Wydawnictwo sonia draga



Pobieranie 2,1 Mb.
Strona25/35
Data23.10.2017
Rozmiar2,1 Mb.
1   ...   21   22   23   24   25   26   27   28   ...   35

— Panie Tolland?

Podniósł głowę.

Do kabiny zaglądał pilot.

Chciał pan, żeby powiedzieć, kiedy znajdziemy się w zasięgu łączności z pańskim statkiem. Mogę nawiązać kontakt, jeśli pan sobie życzy.

— Dzięki.

Tolland przeszedł do kabiny pilotów i zadzwonił na statek. Chciał powiadomić załogę, że nie będzie go jeszcze przez parę dni. Oczywiście nie miał zamiaru mówić o kłopotach, w jakich się znalazł.

Po kilku sygnałach z zaskoczeniem usłyszał wiadomość wgraną do systemu łączności SHINCOM 2100. Nie było to zwyczajne, formalne zgłoszenie, tylko hałaśliwe powitanie pokładowego kawalarza:

„Hoja, hoja, mówi »Goya«. Przepraszamy, że nikogo nie ma, ale uprowadziły nas ogromne stonogi! Tak na poważnie, zrobiliśmy sobie krótki urlop, żeby uczcić wielką noc Mike'a. Rany, pękamy z dumy! Zostaw nazwisko i numer, może oddzwonimy jutro, kiedy będziemy trzeźwi. Pa, pa! Leć, ET!".

Tolland się roześmiał. Najwyraźniej oglądali konferencję prasową. Nie miał nic przeciwko temu, że wyszli na brzeg; bezczynne siedzenie na morzu byłoby głupotą. Chociaż z wiadomości wynikało, że wszyscy zrobili sobie urlop, domyślał się, iż nie zostawili statku bez opieki. Nie w takim miejscu.

Wstukał kod, żeby odsłuchać wiadomości z poczty głosowej. Usłyszał jeden sygnał. Jedna wiadomość. Głos należał do tego samego mężczyzny.

„Cześć, Mike, fantastyczny program! Pewnie jesteś teraz na jakiejś szpanerskiej balandze w Białym Domu i zastanawiasz się, gdzie, u diabła, się podziewamy. Przepraszamy za opuszczenie statku, stary, ale czegoś takiego nie można świętować o suchym pysku. Nie martw się, zakotwiczyliśmy »Goyę« jak się patrzy i zostawiliśmy zapalone światło na werandzie. Mamy cichą nadzieję, że porwą go piraci, bo wtedy NBC sprawi ci nową łajbę! To żart, ma się rozumieć. Nie martw się, Xavia zgodziła się zostać i pilnować fortecy. Powiedziała, że woli siedzieć sama, niż balować z bandą pijanych rybaków, wyobrażasz sobie'?".

Tolland odetchnął z ulgą na wieść, że ktoś czuwa nad statkiem. Xavia jest odpowiedzialna i nie,przepada za imprezami. Poza tym szanowana geolog morski słynie z rąbania prawdy prosto w oczy.

„W każdym razie — mówił głos — dzisiejszy wieczór był niesamowity. Cieszysz się, że jesteś naukowcem, no nie? Wszyscy mówią o korzyściach, jakie odniesie NASA, a ja mówię, pieprzyć ich! Tym lepiej dla nas! Notowania Niezwykłego świata musiały skoczyć o milion punktów. Jesteś gwiazdą, człowieku. Prawdziwą gwiazdą. Gratulacje. Doskonała robota".

W tle zabrzmiała cicha rozmowa, potem głos wrócił:

„Aha, słuchaj, skoro mowa o Xavii. Chce ci coś powiedzieć, żeby przypadkiem woda sodowa nie uderzyła ci do głowy. Oto ona".

Usłyszał głos Xavii:

„Mike, tu Xavia, jesteś wielki i tak dalej, i tak dalej. I ponieważ tak bardzo cię kocham, zgodziłam się niańczyć tę przedpotopową balię. Szczerze, miło będzie pobyć z daleka od tych chuliganów, których nazywasz naukowcami. Poza tym jako pokładowa jędza jestem zobowiązana zrobić wszystko, co w mojej mocy, żebyś nie przemienił się w nadętego bubka. Wiem, po dzisiejszej nocy moje zadanie może okazać się trudne, ale spróbuję. Muszę ci powiedzieć, że w swoim filmie strzeliłeś byka. Tak, nie przesłyszałeś się. Nieczęste intelektualne pierdnięcie Michaela Tollanda. Nie przejmuj się, zauważą je najwyżej ze trzy osoby na Ziemi, wszystkie bez wyjątku będące cierpiącymi na zatwardzenie geologami morskimi bez odrobiny poczucia humoru. Podobni do mnie. Ale wiesz, co mówią o nas, geologach: zawsze dzielimy kamień na czworo. — Roześmiała się. — W każdym razie to nic takiego, drobiażdżek natury petrograficznej. Mówię o tym tylko po to, żeby spaprać ci wieczór. Możesz w tej sprawie dostać parę telefonów, pomyślałam więc sobie, że cię uprzedzę, żebyś nie wyszedł na durnia, jakim skądinąd jesteś. — Znowu się roześmiała. — Posłuchaj, nie jestem zwierzęciem imprezowym, więc zostaję na pokładzie. Nie zawracaj sobie głowy dzwonieniem do mnie; muszę włączyć sekretarkę, bo ci cholerni reporterzy będą wydzwaniali przez całą noc. Dziś jesteś prawdziwą gwiazdą, choć palnąłeś głupstwo. Oświecę cię, kiedy wrócisz. Pa".

Na linii zapadła cisza.

Michael Tolland zmarszczył czoło. Błąd w moim filmie?

Rachel Sexton stała w toalecie i patrzyła na swoje odbicie w lustrze. Wyglądała na bledszą i słabszą, niż myślała. Dzisiejszy strach wiele ją kosztował. Zastanawiała się, kiedy w końcu przestanie się trząść albo kiedy zbierze się na odwagę, żeby znowu zbliżyć się do oceanu. Zdjęła czapkę z USS „Charlotte", rozpuściła włosy. Poczuła się trochę lepiej.

Patrząc w swoje oczy, widziała głębokie zmęczenie, ale pod nim kryło się zdecydowanie. Wiedziała, że to dar jej matki. „Niech nikt ci nie mówi, co możesz, a czego nie możesz robić". Raćhel zastanowiła się, czy matka widziała to, co stało się dzisiaj. Ktoś chciał mnie zabić, mamo. Ktoś chciał zabić nas wszystkich...

W jej głowie od kilku godzin przewijały się nazwiska.

Lawrence Ekstrom... Marjorie Tench... prezydent Zach Herney. Wszyscy mieli motyw. I, co przerażało ją jeszcze bardziej, wszyscy mieli środki. Prezydent nie jest w to zamieszany, powiedziała sobie. Kurczowo czepiała się nadziei, że prezydent, którego szanuje bardziej niż własnego ojca, nie ponosi winy za ten tajemniczy incydent.

Nadal nic nie wiemy.

Ani kto... ani czy... ani dlaczego.

Chciała zdobyć odpowiedzi dla Williama Pickeringa, ale jak dotąd udało jej się tylko pomnożyć pytania.

Po wyjściu z toalety z zaskoczeniem zobaczyła, że Michaela Tollanda nie ma na jego miejscu. Corky drzemał. Gdy się rozglądała, Mike wyszedł z kabiny pilotów. W jego oczach malowała się troska.

— Co się stało? — zapytała.

Tolland ponuro streścił odsłuchaną wiadomość. Błąd w prezentacji? Rachel pomyślała, że Tolland robi z igły widły.

— Pewnie nic takiego. Nie powiedziała ci, o co dokładnie chodzi?

— Wspomniała o petrografii.

— Budowie skały?

— Tak. Powiedziała, że błąd mogło zauważyć tylko paru innych geologów. Odniosłem wrażenie, że chodzi o skład meteorytu.

Rachel odetchnęła głęboko.

— Chondry?

— Nie wiem, całkiem możliwe.

Rachel przyznała mu rację. Chondry są jedynym pozostałym dowodem, który kategorycznie podpiera twierdzenie NASA, że skała rzeczywiście jest meteorytem.

Podszedł do nich Corky, przecierając zaspane oczy.

— Co się dzieje?

Tolland nakreślił mu sytuację.

Astrofizyk pokręcił głową.

— Na pewno nie ma problemu z chondrami, Mike. Wykluczone. Wszystkie twoje dane pochodziły z NASA. I ode mnie. Nie było w nich żadnego błędu.

— Wobec tego w czym mogłem się pomylić?

— Licho wie. A poza tym, co geolog morski może wiedzieć o chondrach?

— Nie mam pojęcia, ale ona jest cholernie dobra.

— Zważywszy na okoliczności — wtrąciła Rachel — chyba powinniśmy pogadać z nią przed rozmową z Pickeringiem.

Tolland wzruszył ramionami.

— Dzwoniłem cztery razy, ale zgłasza się sekretarka. Pewnie Xavia siedzi w laboratorium i nie słyszy telefonu. Odsłucha moją wiadomość nie wcześniej niż rano. — Tolland spojrzał na zegarek. — Chociaż...

— Chociaż co?

Popatrzył na Rachel w skupieniu.

— Więc myślisz, że warto pogadać z Xavią przed spotkaniem z twoim szefem?

— Jeśli ma coś do powiedzenia w sprawie chondr, to myślę, że koniecznie trzeba to zrobić. Mike, w tej chwili mamy mnóstwo sprzecznych danych. William Pickering jest człowiekiem przyzwyczajonym do otrzymywania jednoznacznych odpowiedzi. Kiedy się z nim spotkamy, chciałabym powiedzieć mu coś konkretnego, żeby miał się na czym oprzeć.

— W takim razie powinniśmy tam wstąpić.

Rachel zamrugała ze zdumienia.

— Na twój statek?

— Kotwiczy u wybrzeża New Jersey. Prawie po drodze do Waszyngtonu. Porozmawiamy z Xavia, przekonamy się, co wie. Corky ma próbkę meteorytu. Gdyby Xavia chciała zrobić jakieś badania geologiczne, na statku jest całkiem dobrze wyposażone laboratorium. Nie przypuszczam, żeby uzyskanie rozstrzygających odpowiedzi zajęło nam więcej niż godzinę.

Rachel poczuła ukłucie strachu. Myśl o znalezieniu się na oceanie bardzo ją denerwowała. Uzyskamy rozstrzygające odpowiedzi, przekonywała się w duchu, kuszona przez taką możliwość. Pickering będzie za nie wdzięczny.


Rozdział 92

Delta Jeden ucieszył się, gdy znów poczuł ziemię pod nogami.

Aurora, choć korzystała tylko z połowy mocy i leciała okrężną trasą nad oceanem, zakończyła podróż w niespełna dwie godziny. Żołnierze Delta Force mieli dzięki temu sporo czasu na zajęcie pozycji i przygotowanie się do wyeliminowania celu wskazanego przez kontrolera.

Na wojskowym lotnisku pod Waszyngtonem grupa Delta Force przesiadła się do nowego środka transportu — śmigłowca OH-58D Kiowa Warrior.

Kontroler znowu postarał się o to, co najlepsze, pomyślał Delta Jeden.

Kiowa warrior, zaprojektowany jako lekki śmigłowiec obserwacyjny, został „wzbogacony i udoskonalony", tworząc najnowszą generację helikopterów bojowych. Dzięki systemowi zobrazowania termicznego laserowy desygnator może naznaczyć cel, co z kolei pozwala na korzystanie z autonomicznie sterowanych pocisków takich jak rakiety powietrze-powietrze Stinger i AGM-1148 Hellfire. Szybki cyfrowy procesor sygnałowy (DSP)21 umożliwia jednoczesne namierzanie sześciu celów. Niewielu wrogów widziało kiowę z bliska i przeżyło, żeby opowiedzieć o spotkaniu.

Delta Jeden poczuł znajomy przypływ siły, gdy usadowił się w fotelu pilota i zapiął pasy. Trenował na tym śmigłowcu i trzy razy leciał nim na tajne operacje. Oczywiście nigdy wcześniej nie polował na wysoko postawionego urzędnika amerykańskiego.

Musiał przyznać, że kiowa idealnie nadaje się do tego zadania. Silnik Rolls Royce Allison i dwie półsztywne łopaty pracują praktycznie bezgłośnie, co oznacza, że osoby znajdujące się na ziemi słyszą helikopter dopiero wtedy, gdy przelatuje bezpośrednio nad nimi. Ponieważ maszyna może latać bez świateł i pomalowana jest na czarno, bez odblaskowych oznakowań, w zasadzie jest niewidoczna, chyba że cel ma radar.

Milczące czarne helikoptery.

Zwolennicy teorii spiskowej dostawali fioła na ich punkcie. Niektórzy twierdzili, że milczące czarne helikoptery są dowodem na istnienie „szturmowych oddziałów Nowego Porządku Świata" podległych Organizacji Narodów Zjednoczonych. Inni utrzymywali, że śmigłowce są bezgłośnymi sondami obcych cywilizacji. Jeszcze inni, którym udało się zobaczyć zwarty szyk helikopterów kiowa na nocnym niebie, dochodzili do przekonania, że widzieli światła pozycyjne jednego wielkiego statku powietrznego — latającego spodka zdolnego do lotu w pionie.

Nic bardziej błędnego. Ale wojsko uwielbia dezinformację.

Podczas ostatniej tajnej misji Delta Jeden leciał kiową wyposażonym w ściśle tajny nowy wynalazek amerykańskiego wojska — pomysłową holograficzną broń zwaną S&M. Wbrew skojarzeniom z sadomasochizmem S&M oznacza smoke and mirrors22, czyli holograficzne obrazy wyświetlane na niebie nad terytorium wroga. Kiowa użył technologii S&M do stworzenia hologramu amerykańskiego samolotu nad instalacją przeciwlotniczą nieprzyjaciela. Spanikowana obsługa działek strzelała maniacko w krążące widma. Kiedy kończyła się amunicja, Stany Zjednoczone wysyłały prawdziwe samoloty.

Gdy kiowa oderwał się od pasa, Delta Jeden wciąż słyszał słowa kontrolera: „Macie inny cel". Biorąc pod uwagę tożsamość nowego celu, stwierdzenie brzmiało eufemistycznie, ale Delta Jeden pamiętał, że nie do niego należy kwestionowanie rozkazów. Jego grupa otrzymała rozkaz i miała go wykonać dokładnie tak, jak polecił kontroler, choć metoda mogła wydawać się szokująca.

Mam nadzieję, że kontroler wie, co robi.

Delta Jeden skręcił na południowy zachód. Dwa razy był w parku FDR Memorial, ale dziś miał pierwszy raz zobaczyć go z powietrza.
Rozdział 93

— Meteoryt został odkryty przez kanadyjskiego geologa? — Gabrielle Ashe ze zdumieniem patrzyła na młodego programistę, Chrisa Harpera. — I ten Kanadyjczyk nie żyje?

Harper ponuro pokiwał głową.

— Od kiedy pan to wie?

— Od paru tygodni. Gdy już zmusili mnie do kłamstwa na konferencji prasowej, wiedzieli, że nie mogę się wycofać. Dlatego powiedzieli mi prawdę o znalezieniu meteorytu.

PODS nie znalazł meteorytu! Gabrielle nie miała pojęcia, dokąd prowadzą uzyskane informacje, ale nie ulegało wątpliwości, że kroi się gruba afera. Złe wieści dla Tench. Wspaniałe wieści dla senatora.

— Jak wspomniałem — ciągnął Harper ponuro — meteoryt został odkryty wskutek przejęcia transmisji radiowej. Słyszała pani o programie INSPIRE23?

Gabrielle miała o tym nikłe pojęcie.

— To szereg odbiorników radiowych o bardzo niskiej częstotliwości rozmieszczonych wokół bieguna północnego i nasłuchujących odgłosów Ziemi — wyjaśnił Harper — takich jak emisje fal plazmowych zorzy polarnej, szerokopasmowe impulsy burz z wyładowaniami i tak dalej.

— Rozumiem.

— Parę tygodni temu jeden z odbiorników INSPIRE przypadkiem złapał przekaz z Wyspy Ellesmere'a. Jakiś kanadyjski geolog wzywał pomocy na wyjątkowo niskiej częstotliwości. — Harper milczał przez chwilę. — W gruncie rzeczy poza należącymi do NASA odbiornikami bardzo małej częstotliwości nikt inny nie mógłby usłyszeć transmisji. Założyliśmy, że Kanadyjczyk nadawał na długich.

— Słucham?

— Nadawał na najniższej możliwej częstotliwości, żeby uzyskać maksymalny zasięg. Był na pustkowiu. Proszę pamiętać — transmisja na standardowej częstotliwości nie byłaby słyszana daleko.

— Co powiedział?

— Przekaz był krótki. Powiedział, że w trakcie badań ultradźwiękowych na Lodowcu Szelfowym Milne'a wykrył w lodzie anomalię o dużej gęstości, najprawdopodobniej meteoryt, i że złapała go burza. Podał współrzędne, poprosił o pomoc i wyłączył się. Posterunek nasłuchowy NASA wysłał z Thule samolot na ratunek. Znaleźli go po wielu godzinach poszukiwań, daleko od podanej pozycji, martwego. Leżał na dnie szczeliny, z saniami i psami. Pewnie próbował uciec przed burzą, stracił orientację, zboczył z kursu i wpadł do szczeliny.

Zaintrygowana, Gabrielle przez chwilę analizowała te informacje.

— Więc nagle NASA dowiedziała się o meteorycie, o którym nie wiedział nikt inny?

— Właśnie. I jak na ironię, gdyby mój program pracował właściwie, satelita PODS wykryłby ten sam meteoryt tydzień przed Kanadyjczykiem.

Ta zbieżność dała jej do myślenia.

— Czy to nie dziwne? Meteoryt leżał w lodzie przez trzysta lat, a tu raptem, gdyby nie pański błąd, zostałby odkryty dwa razy w ciągu jednego tygodnia?

— Wiem. Trochę dziwne, ale nauka taka bywa. Rzecz w tym, że administrator uznał, iż zasługa powinna przypaść nam, bo gdybym poprawnie wykonał swoją robotę, my pierwsi dokonalibyśmy odkrycia. Powiedział, że skoro Kanadyjczyk nie żyje, nikt nie będzie stratny, jeśli po prostu przekieruję PODS na współrzędne podane w transmisji SOS. Wtedy mógłbym udać, że to PODS znalazł meteoryt, moja żenująca wpadka poszłaby w zapomnienie, a NASA zachowałaby twarz.

— Dlatego pan to zrobił?

— Jak powiedziałem, nie miałem wyboru. Zawaliłem misję. — Po chwili milczenia dodał: — Ale dziś, kiedy usłyszałem wypowiedź prezydenta na konferencji prasowej i dowiedziałem się, że meteoryt zawiera skamieniałości...

— Wpadł pan w osłupienie.

— Zwaliło mnie z nóg!

— Myśli pan, że administrator wiedział o skamieniałościach, zanim kazał panu udawać, iż odkrycia dokonał PODS?

— Niemożliwe. Meteoryt był pogrzebany i nietknięty, dopóki nie zjawiła się pierwsza grupa NASA. Przypuszczam, że nie mieli pojęcia, co naprawdę znaleźli, dopóki nie pobrali próbek rdzeniowych i nie zrobili zdjęć rentgenowskich. Wymogli na mnie kłamstwo w przekonaniu, że odkrycie wielkiego meteorytu zapewni im umiarkowane zwycięstwo. Dopiero potem zrozumieli prawdziwe znaczenie odkrycia.

Gabrielle z przejęcia zaczęła szybciej oddychać.

— Doktorze Harper, poświadczy pan, że NASA wraz z Białym Domem zmusiła pana do kłamstwa w kwestii oprogramowania PODS?

— Nie wiem. — Harper był przestraszony. — Nie wyobrażam sobie, jakie szkody wyrządziłoby to agencji... samemu odkryciu.

— Oboje wiemy, że meteoryt pozostanie cudownym odkryciem niezależnie od tego, przez kogo został znaleziony. Rzecz w tym, że okłamał pan Amerykanów. Ludzie mają prawo wiedzieć, że wbrew twierdzeniom NASA PODS wcale nie jest sprawny.

— Wiem. Gardzę administratorem, ale moi współpracownicy... to porządni ludzie.

— Dlatego zasługują na to, by wiedzieć, że zostali oszukani.

— A co z tymi dowodami defraudacji?

— Nie ma powodów do obaw — powiedziała Gabrielle, niemal zapomniawszy o swoim podstępie. — Przekonam senatora, że pan nic nie wie. Administrator próbował pana wrobić, żeby zagwarantować pańskie milczenie w sprawie PODS.

— Czy senator może mnie ochronić?

— Jak najbardziej. Nie zrobił pan niczego złego. Po prostu wykonywał pan rozkazy. Poza tym przypuszczam, że w świetle informacji o tym kanadyjskim geologu nie będzie musiał poruszać kwestii sprzeniewierzenia. Skupimy się wyłącznie na dezinformacji dotyczącej PODS i meteorytu. Kiedy senator oświadczy, że wie o Kanadyjczyku, administrator nie zaryzykuje próby skompromitowania pana kłamstwami.

Harper wciąż wyglądał na zmartwionego. Milczał, ponuro rozważając różne opcje. Gabrielle dała mu chwilę do namysłu. Wcześniej uświadomiła sobie, że w tej historii jest jeszcze inny niepokojący zbieg okoliczności. Nie zamierzała o tym wspominać, ale wiedziała, że doktor Harper potrzebuje ostatecznego pchnięcia.

— Ma pan psy, doktorze Harper?

Podniósł głowę.

— Słucham?

— Pomyślałam, że to dziwne. Powiedział mi pan, że zaraz po tym, jak Kanadyjczyk nadał komunikat, jego psy wpadły do szczeliny?

— Była burza, zabłądził...

Gabrielle wzruszyła ramionami, robiąc sceptyczną minę.

— No tak... w porządku.

Harper dostrzegł jej wahanie.

— O co pani chodzi?

— Nie wiem. Z tym odkryciem wiąże się zbyt wiele zbiegów okoliczności. Kanadyjski geolog podaje współrzędne meteorytu na częstotliwości, którą może słyszeć tylko NASA. Potem jego psy spadają w przepaść... — Umilkła. — Zapewne pan rozumie, że śmierć geologa utorowała NASA drogę do triumfu.

Harper zbladł.

— Myśli pani, że administrator gotów był zabić dla tego odkrycia?

Wielka polityka, pomyślała Gabrielle. Wielkie pieniądze.

— Porozmawiam z senatorem i skontaktuję się z panem. Czy jest stąd tylne wyjście?

Gabrielle Ashe zostawiła bladego Chrisa Harpera i zeszła po schodach ewakuacyjnych na pustą alejkę za gmachem NASA. Zatrzymała taksówkę, którą przyjechali kolejni pracownicy agencji.

— Apartamentowiec Westbrooke Place — rzuciła. Miała zamiar uszczęśliwić senatora Sextona.


Rozdział 94

Rachel zastanawiała się, czy dobrze zrobiła, wyrażając zgodę. Stała przy wejściu do kokpitu G4, naciągając przewód radia, żeby odbyć rozmowę poza zasięgiem słuchu pilota. Corky i Tolland patrzyli na nią. Wprawdzie ustaliła z dyrektorem NRO, że zachowają ciszę radiową do czasu lądowania w bazie sił powietrznych Boilings pod Waszyngtonem, ale teraz miała informacje, które nie mogły czekać. Zadzwoniła na bezpieczną komórkę, którą zawsze nosił przy sobie.

William Pickering zgłosił się i uprzedził:

— Proszę mówić ostrożnie. Nie gwarantuję bezpieczeństwa połączenia.

Rachel zrozumiała. Komórka Pickeringa, jak większość terenowych telefonów NRO, miała wskaźnik informujący o otwartych rozmowach. Ponieważ Rachel korzystała z radiotelefonu, jednego z najmniej bezpiecznych środków łączności, aparat ostrzegł Pickeringa. Rozmowa musi być ogólnikowa. Bez nazwisk. Bez nazw miejsc.

— Mój głos potwierdza moją tożsamość — zaczęła Rachel, używając standardowego powitania w takiej sytuacji. Spodziewała się, że dyrektor okaże niezadowolenie z przerwania ciszy, ale zamiast tego usłyszała:

— Tak, sam chciałem się z panią skontaktować. Musimy zmienić plany. Obawiam się, że czeka na was komitet powitalny.

Opadł ją niepokój. Ktoś nas obserwuje. Ton Pickeringa sygnalizował zagrożenie. Zmienić plany. Będzie zadowolony, gdy usłyszy, że dzwoni właśnie w tej sprawie, choć z zupełnie innego powodu.

— Kwestia autentyczności — powiedziała. — Rozmawialiśmy o tym. Być może wiemy, jak ostatecznie potwierdzić ją lub podważyć.

— Wspaniale. Wynikły nowe okoliczności, miałbym więc solidne podstawy do podjęcia określonych działań.

— Dowód wymaga krótkiego przystanku. Jedno z nas ma dostęp do laboratorium...

— Proszę bez konkretów, dla własnego bezpieczeństwa.

Rachel nie miała zamiaru niczego wyjawiać.

— Czy może pan załatwić nam zgodę na lądowanie w GAS-AC? Pickering milczał przez chwilę. Rachel domyślała się, że próbuje rozgryźć akronim. GAS-AC był mało znanym skrótem, oznaczającym lotnisko straży przybrzeżnej w Atlantic City. Miała nadzieję, że dyrektor go zna.

— Tak — powiedział wreszcie. — Załatwię to. Czy to wasze docelowe miejsce przeznaczenia?

— Nie. Będziemy potrzebowali śmigłowca.

— Będzie na was czekać.

— Dziękuję.

— Zalecam wyjątkową ostrożność, dopóki nie dowiemy się czegoś więcej. Proszę z nikim nie rozmawiać. Pani podejrzenia wzbudziły głębokie zaniepokojenie na najwyższych poziomach.

Tench, pomyślała Rachel, żałując, że nie zdołała nawiązać bezpośredniego kontaktu z prezydentem.

— W tej chwili jadę na spotkanie z rzeczoną osobą. Prosiła o prywatne spotkanie na neutralnym gruncie. Rozmowa powinna wiele wyjaśnić.

Pickering jedzie na spotkanie z Tench? To, co zamierza mu powiedzieć, musi być naprawdę ważne, skoro nie chce rozmawiać o tym przez telefon.

— Proszę nikomu nie podawać docelowych współrzędnych — polecił Pickering. — I koniec łączności radiowej. Czy to jasne?

— Tak jest, panie dyrektorze. Za godzinę dolecimy do GAS-AC.

— Transport będzie czekał. Kiedy dotrzecie do celu, proszę zadzwonić do mnie na bardziej bezpiecznym kanale. — Po chwili dodał: — Zachowanie absolutnej tajemnicy jest niezmiernie istotne dla waszego bezpieczeństwa. Narobiliście sobie dzisiaj potężnych wrogów. Proszę zachować ostrożność. — Pickering zakończył rozmowę.

Rachel była spięta, gdy po wyłączeniu radiotelefonu odwróciła się do Corky'ego i Tollanda.

__ Zmiana celu podróży? — zapytał Tolland, pragnąc jak najszybciej poznać odpowiedź.

Z niechęcią pokiwała głową.

— „Goya".

Corky westchnął, patrząc na próbkę meteorytu.

— Wciąż nie jestem w stanie sobie wyobrazić, dlaczego NASA miałaby... — Urwał, coraz bardziej zaniepokojony.

Niebawem się dowiemy, pomyślała Rachel.

Weszła do kabiny pilotów i oddała radio. Gdy spojrzała przez szybę na wzburzony ocean przemykających pod nimi chmur, ogarnęło ją złe przeczucie, że nie spodoba im się to, czego dowiedzą się na statku Tollanda.
Rozdział 95

Williamowi Pickeringowi doskwierała samotność, gdy jechał sedanem po Leesburg Highway. Dochodziła druga, droga była pusta. Minęły lata, odkąd przemieszczał się tak późno po mieście.

W głowie wciąż słyszał chrapliwy głos Marjorie Tench. „Spotkajmy się w FDR Memorial".

Próbował sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz spotkali się osobiście — co nigdy nie było przyjemne. Dwa miesiące temu. W Białym Domu. Tench siedziała naprzeciwko niego przy drugim dębowym stole w otoczeniu członków Rady Bezpieczeństwa Narodowego, Połączonego Kolegium Szefów Sztabów, CIA, prezydenta Herneya i administratora NASA.

— Panowie — zagaił szef CIA, patrząc prosto na Marjorie Tench — po raz kolejny nalegam, żeby administracja zajęła się problemem, jakim jest obecny kryzys bezpieczeństwa w NASA.

Nikt nie był zaskoczony tą deklaracją. Skargi na bezpieczeństwo w NASA stały się codziennością w środowisku wywiadu. Dwa dni wcześniej hakerzy wykradli z bazy danych agencji ponad trzysta zdjęć satelitarnych o wysokiej rozdzielczości. Zdjęcia — nieszczęśliwym trafem przedstawiające tajny amerykański wojskowy ośrodek szkoleniowy w Afryce Północnej — trafiły na czarny rynek, gdzie zostały zakupione przez wrogie agencje wywiadowcze z Bliskiego Wschodu.



1   ...   21   22   23   24   25   26   27   28   ...   35


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna