Wydawnictwo sonia draga



Pobieranie 2,1 Mb.
Strona28/35
Data23.10.2017
Rozmiar2,1 Mb.
1   ...   24   25   26   27   28   29   30   31   ...   35

— To kopuła magmy. Tam magma wciska się pod dno oceanu. Corky pokiwał głową.

— Jak wielki pryszcz.

— W pewnym sensie.

— A jeśli wystrzeli?

Tolland ściągnął brwi, przypominając sobie słynny megawir hydrotermalny z 1986 roku na grzbiecie Juan de Fuca, gdzie tysiące ton magmy o temperaturze tysiąca dwustu stopni Celsjusza znienacka rzygnęły do oceanu, błyskawicznie wzmacniając siłę wiru. Prądy powierzchniowe przyspieszyły, gdy gorąca woda szybko wznosiła się w górę. Tolland nie miał zamiaru tej nocy opowiadać Corky'emu i Rachel o tym, co było dalej.

— Atlantycka kopuła magmy nie wystrzeli — zapewnił. — Zimna woda krążąca nad garbem stale chłodzi i utwardza skorupę ziemską. Magma jest zamknięta bezpiecznie pod grubą warstwą skały. W końcu wystygnie i spirala zniknie. Generalnie megawiry nie są groźne.

Corky wskazał zszargane czasopismo leżące w pobliżu komputera.

— Mówisz więc, że w „Scientific American" publikują fikcję?

Tolland zobaczył okładkę i skrzywił się. Ktoś musiał wyciągnąć z archiwum naukowych magazynów numer „Scientific American" z lutego 1999. Na okładce widniała artystyczna grafika, przedstawiająca supertankowiec osuwający się w ogromny lej w powierzchni oceanu. Nagłówek brzmiał: MEGAWIRY — GIGANTYCZNI ZABÓJCY Z GŁĘBIN?

— Zupełnie bez związku — zaśmiał się Tolland. — Ten artykuł mówi o megawirach w strefach trzęsień ziemi. Parę lat temu była to popularna hipoteza wyjaśniająca zaginięcia statków w rejonie Trójkąta Bermudzkiego. Technicznie rzecz biorąc, gdyby na dnie oceanu doszło do jakiegoś katastrofalnego zdarzenia geologicznego, co tutaj jest raczej niemożliwe, kopuła mogłaby pęknąć, a wówczas wir mógłby... no wiecie...

— Nie, nie wiemy — mruknął Corky.

Tolland wzruszył ramionami.

— Wznieść się na powierzchnię.

— Super. Cieszę się, że ściągnąłeś nas na ten statek.

Weszła Xavia z jakimiś papierami.

— Podziwiacie megawir?

— Pewnie — parsknął Corky. — Mike właśnie powiedział, że jeśli ten kopczyk pęknie, wszyscy spłyniemy w dół jak woda w umywalce.

— W umywalce? — Xavia zaśmiała się zimno. — Prędzej w największym klozecie świata.

Pilot straży przybrzeżnej czujnie wpatrywał się w ekran radaru. Jako ratownik niejeden raz widział strach w ludzkich oczach; Rachel Sexton zdecydowanie była wystraszona, kiedy prosiła go, żeby miał oko na niespodziewanych gości zbliżających się do „Goyi".

Jakich gości się spodziewa? — zastanawiał się.

Widział, że na morzu i w powietrzu w promieniu piętnastu kilometrów nie ma niczego niezwykłego. Łódź rybacka około dwunastu kilometrów dalej. Samoloty przecinające skraj pola radaru i odlatujące w kierunku jakiegoś nieznanego miejsca przeznaczenia.

Pilot westchnął, patrząc na ocean przemykający wokół statku. Wrażenie było niesamowite, jakby płynęli pełną mocą, choć stali na kotwicy.

Znów skierował wzrok na ekran radaru i patrzył uważnie.
Rozdział 105

Tolland dokonał prezentacji. Xavia stała speszona przed tak znamienitym gronem. Jej zdenerwowanie powiększała Rachel, która chciała jak najszybciej znać wyniki badań i opuścić statek.

— Bez pośpiechu, Xavio — uspokoił ją Tolland. — Musimy wiedzieć wszystko.

Zaczęła drewnianym głosem:

W swoim filmie, Mike, powiedziałeś, że te małe metaliczne inkluzje mogą powstać wyłącznie w kosmosie.

Tolland już czuł drżenie lęku. Chondry tworzą się tylko w kosmosie. Tak powiedzieli ci z NASA.

— Ale te notatki świadczą o tym, że to niezupełnie prawda — powiedziała Xavia, podnosząc kartki.

Corky popatrzył na nią ze złością.

— Oczywiście, że prawda!

Xavia spiorunowała go wzrokiem i pomachała notatkami.

— W zeszłym roku młody geolog, niejaki Lee Pollock z uniwersytetu Drew, używał nowego modelu morskiego robota do pobierania próbek skorupy z dna Rowu Mariańskiego. Wydobył luźną skałę, która zawierała struktury geologiczne, jakich dotąd nie widział. Z wyglądu były one bardzo podobne do chondr. Nazwał je „plagio-klazowymi inkluzjami metamorficznymi" — maleńkie metaliczne kuleczki, które najwyraźniej uległy przeobrażeniu pod wpływem ciśnienia w głębinach oceanu. Doktor Pollock był ogromnie zdumiony znalezieniem metalicznych sferul w skale z dna oceanu i sformułował oryginalną teorię, żeby wyjaśnić ich obecność.

Corky chrząknął.

— Pewnie, jakżeby inaczej.

Xavia nie zwróciła na niego uwagi.

Doktor Pollock twierdzi, że w bardzo głębokim środowisku oceanicznym ogromne ciśnienie spowodowało stopienie metalicznych składników już istniejącej skały i jej przeobrażenie.

Tolland zastanowił się. Rów Mariański o głębokości ponad jedenastu kilometrów jest jednym z ostatnich najmniej zbadanych miejsc na planecie. Tylko kilka automatycznych sond dotarło na taką głębokość; większość ulegała zniszczeniu na długo przed osiągnięciem dna. Ciśnienie wody w rowie jest ogromne, wynosi ponad tysiąc dwieście atmosfer w porównaniu z zaledwie 1,6 atmosfery na powierzchni. Oceanografowie wciąż niewiele wiedzą o procesach geologicznych zachodzących w najgłębszych partiach oceanów.

— A więc ten Pollock uważa, że w Rowie Mariańskim mogą powstawać skały ze strukturami podobnymi do chondr?

— Teoria jest dość mętna — odparła Xavia. — Szczerze mówiąc, nigdy nie została formalnie opublikowana. W zeszłym miesiącu przypadkiem natknęłam się na prywatne notatki doktora, kiedy sprawdzałam w sieci informacje o interakcjach woda-skała dla naszego programu o megawirze. Gdyby nie to, nigdy bym się o niej nie dowiedziała.

— Teoria nie została opublikowana, ponieważ jest śmieszna — skomentował Corky. — Do powstania chondr niezbędne jest ciepło. Wykluczone, żeby ciśnienie wody przeobraziło strukturę krystaliczną skały.

— Tak się składa, że ciśnienie ma największy udział w zmianach geologicznych zachodzących na naszej planecie — odpaliła Xavia. — Słyszał pan może o takiej drobnostce jak skały metamorficzne? Polecam Podstawy geologii.

Corky spochmurniał.

Tolland wiedział, że Xavia ma rację. Choć ciepło odgrywało dużą rolę w procesach metamorficznych, większa część skał ulegała przeobrażeniu w wyniku oddziaływania kolosalnego ciśnienia. Skały w głębi skorupy ziemskiej podlegały tak wielkiemu ciśnieniu, że przypominały bardziej gęstą melasę niż solidną skałę — były plastyczne i zachodziły w nich przemiany chemiczne. Mimo wszystko teoria doktora Pollocka wciąż wydawała się naciągana.

— Xavio, nigdy nie słyszałem, żeby samo ciśnienie wody spowodowało zmiany chemiczne w skale. Jesteś geologiem, co o tym sądzisz?

— Cóż — mruknęła, wertując notatki — wygląda na to, że ciśnienie wody nie jest jedynym czynnikiem. — Znalazła odpowiedni fragment i przeczytała: — Skorupa oceaniczna w Rowie Mariańskim, już podlegająca ogromnemu ciśnieniu hydrostatycznemu, może znaleźć się pod jeszcze większym naciskiem spowodowanym przez siły tektoniczne oddziałujące ze stref subdukcji w regionie.

Oczywiście, pomyślał Tolland. Dno Rowu Mariańskiego, na które działa ciśnienie jedenastu kilometrów wody, jest strefą subdukcji, gdzie płyta pacyficzna i indyjska napierają na siebie. W efekcie na dnie rowu mogło panować kolosalne ciśnienie. Jeśli rzeczywiście powstawały tam chondry, to szansę, że ktoś się o nich dowie, są naprawdę znikome. Po prostu z badaniem tego regionu wiążą się zbyt wielkie trudności.

Xavia czytała:

Teoretycznie połączone ciśnienie hydrostatyczne i tektoniczne może spowodować przejście skorupy oceanicznej w stan plastyczny lub półpłynny, a wówczas stopione lżejsze składniki mogłyby utworzyć skupienia podobne do chondr, które, jak powszechnie przyjmowano, występują wyłącznie w kosmosie.

Corky przewrócił oczami.

— Niemożliwe.

Tolland popatrzył na niego.

— Czy istnieje jakieś alternatywne wyjaśnienie obecności chondr w skale doktora Pollocka?

— Jasne — odparł Corky. — Pollock znalazł meteoryt. Meteoryty przez cały czas wpadają do oceanu. Uznał, że skała nie jest meteorytem, bo być może skorupa obtopieniowa uległa erozji w czasie wielu lat spoczywania w wodzie, przez co meteoryt upodobnił się do zwyczajnej skały. — Zwrócił się do Xavii: — Nie przypuszczam, żeby Pollockowi przyszło na myśl zmierzenie zawartości niklu.

— Przyszło — mruknęła Xavia. — Pollock pisze: Z zaskoczeniem stwierdziłem, że zawartość niklu w próbce odbiega od wartości typowych dla innych skał ziemskich.

Tolland i Rachel wymienili zaskoczone spojrzenia. Xavia czytała dalej:

Choć nie mieści się w przedziale przyjętym dla skał pochodzenia meteorytowego, jest mu zaskakująco bliska.

Rachel była stropiona.

— Jak bliska? Czy można pomylić oceaniczną skałę z meteorytem?

Xavia pokręciła głową.

— Nie jestem petrografem, ale o ile wiem, istnieje wiele różnic natury chemicznej pomiędzy skałą znalezioną przez Pollocka a prawdziwym meteorytem.

— Jakich różnic? — chciał wiedzieć Tolland.

Xavia pokazała mu wykres.

— Według tego jedyna różnica polega na budowie samych chondr. Odmienne proporcje tytanu i cyrkonu. Chondry z próbki oceanicznej wykazują znikomą ilość cyrkonu. — Podniosła głowę. — Tylko dwie części na milion.

— Dwie na milion? — zdumiał się Corky. — W meteorytach jest tysiące razy więcej!

— Właśnie — przyznała Xavia. — Dlatego Pollock uważa, że chondry w jego próbce nie pochodzą z kosmosu.

Tolland pochylił się i szepnął do Corky'ego:

— Czy NASA zmierzyła proporcje tytanu i cyrkonu w skale z Milne'a?

— Jasne, że nie. Nikt by tego nie zrobił. To tak, jakbyś musiał zmierzyć zawartość gumy w oponach, żeby się przekonać, że samochód, na który patrzysz, rzeczywiście jest samochodem!

Tolland westchnął i spojrzał na Xavic.

— Jeśli dam ci próbkę skały z chondrami, będziesz mogła stwierdzić, czy te inkluzje są chondrami meteorytowymi... czy też tym, co opisał Pollock?

Xavia wzruszyła ramionami.

— Chyba tak. Mikrosonda elektronowa powinna mieć wystarczającą dokładność. Ale o co tu chodzi?

Tolland zwrócił się do Corky'ego:

— Daj jej to.

Corky niechętnie wyjął próbkę z kieszeni i podał ją Xavii.

Xavia ze zmarszczonym czołem popatrzyła na kamienny krążek. Obejrzała skorupę obtopieniową, a potem skamielinę.

— Mój Boże! — szepnęła, podnosząc głowę. — Czy to nie jest fragment...

— Jest — odparł Tolland. — Niestety.
Rozdział 106

Gabrielle Ashe stała przy oknie w swoim biurze, zastanawiając się, co zrobić. Niespełna godzinę temu wyszła z NASA przepełniona podnieceniem, pragnąc jak najszybciej powiadomić senatora o oszustwie Chrisa Harpera.

Teraz nie była taka pewna.

Według Yolandy dwaj niezależni reporterzy ABC podejrzewali, że Sexton przyjmuje łapówki od SFF. Co więcej, przed chwilą dowiedziała się, że senator wie o jej obecności w swoim mieszkaniu w czasie spotkania z SFF, a jednak nie wspomniał o tym słowem.

Gabrielle westchnęła. Taksówka już dawno odjechała. Za parę minut zadzwoni po następną, ale najpierw musi zrobić coś innego.

Naprawdę chcesz spróbować?

Ściągnęła brwi, świadoma, że nie ma wyboru. Już nie wiedziała, komu ufać.

Wyszła do sekretariatu i na szeroki korytarz. Na drugim końcu widziała masywne dębowe drzwi gabinetu Sextona, a po obu stronach flagi — Stanów Zjednoczonych i stanu Delaware. Drzwi, jak w większości biur senackich w gmachu, były wzmocnione stalą, zabezpieczone zamkiem konwencjonalnym i elektronicznym oraz systemem alarmowym.

Wiedziała, że gdyby mogła wejść do środka choćby na parę minut, znalazłaby wszystkie odpowiedzi. Idąc w stronę zabezpieczonego wejścia, nie łudziła się, że zdoła je sforsować. Miała inne plany.

Trzy metry od gabinetu Sextona skręciła w prawo i weszła do toalety. Jarzeniówki zapaliły się automatycznie, oświetlając białe kafelki. Gdy jej oczy przyzwyczaiły się do jaskrawego światła, zatrzymała się przed lustrem. Jej twarz wydawała się łagodniejsza, niż mogłaby sobie życzyć. Niemal delikatna. Zawsze czuła się silniejsza, niż sugerował to jej wygląd.

Jesteś pewna, że chcesz to zrobić?

Gabrielle wiedziała, że Sexton czeka na nią niecierpliwie, pragnąc poznać wyniki dochodzenia w sprawie PODS. Na nieszczęście wiedziała także, że Sexton manipulował nią zręcznie tej nocy. A Gabrielle Ashe nie lubiła być manipulowana. Senator nie był z nią dzisiaj szczery — pytanie tylko na ile. Odpowiedzi, jak wiedziała, znajdowały się w jego biurze — za ścianą toalety.

— Pięć minut — powiedziała głośno, podejmując decyzję.

Podeszła do schowka i przeciągnęła ręką po futrynie drzwi. Sprzątacze z gmachu Philip A. Hart byli pracownikami federalnymi i znikali za każdym razem, gdy tylko dochodziło do jakiegokolwiek strajku, a wówczas w toalecie przez parę tygodni z rzędu brakowało papieru toaletowego i podpasek. Kobiety w biurze Sextona, zmęczone ciągłymi przykrymi niespodziankami, wzięły sprawy w swoje ręce i dorobiły klucze do schowka, żeby korzystać z zapasów w „sytuacjach kryzysowych".

Dzisiejsza noc pasuje jak ulał, pomyślała.

Otworzyła schowek.

Wnętrze było ciasne, pełne środków czyszczących, mopów i zapasów papieru. Miesiąc temu Gabrielle szukała papierowych ręczników i dokonała niezwykłego odkrycia. Nie mogąc dosięgnąć rolki leżącej na najwyższej półce, próbowała strącić ją kijem od szczotki, ale zamiast tego przesunęła płytę w suficie. Kiedy wspięła się na półki, żeby umieścić ją na miejscu, zaskoczona usłyszała głos senatora Sextona.

Czysto i wyraźnie.

Z pogłosu domyśliła się, że senator mówi do siebie w prywatnej łazience, oddzielonej od schowka tylko ruchomymi płytami pilśniowymi.

Gabrielle zdjęła buty, wspięła się po półkach, podważyła płytę w suficie i podciągnęła się do góry. I tyle, jeśli chodzi o bezpieczeństwo narodowe, pomyślała, zastanawiając się, ile praw stanowych i federalnych właśnie łamie.

Opuściła się do prywatnej łazienki Sextona, postawiła stopy na zimnej, porcelanowej umywalce i zeskoczyła na podłogę. Wstrzymując oddech, weszła do gabinetu.

Orientalne dywany były miękkie i ciepłe.


Rozdział 107

Pięćdziesiąt kilometrów dalej czarny śmigłowiec bojowy Kiowa mknął nad czubami karłowatych sosen w północnej części Delaware. Delta Jeden sprawdził współrzędne wprowadzone do automatycznego systemu nawigacyjnego.

Sprzęt łączności, jakim posługiwała się Rachel na pokładzie „Goyi", oraz telefon komórkowy Pickeringa miały urządzenia szyfrujące dla ochrony treści rozmów, ale nie o treść chodziło grupie Delta Force. Ich celem było namierzenie osoby telefonującej. Dzięki GPS25 i komputerowej triangulacji określenie współrzędnych było znacznie łatwiejsze, niż odszyfrowanie treści rozmowy.

Deltę Jeden zawsze ogarniało rozbawienie na myśl, że większość użytkowników telefonów komórkowych nie zdaje sobie sprawy, iż za każdym razem, gdy dzwonią, rządowy posterunek podsłuchowy może, jeśli zachodzi taka potrzeba, namierzyć ich pozycję z dokładnością do trzech metrów w dowolnym miejscu na Ziemi — drobiazg, jakiego operatorzy sieci telefonii komórkowej raczej nie umieszczają w reklamach. Dzisiejszej nocy, po uzyskaniu dostępu do częstotliwości komórki Williama Pickeringa, mogli bez trudu określić współrzędne osoby, która próbowała się do niego dodzwonić.

Delta Jeden zbliżył się na trzydzieści kilometrów do celu.

— Parasol przygotowany? — zapytał Deltę Dwa, który obsługiwał radar i system uzbrojenia.

— Potwierdzam. Czekam na zasięg ośmiu kilometrów.

Osiem kilometrów, pomyślał Delta Jeden. Musi wlecieć w zasięg radaru celu, żeby użyć systemu uzbrojenia kiowy. Nie wątpił, że ktoś na pokładzie „Goyi" nerwowo obserwuje niebo, a ponieważ obecne zadanie Delta Force polegało na wyeliminowaniu celu bez dania mu możliwości wezwania pomocy przez radio, musieli podejść bez alarmowania ofiary.

W odległości dwudziestu pięciu kilometrów, wciąż poza zasięgiem radaru, Delta Jeden skręcił z kursu o trzydzieści pięć stopni na zachód. Wzniósł się na dziewięćset metrów — typowy pułap niewielkiego samolotu — i leciał z prędkością 110 węzłów.

Na pokładzie „Goyi" radar śmigłowca straży przybrzeżnej pisnął jeden raz, gdy jakiś obiekt znalazł się w zasięgu piętnastu kilometrów. Pilot wyprostował się, wpatrując się w ekran. Wyglądało na to, że niewielki samolot transportowy zmierza na zachód.

Prawdopodobnie do Newark.

Chociaż tor lotu miał go doprowadzić na odległość sześciu kilometrów od „Goyi", najwyraźniej było to kwestią przypadku. Mimo wszystko pilot bacznie obserwował mrugającą plamkę, która z prędkością 110 węzłów przesuwała się po prawej stronie ekranu. Odległość zmalała do sześciu kilometrów. Ale jak się spodziewał, samolot po chwili zaczął się od nich oddalać.

6,1 kilometra. 6,2 kilometra.

Pilot odetchnął, odprężając się.

A potem stała się rzecz dziwna.

— Parasol włączony! — Delta Dwa, siedzący na fotelu z lewej strony kabiny, podniósł kciuki. Zapora, modulowany szum i sygnał zagłuszający uaktywnione i wycelowane.

Delta Jeden ostro skręcił w prawo, ustawiając maszynę prosto na kursie do „Goyi". Ten manewr miał być niewidoczny dla radaru.

— Bije na głowę paski z folii aluminiowej! — zawołał Delta Dwa.

Delta Jeden przyznał mu rację. Zagłuszanie radaru zostało wynalezione w czasie drugiej wojny światowej, kiedy jakiś łebski brytyjski lotnik wpadł na pomysł, żeby w czasie rajdów bombowych wyrzucać z samolotu kulki siana owiniętego cynfolią. Niemieckie radary wykrywały tyle ech, że obsługa działek przeciwlotniczych nie miała pojęcia, do czego strzelać. Od tej pory technika została znacznie udoskonalona.

Pokładowy „parasol", czyli system zakłócania sygnałów radiolokacyjnych, zaliczał się do najbardziej zabójczych broni elektronicznych. Emisja szumu tła do atmosfery ponad obszarem o określonych współrzędnych sprawiała, że cel stawał się ślepy, głuchy i niemy. Przed chwilą zgasły wszystkie ekrany radarów na pokładzie „Goyi". Zanim załoga zorientuje się, że należy wezwać pomoc, nie będzie w stanie nadawać. Łączność statku ze światem odbywa się za pośrednictwem radia — nie ma linii telefonicznych. Gdy kiowa podleci dostatecznie blisko, wszystkie systemy łączności „Goyi" przestaną funkcjonować, ich sygnały nośne zostaną wymazane przez niewidzialną chmurę szumów, które wyprzedzają helikopter niczym światło potężnego reflektora.

Izolacja doskonała, pomyślał Delta Jeden. Są bezbronni.

Celom dopisało szczęście w trakcie pomysłowej ucieczki z Lodowca Milne'a, ale to już się nie powtórzy. Opuszczając brzeg, Rachel Sexton i Michael Tolland dokonali kiepskiego wyboru. Podjęli ostatnią decyzję w życiu.

Zach Herney miał mętlik w głowie, gdy siedział na łóżku ze słuchawką przy uchu.

— Teraz? Ekstrom chce rozmawiać ze mną o tej porze? — Popatrzył na budzik. 3:17.

— Tak, panie prezydencie — odparł oficer łączności. — Mówi, że to sprawa niecierpiącą zwłoki.
Rozdział 108

Podczas gdy Corky i Xavia pochylali się nad elektroniczną mikrosondą mierzącą ilość cyrkonu w chondrach, Rachel poszła z Tollandem do pokoju sąsiadującego z laboratorium. Tam Tolland włączył komputer. Najwyraźniej zamierzał sprawdzić coś jeszcze.

Gdy komputer się uruchamiał, Tolland odwrócił się z taką miną, jakby chciał coś powiedzieć, zachował jednak milczenie.

— O co chodzi? — zapytała Rachel. Była zdumiona, jak bardzo Mike ją pociąga, nawet w środku tego chaosu.

— Jestem ci winny przeprosiny — powiedział ze skruszoną miną.

— Za co?


— Za to, co zrobiłem na pokładzie. Nie powinienem pokazywać ci rekinów. Byłem podekscytowany. Czasami zapominam, że dla wielu ludzi ocean może być przerażający.

Rachel czuła się jak nastolatka, która stoi przed drzwiami domu ze swoim nowym chłopakiem.

— Nie ma sprawy, naprawdę. — Coś jej mówiło, że Tolland chce ją pocałować.

Po chwili odwrócił się, zawstydzony.

— Wiem. Chcesz wrócić na brzeg. Powinniśmy zabrać się do pracy.

— Na razie. — Uśmiechnęła się łagodnie.

— Na razie — powtórzył, siadając przed komputerem.

Rachel wypuściła powietrze. Stanęła tuż za jego plecami, rozkoszując się odosobnieniem w tym małym laboratorium. Patrzyła, jak Tolland przegląda pliki.

— Co robimy?

— Szukamy w bazie danych informacji o wielkich oceanicznych stonogach. Jestem ciekaw, czy znajdziemy jakieś prehistoryczne skamieniałości, które przypominają to, co widzieliśmy w meteorycie. — Otworzył stronę opatrzoną wielkimi literami: PROJEKT DIVERSITAS.

Przewijając menu, wyjaśnił:

— Diversitas jest stale uaktualnianym indeksem organizmów oceanicznych. Kiedy biolog morski odkrywa nowy gatunek albo skamieniałość, może pochwalić się światu i podzielić swoim odkryciem za pośrednictwem bazy, do której wprowadza dane i zdjęcia. Ponieważ praktycznie co tydzień odkrywa się coś nowego, to naprawdę jedyny sposób, żeby być na bieżąco.

Rachel patrzyła, jak Tolland przegląda menu.

— Mamy więc dostęp do sieci?

— Nie, dostęp do Internetu na morzu jest trudny. Przechowujemy wszystkie te dane na pokładzie, na wielu dyskach optycznych w innym pomieszczeniu. Za każdym razem, gdy jesteśmy w porcie, łączymy się z Projektem Diversitas i uaktualniamy bazę danych. W ten sposób możemy sprawdzać informacje, które pochodzą co najwyżej sprzed dwóch miesięcy, bez konieczności łączenia się z siecią. — Tolland zaśmiał się i zaczął wpisywać kluczowe słowa. — Pewnie słyszałaś o Napsterze, kontrowersyjnym programie do ściągania muzyki?

Rachel pokiwała głową.

— Diversitas jest uważany za biologiczną wersję Napstera. Nazywamy go HOMAR — Harówka Oceanografów Mających Absolutną Rację.

Rachel roześmiała się. Choć sytuacja była napięta, Tollanda nie opuszczał cierpki humor, który uciszał jej obawy. Uświadomiła sobie, że ostatnio nieczęsto się śmiała.

— Nasza baza danych jest ogromna — mówił, kończąc wpisywanie słów do wyszukiwarki. — Ponad dziesięć terabajtów opisów i zdjęć. Nikt nigdy nie przeczytał ani nie przeczyta wszystkich tych informacji. Gatunków oceanicznych jest po prostu zbyt wiele. — Kliknął ikonkę „szukaj". — Dobra, przekonajmy się, czy ktoś spotkał się ze skamieniałością podobną do naszej kosmicznej stonóżki.

Po paru sekundach ekran rozbłysnął, ukazując cztery nazwy skamieniałych zwierząt. Tolland klikał na jedną po drugiej i oglądał zdjęcia. Żadne nawet w przybliżeniu nie przypominało skamieliny z meteorytu.

Zmarszczył czoło.

— Spróbujmy czegoś innego. — Usunął słowo „skamieniałość" z ciągu słów i kazał programowi szukać. — Przeszukamy wszystkie żyjące gatunki. Może znajdziemy żywego potomka o cechach skamieniałości z Milne'a.

Ekran znów stał się jasny.

Tolland miał przed oczami setki haseł. Przez chwilę gładził pociemniałą od zarostu szczękę.

— Dobra, za dużo. Zawęzimy pole poszukiwań.

Rachel patrzyła, jak rozwija menu „habitat". Lista opcji wydawała się nieskończona: tereny zalewowe, bagno, laguna, rafa, grzbiet śródoceaniczny, źródła siarkowe. Tolland przewinął listę i wybrał STREFY UBOGIE W ŻYCIE/ROWY OCEANICZNE.

Sprytnie, pomyślała Rachel. Tolland ograniczył poszukiwania do środowiska, w którym według hipotezy Pollocka utworzyły się chondropodobne struktury.

Tym razem Tolland zareagował uśmiechem.

— Super. Tylko trzy hasła.

Rachel przeczytała pierwszą nazwę na liście. Linulus poły... coś tam.

Tolland kliknął, pojawiło się zdjęcie. Stworzenie wyglądało jak przerośnięty konik morski bez ogona.

— Pudło — mruknął, wracając do strony głównej.

Rachel spojrzała na drugie hasło. Krewetkus szpetus zpiekła rodemus.

— Czy to prawdziwa nazwa? — zapytała zdezorientowana. Tolland zaśmiał się.

— Nie. To nowy gatunek, jeszcze niesklasyfikowany. Facet, który go odkrył, ma poczucie humoru. Proponuje umieścić Krewetkusa szpetusa w oficjalnej klasyfikacji taksonomicznej. — Otworzył zdjęcie, które przedstawiało wyjątkowo brzydkie, podobne do krewetki stworzenie z wąsami i fluorescencyjnym różowym czułkiem.

— Trafna nazwa — przyznał. — Ale to nie jest nasz kosmiczny znajomy. — Wrócił do indeksu. — Ostatnia propozycja to... — Kliknął na trzecie hasło.



1   ...   24   25   26   27   28   29   30   31   ...   35


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna