oznacza. Zimna, kalkulująca część jego umysłu już pracowała jak niezawodna maszyneria — polityczny komputer przerabiający wszystkie możliwe scenariusze i oceniający wyniki. Popatrzył na plik faksów i zaczął rozumieć zawartą w nich siłę. Odkrycie NASA zniszczyło jego marzenia o prezydenturze. Ale to było kłamstwo. Konstrukt. Teraz ci, którzy to zrobili, zapłacą. Meteoryt stworzony przez wrogów chcących go zniszczyć uczynił go silniejszym, niż się spodziewał. Jego córka o to zadbała.

Wiedział, że tylko jeden wynik jest do przyjęcia. Urodzony przywódca może obrać tylko jeden kurs.

Zahipnotyzowany wizją własnego zmartwychwstania, Sexton jakby dryfował we mgle. Przemierzył gabinet i włączył kserokopiarkę, żeby powielić przysłane przez Rachel dokumenty.

— Co chcesz zrobić? — zapytała zdumiona Gabrielle.

— Nie zabiją Rachel — oświadczył. Zresztą nawet gdyby coś poszło nie tak, śmierć córki z rąk wroga jeszcze bardzie umocni jego pozycję. Tak czy inaczej, wygra. Dopuszczalne ryzyko.

— Dla kogo te kopie? — chciała wiedzieć Gabrielle. — William Pickering powiedział, żebyś nic nikomu nie mówił!

Sexton odwrócił się od kopiarki i popatrzył na asystentkę. Zdumiał się, bo nagle wydała mu się nieatrakcyjna. W tej chwili senator Sexton był wyspą. Był nietykalny. Miał w rękach wszystko, czego potrzebował, żeby spełnić swoje marzenia. Teraz nic nie może mu zaszkodzić. Ani oskarżenia o korupcję, ani plotki o seksie. Nic.

— Idź do domu, Gabrielle. Już nie jesteś mi potrzebna.
Rozdział 125

To koniec, pomyślała Rachel.

Siedziała na pokładzie „Goyi" obok Tollanda, patrząc w lufę karabinu maszynowego. Na domiar złego Pickering wie, do kogo wysłała faks. Do biura senatora Sedgewicka Sextona.

Rachel wątpiła, czy ojciec odsłucha telefoniczną wiadomość zostawioną przez Pickeringa. Pickering prawdopodobnie dotrze do jego gabinetu przed kimkolwiek innym. Jeśli zdoła wejść do środka, po cichu usunie faks i wykasuje nagraną wiadomość, więc nie będzie potrzeby likwidowania senatora. William Pickering jest zapewne jednym z niewielu ludzi w Waszyngtonie, którzy mogą załatwić sobie cichy wstęp do gabinetu senatora. Rachel zawsze się dziwiła, ile można osiągnąć „w imię bezpieczeństwa narodowego".

Oczywiście, jeśli się nie uda, pomyślała, Pickering może strzelić rakietą Hellfire przez okno i rozwalić faks na kawałki. Coś jednak jej mówiło, że nie będzie to konieczne.

Zaskoczona, poczuła, jak silna ręka Tollanda delikatnie wsuwa się w jej dłonie. Ich palce splotły się tak naturalnie, jakby robili to przez całe życie. Wszystkim, czego w tej chwili pragnęła, było to, żeby jego ramiona osłoniły ją od ryku otaczającego ich morza.

To się nigdy nie stanie, pomyślała.

Michael Tolland czuł się jak skazaniec, który w drodze na szubienicę ujrzał światełko nadziei.

Życie ze mnie zadrwiło.

Przez długie lata po śmierci Celii zdarzały się noce, kiedy chciał umrzeć, bo tylko śmierć mogła uwolnić go od bólu i samotności. A jednak wybrał życie, powtarzając sobie, że zdoła przeżyć je sam. Dzisiaj po raz pierwszy zaczął rozumieć to, co od dawna powtarzali mu przyjaciele.

„Mike, nie musisz być sam. Znajdziesz inną miłość".

Ręka Rachel w jego dłoni sprawiała, że znacznie trudniej było pogodzić się z taką ironią losu. Tolland miał wrażenie, żejego serce uwalnia się z kolejnych warstw pancerza. Przez chwilę czuł, że spogląda na niego duch Celii, jak to często bywało w przeszłości. Słyszał jej głos w szumie wody... słyszał ostatnie słowa, jakie wyszeptała przed śmiercią: „Dasz sobie radę. Obiecaj mi, że znajdziesz inną miłość".

„Nigdy nie będę chciał innej" — odparł.

Uśmiechnęła się wtedy mądrze.

„Będziesz musiał nauczyć się chcieć".

Teraz na pokładzie „Goyi" zrozumiał, że zaczął się uczyć. W jego duszy wezbrało głębokie uczucie. Uświadomił sobie, że to szczęście.

A wraz z nim napłynęło przejmujące pragnienie życia.

Pickering czuł dziwną obojętność, gdy szedł w stronę więźniów. Zatrzymał się przed Rachel, zdziwiony, że to wcale nie będzie trudne.

— Czasem okoliczności zmuszają nas do podejmowania wręcz nieprawdopodobnych decyzji — powiedział.

Rachel patrzyła na niego niewzruszenie.

— Sam pan je stworzył.

— Wojna wymaga ofiar — dodał pewniejszym głosem. Zapytaj Dianę Pickering albo innych, którzy co roku giną w obronie tego kraju. — Kto jak kto, ale ty powinnaś to rozumieć, Rachel. — Spojrzał jej w oczy. — Iaclura paucorum serva multos.

Widział, że rozpoznała te słowa, będące właściwie frazesem w kręgach bezpieczeństwa narodowego. „Poświęcić nielicznych dla ocalenia wielu".

Rachel popatrzyła na niego z odrazą.

— Teraz Michael i ja wejdziemy w skład pańskich nielicznych?

Pickering podjął decyzję. Nie ma innego wyjścia. Odwrócił się do Delty Jeden.

— Uwolnij partnera i skończ z tym.

Delta Jeden pokiwał głową.

Pickering obrzucił Rachel ostatnim długim spojrzeniem, a potem podszedł do relingu i skierował oczy na morze. Nie chciał oglądać tego, co miało się za chwilę rozegrać.

Delta Jeden czuł się silniejszy, gdy z karabinem w dłoniach zerknął na partnera wiszącego w chwytakach. Wystarczyło zamknąć zapadnię pod stopami Delty Trzy, uwolnić go, a następnie wyeliminować Rachel Sexton i Michaela Tollanda.

Widział jednak, że pulpit sterowniczy jest skomplikowany — mnóstwo nieopisanych dźwigni i tarcz, które służyły do obsługiwania klapy, wyciągarki i innych urządzeń. Pociągnięcie za niewłaściwą dźwignię mogło spowodować opuszczenie batyskafu i narażenie życia partnera.

Wyeliminować ryzyko. Nigdy nie działać pochopnie.

Zmusi Tollanda do wskazania właściwej dźwigni. I żeby nie spróbował jakiejś sztuczki, podejmie środki ostrożności zwane w jego fachu zabezpieczeniem biologicznym.

Wykorzystaj jednego przeciwnika przeciwko drugiemu.

Delta Jeden wycelował prosto w twarz Rachel, z lufą oddaloną o kilkanaście centymetrów od jej czoła. Rachel zamknęła oczy, a Tolland zacisnął pięści w bezsilnym gniewie.

— Pani Sexton, proszę wstać — polecił Delta Jeden.

Zrobiła to.

Przyciskając lufę do jej pleców, zaprowadził ją do aluminiowych przenośnych schodków, które prowadziły na szczyt „Trytona".

— Proszę wejść i stanąć na batyskafie.

Rachel była przerażona i zdezorientowana.

— Proszę to zrobić — rzucił Delta Jeden.

Rachel czuła się jak w koszmarze, gdy wspinała się po aluminiowej drabince z tyłu „Trytona". Stanęła na szczycie, nie mając najmniejszej ochoty na przechodzenie nad przepaścią na wiszący batyskaf.

— Proszę wejść na batyskaf — powtórzył żołnierz, wracając do Tollanda i przyciskając karabin do jego głowy.

Żołnierz uwięziony w chwytakach patrzył na nią, wijąc się z bólu, pragnąc jak najszybszego uwolnienia. Rachel spojrzała na Tollanda. Wejdź na batyskaf. Nie miała wyboru.

Czując się, jakby stała na krawędzi kanionu, weszła na pokrywę silnika „Trytona", niewielką płaską część kadłuba nad wypukłym oknem z pleksi. Batyskaf wisiał na linie jak ogromne wahadło nad otwartą zapadnią. Ważył dziewięć ton i gdy na nim stanęła, zakołysał się tylko odrobinę.

— Dobra, zaczynamy — powiedział żołnierz. — Podejdź do pulpitu i zamknij klapę.

Tolland ruszył w kierunku pulpitu z żołnierzem za plecami. Idąc powoli w stronę Rachel, wpatrywał się w nią z natężeniem, jakby próbował przekazać jej jakąś wiadomość. Przeniósł spojrzenie na właz „Trytona".

Rachel spojrzała w dół. Właz był otwarty, ciężka okrągła pokrywa stała w pionie. Widziała z góry jednoosobową kabinę. Chce, żebym tam weszła? Czując, że na pewno nie o to chodzi, jeszcze raz popatrzyła na Tollanda. Był prawie przy pulpicie. Spojrzał jej prosto w oczy. Tym razem był mniej subtelny.

— Skacz! Teraz! — powiedział bezgłośnie.

Delta Jeden kątem oka dostrzegł ruch i odwrócił się, instynktownie otwierając ogień. Rachel zniknęła we włazie, o ułamek sekundy wyprzedzając grad kul. Pociski zabębniły o podniesioną pokrywę, odbijając się i krzesząc iskry. Właz zatrzasnął się pod wpływem siły ognia.

Gdy tylko Tolland poczuł, że lufa oderwała się od jego pleców, wykonał swój ruch. Rzucił się w lewo, daleko od zapadni, upadł na pokład i przetoczył się w chwili, gdy żołnierz odwrócił się w jego stronę. Kule gwizdały dokoła, gdy upadł pod osłoną kabestanu, wielkiego bębna, na który nawinięte było kilka tysięcy metrów stalowej liny kotwicznej.

Tolland miał plan i musiał działać szybko. Gdy żołnierz pędził w jego stronę, oburącz chwycił dźwignię służącą do wypuszczania liny i pociągnął w dół. Kabestan natychmiast zaczął się obracać i „Goya" podskoczył, porwany przez silny prąd. Nagły ruch sprawił, że wszyscy na pokładzie zakołysali się na boki. Statek płynął rufą do przodu, niesiony prądem, a lina kotwiczna rozwijała się coraz szybciej.

No dalej, mały, przynaglał Tolland.

Żołnierz odzyskał równowagę i ruszył w jego stronę. W ostatniej chwili Tolland zaparł się mocno nogami o pokład i poderwał dźwignię, unieruchamiając kabestan. Lina napięła się, statek stanął i zadygotał. Wszystko na pokładzie, co nie było przymocowane, przesunęło się w kierunku rufy. Żołnierz osunął się na kolana niedaleko Tollanda. Pickering upadł na pokład. „Tryton" zakołysał się dziko.

Spod pokładu dobiegł zgrzytliwy jęk giętego metalu, gdy nadwątlona podpora nie wytrzymała naprężenia. Prawa rufowa część „Goyi" zaczęła zarywać się pod własnym ciężarem. Statek zachwiał się i przekrzywił jak ciężki stół, który stracił jedną nogę. Z dołu dobiegał ogłuszający hałas — zawodzenie skręcanego metalu i huk fal.



1   ...   27   28   29   30   31   32   33   34   35


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna