Wydawnictwo sonia draga



Pobieranie 2,1 Mb.
Strona30/35
Data23.10.2017
Rozmiar2,1 Mb.
1   ...   27   28   29   30   31   32   33   34   35

Co? — zastanowiła się Rachel, gdy Corky biegł dolnym pomostem. Widziała tylko falujący niebezpiecznie blisko, pełen rekinów ocean. Tolland popchnął ją i nagle zobaczyła, co tak podekscytowało astrofizyka. Na końcu pokładu zacumowana była niewielka łódź motorowa. Corky biegł w jej kierunku.

Rachel szeroko otworzyła oczy. Tolland chce prześcignąć helikopter motorówką?

— Na pokładzie jest radio — wyjaśnił. — Jeśli zdołamy wydostać się poza obszar zakłóceń z helikoptera...

Rachel nie usłyszała kolejnych słów. Zobaczyła coś, co zmroziło jej krew w żyłach.

— Za późno — wychrypiała, wyciągając drżący palec. Już po nas...

Tolland odwrócił się i w jednej chwili zrozumiał, że wszystko skończone. Na drugim końcu statku czarny helikopter opadł nisko i wisiał na wprost nich jak łeb smoka, który z góry zagląda do jaskini. Przez chwilę Tolland myślał, że ruszy na nich pod pokładem, ale śmigłowiec zaczął ustawiać się pod kątem.

Tolland prześledził kierunek luf. Nie!

Zajęty odcumowywaniem motorówki, Corky spojrzał w górę w chwili, gdy zagrzmiały karabiny maszynowe. Poderwał się jak trafiony. Błyskawicznie przegramolił się nad burtą i przypadł do dna łodzi, szukając osłony. Karabiny umilkły. Tolland widział, jak przyjaciel wciąga się do kokpitu. Nogę pod kolanem miał czerwoną od krwi. Kucając poniżej pulpitu sterowniczego, wyciągnął rękę i na oślep macał przełączniki, aż w końcu trafił na kluczyk. Silnik Mercury o mocy 250 koni mechanicznych z rykiem zbudził się do życia.

Chwilę później z nosa wiszącego helikoptera wystrzelił czerwony promień lasera, namierzający łódź.

Tolland zareagował instynktownie, podnosząc swoją jedyną broń.

Rakietnica w jego ręku zasyczała, gdy pociągnął za spust. Oślepiająca smuga przeleciała poziomo pod pokładem statku, zmierzając prosto ku helikopterowi. A jednak Tolland czuł, że zareagował zbyt późno. Gdy raca pędziła ku owiewce śmigłowca, wyrzutnia rakietowa pod kadłubem błysnęła własnym światłem. W tej samej chwili maszyna zakręciła ostro i poderwała się w górę, żeby uniknąć zderzenia z racą.

— Uważaj! — wrzasnął Tolland, pociągając Rachel na pomost. Pocisk zboczył z kursu, o włos minął Corky'ego, przeleciał wzdłuż „Goyi" i uderzył w podstawę podpory dziewięć metrów pod Rachel i Tollandem.

Huk był ogłuszający. Woda i płomienie wybuchły pod nimi. Kawałki poskręcanego metalu wzbiły się w powietrze i zasłały pomost. Rozległ się zgrzyt, gdy statek przechylał się, szukając równowagi. Wreszcie znieruchomiał, lekko przekrzywiony.

Kiedy dym się rozwiał, Tolland zobaczył, że jedna z czterech głównych podpór „Goyi" została poważnie uszkodzona. Potężne prądy groziły oderwaniem pontonu. Zygzakowate schodki wyglądały tak, jakby trzymały się na słowo honoru.

— Chodź! — krzyknął, popychając Rachel. — Musimy zejść na dół!

Ale było za późno. Schody z przeraźliwym trzaskiem oderwały się od nadwątlonej podpory i runęły do morza.

Delta Jeden gorączkowo manipulował wolantem, dopóki nie odzyskał panowania nad maszyną. Na chwilę oślepiony przez nadlatującą racę, odruchowo pociągnął dźwignię w górę, przez co nic trafił w cel. Klnąc siarczyście, krążył teraz nad dziobem statku, gotów wylądować i dokończyć robotę.

Wyeliminować wszystkich pasażerów. Żądanie kontrolera było jasne.

— Cholera! Patrz! — zawołał z tylnego fotela Delta Dwa, wskazując za okno. — Motorówka!

Delta Jeden odwrócił się i zobaczył umykającego w ciemność podziurawionego przez kule crestlinera.

Musi podjąć decyzję.
Rozdział 114

Corky zaciskał zakrwawione ręce na kole łodzi. Przesunął dźwignię przepustnicy maksymalnie do przodu, żeby osiągnąć jak największą prędkość. Popatrzył w dół i zobaczył, że z lewej nogi tryska krew. Natychmiast zakręciło mu się w głowie.

Opierając się o koło, odwrócił się i popatrzył na „Goyę", pragnąc, żeby śmigłowiec poleciał za nim. Tolland i Rachel zostali uwięzieni na pomoście, a on nie był w stanie do nich dotrzeć. Musiał podjąć błyskawiczną decyzję.

Dziel siły i podbijaj.

Corky wiedział, że jeśli odciągnie helikopter dostatecznie daleko od „Goyi", Tolland i Rachel będą mogli wezwać pomoc przez radio. Na nieszczęście, obejrzawszy się przez ramię, zobaczył, że śmigłowiec wciąż krąży niezdecydowanie nad oświetlonym statkiem.

Dalej, sukinsyny! Za mną!

Jednak helikopter nie poleciał za nim. Wzleciał nad rufę „Goyi", ustawił się odpowiednio i opadł na pokład. Nie! Corky patrzył ze zgrozą, rozumiejąc, że zostawił Tollanda i Rachel na pewną śmierć.

Świadom, że teraz wezwanie pomocy to jego zadanie, skierował spojrzenie na deskę rozdzielczą i znalazł radio. Pstryknął przełącznikiem zasilania. Nic się nie stało. Żadnych świateł. Żadnych szumów. Pokręcił gałką głośności. Nic. No, dalej! Puścił ster i ukląkł, żeby przyjrzeć się z bliska. Ból przeszył mu nogę. Skupił spojrzenie na radiu. Nie mógł uwierzyć własnym oczom. Pulpit został ostrzelany, a nadajnik zniszczony. Spod deski zwisał pęk porwanych przewodów. Przez chwilę patrzył na nie z niedowierzaniem.

Co za cholerny pech...

Podniósł się z trudem, zastanawiając się, czy może być jeszcze gorzej. Gdy obejrzał się na „Goyę", poznał odpowiedź. Na pokład wyskoczyło z helikoptera dwóch uzbrojonych żołnierzy. Maszyna wystartowała, z maksymalną prędkością pędząc w jego kierunku.

Corky zmartwiał. Dziel siły i podbijaj. Najwyraźniej nie był jedynym, który tej nocy wpadł na ten błyskotliwy pomysł.

Gdy Delta Trzy przemierzył pokład i zbliżył się do schodni, usłyszał kobiecy krzyk. Odwrócił się i dał znać Delcie Dwa, że schodzi na dół, by to sprawdzić. Jego partner pokiwał głową, kryjąc się na górnym poziomie. Obaj mieli porozumiewać się przez urządzenia cryptalk; system zakłócający kiowy pozostawiał pasmo otwarte dla łączności wewnętrznej.

Z karabinem maszynowym w rękach Delta Trzy zbliżył się szybko do zejścia wiodącego na dolne pokłady. Zaczął schodzić ostrożnym krokiem wyszkolonego zabójcy.

Na schodach pole widzenia było ograniczone, więc przykucnął, żeby mieć lepszy widok. Teraz słyszał krzyk bardziej wyraźnie. Ruszył dalej. Przystanął w połowie schodów i rozejrzał się po labiryncie pomostów wiszących pod pokładem „Goyi". Krzyk był coraz głośniejszy.

Wreszcie ją zobaczył. Rachel Sexton stała w połowie poprzecznej kładki, wychylając się przez poręcz i rozpaczliwie nawołując Michaela Tollanda.

Czyżby Tolland wpadł do morza? Może w czasie wybuchu?

Jeśli tak, robota będzie łatwiejsza, niż się spodziewał. Musi zejść tylko parę stopni niżej, żeby mieć czystą linię strzału. To będzie jak strzelanie do ryby w beczce. Powinien tylko sprawdzić, czy Rachel nie stoi w pobliżu otwartej szafki ze sprzętem, bo to może oznaczać, że ma broń — kuszę albo strzelbę na rekiny — choć ani jedno, ani drugie nie może równać się z jego karabinem. Pewny, że panuje nad sytuacją, opuścił broń i zrobił kolejny krok w dół. Rachel Sexton była prawie odsłonięta. Podniósł karabin.

Jeszcze jeden stopień.

Pod nim, pod schodami, nagle coś się poruszyło. Delta Trzy był bardziej zaskoczony niż przestraszony, gdy spojrzał w dół i zobaczył Michaela Tollanda, który wysuwał aluminiowy drążek, celując w jego stopę. Został przechytrzony, ale ta niezdarna próba zbicia go z nóg tylko go rozbawiła.

Czubek pręta uderzył w piętę.

Wybuch rozgrzanego do białości bólu wstrząsnął jego ciałem, gdy prawa noga uciekła spod niego w wyniku silnego uderzenia. Delta Trzy stracił równowagę i zamachał rękami, spadając ze schodów. Jego karabin zagrzechotał na stopniach i zsunął się do morza, a on sam runął na pomost. Zwinął się z bólu i sięgnął do prawej stopy, ale stopy nie było.

Tolland stał nad napastnikiem, trzymając dymiący, długi na półtora metra przyrząd do odstraszania rekinów. Aluminiowa tyczka zakończona czułym na nacisk nabojem myśliwskim kaliber dwanaście służyła do obrony w przypadku ataku rekinów. Tolland załadował następny nabój i przyłożył wystrzępiony, dymiący czubek tyczki do grdyki napastnika. Mężczyzna leżał na plecach jak sparaliżowany, patrząc na niego ze zdumieniem, wściekłością i bólem w oczach.

Rachel przybiegła pomostem. Jej zadanie polegało na zabraniu karabinu, ale na nieszczęście broń wpadła do morza.

Zatrzeszczał komunikator przypięty do pasa żołnierza. Głos brzmiał mechanicznie.

— Delta Trzy? Zgłoś się. Słyszałem strzał.

Mężczyzna nie poruszył się, żeby odpowiedzieć.

Urządzenie znowu zatrzeszczało.

— Delta Trzy? Potwierdź. Potrzebujesz wsparcia?

Prawie w tej samej chwili usłyszeli drugi głos, również syntetyzowany, ale wyróżniający się tym, że w tle brzmiał warkot helikoptera.

— Tu Delta Jeden — powiedział pilot. — Ścigam uciekającą motorówkę. Delta Trzy, potwierdź. Jesteś na dole? Potrzebujesz wsparcia?

Tolland przycisnął tyczkę do szyi jeńca.

— Powiedz, żeby helikopter zostawił łódź w spokoju. Jeśli zabiją mojego przyjaciela, zginiesz.

Żołnierz skrzywił się z bólu, podnosząc komunikator do ust. Patrząc Tollandowi prosto w oczy, wcisnął guzik i powiedział:

— Tu Delta Trzy. Nic mi nie jest. Zniszcz motorówkę.


Rozdział 115

Gabrielle Ashe wróciła do łazienki, żeby wydostać się z biura senatora. Telefon od niego zbił ją z tropu. Sexton zareagował z niedowierzaniem, gdy powiedziała mu, że jest w swoim biurze — jakby wiedział, że kłamie. Tak czy inaczej, nie zdołała włamać się do jego komputera i teraz nie była pewna, co zrobić.

Sexton czeka.

Weszła na umywalkę, gotowa wspiąć się wyżej, gdy coś zagrzechotało na kafelkach. Spojrzała w dół i z irytacją spostrzegła, że strąciła spinki do mankietów, które musiały leżeć na brzegu umywalki.

Zostaw wszystko w takim stanie, w jakim zastałaś.

Zeskoczyła na podłogę, podniosła spinki i położyła je na umywalce. W trakcie wchodzenia zastygła, patrząc na spinki. W każdą inną noc nie zwróciłaby na nie uwagi, ale dzisiaj jej oczy zatrzymały się na monogramie. Były to dwie splecione litery, znane jej z wielu innych rzeczy senatora. SS. Gabrielle wróciła myślami do pierwotnego hasła — SSS. Wyobraziła sobie kalendarz... POTUS... i wygaszacz z Białym Domem, z optymistycznymi słowami krążącymi wokół ekranu w nieskończonej pętli.

„Prezydent Stanów Zjednoczonych Sedgewick Sexton... Prezydent Stanów Zjednoczonych Sedgewick Sexton... Prezydent...".

Zastanawiała się przez chwilę. Czyżby naprawdę był tak pewny swego?

Wiedząc, że ma niewiele czasu, aby się o tym przekonać, szybko wróciła do gabinetu, podeszła do komputera i wystukała siedmio-literowe hasło.

POTUSSS


Wygaszasz zniknął.

Patrzyła z niedowierzaniem.

Nigdy nie lekceważ ego polityków.
Rozdział 116

Corky Marlinson już nie trzymał steru, gdy motorówka pędziła w noc. Wiedział, że łódź sama będzie płynąć w linii prostej, z nim albo bez niego przy sterze. Ostatnia linia oporu...

Corky siedział na rufie podskakującej łodzi, próbując ocenić obrażenia. Kula weszła z przodu łydki, o włos mijając piszczel. Z tyłu nie było rany wylotowej, co znaczyło, że pocisk tkwi w mięśniu. Rozejrzał się w poszukiwaniu czegoś do zatamowania krwawienia, ale znalazł tylko płetwy, fajkę i dwie kamizelki ratunkowe. Ani śladu apteczki. Gorączkowo otworzył małą skrzynkę z narzędziami. Zawierała jakieś przybory, szmaty, taśmę monterską, smar i inne rzeczy potrzebne do konserwacji łodzi. Popatrzył na skrwawioną nogę i zastanowił się, kiedy wypłynie poza terytorium rekinów.

Cholera, nieprędko.

Delta Jeden leciał nisko nad oceanem, szukając w ciemności uciekającego crestlinera. Zakładając, że łódź zmierza do brzegu i próbuje jak najszybciej oddalić się od „Goyi", trzymał się kierunku, w jakim wyruszyła.

Powinienem już go dopędzić.

W normalnych okolicznościach wytropienie łodzi byłoby proste, ale szumy cieplne generowane przez system zakłócający kiowy uniemożliwiały posłużenie się radarem. Delta Jeden wiedział, iż nie może wyłączyć systemu zakłócającego, dopóki nie będzie miał gwarancji, że wszyscy na pokładzie nie żyją. I że tej nocy z „Goyi" nie popłynie żadne wezwanie o pomoc.

Tajemnica meteorytu umiera. Teraz. Tutaj.

Delta Jeden miał inne możliwości wyśledzenia celu. Nawet na tle dziwnie podgrzanego oceanu silnik łodzi pozostawiał wyraźny ślad cieplny. Włączył skaner na podczerwień. Temperatura oceanu wynosiła ponad trzydzieści stopni Celsjusza. Na szczęście pracujący silnik o mocy 250 koni wydzielał znacznie więcej ciepła.

Corky'emu Marlinsonowi zdrętwiała noga.

Nie wiedząc, co jeszcze mógłby zrobić, wytarł szmatą zranioną łydkę i okręcił ranę taśmą izolacyjną. Gdy skończył, całą łydkę od kostki po kolano pokrywał szczelny srebrny pancerz. Krwawienie ustało, ale ręce i ubranie miał ubrudzone krwią.

Siedząc w pędzącej motorówce, zastanawiał się, dlaczego helikopter jeszcze go nie znalazł. Wypatrywał go teraz, omiatając wzrokiem horyzont za rufą. Co dziwne, nie widział ani „Goyi", ani nadlatującego śmigłowca. Światła „Goyi" znikły. Przecież nie mógł odpłynąć aż tak daleko.

Nagle wezbrała w nim nadzieja, że zdoła uciec. Może zgubili go w ciemności? Może uda mu się dotrzeć do brzegu!

Wtedy zauważył, że kilwater za łodzią nie jest prosty. Zakrzywiał się, jakby łódź płynęła po łuku. Skonsternowany tym widokiem, przekręcił głowę, żeby prześledzić wzrokiem łuk kilwateru, przedłużając krzywą w ciemność. Chwilę później zobaczył.

„Goya" znajdował się na wprost lewej burty, niespełna kilometr dalej. Corky z przerażeniem zrozumiał swój błąd. Nie pilnował steru, więc dziób crestlinera stale skręcał pod wpływem potężnego prądu — kolistego megawiru. Cholera, zataczam wielkie koło!

Skręcił.


Świadom, że wciąż znajduje się w obrębie pełnego rekinów megawiru, wspomniał ponure słowa Tollanda. „Powiększone płaty węchowe... Ryby młoty wyczuwają kroplę krwi na kilometr". Popatrzył na zakrwawioną nogę i ręce.

Helikopter niedługo go dopadnie.

Corky zdarł z siebie zakrwawione ubranie i nagi usadowił się blisko rufy. Wiedząc, że prawdopodobnie żaden rekin nie dotrzyma tempa łodzi, jak najdokładniej umył się w wysoko wzbijanej wodzie.

Jedna kropla krwi...

Gdy się wyprostował, wiedział, że pozostała mu do zrobienia tylko jedna rzecz. Kiedyś czytał, że zwierzęta znaczą swoje terytoria moczem, ponieważ kwas moczowy jest wydzieliną o najsilniejszym zapachu.

Silniejszym od krwi, pomyślał z nadzieją. Żałując, że nie wypił paru piw więcej, podniósł zranioną nogę na burtę i próbował wysikać się na taśmę. No dalej! Czekał. Nie ma to jak zmuszanie się do sikania, gdy na człowieka poluje helikopter.

Wreszcie dopiął swego. Obsikał całą taśmę, mocząc ją porządnie. Tym, co zostało w pęcherzu, nasączył szmatę, którą przetarł całe ciało. Czysta rozkosz.

Na ciemnym niebie rozbłysnął promień lasera, pędzący w jego stronę jak lśniące ostrze gigantycznej gilotyny. Helikopter nadleciał z boku; najwidoczniej pilot był zdezorientowany jego manewrem.

Corky szybko założył kamizelkę ratunkową i przeniósł się na rufę pędzącej łodzi. W zachlapanym krwią kokpicie, zaledwie półtora metra od niego, pojawiła się czerwona plamka.

Nadszedł czas.

Na pokładzie „Goyi" Michael Tolland nie widział, jak motorówka staje w płomieniach i koziołkuje w powietrzu w kuli ognia i dymu.

Ale usłyszał wybuch.


Rozdział 117

O tej porze w Zachodnim Skrzydle zwykle panowała cisza, ale niespodziewane przybycie prezydenta w szlafroku i kapciach wyrwało pracowników z „dziennych łóżek" i kwater sypialnych.

— Nie mogę jej znaleźć, panie prezydencie — meldował młody człowiek, spiesząc za nim do Gabinetu Owalnego. Szukał wszędzie. — Pani Tench nie odpowiada na pager ani na telefon komórkowy.

Prezydent nie krył irytacji.

— Zajrzałeś do...

— Opuściła budynek, panie prezydencie — oznajmił inny pracownik, wpadając do gabinetu. — Mniej więcej godzinę temu podpisała listę przy wyjściu. Uważamy, że być może pojechała do NRO. Jedna z telefonistek mówi, że pani Tench rozmawiała dzisiaj z Pickeringiem.

— Z Williamem Pickeringiem? — Prezydent był zbity z tropu. Tench i Pickering nie przepadali za sobą. — Dzwoniliście do niego?

— On też nie odpowiada. Telefonistki mówią, że nie mają sygnału jego komórki. Jakby zapadł się pod ziemię.

Herney przez chwilę patrzył na współpracowników, a potem podszedł do baru i nalał sobie bourbona. Gdy podniósł szklaneczkę do ust, wbiegł agent służb specjalnych.

— Panie prezydencie? Nie chciałem pana budzić, ale powinien pan wiedzieć, że w FDR Memorial miał miejsce zamach bombowy.

— Co takiego? — Prezydent o mało nie upuścił szklanki. — Kiedy?

— Przed godziną. — Agent miał ponurą minę. — A FBI właśnie zidentyfikowało ofiarę...


Rozdział 118

Noga płonęła. Delta Trzy był półprzytomny, otumaniony bólem. Czy to śmierć? Spróbował się poruszyć, ale był jak sparaliżowany, ledwo mógł oddychać. Widział tylko rozmazane kształty. Jego umysł przywołał zapamiętane obrazy: wybuch motorówki na morzu, wściekłość w oczach stojącego nad nim Michaela Tollanda, który przykładał mu do gardła wybuchowy pręt.

Na pewno mnie zabił...

A jednak palący ból w prawej nodze mówił, że żyje. Powoli wszystko mu się przypomniało. Gdy rozległ się huk eksplozji, oceanograf krzyknął, pełen wściekłości i bólu z powodu utraty przyjaciela. Potem wbił w niego zimny wzrok i przyjął taką pozycję, jakby zamierzał uderzyć go tyczką w szyję. Nagle zawahał się, jakby powstrzymało go sumienie. Sfrustrowany, poderwał pręt i z brutalną siłą opuścił but na jego pokiereszowaną stopę.

Delta Trzy pamiętał, że wymiotował z bólu, gdy świat spowiła czarna mgła. Teraz dochodził do siebie, nie mając pojęcia, jak długo był nieprzytomny. Ręce związano mu za plecami tak mocno i wprawnie, że węzły musiały być dziełem żeglarza. Nogi, też skrępowane, były podkulone i połączone sznurem z nadgarstkami. Był unieruchomiony, z plecami wygiętymi w łuk. Chciał krzyknąć, ale z jego ust nie wydobył się żaden dźwięk. Został zakneblowany.

Delta Trzy nie miał pojęcia, co się z nim dzieje. Wreszcie poczuł chłodny wiatr i zobaczył jasne światła. Stwierdził, że leży na głównym pokładzie „Goyi". Wykręcił szyję, żeby rozejrzeć się w poszukiwaniu pomocy, i zobaczył przerażoną, zniekształconą twarz — własną, odbijającą się w odblaskowym pleksiglasowym bąblu batyskafu, wiszącym wprost przed nim. Delta Trzy zrozumiał, że leży na wielkiej klapie w pokładzie. Ten fakt był niemal równie niepokojący jak najbardziej oczywiste pytanie.

Skoro ja jestem na pokładzie... to gdzie jest Delta Dwa?

Delta Dwa był coraz bardziej niespokojny.

Jego partner przez cryptalk stwierdził, że nic mu nie jest, ale pojedynczy strzał, który słyszał chwilę wcześniej, nie został oddany z karabinu maszynowego. Najwyraźniej Tolland albo Rachel Sexton wystrzelili z jakiejś broni. Delta Dwa zbliżył się do schodni, na której zniknął jego kolega, i spojrzał w dół. Zobaczył krew.

Z podniesioną bronią zszedł na pomost, a trop krwi doprowadził go na dziób statku. Tam krwawy szlak wiódł po drugiej schodni z powrotem na główny pokład. Delta Dwa czujnie prześledził długą szkarłatną smugę, która biegła w kierunku rufy, omijając zejście, z którego niedawno korzystał.

Co jest grane, do cholery? Smuga zataczała wielkie koło.

Ostrożnie, z karabinem gotowym do strzału, Delta Dwa minął wejście do laboratoryjnej części statku. Ślady prowadziły na pokład rufowy. Ostrożnie wychylił się zza rogu, wzrokiem prześledził szlak.

Zobaczył.

Jezu Chryste!

Delta Trzy, związany i zakneblowany, leżał jak worek kartofli obok niewielkiego batyskafu. Nawet z daleka Delta Dwa widział, że jego partnerowi brakuje sporej części prawej stopy.

Licząc się z zasadzką, czujnie ruszył w jego stronę. Delta Trzy szamotał się, próbując coś mu powiedzieć. Jak na ironię, sposób, w jaki został związany — z nogami mocno zgiętymi w kolanach — prawdopodobnie uratował mu życie; krwawienie było niewielkie w porównaniu z tym, na jakie wskazywały wcześniejsze ślady.

Zbliżając się do batyskafu, Delta Dwa miał rzadki luksus obserwowania tego, co było za jego plecami: cały pokład przeglądał się w kopule. Podszedł do szamoczącego się partnera. Za późno zobaczył ostrzeżenie w jego oczach.

Kątem oka dostrzegł błysk srebra.

Jeden z chwytaków „Trytona" nagle wysunął się do przodu i z miażdżącą siłą zamknął się na jego lewym udzie. Delta Dwa próbował się uwolnić, ale szczęki zacisnęły się jeszcze mocniej. Wrzasnął z bólu, czując pękającą kość. Jego oczy przeskoczyły na kabinę batyskafu. Zobaczył go za odbiciem pokładu, skrytego w ciemnym wnętrzu „Trytona".

Michael Tolland siedział w batyskafie przy pulpicie sterowniczym.

Zły pomysł, pomyślał mściwie Delta Dwa. Walcząc z bólem, podniósł karabin. Wycelował w pierś Tollanda, oddalonego o niecały metr, siedzącego po drugiej stronie pleksiglasowego okna. Nacisnął spust, karabin plunął ogniem. Wściekły, że dał się przechytrzyć, Delta Dwa zwolnił spust dopiero wtedy, gdy skończyły się naboje. Zadyszany, rzucił broń i z wściekłością popatrzył na ostrzelaną szybę.

— Trup! — syknął, wytężając się, żeby uwolnić nogę ze szczęk. Gdy się wykręcił, ostry skraj rozciął skórę na udzie. — Kurwa mać! — Sięgnął do pasa po cryptalk. Gdy podniósł urządzenie do ust, drugie ramię otworzyło się i skoczyło do przodu, zaciskając się na jego prawej ręce. Komunikator upadł na pokład.

Wtedy w oknie przed sobą Delta Dwa zobaczył ducha. Blada twarz przesunęła się w bok i spoglądała na niego przez nieuszkodzony fragment szyby. Delta Dwa w osłupieniu przyjrzał się oknu i zrozumiał, że kule nie zdołały przebić grubej skorupy. Szkło pokryte było siatką pęknięć, to wszystko.

Chwilę później otworzył się właz na szczycie batyskafu i wyłonił się z niego Michael Tolland. Był roztrzęsiony, ale cały. Zszedł po aluminiowej drabince na pokład i popatrzył na zniszczone okno.

— Wytrzymuje sześćset osiemdziesiąt atmosfer — powiedział. — Wygląda na to, że potrzebujesz broni większego kalibru.

Rachel wiedziała, że czas ucieka. Słyszała strzały na pokładzie i modliła się, żeby wszystko przebiegło zgodnie z planem Tollanda. Już jej nie obchodziło, kto stoi za mistyfikacją — administrator NASA, Marjorie Tench czy sam prezydent. To już nie miało znaczenia.

Nie ujdzie im to na sucho. Ktokolwiek to jest, prawda wyjdzie na jaw.

Rana na jej ramieniu przestała krwawić, a adrenalina krążąca w żyłach uśmierzyła ból i wyostrzyła zmysły. Rachel znalazła długopis i kartkę, napisała długą na dwie linijki wiadomość. Litery były koślawe, a wiadomość sformułowana bez finezji, ale w tej chwili nie próbowała silić się na elokwencję. Dołączyła kartkę do pliku obciążających dokumentów — wydruku z GPR, zdjęć Bathynomousa giganteusa, notatki dotyczące oceanicznych chondr, wyników z sondy elektronowej. Meteoryt jest fałszywy, a ona ma dowody.

Włożyła cały plik do faksu w laboratorium hydrologicznym. Znając na pamięć tylko kilka numerów, miała ograniczony wybór, ale już zadecydowała, kto otrzyma dokumenty wraz z listem. Wstrzymując oddech, starannie wystukała numer faksu tej osoby.

Wcisnęła klawisz „wyślij", modląc się, żeby wybór odbiorcy nie okazał się błędem.

Faks zapiszczał.

BŁĄD: BRAK SYGNAŁU

Spodziewała się tego. Łączność wciąż była zakłócana. Czekała, wpatrując się w urządzenie. Miała nadzieję, że działa tak samo jak to, które stoi u niej w domu.

Ruszaj!


Po pięciu sekundach faks znowu zapiszczał.

PONOWNE WYBIERANIE...

Tak! Rachel patrzyła, jak urządzenie wpada w nieskończoną pętlę.

BŁĄD: BRAK SYGNAŁU

PONOWNE WYBIERANIE...

BŁĄD: BRAK SYGNAŁU

PONOWNE WYBIERANIE...

Pozostawiając maszynie nawiązywanie połączenia, Rachel wybiegła z laboratorium w chwili, gdy nad statkiem zahuczały łopaty helikoptera.


Rozdział 119

Dwieście pięćdziesiąt kilometrów od „Goyi" Gabrielle Ashe w niemym zdumieniu wpatrywała się w ekran komputera senatora Sextona. Jej podejrzenia były uzasadnione.

Ale nie spodziewała się jak bardzo.



1   ...   27   28   29   30   31   32   33   34   35


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna