Wydawnictwo sonia draga



Pobieranie 2,1 Mb.
Strona26/35
Data23.10.2017
Rozmiar2,1 Mb.
1   ...   22   23   24   25   26   27   28   29   ...   35

— Mimo najlepszych chęci — mówił ze zmęczeniem w głosie dyrektor CIA — NASA wciąż stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego. Innymi słowy, nasza agencja kosmiczna nie jest zdolna do właściwej ochrony informacji i rozwijanych technologii.

— Zdaję sobie sprawę, że dochodziło do przecieków — odparł prezydent. — Katastrofalnych przecieków. I bardzo mnie to niepokoi. — Ruchem głowy wskazał surową twarz administratora Ekstroma. — Jeszcze raz rozpatrzymy sposoby zaostrzenia środków bezpieczeństwa w agencji.

— Z całym szacunkiem, wszystkie zmiany w systemie ochrony będą nieefektywne — powiedział dyrektor CIA — dopóki NASA nie znajdzie się pod parasolem agencji wywiadowczych Stanów Zjednoczonych.

Zgromadzeni zareagowali niespokojnymi szeptami. Wszyscy wiedzieli, do czego zmierza szef CIA.

— Jak wiecie — podjął ostrym tonem — wszystkie agencje rządowe mające do czynienia z tajnymi informacjami wywiadowczymi — wojsko, CIA, NSA, NRO — muszą ściśle przestrzegać praw dotyczących ochrony danych, które gromadzą, i projektów, nad którymi pracują. Pytam po raz kolejny, dlaczego NASA, agencja posiadająca obecnie największy udział w rozwijaniu nowych technologii kosmicznych, lotniczych, wywiadowczych, informatycznych i telekomunikacyjnych, z których korzysta nasze wojsko i wywiad, funkcjonuje poza tym parasolem bezpieczeństwa?

Prezydent westchnął ciężko. Intencje były czytelne. Zrestrukturyzować NASA, podporządkować agencję wojskowemu środowisku wywiadowczemu Stanów Zjednoczonych. Choć w przeszłości podobne zmiany przeprowadzono w kilku innych agencjach, Herney nie miał zamiaru godzić się na umieszczenie NASA pod kontrolą Pentagonu, CIA, NRO czy innej agendy wojskowej. Rada Bezpieczeństwa Narodowego zaczynała się dzielić, wielu członków popierało stanowisko wywiadu.

Lawrence Ekstrom na podobnych zebraniach nigdy nie wyglądał na zadowolonego, i to także nie stanowiło wyjątku. Spojrzał oskarżycielsko na dyrektora CIA.

— Być może się powtarzam, ale technologia, którą rozwija NASA, ma zastosowania nie militarne, lecz naukowe. Jeśli chcecie obrócić jeden z naszych orbitalnych teleskopów i popatrzeć na Chiny, to wasza sprawa.

Dyrektor CIA wyglądał tak, jakby groziła mu apopleksja.

Pickering podchwycił jego spojrzenie i włączył się do rozmowy.

— Larry — zaczął, starając się, aby jego głos brzmiał spokojnie — agencja co roku klęka przed Kongresem i błaga o pieniądze.

Jesteście niedofinansowani, za co płacicie nieudanymi misjami. Jeśli wcielimy NASA do środowiska wywiadu, nie będziecie musieli prosić Kongresu o wsparcie. Będziecie finansowani z czarnego budżetu, na znacząco wyższym poziomie. To rozwiązanie korzystne dla obu stron. Agencja będzie miała pieniądze niezbędne do poprawnego funkcjonowania, a środowisko wywiadu będzie miało pewność, że technologie są bezpieczne. Ekstrom pokręcił głową.

— Dla zasady nie mogę poprzeć wrzucenia agencji do takiej szufladki. NASA zajmuje się badaniami kosmosu, nie mamy nic wspólnego z bezpieczeństwem narodowym.

Dyrektor CIA wstał, czego nie powinno się robić w obecności siedzącego prezydenta. Nikt go nie powstrzymał. Popatrzył wściekle na Ekstroma.

— Mówisz, że nauka nie ma nic wspólnego z bezpieczeństwem narodowym? Larry, to synonimy, na miłość boską! Tylko przewaga naukowa i technologiczna zapewnia nam bezpieczeństwo, i czy nam się to podoba, czy nie, NASA odgrywa coraz większą rolę w rozwoju technologii. Na nieszczęście twoja agencja jest dziurawa jak rzeszoto i stale dowodzi, że jej systemy zabezpieczeń są nic nie warte!

W pokoju zapadła cisza.

Administrator podniósł się i zmierzył oponenta surowym wzrokiem.

— Czyżbyś sugerował zamknięcie dwudziestu tysięcy naukowców NASA w hermetycznych wojskowych laboratoriach i zmuszenie ich do pracy dla ciebie? Naprawdę myślisz, że kosmiczne teleskopy miałyby szansę powstać, gdyby naszych naukowców nie napędzało osobiste pragnienie spojrzenia w głąb kosmosu? NASA dokonuje zdumiewających przełomów z jednego powodu — nasi pracownicy chcą poznać i zrozumieć wszechświat. To wspólnota marzycieli, którzy już w dzieciństwie patrzyli w rozgwieżdżone niebo i zadawali sobie pytanie, co jest tam na górze. To pasja i ciekawość leżą u podłoża innowacyjności NASA, a nie nadzieja na utrzymanie przewagi militarnej.

Pickering chrząknął i przemówił cicho, próbując obniżyć temperaturę panującą przy stole:

— Larry, jestem pewien, że dyrektor nie mówi o zmuszaniu naukowców NASA do budowania satelitów wojskowych. Wasze cele nie uległyby zmianie. Agencja zajmowałaby się tym, czym zajmuje się dotychczas, tylko miałaby większe fundusze i lepszą ochronę. — Pickering zwrócił się do prezydenta: — Bezpieczeństwo jest drogie. Wszyscy tutaj z pewnością rozumieją, że przecieki w NASA są wynikiem niedofinansowania. Agencja lubi się przechwalać swoimi dokonaniami, obcina środki na ochronę, realizuje projekty we współpracy z innymi krajami, żeby obniżyć koszty. Proponuję, żeby NASA pozostała znakomitą naukową nie militarną agencją, jaką jest obecnie, ale z większym budżetem i zagwarantowaną ochroną.

Kilku członków Rady Bezpieczeństwa w milczeniu pokiwało głowami.

Prezydent Herney podniósł się powoli, patrząc na Williama Pickeringa. Wyraźnie nie był zachwycony obraną przez niego drogą.

— Bill, chcę cię o coś spytać: NASA ma nadzieję, że w ciągu dziesięciu lat zorganizuje lot załogowy na Marsa. Jak zareaguje środowisko wywiadu na fakt, że lwia część czarnego budżetu zostanie wydana na misję na Marsa, misję, która w żaden sposób nie przyczyni się do zwiększenia bezpieczeństwa narodowego?

— Agencja będzie miała wolną rękę.

— Gówno prawda — odparł Herney stanowczo.

Wszyscy podnieśli głowy. Prezydent rzadko używał niecenzuralnych słów.

— Jeśli jako prezydent czegoś się nauczyłem, to tego, że kurs wytyczają ci, którzy mają pieniądze — oznajmił Herney. — Odmawiam przekazania kontroli spraw finansowych NASA w ręce tych, którzy nie uznają celów przyświecających agencji. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie strat, jakie poniosłaby nauka, gdyby to wojsko decydowało, które misje NASA są opłacalne.

Herney powiódł wzrokiem po pokoju. Powoli, z rozmysłem, skierował oczy na Williama Pickeringa.

— Bill, twoje krytyczne podejście do uczestnictwa agencji w projektach międzynarodowych jest żenująco krótkowzroczne. Nasi naukowcy potrafią przynajmniej konstruktywnie współpracować z Chińczykami i Rosjanami. Pokój na tej planecie nie zostanie osiągnięty dzięki sile militarnej. Mogą zagwarantować go ci, którzy potrafią dojść do porozumienia mimo różnic dzielących ich rządy. Jeśli chcesz znać moje zdanie, międzynarodowe misje NASA zwiększają nasze bezpieczeństwo znacznie bardziej niż wszystkie satelity szpiegowskie i stwarzają o wiele lepsze perspektywy.

Pickering czuł, że wzbiera w nim gniew. Jak polityk śmie mówić do mnie w ten sposób! Idealizm Herneya pięknie wygląda w sali posiedzeń, ale w prawdziwym świecie przez takie idee giną ludzie.

— Bill — wtrąciła Marjorie Tench, jakby wyczuła, że jest bliski wybuchu — wiemy, że stracił pan dziecko. Wiemy, że dla pana to sprawa osobista.

Pickering słyszał w jej głosie wyłącznie protekcjonalność.

— Ale proszę pamiętać — mówiła — że Biały Dom odpiera obecnie szturm inwestorów, którzy domagają się otworzenia kosmosu dla sektora prywatnego. Jeśli chce pan znać moje zdanie, to mimo wszystkich swoich wad NASA jest naprawdę wielkim przyjacielem środowiska wywiadu. Musicie po prostu nauczyć się dostrzegać dobre strony.

Samochód podskoczył na wypukłym pasie ostrzegawczym przed zjazdem z autostrady i Pickering wrócił myślami do chwili obecnej. Gdy zbliżał się do zjazdu, zauważył leżącego na poboczu martwego, zakrwawionego jelenia. Ogarnęło go dziwne wahanie... ale jechał dalej.

Musi stawić się na to spotkanie.
Rozdział 96

Franklin Delano Roosevelt Memorial jest jednym z największych pomników w kraju. Park z wodospadami, rzeźbami, niszami i basenem podzielony jest na cztery galerie pod gołym niebem, po jednej na każdą kadencję Roosevelta.

Kilka kilometrów od parku kiowa warrior sunął wysoko nad miastem z przygaszonymi światłami pozycyjnymi. W mieście będącym siedzibą tylu VIP-ów i mediów helikoptery stanowią widok równie pospolity jak stada ptaków lecących na południe. Delta Jeden wiedział, że dopóki będzie trzymał się z daleka od tak zwanej kopuły — obszaru chronionej przestrzeni powietrznej wokół Białego Domu — nie powinien przyciągnąć zbytniej uwagi. Poza tym nie zabawią tu długo.

Kiowa na wysokości sześćdziesięciu metrów zbliżył się do zaciemnionego FDR Memorial. Delta Jeden zwolnił i krążył, sprawdzając pozycję. Spojrzał w lewo na Deltę Dwa, który obsługiwał teleskopowy system termowizyjny. Na ekranie widniał zielonkawy obraz drogi dojazdowej. Okolica była wyludniona.

Czekali.

To zabójstwo nie będzie zaliczać się do cichych. Niektórych ludzi po prostu nie zabija się niezauważenie. Niezależnie od metody i tak są reperkusje. Śledztwo. Dociekania. W takich przypadkach najlepszą przykrywkę zapewnia narobienie wielkiego hałasu. Eksplozje, ogień i dym sprawiają, że zabójstwo nabiera charakteru deklaracji politycznej — pierwszym, co przychodzi na myśl, jest zamach przeprowadzony przez terrorystów z zewnątrz. Zwłaszcza kiedy cel jest urzędnikiem państwowym wysokiego szczebla.

Delta Jeden przyjrzał się noktowizyjnemu obrazowi. Na parkingu i drodze dojazdowej nie było nikogo. Miejsce spotkania, choć leżało w obszarze miejskim, o tej porze było puste. Już niedługo, pomyślał i przeniósł oczy z ekranu na układ sterowania bronią.

Tej nocy mieli użyć rakiety Hellfire. Samonaprowadzający pocisk przeciwpancerny zapewnia luksusową opcję „strzel i zapomnij". Trafia w cel podświetlony laserem przez obserwatorów naziemnych, inny samolot albo ten, z którego ma zostać odpalony. Tego dnia rakieta miała być naprowadzana autonomicznie przez laserowy dalmierz-znacznik w celowniku nad wirnikiem helikoptera. Kiedy desygnator kiowy podświetli cel promieniem lasera, hellfire przejdzie na samonaprowadzanie. Ponieważ pocisk może być wystrzeliwany tak z powietrza, jak z ziemi, jego użycie nie wskaże jednoznacznie na udział maszyny latającej. W dodatku hellfire cieszy się dużą popularnością wśród czarnorynkowych handlarzy bronią, więc można będzie obwinie terrorystów.

— Sedan — rzucił cicho Delta Dwa.

Delta Jeden spojrzał na ekran. Czarny luksusowy sedan nadjeżdżał zgodnie z planem. Był to typowy samochód z puli wielkich agencji rządowych. Po wjechaniu do parku kierowca zmienił światła na krótkie. Samochód zrobił parę okrążeń i zaparkował w zagajniku. Delta Jeden obserwował ekran, gdy jego partner wycelował teleskopowy noktowizor w boczne okno po stronie kierowcy. Po chwili w polu widzenia ukazała się twarz.

Delta Jeden głęboko wciągnął powietrze.

— Cel potwierdzony — powiedział jego partner.

Delta Jeden popatrzył na ekran noktowizora przecięty groźnym krzyżem nitek i poczuł się jak snajper mierzący w członka rodziny królewskiej. Cel potwierdzony.

Delta Dwa sięgnął na lewą stronę panelu awioniki i włączył celownik laserowy — sześćdziesiąt metrów niżej na dachu sedana pojawiła się plamka światła, niewidoczna dla kierowcy.

— Cel podświetlony — zameldował.

Delta Jeden odetchnął głęboko. Strzelił.

Spod kadłuba dobiegł ostry syk, a zaraz potem zobaczyli nikły szlak światła pędzącego w kierunku ziemi. Sekundę później samochód w parku eksplodował. Buchnęły płomienie, w powietrzu zagwizdały kawałki poskręcanego metalu. Płonące opony potoczyły się między drzewa.

— Zadanie wykonane — stwierdził Delta Jeden, oddalając się. — Zawiadom kontrolera.

Niespełna trzy kilometry dalej prezydent Zach Herney szykował się do snu. Kuloodporne poliwęglanowe szyby rezydencji miały dwa i pół centymetra grubości. Herney nie usłyszał wybuchu.
Rozdział 97

Baza lotnicza straży przybrzeżnej w Atlantic City mieści się na lotnisku międzynarodowym w chronionej części Centrum Technicznego Williama J. Hughesa, które należy do Federalnego Zarządu Lotnictwa Cywilnego. Ta grupa jest odpowiedzialna za wybrzeże Atlantyku od Asbury Park do Cape May.

Rachel Sexton obudziła się, gdy opony samolotu zapiszczały na betonie pojedynczego pasa, biegnącego pomiędzy dwoma wielkimi magazynami. Zaskoczona, że jednak zasnęła, półprzytomnie spojrzała na zegarek.

2:13. Czuła się, jakby spała przez kilka dni.

Była starannie otulona kocem. Obok niej budził się Michael Tolland. Posłał jej zmęczony uśmiech.

Corky przywlókł się z końca kabiny i spojrzał na nich spod ściągniętych brwi.

— Cholera, wciąż tu jesteście? Ocknąłem się z nadzieją, że dzisiejsza noc mi się przyśniła.

Rachel doskonale go rozumiała. Wracam na morze!

Samolot zatrzymał się i wysiedli na pusty pas. Chmury przysłaniały niebo, ale morskie powietrze było ciężkie i ciepłe. W porównaniu z Wyspą Ellesmere'a New Jersey przypominało tropiki.

— Tutaj!


Odwrócili się i zobaczyli czekający w pobliżu klasyczny śmigłowiec straży przybrzeżnej, pomalowany na szkarłatno HH-65 Dolphin. Pilot kiwał do nich ręką, jego sylwetka rysowała się wyraźnie na tle białego pasa na ogonie maszyny.

Tolland z podziwem pokręcił głową.

— Twój szef ma chody.

A żebyś wiedział, pomyślała.

Corky oklapł.

— Już? Bez przerwy na kolację?

Pilot przywitał się z nimi i pomógł im wsiąść na pokład. Nie spytał o nazwiska, ograniczył się wyłącznie do uprzejmości i uwag dotyczących bezpieczeństwa w czasie lotu. W rozmowie ze strażą przybrzeżną Pickering musiał jasno dać do zrozumienia, że ten lot nie zalicza się do misji, które należy rozgłaszać. Mimo to Rachel wiedziała, że ich tożsamość będzie owiana tajemnicą tylko przez kilka sekund; pilotowi nie udało się ukryć zdziwienia, gdy zobaczył znanego z telewizji Michaela Tollanda.

Rachel usiadła obok Mike'a i zapięła pasy. Już była zdenerwowana. Silnik nad ich głowami z jękiem zbudził się do życia i obwisłe, długie na dwanaście metrów łopaty zaczęły się podnosić, tworząc rozmyte srebrne koło. Zawodzenie przeszło w ryk i maszyna oderwała się od pasa, wspinając się w noc.

Pilot odwrócił się i zawołał:

— Powiedziano mi, że podacie miejsce przeznaczenia, gdy będziemy w powietrzu!

Tolland podał mu współrzędne statku, który kotwiczył około pięćdziesięciu kilometrów na południowy wschód od ich obecnej pozycji.

Dwadzieścia kilometrów od brzegu, pomyślała Rachel, czując przenikające ją drżenie.

Pilot wstukał współrzędne do systemu nawigacyjnego. Potem usadowił się wygodnie i zwiększył prędkość. Śmigłowiec pochylił się, zmierzając na południowy wschód.

Gdy przesunęły się pod nimi ciemne wydmy wybrzeża New Jersey, Rachel oderwała oczy od czerni oceanu. Mimo strachu przed wodą, próbowała znaleźć pociechę w świadomości, że towarzyszy jej człowiek, który uczynił ocean swoim przyjacielem. Tolland siedział blisko niej w wąskim kadłubie, stykali się biodrami i ramionami. Żadne nie podjęło próby zmiany pozycji.

— Wiem, że nie powinienem tego mówić — zawołał pilot głosem zdradzającym podniecenie — ale pan jest Michael Tolland, prawda? Przez całą noc oglądałem pana w telewizji! Meteoryt! Absolutnie niewiarygodne! Musi pan być zachwycony!

Tolland wyrozumiałe pokiwał głową.

— Niewypowiedzianie.

— Film był fantastyczny! Wie pan, nadają go na okrągło. Żaden z dyżurnych pilotów nie miał ochoty lecieć, bo chcieliśmy oglądać telewizję, ale ja wyciągnąłem krótszą słomkę. Da pan wiarę? Co za fart! Gdyby chłopaki wiedziały, że wiozę prawdziwego...

— Jesteśmy wdzięczni za podwiezienie — wtrąciła Rachel — ale chcemy, żeby zachował pan to dla siebie. Nikt nie może wiedzieć, gdzie jesteśmy.

— Jasne, szanowna pani. Otrzymałem bardzo wyraźne rozkazy. — Pilot zawahał się, a zaraz potem jego twarz się rozjaśniła. — Hej, nie lecimy przypadkiem na „Goyę"?

Tolland przytaknął z niechęcią.

— Owszem.

— O cholera! — zawołał pilot. — Proszę mi wybaczyć. Przepraszam, ale widziałem statek w pańskim programie. Katamaran, prawda? Dziwaczny! Nigdy nie byłem na typie SWATH24. W życiu bym nie powiedział, że pański będzie pierwszy!

Rachel przestała go słuchać. Jej niepokój narastał w miarę oddalania się od lądu.

Tolland odwrócił się w jej stronę.

— Dobrze się czujesz? Mogłaś zostać na brzegu. Mówiłem ci.

Powinnam zostać na brzegu, pomyślała Rachel. Duma nie pozwoliła jej tego zrobić.

— Dzięki, nic mi nie jest.

Talland uśmiechnął się.

— Będę miał na ciebie oko.

— Dzięki. — Rachel ze zdumieniem stwierdziła, że pod wpływem ciepła w jego głosie poczuła się bezpieczniej.

— Widziałaś „Goyę" w telewizji, prawda?

Pokiwała głową.

— To... hmm... interesujący statek.

Tolland się roześmiał.

— Tak. W swoim czasie projekt był wyjątkowo nowatorski, ale nie chwycił.

— Ciekawe dlaczego — mruknęła żartobliwie, przypominając sobie dziwaczną sylwetkę statku.

— NBC naciska, żebym przesiadł się na coś nowszego. Coś...nie wiem, bardziej eleganckiego, sensowniejszego. Jeszcze parę sezonów, a każą mi się z nim rozstać. — W jego głosie zabrzmiała melancholia.

— Nie chcesz nowego statku?

— Nie wiem... mam mnóstwo wspomnień z pokładu „Goyi". Rachel uśmiechnęła się lekko.

— Jak mawiała moja mama, prędzej czy później wszyscy musimy rozstać się z przeszłością.

Tolland przez długą chwilę spoglądał jej w oczy.

— Tak, wiem.
Rozdział 98

— Cholera — mruknął taksówkarz, zerkając przez ramię na Gabrielle. — Wygląda na to, że przed nami zdarzył się jakiś wypadek. Chyba dalej nie pojedziemy.

Gabrielle wyjrzała przez okno i zobaczyła mrugające światła pojazdów służb ratowniczych. Na drodze stało kilku policjantów, zatrzymujących ruch wokół Mall.

— Musiało stać się coś poważnego — powiedział kierowca, wskazując płomienie w pobliżu FDR Memorial.

Spojrzała gniewnie na łunę. Akurat teraz. Musi dostarczyć Sextonowi nowe informacje dotyczące PODS i kanadyjskiego geologa. Zastanawiała się, czy kłamstwo NASA o znalezieniu meteorytu wywoła skandal na tyle wielki, żeby tchnąć życie w jego kampanię. Większość polityków nie zdołałaby się podnieść, pomyślała, ale nie Sedgewick Sexton, człowiek, który zbudował swoją kampanię na nagłaśnianiu porażek innych.

Gabrielle nie zawsze była dumna z jego zdolności do nieetycznego wykorzystywania potknięć przeciwników, ale metoda okazywała się skuteczna. Dzięki biegłości, z jaką senator potrafił upokarzać i operować insynuacjami, kłamstwo jednego pracownika NASA stanie się punktem wyjścia do zakwestionowania reputacji całej agencji kosmicznej oraz — na zasadzie skojarzenia — prezydenta.

Płomienie w FDR Memorial wbiły się wyżej w niebo. Strażacy gasili stojące w ogniu drzewa. Taksówkarz włączył radio i zaczął szukać odpowiedniego kanału.

Gabrielle z westchnieniem zamknęła oczy i poczuła falę wyczerpania. Kiedy po raz pierwszy przyjechała do Waszyngtonu, marzyła o pracy w polityce, może pewnego dnia w Białym Domu. W tej chwili jednak miała dość polityki do końca życia — pojedynek z Marjorie Tench, obsceniczne zdjęcia jej i senatora, wszystkie te kłamstwa NASA...

Spiker w radiu mówił coś o bombie i możliwym ataku terrorystycznym.

Muszę wyjechać z tego miasta, pomyślała Gabrielle po raz pierwszy, od kiedy przyjechała do stolicy.


Rozdział 99

Kontroler rzadko kiedy bywał zmęczony, dziś jednak napięcie zbierało swoje żniwo. Nic nie szło zgodnie z przewidywaniami — najpierw odkrycie dolnego szybu w lodzie, potem trudności z utrzymaniem informacji w tajemnicy, a teraz wydłużająca się lista ofiar.

Nikt nie powinien był zginąć... z wyjątkiem Kanadyjczyka.

Co za ironia, najtrudniejsza technicznie część planu sprawiła najmniej trudności. Zakończona przed paroma miesiącami operacja umieszczenia meteorytu w lodzie poszła jak po maśle. Kiedy skała znalazła się na miejscu, wystarczyło czekać na wystrzelenie satelity ze skanerem gęstości. PODS miał skanować ogromne obszary Arktyki i prędzej czy później pokładowy program wykrywania anomalii znalazłby meteoryt.

Ale ten cholerny program nie działał.

Kiedy wyszło na jaw, że oprogramowanie zawiodło, a naprawy można dokonać dopiero po wyborach, cały plan znalazł się w niebezpieczeństwie. Kontroler musiał wymyślić nowy sposób na dyskretne naprowadzenie kogoś w NASA na meteoryt. Rozwiązanie polegało na zaaranżowaniu transmisji radiowej kanadyjskiego geologa, który przebywał w sąsiedztwie meteorytu. Z oczywistych powodów Kanadyjczyk musiał zginąć, a jego śmierć powinna wyglądać na wypadek. Zrzucenie Bogu ducha winnego geologa ze śmigłowca stanowiło początek. Potem wszystko szybko się skomplikowało.

Wailee Ming. Nora Mangor. Oboje nie żyją.

Śmiały zamach, jaki miał miejsce w FDR Memorial.

Niebawem do listy dołączy Rachel Sexton, Michel Tolland i doktor Marlinson.

Nie ma innego wyjścia, pomyślał kontroler, walcząc z narastającymi wyrzutami sumienia. Stawka jest zbyt wysoka.


Rozdział 100

Dolphin straży przybrzeżnej znajdował się trzy kilometry od „Goyi" i leciał na wysokości dziewięciuset metrów, kiedy Tolland wrzasnął do pilota:

— Ma pan na pokładzie noktowizor?!

Pilot pokiwał głową.

— Jestem ratownikiem.

Tolland na to liczył. System zobrazowania termicznego Raytheon umożliwia lokalizowanie rozbitków w ciemności. Ciepło emitowane przez głowę człowieka odznacza się w postaci czerwonej plamki na tle oceanu czerni.

— Proszę włączyć — powiedział Tolland.

— Dlaczego? Brakuje panu kogoś? — zapytał zdumiony pilot.

— Nie. Chcę wam coś pokazać.

— Z tej wysokości nie zobaczymy niczego w podczerwieni, chyba że płonącą plamę ropy.

— Niech pan włączy.

Pilot obrzucił Tollanda podejrzliwym spojrzeniem, ale pomanipulował paroma pokrętłami, ustawiając obiektyw pod kadłubem w taki sposób, żeby omiatał szeroki na pięć kilometrów pas oceanu przed nimi. Na ekranie ukazał się obraz.

— Cholera! — Helikopter podskoczył, gdy pilot drgnął ze zdziwienia.

Rachel i Corky pochylili się, patrząc na obraz z równym zdumieniem. Czarne tło oceanu było rozświetlone przez ogromną wirującą spiralę pulsującej czerwieni.

Rachel z drżeniem odwróciła się do Tollanda.

— Wygląda jak cyklon.

— Zgadza się. Cyklon ciepłych prądów. Prawie pół kilometra średnicy.

Pilot zaśmiał się ze zdumieniem.

— Wielki. Widujemy je od czasu do czasu, ale o takim jeszcze nie słyszałem.

— Wyszedł na powierzchnię w zeszłym tygodniu — wyjaśnił Tolland. — Pewnie za parę dni zniknie.

— Co go powoduje? — zapytała Rachel, zaniepokojona widokiem wielkiego wiru na środku oceanu.

— Kopuła magmy — odparł pilot.

Rachel z nieufną miną popatrzyła na Tollanda.

— Wulkan?

— Nie. Na Wschodnim Wybrzeżu nie ma czynnych wulkanów, ale od czasu do czasu magma wzbiera pod dnem morza, powodując powstanie tak zwanych gorących miejsc. Nad nimi następuje odwrócenie gradientu temperatury — cieplejsza woda jest przy dnie, a chłodniejsza u góry. Rezultatem są te potężne wiry, tak zwane megawiry hydrotermalne. Zwykle rozpraszają się po paru tygodniach.

Pilot popatrzył na pulsującą spiralę na ekranie.

— Wygląda na to, że ten nabiera siły. — Sprawdził współrzędne „Goyi" i ze zdumieniem popatrzył na Tollanda. — I wygląda na to, że zaparkował pan blisko środka.

Tolland pokiwał głową.

— W pobliżu oka prądy są nieco słabsze. Osiemnaście węzłów. To jak kotwiczenie w nurcie rwącej rzeki. W tym tygodniu nasz łańcuch kotwiczny dostał porządny wycisk.

— Jezusie — szepnął pilot. — Osiemnaście węzłów? Lepiej, żeby nikt nie wypadł za burtę! — dodał ze śmiechem.

Rachel nie było do śmiechu.

— Mike, nie wspomniałeś o tym megawirze, kopule magmy i gorących prądach...

Uspokajająco położył rękę na jej kolanie.

— Wierz mi, tam jest bezpiecznie.

Ściągnęła brwi.

Więc film, który tu kręcisz, dotyczy zjawisk towarzyszących kopule magmy?



1   ...   22   23   24   25   26   27   28   29   ...   35


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna