Wydawnictwo sonia draga



Pobieranie 2,1 Mb.
Strona27/35
Data23.10.2017
Rozmiar2,1 Mb.
1   ...   23   24   25   26   27   28   29   30   ...   35

— Megawirów i Sphyrna mokarran.

— Racja, wspomniałeś o tym wcześniej.

Tolland uśmiechnął się lekko.

Sphyrna mokarran uwielbiają ciepłą wodę. Wszystkie, które znajdowały się w promieniu stu pięćdziesięciu kilometrów, ściągnęły do tego szerokiego na kilometr podgrzanego kręgu.

— Pięknie. — Rachel niespokojnie pokiwała głową. — A teraz bądź łaskaw wyjaśnić, co to jest Sphyrna mokarran.

— Najbrzydsza ryba w morzu.

— Płastuga?

— Wielka ryba młot, rekin.

Rachel zesztywniała.

— Wokół statku pływają rekiny?

Tolland puścił do niej oko.

— Odpręż się, nie są groźne.

— Nie powiedziałbyś tego, gdyby nie były.

Zaśmiał się.

— Chyba masz rację. — Zawołał żartobliwie do pilota: — Hej, kiedy ostatni raz uratowaliście kogoś zaatakowanego przez rekina?

Pilot wzruszył ramionami.

— Rany, nie było takiego przypadku od dziesiątków lat. Tolland odwrócił się w stronę Rachel.

— A widzisz? Dziesiątki lat. Nie ma się czego bać.

— W zeszłym miesiącu mieliśmy atak — dodał pilot — gdy jakiś skretyniały płetwonurek...

— Zaraz, zaraz — przerwała mu Rachel. — Mówił pan, że nie uratowaliście nikogo od dziesiątków lat.

— Zgadza się. Nikogo nie uratowaliśmy. Zwykle przybywamy za późno. Te dranie zabijają w mgnieniu oka.
Rozdział 101

Na horyzoncie ukazała się niewyraźna sylwetka „Goyi". Z odległości kilometra Tolland dostrzegł zapalone przez Xavię światła pokładowe. Na ich widok poczuł się jak zmęczony podróżnik wreszcie wracający do domu.

— Czy nie mówiłeś, że na statku jest tylko jedna osoba? — powiedziała Rachel, patrząc na rzęsiste oświetlenie.

— Nie zapalasz świateł, kiedy jesteś sama w domu?

— Jedno. Nie w całym domu.

Tolland uśmiechnął się. Rachel próbowała żartować, ale wiedział, że pobyt tutaj budzi w niej strach. Miał ochotę objąć ją i pocieszyć, lecz nie miał pojęcia, co mógłby jej powiedzieć.

— Światła palą się ze względów bezpieczeństwa. Sprawiają, że statek wygląda na w pełni obsadzony.

Corky zachichotał.

— Boisz się piratów, Mike?

— Nie. Większe zagrożenie stanowią idioci, którzy nie umieją odczytywać radaru. Najlepszą obroną przed staranowaniem jest dopilnowanie, żeby wszyscy mogli cię zobaczyć.

Corky popatrzył na oświetlony statek.

— Widzisz? Wygląda jak Times Square w sylwestra. Pewnie NBC płaci za prąd.

Śmigłowiec straży przybrzeżnej zwolnił i okrążył statek. Pilot zaczął podchodzić do lądowiska na pokładzie rufowym. Nawet z wysoka Tolland widział, jak rwąca woda napręża rozpory. „Goya" stał dziobem pod prąd, szarpiąc łańcuch kotwiczny niczym uwięziona bestia.

— Naprawdę jest piękny — powiedział pilot ze śmiechem.

Tolland wiedział, że to sarkazm. „Goya" był brzydki. „Szkaradny", według jednego z recenzentów telewizyjnych. Był jednym z zaledwie siedemnastu statków typu SWATH, czyli dwukadłubowców o małym polu przekroju wodnicowego, i zdecydowanie nie prezentował się elegancko.

W zasadzie była to pływająca platforma, wznosząca się na wysokości dziewięciu metrów nad dwoma wielkimi pontonami. Z daleka wyglądał jak niska wieża wiertnicza. Z bliska zaś przypominał barkę na szczudłach. Kwatery załogi, laboratoria i mostek mieściły się w ustawionych rzędem nadbudówkach.

Mimo mało opływowej sylwetki, „Goya" miał stosunkowo niewielkie pole przekroju wodnicowego, co zapewniało mu większą stabilność. Wysoko podniesiona platforma ułatwiała filmowanie i prowadzenie prac laboratoryjnych oraz znacznie redukowała liczbę przypadków choroby morskiej wśród naukowców. NBC nalegała na zakup nowszej jednostki, ale Tolland z uporem odmawiał. Zgoda, obecnie buduje się lepsze statki, jeszcze bardziej stabilne, ale „Goya" od prawie dziesięciu lat jest jego domem — to na tym statku wrócił do życia po śmierci Celii. W niektóre noce wciąż słyszał jej głos w szumie wiatru na pokładzie. Kiedy — i jeśli — duchy znikną, zastanowi się nad zmianą.

Ale jeszcze nie teraz.

Kiedy śmigłowiec wreszcie usiadł na rufowym pokładzie „Goyi", Rachel Sexton wcale nie poczuła się lepiej. Dobra wiadomość jest taka, że już nie leci nad oceanem. Zła wiadomość — że teraz na nim stoi. Na drżących nogach wysiadła z maszyny i rozejrzała się po pokładzie. Wydawał się dziwnie mały, zwłaszcza z helikopterem na lądowisku. Spojrzała w stronę dziobu na niezgrabną, wielopoziomową konstrukcję.

Tolland stanął obok niej.

— Wiem — powiedział głośno, żeby usłyszała go w szumie wody — w telewizji wydaje się większy.

Rachel pokiwała głową.

— I bardziej stabilny.

— To jeden z najbezpieczniejszych statków. Słowo. — Tolland położył rękę na jej ramieniu i poprowadził przez pokład.

Ciepło jego dłoni ukoiło jej nerwy bardziej niż wszystko, co mógłby powiedzieć. Jednak gdy obejrzała się w stronę rufy, zobaczyła kilwater burzący się tak, jakby statek płynął z maksymalną prędkością. Tkwimy w samym środku megawiru, pomyślała.

W przedniej części pokładu rufowego dostrzegła wiszący na wielkim dźwigu znajomy jednoosobowy batyskaf Tollanda. „Tryton", nazywany tak na cześć greckiego boga morza, w niczym nie przypominał swojego poprzednika, stalowego „Alvina". Sferyczne okno na dziobie upodobniało go do wielkiego akwarium. Rachel mogłaby wymyślić niewiele rzeczy gorszych od zanurzenia się na dziesiątki metrów w głąb oceanu, gdy tylko warstwa przejrzystego pleksiglasu dzieli twarz od wody. Oczywiście według Tollanda jedyną nieprzyjemną częścią podróży w „Trytonie" jest jej początek — powolne opuszczanie przez otwór w pokładzie i kołysanie się jak wahadło dziewięć metrów nad wodą.

— Xavia pewnie siedzi w laboratorium hydrologicznym — powiedział Tolland. — Tędy.

Rachel i Corky poszli za nim przez pokład rufowy. Pilot straży przybrzeżnej został w helikopterze z surowym zakazem korzystania z radia.

— Popatrzcie na to. — Tolland przystanął przy relingu. Rachel podeszła z wahaniem. Znajdowali się bardzo wysoko, a jednak czuła ciepło bijące od wody.

— Ma mniej więcej temperaturę ciepłej kąpieli — powiedział Tolland, sięgając do przełącznika na relingu. — Patrzcie. — Pstryknął przełącznikiem.

Wodę za statkiem rozjaśnił szeroki wachlarz światła, oświetlając ją od środka niczym reflektory w basenie. Rachel i Corky wstrzymali oddech.

W wodzie wokół statku kłębiły się dziesiątki widmowych cieni. Zaledwie trzydzieści centymetrów pod powierzchnią smukłe, ciemne kształty płynęły pod prąd, a ich charakterystyczne, podobne do młotów głowy kiwały się na boki w takt jakiegoś prehistorycznego rytmu.

— Chryste, Mike — wyjąkał Corky. — Cieszę się, że nam to pokazałeś.

Rachel skamieniała. Chciała odsunąć się od relingu, ale nie mogła się ruszyć. Ten koszmarny widok ją sparaliżował.

— Niesamowite, prawda? — westchnął Tolland, uspokajająco kładąc rękę na jej ramieniu. — Tygodniami trzymają się ciepłych miejsc. Dzięki powiększonym płatom węchowym w mózgu mają najlepsze nosy w morzu. Wyczuwają krew na kilometr.

Corky zrobił sceptyczną minę.

— Powiększone płaty węchowe?

— Nie wierzysz? — Tolland sięgnął do aluminiowej chłodziarki stojącej przy relingu. Po chwili wyciągnął małą martwą rybę. — Idealna. — Wyjął z szafki nóż i naciął rybę w kilku miejscach. Pokazała się krew.

— Mike, na miłość boską, to obrzydliwe.

Tolland wyrzucił zakrwawioną rybę za burtę. W chwili, gdy wpadła do wody, sześć czy siedem rekinów zaczęło się kotłować, szarpiąc ją dziko rzędami srebrzystych zębów. Po chwili po rybie nie został ślad.

Rachel, przerażona, odwróciła się i popatrzyła na Tollanda, który już trzymał następną rybę, tego samego gatunku i tej samej wielkości.

— Tym razem bez krwi. — Wrzucił rybę do wody. Nic się nie stało. Rekiny jakby jej nie zauważały. Przynęta odpłynęła z prądem, nie wzbudzając zainteresowania.

— Atakują, kierując się wyłącznie zmysłem powonienia — wyjaśnił Tolland, odsuwając się od relingu. — W gruncie rzeczy mógłbyś bezpiecznie pływać wśród nich... pod warunkiem że nie masz otwartych ran.

Corky wskazał szwy na policzku.

Tolland ściągnął brwi.

— No tak, ty lepiej nie próbuj.


Rozdział 102

Taksówka stała przed blokadą w pobliżu FDR Memorial.

Gabrielle spojrzała na pojazdy służb ratowniczych. Miała wrażenie, że nad miasto napłynął surrealistyczny wał mgły. W radiu podawali, że wysadzonym w powietrze samochodem jechał wysokiej rangi urzędnik państwowy.

Wyjęła telefon i zadzwoniła do senatora. Pewnie już się zastanawia, co zabiera jej tyle czasu.

Numer był zajęty.

Gabrielle popatrzyła na tykający taksometr i ściągnęła brwi. Parę innych samochodów, które tu utknęły, wjeżdżało na krawężniki i zawracało, żeby poszukać innej drogi.

Taksówkarz popatrzył na nią przez ramię.

— Chce pani czekać? Licznik bije.

Gabrielle zobaczyła, że nadjeżdżają kolejne wozy ratownicze i policyjne.

— Nie. Wracamy.

Kierowca chrząknął na znak zgody i przystąpił do skomplikowanego manewru zawracania. Gdy podskakiwali na krawężnikach, Gabrielle ponownie zadzwoniła do Sextona.

Wciąż zajęte.

Kilka minut później, po zrobieniu wielkiej pętli, taksówka wjechała na C Street i Gabrielle zobaczyła biurowiec Philipa A. Harta. Zamierzała jechać prosto do apartamentu senatora, ale skoro biuro jest tak blisko...

— Proszę stanąć — poprosiła kierowcę. — Tutaj. Dzięki.

Wóz się zatrzymał.

Do sumy wskazanej przez taksometr dodała dziesięć dolarów.

— Zaczeka pan dziesięć minut?

Taksiarz spojrzał na pieniądze, potem na zegarek.

— Ani minuty dłużej.

Gabrielle pobiegła. To zajmie tylko pięć.

Puste marmurowe korytarze biurowca Senatu o tej porze robiły wrażenie grobowca. Gabrielle z dreszczem niepokoju przebiegła między surowymi posągami, które stały po obu stronach holu na drugim piętrze. Ich kamienne oczy śledziły ją bacznie.

Użyła karty magnetycznej, żeby otworzyć główne drzwi do składającego się z pięciu pomieszczeń biura senatora Sextona. Sekretariat był słabo oświetlony. Poszła korytarzem do swojego biura. Zapaliła jarzeniówki i podeszła do szafy na dokumenty.

Miała teczkę poświęconą budżetowi orbitalnego systemu obserwacji Ziemi, łącznie z licznymi informacjami na temat PODS. Sexton na pewno będzie chciał dostać wszystkie dane, gdy tylko powie mu o Harperze.

NASA skłamała co do PODS.

Gdy przeglądała teczki, zadzwoniła komórka.

— Senatorze? — powiedziała.

— Nie. Gabs, tu Yolanda. — Głos przyjaciółki zdradzał zdenerwowanie. — Wciąż jesteś w NASA?

— Nie, w biurze.

— Znalazłaś coś na agencję?

A żebyś wiedziała. Gabrielle nie mogła powiedzieć Yolandzie o niczym, dopóki nie porozmawia z senatorem; senator bardzo rygorystycznie podchodził do kwestii dzielenia się informacjami z osobami postronnymi.

— Powiem ci po rozmowie z senatorem. Jadę do niego.

— Gabs, pamiętasz, jak mówiłaś o finansach kampanii Sextona i SFF?

— Mówiłam ci, że się pomyliłam i...

— Przed chwilą się dowiedziałam, że dwaj nasi reporterzy, którzy zajmują się przemysłem lotniczym i kosmicznym, pracowali nad podobną sprawą.

Gabrielle była zaskoczona.

— To znaczy?

— Nie wiem. Ale ci faceci są dobrzy... i przekonani, że Sexton bierze w łapę od fundacji SFF. Uznałam, że powinnam cię o tym poinformować. Wiem, sama mówiłam, że to obłędny pomysł. Marjorie Tench jako źródło wydaje się mało wiarygodna, ale ci nasi chłopcy... Nie wiem, może pogadasz z nimi przed spotkaniem z senatorem?

— Skoro są tacy pewni, dlaczego tego nie ujawnili? — Gabrielle mimowolnie zajęła obronne stanowisko.

— Nie mają solidnych dowodów. Senator najwyraźniej jest dobry w zacieraniu śladów.

Jak większość polityków.

— Nie ma drugiego dna, Yolando. Mówiłam ci, senator przyznał się, że bierze pieniądze od SFF, ale kwoty nie przewyższają dozwolonych.

— Wiem, co ci powiedział, Gabs, i nie twierdzę, że wiem, co jest tutaj prawdą, a co fałszem. Po prostu poczułam, że muszę zadzwonić, bo jak już mówiłam, po pierwsze, nie ufam Marjorie Tench, a po drugie, dowiedziałam się, że senator może być skorumpowany. To wszystko.

— Kim są ci reporterzy? — Gabrielle wbrew sobie zawrzała gniewem.

— Bez nazwisk. Mogę zaaranżować spotkanie. Są bystrzy. Znają się na finansowaniu kampanii... — Yolanda zawahała się. — Wiesz, ci faceci naprawdę są przekonani, że Sexton ledwo wiąże koniec z końcem, może nawet jest zupełnie spłukany.

W ciszy, jaka panowała w biurze, Gabrielle usłyszała chrapliwe oskarżenia Tench. „Po śmierci Katherine senator roztrwonił większą część spadku na nietrafione inwestycje, przyjemności i kupienie sobie czegoś, co wygląda na pewne zwycięstwo w prawyborach. Pół roku temu twój kandydat był bez grosza".

— Nasi ludzie chętnie z tobą pogadają — powtórzyła Yolanda. Nie wątpię, pomyślała Gabrielle.

— Zadzwonię do ciebie.

— Robisz wrażenie wkurzonej.

— Nie na ciebie, Yolando, nigdy w życiu. Dzięki.

Gabrielle zakończyła rozmowę.

Ochroniarz drzemiący na krześle w korytarzu przed apartamentem senatora Sextona zbudził się z drgnieniem, gdy zadzwoniła jego komórka. Wyprostował się, przetarł oczy i wyjął telefon z kieszeni marynarki.

— Słucham?

— Owen, tu Gabrielle.

Ochroniarz poznał jej głos.

— Aha, cześć.

— Muszę porozmawiać z senatorem. Zapukasz do niego? Jego numer jest zajęty.

— Jest trochę późno.

— Nie śpi, gwarantuję. — Głos Gabrielle zdradzał przejęcie. — To pilna sprawa.

— Następna?

— Ta sama. Daj go do telefonu, Owen, to wszystko. Naprawdę muszę zapytać o coś ważnego.

Ochroniarz podniósł się z westchnieniem.

— No dobra, dobra. Zapukam. — Przeciągnął się i ruszył do drzwi. — Ale robię to tylko dlatego, że był zadowolony, iż wpuściłem panią wcześniej. — Niechętnie podniósł rękę, żeby zapukać.

— Co powiedziałeś?

Ochroniarz znieruchomiał z ręką zawieszoną w powietrzu.

— Powiedziałem, że był zadowolony, iż panią wpuściłem. Miała pani rację. Nie było żadnego problemu.

— Rozmawiałeś o tym z senatorem? — Teraz w jej głosie pojawiło się zaskoczenie.

— Tak, a bo co?

— Nic, po prostu nie sądziłam...

Prawdę mówiąc, wyszło trochę dziwnie. Senator dopiero po chwili przypomniał sobie, że pani tam była. Pewnie wypił o jednego drinka za dużo.

— Kiedy rozmawialiście?

— Niedługo po pani wyjściu. Coś nie tak?

Cisza.


— Nie... nie. Nic. Słuchaj, rozmyśliłam się, nie przeszkadzaj senatorowi. Zadzwonię do niego jeszcze raz, a jeśli nie dopisze mi szczęście, dryndnę do ciebie i wtedy zrobisz to, o co prosiłam.

Ochroniarz przewrócił oczami.

— Jak pani sobie życzy, pani Ashe.

— Dzięki, Owen. Przepraszam, że zawracam ci głowę.

— Nie ma sprawy. — Strażnik rozłączył się, opadł na krzesło i znów pogrążył się w drzemce.

Gabrielle stała bez ruchu przez kilka sekund, zanim odłożyła słuchawkę. Sexton wiedział, że byłam w jego mieszkaniu... i nie wspomniał o tym słowem?

Ta noc z chwili na chwilę robiła się coraz dziwniejsza. Dzwonił do niej, gdy była w ABC. Zaskoczył ją, gdy sam z siebie przyznał się do spotkania z przedstawicielami przedsiębiorstw kosmicznych oraz do brania od nich pieniędzy. Znów uwierzyła w jego uczciwość. Była nawet zawstydzona. Teraz wydawało się, że jego wyznanie wcale nie wynikało ze szczerości serca.

„Czyste pieniądze, powiedział Sexton. Absolutnie legalne".

Nagle znów dały o sobie znać wszystkie wątpliwości, jakie narastały w niej, gdy rozmyślała o postępowaniu senatora.

Na zewnątrz trąbiła taksówka.


Rozdział 103

Mostek „Goyi", pleksiglasowy sześcian, znajdował się dwa poziomy nad głównym pokładem. Z wnętrza roztaczał się niczym nieprzysłonięty widok na ciemne morze, co działało Rachel na nerwy. Rozejrzała się tylko raz, a potem spróbowała odciąć się od otoczenia i skupić uwagę na zadaniu.

Po wysłaniu Tollanda i Corky'ego na poszukiwanie Xavii, przygotowała się do nawiązania łączności z Pickeringiem. Obiecała dyrektorowi, że zawiadomi go, gdy przybędą na miejsce, i była ciekawa, czego się dowiedział na spotkaniu z Marjorie Tench.

Znała system łączności cyfrowej SHINCOM 2100 i wiedziała, że jeśli rozmowa będzie krótka, łączność pozostanie bezpieczna.

Wystukała prywatny numer Pickeringa i czekała ze słuchawką przy uchu. Spodziewała się, że szef odbierze po pierwszym sygnale, ale usłyszała wiele następnych i nic się nie stało.

Sześć sygnałów. Siedem. Osiem...

Popatrzyła na ocean. Niemożność skontaktowania się z dyrektorem dodatkowo pogłębiła niepokój, jaki wiązał się z pobytem na morzu.

Dziewiąty sygnał. Dziesiąty. Odbierz!

Krążyła po mostku, czekając. Co się stało? Przecież Pickering przez cały czas nosi telefon przy sobie i wyraźnie kazał jej zadzwonić.

Po piętnastym sygnale odłożyła słuchawkę.

Z narastającym zdenerwowaniem wybrała numer po raz drugi.

Cztery sygnały. Pięć sygnałów.

Gdzie on się podziewa?

Wreszcie sygnały ucichły. Odetchnęła z ulgą, ale uczucie było krótkotrwałe. Nikt się nie zgłosił. Na linii panowała cisza.

— Halo — przynagliła. — Dyrektorze?

Trzy szybkie trzaski.

— Halo? — powtórzyła.

Jej ucho przeszył głośny stuk zakłóceń, aż zabolała ją głowa. Odsunęła słuchawkę. Nagle zakłócenia ucichły. Teraz słyszała serię szybkich tonów, które pulsowały co pół sekundy. Nagle konsternacja ustąpiła zrozumieniu. A potem strachowi.

— Cholera!

Odwróciła się do konsoli i z trzaskiem odłożyła słuchawkę na widełki. Przez chwilę stała przerażona, zastanawiając się, czy zdążyła to zrobić dostatecznie szybko.

Dwa pokłady niżej, na śródokręciu, mieściło się duże laboratorium hydrologiczne. Zapełniały je długie stoły z profiłerami osadów i prądomierzami, komputery i sprzęt elektroniczny, chłodnie na okazy, zlewy, okapy wyciągów, stosy bloczków do zapisywania danych i mnóstwo zapasowej aparatury.

Kiedy Tolland i Corky weszli do laboratorium, Xavia siedziała przed ryczącym telewizorem. Nawet się nie odwróciła.

— Skończyła wam się forsa na piwo? — zawołała przez ramię, najwyraźniej przekonana, że to koledzy wrócili z lądu.

— Xavio, to ja — powiedział Tolland.

Odwróciła się, gryząc sandwicza.

— Mike? — wykrztusiła, zdumiona jego widokiem. Ściszyła telewizor i podeszła, jeszcze przeżuwając kęs. — Myślałam, że to chłopaki wróciły z rajdu po barach. Co ty tu robisz? — Xavia była krępa i ciemnoskóra, obdarzona ostrym głosem i opryskliwym charakterem. Wskazała telewizor, gdzie leciał jego film dokumentalny. — Nie zabawiłeś na lodowcu zbyt długo, prawda?

Coś mi wypadło, pomyślał Tolland.

— Xavio, jestem pewien, że poznajesz Corky'ego Marlinsona. Xavia pokiwała głową.

— To dla mnie zaszczyt.

Corky pożerał wzrokiem kanapkę, którą trzymała w ręku.

— Wygląda apetycznie.

Xavia obrzuciła go dziwnym spojrzeniem.

— Odebrałem twoją wiadomość — powiedział Tolland. — Mówiłaś, że zrobiłem błąd w prezentacji. Chciałbym o tym pogadać.

Xavia popatrzyła na niego i zaniosła się piskliwym śmiechem.

— Dlatego wróciłeś? Och, Mike, na miłość boską, mówiłam ci, że to nic takiego. Chciałam spuścić ci trochę pary. NASA musiała podać ci nieaktualne dane. To bez znaczenia. Poważnie, tylko trzech czy czterech geologów morskich na świecie mogło zauważyć to przeoczenie.

Wstrzymał oddech.

— Przeoczenie... Czy przypadkiem nie wiąże się z chondrami? Xavia zrobiła zdumioną minę.

— Mój Boże, już ktoś do ciebie zadzwonił?

Tollandowi opadły ramiona. Chondry. Popatrzył na Corky'ego, potem znowu na Xavię.

— Muszę wiedzieć wszystko, co masz do powiedzenia o chondrach. Jaki błąd popełniłem?

Xavia widziała, że jest śmiertelnie poważny.

— Mike, to naprawdę nic takiego. Jakiś czas temu przeczytałam w fachowym czasopiśmie niewielki artykuł. Nie rozumiem, czemu tak się gorączkujesz.

Tolland westchnął.

— Xavio, może się to wydać dziwne, ale im mniej będziesz wiedziała, tym lepiej. Proszę cię tylko, żebyś nam powiedziała, co wiesz o chondrach, a potem sprawdzisz dla nas próbkę skały.

Xavia była zaintrygowana i trochę zła, że nie chce jej wtajemniczyć.

— Zgoda, przyniosę ci ten artykuł. Mam go na biurku. — Odłożyła kanapkę i ruszyła do drzwi.

Corky zawołał za nią:

— Mogę dokończyć?

Xavia przystanęła.

— Chce pan dojeść moją kanapkę? — zapytała z niedowierzaniem.

— No, tylko pomyślałem, że skoro pani...

— Sam się pan obsłuż — warknęła i wyszła.

Tolland zachichotał i wskazał chłodnię na okazy.

— Dolna półka, Corky. Między butelkami wódki a workami na kalmary.

Rachel zeszła z mostka po stromych schodach i ruszyła w kierunku śmigłowca stojącego na pokładzie rufowym. Pilot straży przybrzeżnej drzemał, ale wyprostował się, gdy tylko zapukała do kabiny.

— Już? — zdziwił się. — Szybko.

Rachel, zdenerwowana, pokręciła głową.

— Może pan włączyć radary?

— Jasne. Promień piętnaście kilometrów.

— Niech pan to zrobi.

Pilot miał zdziwioną minę, ale bez słowa pstryknął kilkoma przełącznikami i ekran radaru pojaśniał, a promień zaczął zataczać leniwe kręgi.

— Widać coś? — zapytała Rachel.

Odczekał, aż wiązka wykona kilka okrążeń. Pomanipulował paroma pokrętłami i patrzył.

— Parę niewielkich jednostek na skraju, ale oddalają się od nas. Poza tym czysto. Kilometry otwartego morza ze wszystkich stron.

Rachel Sexton odetchnęła, choć nie czuła się szczególnie uspokojona.

— Proszę coś dla mnie zrobić. Jeśli zobaczy pan, że coś się zbliża — statek, samolot, cokolwiek — proszę natychmiast dać mi znać, dobrze?

— Jasne. Wszystko w porządku?

— Tak. Po prostu chcę wiedzieć, jeśli będziemy mieli towarzystwo.

Pilot wzruszył ramionami.

— Będę obserwował radar. Jeśli coś się pojawi, pani dowie się o tym pierwsza.

Pełna złych przeczuć, Rachel ruszyła do laboratorium. Corky i Tolland stali przed monitorem komputera i jedli kanapki.

Corky zawołał do niej z pełnymi ustami:

— Co ma być? Rybne kurczę, rybna kiełbasa czy sałatka z rybich jaj?

Rachel ledwo go usłyszała.

— Mike, jak szybko możemy zdobyć informacje i wynieść się z tego statku?
Rozdział 104

Tolland krążył po laboratorium, czekając z Rachel i Corkym na powrót Xavii. Potwierdzenie, że popełnił błąd dotyczący chondr, było niemal równie niepokojące jak wiadomość, że Rachel nie zdołała skontaktować się z Pickeringiem.

Dyrektor nie odpowiadał.

I ktoś próbował namierzyć „Goyę".

— Uspokójcie się — przykazał Tolland. — Jesteśmy bezpieczni. Pilot straży przybrzeżnej obserwuje radar. Powiadomi nas z wyprzedzeniem, jeśli ktoś skieruje się w naszą stronę.

Rachel pokiwała głową, przyznając mu rację, choć wciąż wyglądała na zdenerwowaną.

— Mike, a co to takiego? — zapytał Corky, wskazując monitor, na którym złowieszczo pulsowały psychodeliczne kolory.

— Dopplerowski miernik rozkładu prądów. To przekrój poprzeczny prądu i gradienty temperatury wody pod statkiem.

Rachel spojrzała na monitor.

— To jest to, nad czym kotwiczy statek?

Tolland musiał przyznać, że obraz może budzić zaniepokojenie. Woda na powierzchni miała barwę niebieskawo-zieloną, ale niżej, wraz ze wzrostem temperatury, kolory przechodziły w złowieszczy oranż. Blisko dna, ponad półtora kilometra w dole, nad dnem oceanu szalał krwawoczerwony cyklon.

— To właśnie megawir hydrotermalny — wyjaśnił Tolland.

Corky chrząknął.

— Wygląda jak podwodne tornado.

— Ta sama zasada. W pobliżu dna oceanu woda zwykle jest chłodniejsza i bardziej gęsta, ale tutaj mamy inwersję. Woda w głębi jest podgrzewana, staje się lżejsza i wznosi się ku powierzchni. Cięższa woda z powierzchni spływa w dół wielką spiralą, żeby uzupełnić ubytek i tworzy się potężny wir.

— A czym jest ten wielki garb na dnie? — Corky wskazał płaskie dno, na którym wznosiło się duże wybrzuszenie. Wprost nad nią obracał się wir.



1   ...   23   24   25   26   27   28   29   30   ...   35


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna