Wydawnictwo sonia draga



Pobieranie 2,1 Mb.
Strona29/35
Data23.10.2017
Rozmiar2,1 Mb.
1   ...   25   26   27   28   29   30   31   32   ...   35

Bathynomous giganteus... — przeczytał głośna Po chwili ukazała się kolorowa fotografia.

Rachel podskoczyła.

— Mój Boże! — Widok stworzenia przyprawił ją o ciarki na karku.

Tolland wypuścił długi oddech.

— O rany. Facet wygląda jakby znajomo.

Rachel, oniemiała, mogła tylko pokręcić głową. Bathynomous giganteus. Stworzenie wyglądało jak wielka pływająca stonoga. Było bardzo podobne do skamieniałych okazów ze skały NASA.

— Są drobne różnice — powiedział Tolland, przechodząc do diagramów i szkiców anatomicznych. — Ale podobieństwo jest duże, zwłaszcza że facet miał sto siedemdziesiąt milionów lat na ewolucję.

Duże, pomyślała Rachel. Zbyt duże.

Tolland przeczytał opis:

Uważany za jeden z najstarszych gatunków w oceanie, rzadki i niedawno sklasyfikowany Bathynomous gigantems jest głębinowym nekrofagiem z rzędu równonogów, przypominającym wielkiego prosionka. Osiąga do sześćdziesięciu centymetrów długości, ma chitynowy segmentowany szkielet zewnętrzny, w którym wyróżnia się głowę, tułów i odwłok. Posiada parzyste wyrostki, czułki i złożone oczy podobnie jak owady lądowe. Ten nekrofag nie ma znanego naturalnego wroga i żyje na dnie w jałowych środowiskach pełagicznych dotąd uważanych za niezamieszkane. — Tolland podniósł głowę. — Co może wyjaśniać brak innych skamieniałości w próbce!

Rachel patrzyła na stworzenie na ekranie, podekscytowana, a zarazem niepewna, czy w pełni rozumie, co to wszystko oznacza.

— Wyobraź sobie — ciągnął Tolland z ożywieniem — że sto siedemdziesiąt milionów lat temu kolonia Bathynomousów Została pogrzebana w głębinowym zsuwie błotnym. Gdy błoto przemieniło się w skałę, skorupiaki skamieniały. Jednocześnie dno oceanu, które stale przesuwa się niczym powolny pas transmisyjny w kierunku rowów oceanicznych, przeniosło skamieniałości do strefy wysokich ciśnień, gdzie w skale wytworzyły się chondry! — Tolland mówił coraz szybciej. — I jeśli część tej skamieniałej skorupy z chondrami oderwała się i zakończyła podróż tam, gdzie material skalny się spiętrza, co nie jest niczym wyjątkowym, znalazłaby się w doskonałym miejscu do odkrycia.

— Ale jeśli NASA... — Rachel zająknęła się. — To znaczy, jeśli to wszystko jest kłamstwem, w NASA musieli wiedzieć, że prędzej czy później ktoś stwierdzi, iż ta skamieniałość przypomina stworzenie morskie, prawda? Tak jak przed chwilą my to stwierdziliśmy!

Tolland zaczął drukować zdjęcia Bathynomousa na drukarce laserowej.

— Nie wiem. Nawet gdyby ktoś poszedł dalej i wykazał podobieństwa między skamieniałościami a żyjącą stonogą morską, okazy nie są identyczne. A różnice przemawiają na korzyść NASA.

Rachel nagle zrozumiała.

— Panspermia. — Życie na Ziemi zostało posiane z kosmosu.

— Właśnie. Podobieństwa między organizmami ziemskimi i pozaziemskimi mają idealny sens naukowy. Ta morska stonoga rzeczywiście przemawia za twierdzeniem NASA.

— Dopóki nie postawi się pod znakiem zapytania autentyczności meteorytu.

Tolland pokiwał głową.

— Kiedy zakwestionuje się meteoryt, wtedy wszystko runie. Nasza stonoga z przyjaciela NASA przemieni się w kata.

Rachel stała w milczeniu, gdy wydruki przedstawiające Bathynomousa wysuwały się z drukarki. Próbowała sobie wmówić, że NASA nie dokonała oszustwa z premedytacją, ale wiedziała, że to nieprawda. Ludzie, którzy popełniają błędy przez przypadek, nie próbują nikogo zabić.

Nagle w laboratorium rozległ się nosowy głos Corky'ego:

— Niemożliwe!

Tollan i Rachel odwrócili się.

— Zmierz jeszcze raz, do cholery! Te proporcje nie mają sensu! Xavia wbiegła z wydrukiem w ręku. Twarz miała szarą jak popiół.

— Mike, nie wiem, jak to powiedzieć... — Głos jej się załamał. — Proporcje tytanu i cyrkonu w tej próbce... — Odchrząknęła. — To zupełnie jasne, że NASA popełniła ogromny błąd. Ten meteoryt jest skałą oceaniczną.

Tolland i Rachel popatrzyli na siebie bez słowa. Wszystkie podejrzenia i wątpliwości wezbrały niczym spieniona fala, osiągająca punkt załamania.

Tolland pokiwał głową ze smutkiem w oczach.

— Tak. Dzięki, Xavio.

— Ale nie rozumiem — powiedziała. — Skorupa obtopieniowa... lokalizacja w lodzie...

— Wyjaśnimy to w drodze na brzeg. Lecimy.

Rachel zebrała szybko całą dokumentację. Dowody były szokująco jednoznaczne: wydruk z GPR ukazujący dolny szyb pod „meteorytem" w lodowcu szelfowym Milne'a; zdjęcia żyjącej stonogi morskiej, przypominającej skamieniałości NASA; artykuł doktora Pollocka o chondrach oceanicznych; wyniki badania mikrosondą, wykazujące znikomą ilość cyrkonu w próbce.

Wniosek był niezaprzeczalny. Oszustwo.

Tolland popatrzył na plik papierów w jej rękach i westchnął melancholijnie.

— Ha, powiedziałbym, że William Pickering ma swój dowód.

Rachel pokiwała głową, znów zastanawiając się, dlaczego dyrektor nie odebrał telefonu.

Tolland podniósł słuchawkę aparatu i wyciągnął w jej stronę.

— Chcesz spróbować jeszcze raz?

— Nie, lecimy. Spróbuję skontaktować się z nim z helikoptera. — Już zadecydowała, że jeśli nie zdoła nawiązać kontaktu z Pickeringiem, każe pilotowi lecieć prosto do NRO, około trzystu kilometrów od statku.

Tolland chciał odłożyć słuchawkę, gdy nagle znieruchomiał. Skonsternowany, podniósł ją do ucha i zmarszczył brwi.

— Dziwne. Nie ma sygnału.

— Co to znaczy? — zapytała Rachel czujnie.

— Bezpośrednie linie COMSAT nigdy nie tracą nośnej...

— Panie Tolland? — Do laboratorium wpadł blady pilot straży przybrzeżnej.

— O co chodzi? — zapytała Rachel. — Ktoś się zbliża?

— W tym problem — odparł pilot. — Nie wiem. Radary i urządzenia łączności przestały działać.

Rachel upchnęła papiery za koszulą.

— Do helikoptera. Odlatujemy. NATYCHMIAST!
Rozdział 109

Serce jej waliło, gdy przemierzała ciemny gabinet senatora Sextona. Pomieszczenie było rozległe i elegancko urządzone — ozdobna boazeria na ścianach, olejne obrazy, perskie dywany, skórzane fotele, ogromne mahoniowe biurko. Pokój był oświetlony tylko przez neonowy blask z ekranu komputera.

Gabrielle kierowała się w stronę biurka.

Senator Sexton rozbudował „cyfrowe biuro" do maniakalnych rozmiarów, rezygnując z szaf na akta na rzecz komputera osobistego, w którym przechowywał ogrom informacji — notatki z zebrań, zeskanowane artykuły, teksty przemówień, pomysły. Komputer stanowił uświęcone terytorium i Sexton nigdy nie zapominał o zamykaniu gabinetu, żeby nikt go nie naruszył. Nie godził się nawet na podłączanie do internetu ze strachu, że hakerzy zinfiltrują jego święty cyfrowy sejf.

Przed rokiem Gabrielle nie uwierzyłaby, że jakiś polityk może być na tyle głupi, by przechowywać kopie kompromitujących go dokumentów, ale w Waszyngtonie wiele się nauczyła. Informacja to władza. Była zdumiona, gdy się dowiedziała, że pospolitą praktyką wśród polityków, którzy przyjmują wątpliwe dotacje na kampanie, jest przechowywanie dowodów — listów, wyciągów bankowych, rachunków, rejestrów — w bezpiecznym miejscu. Ta taktyka, eufemistycznie nazywana „syjamskim ubezpieczeniem", chroni kandydatów przed szantażem ofiarodawców, którzy nie wiedzieć czemu uważają, że hojność uprawnia ich do wywierania nacisku politycznego. Jeśli ofiarodawca staje się zbyt wymagający, kandydat może po prostu pokazać dowód nielegalnego datku i przypomnieć, że obie strony złamały prawo. Dowód łączy kandydatów i ofiarodawców jak syjamskie bliźnięta.

Gabrielle wsunęła się za biurko i usiadła. Odetchnęła głęboko, patrząc na komputer. Jeśli senator przyjmuje łapówki od SFF, dowody są tutaj.

Wygaszacz ekranu, przedstawiający zmieniające się widoki Białego Domu i jego otoczenia, został zrobiony specjalnie dla Sextona przez ambitnego, wizjonerskiego podwładnego, którego cechowało pozytywne myślenie. Wokół obrazków biegła serpentyna z napisem: „Prezydent Stanów Zjednoczonych Sedgewick Sexton... Prezydent Stanów Zjednoczonych Sedgewick Sexton... Prezydent...".

Gabrielle poruszyła myszką i ukazało się okno dialogowe.

WPROWADŹ HASŁO:

Spodziewała się tego. Nie będzie problemu. W zeszłym tygodniu weszła do gabinetu w chwili, gdy senator logował się do komputera. Zobaczyła, jak trzy razy szybko nacisnął klawisz.

— To hasło? — zapytała od drzwi.

Sexton podniósł głowę.

— Co?

— A myślałam, że zależy ci na bezpieczeństwie — zganiła go dobrodusznie. — Twoje hasło składa się tylko z trzech znaków? Informatycy kazali nam używać co najmniej sześciu.



— To nastolatki. Niech spróbują zapamiętać sześć przypadkowych liter, kiedy będą po czterdziestce. Poza tym w drzwiach jest alarm. Nikt nie może tu wejść.

Gabrielle podeszła do niego z uśmiechem.

— A jeśli ktoś się zakradnie, gdy będziesz w ubikacji?

— I wypróbuje wszystkie kombinacje? — Zaśmiał się sceptycznie. — W ubikacji nie jestem zbyt szybki, ale też nie aż tak wolny.

— Kolacja w restauracji Davide mówi mi, że odgadnę twoje hasło w dziesięć sekund.

Sexton miał zaciekawioną i rozbawioną minę.

— Nie stać cię na Davide, Gabrielle.

— Tchórzysz?

Senator niemal jej współczuł, gdy przyjął wyzwanie.

— Dziesięć sekund? — Wylogował się, gestem kazał jej usiąść i podjąć próbę. — Wiesz, że w Davide zamawiam tylko saltimboccę26. A to nie jest tanie.

Wzruszyła ramionami.

— To twoje pieniądze.

WPROWADŹ HASŁO:

— Dziesięć sekund — przypomniał Sexton.

Gabrielle musiała się roześmiać. Potrzebowała dwóch. Nawet z progu widziała, że Sexton wprowadził hasło, używając tylko palca wskazującego. Najwyraźniej ten sam klawisz. Niezbyt mądrze. Widziała też, że jego ręka znajdowała się nad lewą stroną klawiatury, co ograniczało alfabet do mniej więcej dziewięciu liter. Wybór był prosty; Sexton uwielbiał potrójną aliterację nazwiska i urzędu. Senator Sedgewick Sexton.

Nigdy nie zrozumiem ego polityka.

Wpisała SSS i wygaszasz zniknął.

Sextonowi szczęka opadła do samej podłogi.

To było w ubiegłym tygodniu. Teraz, gdy patrzyła na ekran, była pewna, że Sexton nie miał czasu na zmianę hasła. Zresztą czemu miałby to robić? Ufa mi bezgranicznie.

Wpisała SSS.

HASŁO NIEPRAWIDŁOWE — ODMOWA DOSTĘPU

Gabrielle skamieniała.

Najwidoczniej przeceniła poziom zaufania senatora.
Rozdział 110

Atak nastąpił bez ostrzeżenia. Nisko nad horyzontem, na południowy zachód od „Goyi", ukazała się złowieszcza sylwetka śmigłowca bojowego. Rachel nie miała wątpliwości, co to takiego ani dlaczego tutaj jest.

W ciemności rozległo się jazgotanie i pokład z włókna szklanego zasypał grad kul, wyrysowując linię w poprzek rufy. Rachel za późno skoczyła pod osłonę i pocisk rozdarł jej ramię. Mocno uderzyła o pokład, przetoczyła się i skuliła za wypukłym oknem batyskafu.

Gdy helikopter przeleciał nad statkiem, huk przewalił się nad jej głową. Hałas przycichł do groźnego syku, gdy maszyna oddaliła się i zataczała szeroki łuk nad oceanem, przygotowując się do drugiego podejścia.

Przyciskając rękę do rany, Rachel rozglądała się w poszukiwaniu Tollanda i Corky'ego. Schowali się za magazynem i teraz wstali chwiejnie, ze strachem w oczach patrząc na nocne niebo. Rachel podciągnęła się na kolana. Miała wrażenie, że cały świat porusza się w zwolnionym tempie.

Kucając za przejrzystą krzywizną batyskafu, spojrzała w stronę jedynej szansy ucieczki — śmigłowca straży przybrzeżnej. Xavia wsiadała właśnie do kabiny, gorączkowo machając ręką, żeby pozostali zrobili to samo. Pilot już siedział w fotelu, szaleńczo pstrykając przełącznikami i pociągając dźwignie. Łopaty zaczęły się obracać... wolno.

Zbyt wolno.

Prędzej!


Rachel nawet nie wiedziała, kiedy się podniosła, przygotowana do biegu, zastanawiając się, czy zdoła pokonać otwartą przestrzeń, zanim napastnicy przypuszczą następny atak. Słyszała, jak za jej plecami Corky i Tolland zrywają się do biegu do czekającej maszyny. Tak! Szybko!

Wtedy to zobaczyła.

Sto metrów dalej w ciemności rozbłysła cienka jak ołówek wiązka światła i cięła noc, przeszukując pokład „Goyi". Znalazła cel i zastygła na burcie śmigłowca straży przybrzeżnej.

Zrozumienie, co oznacza ten widok, zajęło ułamek sekundy. W tej koszmarnej chwili Rachel miała wrażenie, że wszystko na pokładzie „Goyi" rozmywa się w kolaż kształtów i dźwięków. Tolland i Corky biegli w jej stronę, Xavia dziko machała rękami w śmigłowcu, nocne niebo rozcinało czyste czerwone światło.

Za późno.

Rachel odwróciła się w stronę Corky'ego i Tollanda, którzy co sił w nogach gnali do helikoptera. Przecięła im drogę, rozkładając ręce i próbując ich zatrzymać. Miała wrażenie, że uderzył w nią pociąg, gdy wszyscy troje z trzaskiem runęli na pokład w plątaninie rąk i nóg.

W dali błysnęło białe światło. Rachel z niedowierzaniem i grozą patrzyła, jak rakieta Hellfire podąża tropem promienia lasera w kierunku śmigłowca.

Kiedy pocisk uderzył w kadłub, maszyna eksplodowała jak zabawka. Po pokładzie przetoczyła się fala gorąca i huku, spadł deszcz płonących odłamków. Płonący szkielet śmigłowca przechylił się na strzaskany ogon, balansował przez chwilę, a potem zsunął się ze statku i wpadł do oceanu w syczącej chmurze pary.

Rachel zamknęła oczy, nie mogąc oddychać. Słyszała bulgotanie i skwierczenie tonącego wraku, oddalał się od „Goyi" porwany silnym prądem. Przez hałas przebił się krzyk Tollanda. Rachel poczuła, jak jego silne ręce próbują poderwać ją na nogi. Nie mogła się ruszyć.

Pilot i Xavia nie żyją.

My będziemy następni.
Rozdział 111

Burza na Lodowcu Szelfowym Milne'a przeminęła i w habisferze panowała cisza, lecz mimo to administrator Lawrence Ekstrom nawet nie pomyślał o położeniu się spać. Dwie godziny spędził w samotności, spacerując po kopule, zaglądając do szybu, przeciągając rękami po wyżłobieniach w wielkiej poczerniałej skale.

Wreszcie podjął decyzję.

Teraz siedział przed wideofonem w przyczepie PSC i patrzył w zmęczone oczy prezydenta Stanów Zjednoczonych. Zach Herney był w szlafroku i ani trochę nie wyglądał na rozbawionego. Ekstrom wiedział, że spochmurnieje jeszcze bardziej, kiedy usłyszy, co ma mu do powiedzenia.

Kiedy skończył mówić, Herney miał trochę nieprzytomną minę — jakby myślał, że jest zbyt zaspany, aby go dobrze zrozumieć.

— Chwileczkę — powiedział. — Coś musi być nie w porządku na łączach. Czy powiedziałeś, że NASA przechwyciła współrzędne meteorytu z nadanego przez radio wezwania o pomoc, a potem udawała, że to PODS dokonał odkrycia?

Ekstrom milczał, sam w ciemności, pragnąc zbudzić się z tego koszmaru.

Cisza wyraźnie działała prezydentowi na nerwy.

— Na miłość boską, Larry, powiedz mi, że to nieprawda! Ekstromowi zaschło w ustach.

— Meteoryt został znaleziony, panie prezydencie. To wszystko, co się liczy.

— Powiedz mi, że to nieprawda!

W uszach Ekstroma cisza narastała do głuchego ryku. Musiałem mu powiedzieć, przekonywał się w duchu. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

— Panie prezydencie, klęska PODS zabijała pana w sondażach. Kiedy przechwyciliśmy transmisję, w której była mowa o meteorycie tkwiącym w lodzie, dostrzegliśmy szansę na powrót do gry.

Herney był oszołomiony.

— Markując odkrycie PODS?

PODS miał zostać naprawiony, ale nie przed wyborami. Notowania spadały, Sexton atakował NASA, więc...

— Jesteś obłąkany! Okłamałeś mnie, Larry!

— Okazja sama się nadarzyła, panie prezydencie. Przechwyciliśmy transmisję radiową Kanadyjczyka, który odkrył meteoryt. Zginął w burzy. Nikt inny nie wiedział o meteorycie. PODS orbitował nad tym obszarem. NASA potrzebowała zwycięstwa. Mieliśmy współrzędne.

— Dlaczego mówisz mi o tym teraz?

— Uznałem, że powinien pan wiedzieć.

— Wiesz, co Sexton zrobi z tą informacją, jeśli się dowie? Ekstrom wolał o tym nie myśleć.

— Powie światu, że Biały Dom do spółki z NASA okłamał Amerykanów! I wiesz co? Będzie miał rację!

— To nie pan skłamał, tylko ja. I to ja poniosę konsekwencje, jeśli...

— Larry, nie rozumiesz. Próbowałem opierać swoje rządy na prawdzie i przyzwoitości! Niech to jasna cholera! Dzisiejszy wieczór był czysty. Pełen godności. A teraz dowiaduję się, że kłamałem całemu światu?

— To tylko małe kłamstwo, panie prezydencie.

— Nie ma czegoś takiego jak małe kłamstwo, Larry. — Herney z trudem hamował wściekłość.

Ekstrom czuł, jak napierają na niego ściany małego pomieszczenia. Miał znacznie więcej do powiedzenia, ale wiedział, że to może zaczekać do rana.

— Przepraszam, że pana obudziłem, panie prezydencie. Po prostu uznałem, że powinien pan wiedzieć.

Po drugiej stronie miasta Sedgewick Sexton pociągnął łyk koniaku, z narastającym rozdrażnieniem krążąc po mieszkaniu.

Gdzie, do cholery, podziewa się Gabrielle?


Rozdział 112

Gabrielle Ashe siedziała w ciemności przy biurku senatora Sextona i zniechęcona wpatrywała się w ekran.

HASŁO NIEPRAWIDŁOWE — ODMOWA DOSTĘPU

Wypróbowała kilka haseł, które rokowały nadzieję, ale żadne nie zadziałało. Po sprawdzeniu, czy w gabinecie nie ma otwartych szuflad albo jakichś wskazówek, nie miała innego wyboru, jak się poddać. Już miała wyjść, kiedy spostrzegła na biurkowym kalendarzu Sextona coś dziwnie lśniącego. Ktoś otoczył datę wyborów czerwonym, białym i niebieskim żelowym markerem. Na pewno nie senator. Gabrielle przysunęła kalendarz. W poprzek daty wypisane było błyszczące słowo: POTUS27!

Tryskająca energią sekretarka Sextona dała wyraz swojemu optymizmowi. Służby specjalne akronimem POTUS określały prezydenta Stanów Zjednoczonych. W dzień wyborów, jeśli wszystko pójdzie dobrze, Sexton zostanie nowym POTUS-em.

Gabrielle odstawiła kalendarz na biurko i wstała. Nagle znieruchomiała, znów patrząc na ekran komputera.

WPROWADŹ HASŁO:

Spojrzała na kalendarz.

POTUS

Poczuła nagły przypływ nadziei. Akronim idealnie nadawał się na hasło Sextona. Proste, pozytywne, pasujące-do-niego.



Szybko wystukała je na klawiaturze.

POTUS


Wstrzymując oddech, wcisnęła „enter". Komputer zapiszczał. HASŁO NIEPRAWIDŁOWE — ODMOWA DOSTĘPU

Poddała się. Ruszyła do łazienki, żeby wrócić tą samą drogą, którą weszła. Nagle zabrzęczała komórka. Gabrielle była zdenerwowana i dźwięk ją przestraszył. Stanęła jak wryta, wyjęła telefon i spojrzała w górę, żeby sprawdzić godzinę na cennym zegarze szafkowym Jourdaina. Prawie czwarta. Wiedziała, że o tej porze może dzwonić tylko Sexton. Pewnie zastanawia się, co się z nią dzieje. Odebrać czy nie? Jeśli odbierze, będzie musiała kłamać.

Jeśli nie odbierze, Sexton nabierze podejrzeń.

— Słucham?

— Gabrielle? — Sexton był zniecierpliwiony. — Co cię zatrzymuje?

— FDR Memorial — odparła. — Taksówka ugrzęzła w korku i teraz jesteśmy...

— Nie słychać, żebyś była w taksówce.

— Nie — odparła, słysząc szum krwi w uszach. — Nie. Wstąpiłam do biura po dokumenty, które mogą mieć związek z PODS. Nic mogę ich znaleźć.

— Pospiesz się. Chcę zaplanować poranną konferencję prasową, musimy omówić szczegóły.

— Niedługo będę — zapewniła.

Zapadła cisza.

— Jesteś w swoim biurze? — Głos zdradzał konsternację.

— Tak. Za dziesięć minut będę w drodze.

Następna pauza.

— W porządku. Do zobaczenia.

Gabrielle rozłączyła się, zbyt przejęta, żeby zwrócić uwagę na głośne charakterystyczne tykanie zegara szafkowego, stojącego zaledwie dwa kroki od niej.


Rozdział 113

Michael Tolland pociągnął Rachel za kadłub „Trytona" i dopiero wtedy spostrzegł krew na jej ramieniu. Z katatonicznego wyrazu jej twarzy domyślił się, że nie czuje bólu. Podtrzymując ją, odwrócił się, żeby znaleźć Corky'ego. Astrofizyk gramolił się po pokładzie, chcąc do nich dołączyć.

Musimy znaleźć kryjówkę, pomyślał Tolland, jeszcze nie w pełni świadom koszmaru, jakiego przed chwilą był świadkiem. Jego wzrok instynktownie prześliznął się po nadbudówkach nad nimi. Schody wiodące na mostek były odsłonięte, a sam mostek — szklany prostokąt — nie zapewniał żadnej ochrony przed atakiem z powietrza. Wchodzenie na górę byłoby samobójstwem. Mogą uciekać tylko na dół.

Przez chwilę patrzył z nadzieją na batyskaf, zastanawiając się, czy mógłby zabrać wszystkich pod wodę, daleko od kul.

Absurd. W „Trytonie" jest miejsce tylko dla jednej osoby, a opuszczenie się przez zapadnię w pokładzie do leżącego dziewięć metrów niżej oceanu trwa dobre dziesięć minut. Poza tym bez odpowiednio naładowanych akumulatorów i sprężarek batyskaf będzie jak martwy.

— Lecą! — wrzasnął Corky głosem piskliwym ze strachu, patrząc w niebo.

Tolland nie musiał patrzeć. Wskazał pobliską gródź, skąd aluminiowa schodnia prowadziła na dolne pokłady. Corky nie potrzebował zachęty. Chowając głowę w ramionach, popędził w stronę otworu i dopadł schodów. Tolland mocno objął Rachel w talii i pospieszył za nim. Zniknęli pod pokładem w chwili, gdy z helikoptera padły pierwsze strzały.

Tolland pomógł Rachel zejść na platformę podwieszoną pod kadłubem. Poczuł, jak jej ciało nagle sztywnieje. Spojrzał na nią, przestraszony, że może trafił ją rykoszet.

Kiedy zobaczył jej twarz, uświadomił sobie, że musi chodzić o coś innego. Prześledził kierunek jej skamieniałego spojrzenia i natychmiast zrozumiał.

Rachel stała bez ruchu, sparaliżowana z przerażenia. Patrzyła w dół na roztaczający się pod nią niesamowity widok.

Zbudowany według projektu SWATH „Goya" był w zasadzie wielkim katamaranem. Nie miał kadłuba, tylko pokład wznoszący się wysoko na dwóch pływakach. Na pomoście z kratownicy, wiszącym dziewięć metrów nad szalejącym morzem, panował ogłuszający hałas, wzmacniany przez odbicia od spodniej strony pokładu. Przerażenie Rachel potęgował fakt, że podwodne lampy wciąż były zapalone, rzucając zielonkawy blask w głąb oceanu. W wodzie unosiło się sześć czy siedem smukłych sylwetek. Wielkie rekiny płynęły pod prąd, ich sprężyste ciała rytmicznie wyginały się na boki.

Usłyszała przy uchu głos Tollanda:

— Rachel, nic ci nie grozi. Patrz prosto przed siebie. Jestem zaraz za tobą. — Objął ją od tyłu, delikatnie próbując oderwać jej ręce zaciśnięte na poręczy. Wtedy spostrzegła szkarłatną kropelkę krwi, która stoczyła się z jej ramienia i spadła przez kratkę pomostu. Śledziła ją wzrokiem w drodze do morza. Straciła ją z oczu na długo przed wpadnięciem do wody, ale wiedziała, kiedy to się stało. Rekiny natychmiast zbiły się w gromadkę, wymachując potężnymi ogonami, zderzając się w gorączkowym szaleństwie.

Powiększone płaty węchowe...

Wyczuwają krew na kilometr.

— Patrz przed siebie — powtórzył Tolland silnym, uspokajającym głosem. — Jestem zaraz za tobą.

Rachel poczuła jego ręce na biodrach, popychające ją do przodu. Starając się nie myśleć o ziejącej pod nią toni, ruszyła przez pomost. Z góry znów dobiegał łopot wirnika. Spanikowany Corky, który wyprzedził ich o spory kawałek, zataczał się jak pijany.

Tolland zawołał za nim:

— Do ostatniej podpory, Corky! Po schodach na dół!

Rachel już widziała, dokąd się kierują. Na końcu pomostu zaczynał się ciąg opadających zakosami schodków. Na poziomie wody przez długość „Goyi" biegła wąska kładka, od której odchodziło kilka małych, podwieszonych pomostów, tworzących miniaturową przystań pod statkiem. Napis na dużej tablicy oznajmiał:

STREFA NURKOWANIA

Nurkowie mogą wynurzyć się bez ostrzeżenia

— zachować ostrożność podczas kierowania łodziami —

Rachel miała nadzieję, że Michael nie każe im nurkować. Jej strach nasilił się, kiedy przystanął przy rzędzie siatkowych szafek obrzeżających pomost. Otwierał drzwiczki, odsłaniając stroje piankowe, fajki, płetwy, kamizelki ratunkowe, kusze. Nim zdążyła zaprotestować, chwycił rakietnicę.

— Idziemy.

Ruszyli.


Corky już był w połowie drogi na dół.

— Widzę! — krzyknął niemal z radością, głosem ledwie słyszalnym w szumie morza.



1   ...   25   26   27   28   29   30   31   32   ...   35


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna