Wydawnictwo sonia draga



Pobieranie 2,1 Mb.
Strona24/35
Data23.10.2017
Rozmiar2,1 Mb.
1   ...   20   21   22   23   24   25   26   27   ...   35

Szła z wysoko podniesioną głową, spodziewając się, że Harper ją zawoła. Cisza. Otworzyła metalowe drzwi i wyszła na korytarz. Miała nadzieję, że tutaj nie trzeba mieć karty magnetycznej do otworzenia windy. Przegrała z kretesem. Mimo największych wysiłków Harper nie złapał przynęty. Może jednak mówił prawdę na tej konferencji? — pomyślała.

Gdy metalowe drzwi otworzyły się gwałtownie, ich trzask odbił się echem w korytarzu.

— Pani Ashe — zawołał Harper — przysięgam, że nic nie wiem o malwersacji. Jestem uczciwym człowiekiem!

Serce jej zamarło. Nie zatrzymała się. Nonszalancko wzruszyła ramionami i zawołała bez odwracania głowy:

— A jednak skłamał pan na konferencji prasowej.

Cisza. Gabrielle szła dalej.

— Chwileczkę! — krzyknął Harper. Dopędził ją, blady. — Co do tego sprzeniewierzenia... — powiedział cicho — chyba wiem, kto mnie wrobił.

Gabrielle stanęła jak wryta, zastanawiając się, czy dobrze usłyszała. Odwróciła się powoli, żeby nie okazać przejęcia.

— Spodziewa się pan, że uwierzę, iż ktoś pana wrabia?

Harper westchnął.

— Przysięgam, że nie wiem nic o malwersacji. Ale jeśli dowody świadczą przeciwko mnie...

— Całe stosy.

Harper westchnął.

— W takim razie to zostało zaplanowane. Żeby zdyskredytować mnie w razie potrzeby. I mogła to zrobić tylko jedna osoba.

— Kto?

Spojrzał jej w oczy.



— Lawrence Ekstrom mnie nienawidzi.

Gabrielle osłupiała.

Harper ponuro pokiwał głową.

— To on zmusił mnie do kłamania na konferencji prasowej.


Rozdział 88

Choć zasilany ciekłym metanem układ napędowy samolotu Aurora pracował z połową mocy, zespół Delta Force pędził przez noc z trzykrotną prędkością dźwięku — ponad trzy tysiące kilometrów na godzinę. Silniki pulsacyjno-detonacyjne tętniły hipnotyzująco Trzydzieści metrów niżej ocean burzył się dziko, zasysana przez podciśnienie woda tworzyła równoległe, wysokie na piętnaście metrów „kogucie ogony", pędzące w ślad za samolotem.

Dlatego SR-71 blackbird odszedł na emeryturę, pomyślał Delta Jeden.

Aurora był jednym z tych tajnych samolotów, o których istnieniu nikt nie powinien wiedzieć, ale wiedzą wszyscy. Nawet kanał Discovery poświęcił program aurorze i lotom próbnym w Groom Lake w Nevadzie. Nie wiadomo, co spowodowało ujawnienie tajemnicy: powtarzające się „trzęsienia nieba" słyszalne nawet w Los Angeles, przypadkowe dostrzeżenie maszyny przez jakiegoś nafciarza z platformy na Morzu Północnym czy administracyjna gafa polegająca na umieszczeniu opisu aurory w publicznej kopii budżetu Pentagonu. To nie miało znaczenia. Wieść się rozeszła — amerykański samolot osiągający prędkość sześciu machów istnieje nie tylko na desce kreślarskiej. Lata po niebie.

Zbudowana przez Lockheeda aurora wyglądała jak spłaszczona piłka futbolowa. Miała trzydzieści trzy metry długości, osiemnaście szerokości, gładki obrys kadłuba pokrytego płytkami termicznymi jak prom kosmiczny. Prędkość była przede wszystkim zasługą nowatorskiego napędu zwanego silnikiem pulsacyjno-detonacyjnym (PDWE)19, napędzanego rozpylonym płynnym wodorem. Ponieważ samolot zostawiał charakterystyczną smugę gazów wylotowych, latał wyłącznie w nocy.

Dzisiaj żołnierze Delta Force, korzystając z luksusu ogromnej prędkości, lecieli nad otwartym oceanem do domu. Już wyprzedzali swoją zwierzynę. Mieli wylądować na Wschodnim Wybrzeżu za niecałą godzinę, dwie godziny z okładem przed celami. Zastanawiali się, czy nie wyśledzić i nie zestrzelić ich samolotu, ale kontroler słusznie zauważył, że incydent mógłby zostać dostrzeżony przez obsługę radarów, a spalony wrak stałby się punktem wyjścia dla szeroko zakrojonego dochodzenia. Zadecydował, że będzie lepiej, gdy samolot wyląduje zgodnie z planem. Kiedy stanie się jasne, gdzie zamierza lądować, żołnierze Delta Force wkroczą do akcji.

Gdy aurora mknęła nad Basenem Labradorskim, cryptalk zasygnalizował połączenie. Delta Jeden zgłosił się.

— Sytuacja uległa zmianie — poinformował ich przetworzony głos. — Macie inny cel przed wylądowaniem Rachel Sexton i naukowców.

Inny cel. Delta Jeden potrafił to wyczuć. Prawda wychodzi na jaw. Muszą jak najszybciej załatać kolejny przeciek, który powstał na statku kontrolera. Statek nie przeciekałby, pomyślał Delta Jeden, gdybyśmy wyeliminowali cele na Lodowcu Milne'a. Wiedział cholernie dobrze, że sprząta bałagan, którego sam narobił.

— Do gry weszła czwarta osoba — oznajmił kontroler.

— Kto?

Kontroler milczał przez chwilę, a potem podał nazwisko.



Trzej mężczyźni wymienili zaskoczone spojrzenia. Było to nazwisko, które dobrze znali.

Nic dziwnego, że wymówił je z taką niechęcią, pomyślał Delta Force. Jak na operację, która miała być czysta, liczba i status celów szybko wzrastały. Czuł, jak napinają mu się mięśnie, gdy kontroler uprzedził, że zaraz poda szczegółowe wskazówki, jak i gdzie wyeliminować nowy cel.

— Stawka ogromnie wzrosła — powiedział. — Słuchajcie uważnie. Podam instrukcje tylko raz.
Rozdział 89

Odrzutowiec G-4 leciał wysoko nad północną częścią Maine w kierunku Waszyngtonu. Michael Tolland i Corky Marlinson patrzyli na Rachel, która wyjaśniała swoją teorię podwyższonej ilości jonów wodoru w skorupie obtopieniowej meteorytu.

— NASA ma ośrodek doświadczalny zwany stacja Plum Brook — mówiła, ledwo wierząc własnym uszom. Dzielenie się tajnymi informacjami nie było czymś, co robiła na co dzień, ale biorąc pod uwagę okoliczności, Tolland i Corky mieli prawo wiedzieć. — Plum Brook jest zasadniczo komorą doświadczalną najnowszych układów napędowych NASA. Dwa lata temu skracałam raport o testowanym tam nowym projekcie zwanym ECE20, czyli silniku ekspansyjnym.

Corky popatrzył na nią podejrzliwie.

— Silniki ekspansyjne wciąż są na etapie teoretycznym. Istnieją tylko na papierze. Nikt ich nie testuje. Całe dziesięciolecia dzielą nas od prób.

Rachel pokręciła głową.

— Mylisz się, Corky. NASA ma prototypy i poddaje je próbom.

— Co takiego? — Astrofizyk miał sceptyczną minę. — ECE pracuje na płynnej mieszance tlenowo-wodorowej, która zamarza w kosmosie, i z tego powodu silnik jest dla NASA bezwartościowy. Oświadczyli, że nawet nie podejmą próby skonstruowania ECE, dopóki nie uporają się z problemem zamarzania paliwa.

— Uporali się. Usunęli tlen i teraz paliwem jest tak zwana breja wodorowa, swego rodzaju paliwo kriogeniczne składające się z czystego wodoru w stanie ciekłym i stałym. Spalanie przebiega bardzo gwałtownie i jest niezwykle czyste. Silnik jest również mocnym kandydatem do układu napędowego, jeśli NASA zacznie organizować misje na Marsa.

Na twarzy Corky'ego malowało się zdumienie.

— To nie może być prawdą.

— To coś więcej niż prawda. Pisałam o tym w raporcie dla prezydenta. Mój szef chwycił za broń, bo NASA zamierzała pochwalić się swoimi osiągnięciami przed całym światem. Chciał, żeby Biały Dom zmusił NASA do utajnienia tego paliwa wodorowego.

— Dlaczego?

— Nieważne. — Rachel nie miała zamiaru zdradzać więcej sekretów, niż musiała. Prawda była taka, że w sferach odpowiedzialnych za bezpieczeństwo narodowe coraz większe zaniepokojenie budziło coś, z czego niewiele osób zdawało sobie sprawę — alarmujące postępy Chin w rozwoju technologii kosmicznych. Chińczycy budowali obecnie „wyrzutnię do wynajęcia", którą zamierzali udostępniać bogatym oferentom, przy czym wielu spośród nich było wrogami Stanów Zjednoczonych. To mogło mieć druzgoczące implikacje dla bezpieczeństwa USA. Na szczęście NRO wiedziało, że Chiny trzymają się skazanego na niepowodzenie modelu napędowo-paliwowego. Pickering nie widział powodu, żeby dzielić się z nimi informacjami na temat bardziej obiecującego paliwa wodorowego.

— Mówisz więc, że NASA ma silnik czystego spalania, napędzany czystym wodorem? — zapytał Tolland.

Rachel pokiwała głową.

— Nie znam liczb, ale temperatura gazów wylotowych w tych silnikach przypuszczalnie kilka razy przekracza wszystko, co do tej pory powstało. NASA miała nie lada problem ze znalezieniem odpowiedniego materiału na dysze. — Po chwili milczenia dodała: — Wielka skała umieszczona za jednym z takich silników podlegałaby działaniu bogatego w wodór płomienia o niespotykanej dotąd temperaturze. Powstałaby całkiem niezła skorupa obtopieniowa.

— Daj spokój! — parsknął Corky. — Wracamy do wersji fałszywego meteorytu?

Tolland był zaintrygowany.

— Prawdą powiedziawszy, to wcale niegłupi pomysł. Realizacja wymagałaby wysiłku nie większego niż ten, jaki wiązałby się z ustawieniem głazu na płycie wyrzutni pod startującym promem kosmicznym.

— Boże dopomóż — mruknął Corky. — Lecę w samolocie z wariatami.

— Corky, hipotetycznie skała poddana działaniu gazów wylotowych wykazywałaby takie same cechy co ta, która przeszła przez atmosferę, prawda? Miałbyś takie same zagłębienia i nacieki topiącego się materiału.

Corky chrząknął.

— Możliwe.

— A opisane przez Rachel czyste spalanie paliwa wodorowego nie pozostawiłoby żadnych zanieczyszczeń chemicznych. Tylko wodór. Zwiększony poziom jonów wodoru w warstwie powierzchniowej.

Corky przewrócił oczami.

— Słuchaj, jeśli silnik ECE naprawdę istnieje i pracuje na brei wodorowej, przypuszczam, że ta hipoteza jest możliwa. Ale okropnie naciągana.

— Dlaczego? — zapytał Tolland. — Proces wydaje się dość prosty.

Rachel pokiwała głową.

— Wszystkim, czego potrzeba, jest licząca sto dziewięćdziesiąt milionów lat skała ze skamielinami. Wystarczy przypalić ją w płomieniu wylotowym silnika ekspansyjnego, a potem zagrzebać w lodzie. Błyskawiczny meteoryt.

— Może dla turystów — mruknął Corky — ale nie dla naukowców z NASA! Poza tym wciąż nie wyjaśniłaś obecności chondr!

Rachel spróbowała sobie przypomnieć, jak powstają chondry.

— Mówiłeś, że chondry powstają w wyniku szybkiego ogrzewania i chłodzenia w kosmosie, prawda?

Corky przytaknął.

— Chondry powstają wówczas, kiedy skała schłodzona w kosmosie nagle zostaje rozgrzana do stanu częściowego stopienia, do około tysiąca pięciuset pięćdziesięciu stopni Celsjusza. Potem musi ulec schłodzeniu, bardzo szybko, a wtedy roztopione minerały twardnieją, przybierając formę kulistych skupień krystalicznych.

Tolland uważnie przyjrzał się przyjacielowi.

— I ten proces nie może zajść na Ziemi?

— To niemożliwe. Na tej planecie nie ma różnic temperatur, które mogłyby spowodować tak szybką przemianę. Mówimy o cieple powstającym w trakcie reakcji jądrowej i o zerze absolutnym kosmosu. Te skrajne wartości po prostu nie występują na Ziemi.

Rachel zastanowiła się.

— Przynajmniej nie w warunkach naturalnych.

Corky odwrócił się w jej stronę.

— Co masz na myśli?

— Po prostu sztuczne podgrzanie i schłodzenie. Skała mogła zostać podgrzana przez silnik napędzany wodorem, a następnie szybko schłodzona w komorze kriogenicznej.

Corky wytrzeszczył oczy.

— Sztuczne chondry?

— To jest pomysł.

— Niedorzeczny. — Corky podrzucił próbkę meteorytu. — Czyżbyś zapomniała? Wiek tych chondr został oceniony na sto siedemdziesiąt milionów lat. — Jego ton stał się protekcjonalny. — O ile wiem, sto siedemdziesiąt milionów lat temu nikt nie budował silników wodorowych ani komór kriogenicznych.

Chondry czy nie, myślał Tolland, dowodów przybywa. Milczał od kilku minut, zmartwiony najnowszą rewelacją Rachel na temat skorupy obtopieniowej. Jej hipoteza, choć zdumiewająco śmiała, otworzyła nowe drzwi i poprowadziła jego myśli w nieoczekiwanym kierunku. Jeśli można stworzyć skorupę obtopieniową... to co jeszcze jest możliwe?

— Co tak zamilkłeś? — zapytała Rachel.

Tolland podniósł głowę. Przez chwilę w przyćmionym świetle wnętrza samolotu widział w jej oczach troskę, która przywiodła mu na myśl Celię. Otrząsnął się szybko ze wspomnień i westchnął, zmęczony.

— Myślałem...

Uśmiechnęła się.

— O meteorytach?

— A o czymże innym?

— Zrewidowałeś wszystkie dowody, próbując dojść do tych niepodważalnych?

— Mniej więcej.

— Jakieś wnioski?

— Niezupełnie. Martwi mnie, ile pewników runęło w świetle odkrycia dolnego szybu w lodzie.

— Hierarchiczny dowód jest domkiem z kart — zauważyła Rachel. — Usuń podstawowe założenie, a wszystko zacznie się sypać. Podstawowym założeniem było miejsce znalezienia meteorytu.

Otóż to.


— Kiedy przybyłem na Lodowiec Milne'a, administrator powiedział mi, że meteoryt został znaleziony w dziewiczym, trzystuletnim lodzie, a jego gęstość była większa niż gęstość skał występujących na tym obszarze, co uznałem za dowód pozaziemskiego pochodzenia.

— Ty i cała reszta.

— Średnia zawartość niklu, choć przekonująca, najwyraźniej nie jest rozstrzygającym dowodem.

— Jest bliska meteorytowej — wtrącił Corky.

— Ale niezupełnie pasuje do przedziału.

Corky niechętnie pokiwał głową, przyznając mu rację.

— A kosmiczny „robak", choć szokująco dziwaczny — mówił Tolland — może być w rzeczywistości bardzo starym abisalnym skorupiakiem.

Rachel też pokiwała głową.

— A teraz skorupa obtopieniowa...

— Przykro mi to mówić — Tolland, zerknął na Corky'ego — ale czuję, że dowody przeciw zaczynają przeważać nad tymi za.

— Nauka nie opiera się na przeczuciach — zaznaczył Corky — tylko na dowodach. W skale mamy chondry, struktury specyficzne dla meteorytów. Zgadzam się z wami, że wszystko, co widzieliśmy, jest niepokojące, ale nie możemy zignorować chondr. Dowód na korzyść jest niepodważalny, podczas gdy dowody przeciwko mają charakter poszlakowy.

Rachel ściągnęła brwi.

— I dokąd nas to prowadzi?

— Donikąd — uciął Corky. — Chondry dowodzą, że mamy do czynienia z meteorytem. Pytanie, dlaczego ktoś wetknął go pod lód.

Tolland chciałby uwierzyć w logikę przyjaciela, ale coś mu nie pasowało.

— Nie wyglądasz na przekonanego, Mike — zauważył Corky. Tolland westchnął.

— Sam nie wiem. Dwa trafienia na trzy możliwe to nieźle, Corky, ale do trzech brakuje jednego. Po prostu czuję, że coś przeoczyliśmy.
Rozdział 90

Przyłapali mnie, pomyślał Chris Harper, z drżeniem wyobrażając sobie więzienną celę. Senator Sexton wie, że kłamałem na temat oprogramowania PODS.

Gdy prowadził Gabrielle Ashe z powrotem do biura, jego nienawiść do administratora NASA narastała z chwili na chwilę. Dzisiejszej nocy dowiedział się, jak głęboko sięga oszustwo Ekstroma. Nie dość, że zmusił go do kłamstwa na konferencji prasowej, to jeszcze zabezpieczył się na wypadek, gdyby podwładny stchórzył i postanowił wystąpić z drużyny.

Dowody defraudacji, pomyślał Harper. Szantaż. Bardzo sprytnie. Ostatecznie kto uwierzyłby malwersantowi, próbującemu zdyskredytować największe osiągnięcie w historii amerykańskiej astronautyki? Już wiedział, do czego gotów jest posunąć się administrator NASA, żeby ratować amerykańską agencję kosmiczną, a teraz, po ogłoszeniu odkrycia meteorytu ze skamielinami, stawka niebotycznie wzrosła.

Harper krążył przez jakiś czas wokół szerokiego stołu, na którym stał miniaturowy model satelity PODS — cylinder z licznymi antenami i obiektywami za odblaskowymi osłonami. Gabrielle siedziała, wodząc za nim ciemnymi oczami. Czekała. Harper miał mdłości, które przypominały mu o tym, co czuł w czasie tej niesławnej konferencji prasowej. Tamtej nocy odegrał marne przedstawienie i wszyscy zasypywali go pytaniami. Musiał kłamać, że był chory. Na szczęście koledzy i dziennikarze przeszli do porządku dziennego nad tym niefortunnym wystąpieniem i szybko o nim zapomnieli.

A teraz kłamstwo wróciło, żeby się na nim zemścić.

Twarz Gabrielle Ashe złagodniała.

— Panie Harper, mając administratora za wroga, będzie pan potrzebował potężnego sprzymierzeńca. Senator Sexton może okazać się pańskim jedynym przyjacielem w tej sprawie. Zacznijmy od kłamstwa dotyczącego oprogramowania PODS. Proszę mi powiedzieć, co się stało.

Harper westchnął. Wiedział, że pora wyznać prawdę. Powinienem to zrobić na samym początku, cholera jasna!

— Wystrzelenie PODS przebiegło gładko — zaczął. — Satelita zgodnie z planem wszedł na orbitę biegunową.

Gabrielle Ashe miała znudzoną minę. Najwyraźniej te informacje nie były dla niej niczym nowym.

— Proszę dalej.

— Potem zaczęły się kłopoty. Kiedy przygotowaliśmy się do zbadania lodu pod kątem anomalii gęstości, oprogramowanie na pokładzie zawiodło.

— Aha...


Harper mówił teraz szybciej.

— Program powinien dokonywać szybkiej analizy danych z tysięcy akrów powierzchni i wskazywać te części lodu, których gęstość odbiega od normy. Zasadniczo miał szukać miękkich miejsc, będących wskaźnikami globalnego ocieplenia, ale powinien również sygnalizować inne odstępstwa od normalnej gęstości. Plan przewidywał, że PODS przez kilka tygodni będzie skanować północną strefę okołobiegunową po krąg polarny i identyfikować wszystkie anomalie, żebyśmy mogli ocenić skalę globalnego ocieplenia.

— Ale bez sprawnego oprogramowania PODS nie na wiele się przydał — wtrąciła Gabrielle. — NASA musiałaby analizować obrazy na „piechotę", centymetr kwadratowy po centymetrze, szukając podejrzanie wyglądających miejsc.

Herper pokiwał głową, na nowo przeżywając koszmar będący wynikiem błędu w oprogramowaniu.

— To zajęłoby dziesiątki lat. Sytuacja była okropna. Z powodu błędu w moim programie PODS stał się praktycznie bezwartościowy. W obliczu nadchodzących wyborów i krytyki NASA przez senatora Sextona... — Westchnął.

— Pański błąd był katastrofalny dla NASA i prezydenta.

— Nie mógł zdarzyć się w gorszym momencie. Administrator wpadł w szał. Obiecałem mu, że usunę usterkę w czasie następnego lotu wahadłowca; rzecz sprowadza się do wymiany kości półprzewodnikowej z programem. Ale na to też było trochę za późno. Wysłał mnie na urlop, choć w gruncie rzeczy zostałem zwolniony. To było miesiąc temu.

— A jednak przed dwoma tygodniami wystąpił pan w telewizji i oznajmił, że znalazł pan wyjście z sytuacji.

Harper zgarbił się.

— Straszliwy błąd. Tego dnia administrator wezwał mnie do siebie. Był zdesperowany. Powiedział mi, że mogę się zrehabilitować. Poprosił mnie o poprowadzenie konferencji prasowej i oświadczenie, że znalazłem obejście dla usterki w programie PODS i że za parę tygodni zaczniemy odbierać dane. Powiedział, że przyczyny poda mi później.

— I pan się zgodził.

— Nie, odmówiłem! Po godzinie administrator przyszedł do mojego biura... ze starszym doradcą Białego Domu.

— Co takiego? — zdumiała się Gabrielle. — Z Marjorie Tench? Z tą paskudą, pomyślał Harper, kiwając głową.

— Kazali mi usiąść i oświadczyli, że przez mój błąd NASA wraz z prezydentem znalazła się na skraju przepaści. Pani Tench wspomniała o planach senatora, który dąży do sprywatyzowania NASA. Powiedziała, że powinienem wszystko wyprostować, bo tyle jestem winien prezydentowi i agencji. Wyjaśniła też, jak mam to zrobić.

Gabrielle pochyliła się w jego stronę.

— Niech pan mówi dalej.

— Marjorie Tench poinformowała mnie, że Biały Dom w następstwie szczęśliwego zbiegu okoliczności wszedł w posiadanie informacji, iż w Lodowcu Szelfowym Milne'a jest pogrzebany wielki meteoryt. Jeden z największych dotąd znalezionych. Odkrycie meteorytu tej wielkości znacznie poprawiłoby wizerunek NASA.

Gabrielle była zaszokowana.

— Chwileczkę, mówi pan, że przed odkryciem dokonanym przez PODS ktoś już wiedział o meteorycie?

— Tak. PODS nie miał nic wspólnego z odkryciem. Administrator wiedział o istnieniu meteorytu. Po prostu podał mi współrzędne, kazał ustawić satelitę nad lodowcem i udawać, że to PODS dokonał odkrycia.

— Pan żartuje.

— Sam tak zareagowałem, kiedy poprosili mnie o udział w tym oszustwie. Nie chcieli mi powiedzieć, skąd wiedzą o meteorycie, ale pani Tench z uporem powtarzała, że to nie ma znaczenia, że trafia się idealna okazja na uratowanie reputacji PODS. Jeśli udam, że satelita zlokalizował meteoryt, wtedy NASA będzie mogła pochwalić się sukcesem, co z kolei poprawi notowania prezydenta przed wyborami.

Gabrielle była poruszona.

— A pan oczywiście nie mógłby ogłosić odkrycia meteorytu bez wcześniejszego oświadczenia, że oprogramowanie wykrywające anomalie działa bez zarzutu.

Harper pokiwał głową.

— Stąd kłamstwo na konferencji prasowej. Zostałem do tego zmuszony. Tench i administrator byli bezwzględni. Przypomnieli mi, co komu zawdzięczam. Prezydent sfinansował mój projekt PODS, NASA poświęciła mu całe lata, a ja zaprzepaściłem wszystko jednym błędem w programie.

— Dlatego zgodził się pan pomóc.

— Nie miałem wyboru. Moja kariera dobiegłaby końca, gdybym tego nie zrobił. I prawda była taka, że gdybym nie schrzanił programu, PODS faktycznie znalazłby meteoryt. Dlatego w owym czasie kłamstwo wydawało się niewinne. Wytłumaczyłem je sobie, mówiąc, że oprogramowanie i tak zostanie poprawione, kiedy za parę miesięcy wystartuje wahadłowiec, więc sprawa sprowadza się do ogłoszenia faktu z wyprzedzeniem.

Gabrielle zagwizdała.

— Małe kłamstwo, żeby wykorzystać okazję, jaka pojawiła się wraz z meteorytem.

Sama rozmowa o tym sprawiała, że Harperowi było niedobrze.

— A więc... zrobiłem to. Zgodnie z poleceniem administratora zwołałem konferencję prasową i ogłosiłem, że znalazłem obejście usterki programu wykrywającego anomalie, odczekałem parę dni, ustawiłem PODS nad miejscem, którego współrzędne podał mi administrator. Potem, trzymając się hierarchii służbowej, zadzwoniłem do dyrektora EOS i zameldowałem, że satelita wykrył anomalię o wysokiej gęstości na Lodowcu Milne'a. Podałem mu współrzędne i powiedziałem, że anomalia jest dość gęsta, by wskazywać na meteoryt. NASA natychmiast wysłała na lodowiec niewielki zespół, żeby zrobić kilka odwiertów i zbadać rdzenie. Zaraz potem operacja została utajniona.

— A zatem do dziś nie miał pan pojęcia, że w meteorycie są skamieniałości?

— Nikt tego nie wiedział. Wszyscy jesteśmy w szoku. Teraz wszyscy nazywają mnie bohaterem, bo niby znalazłem dowody na istnienie życia pozaziemskiego, a ja nie wiem, co powiedzieć.

Gabrielle milczała przez długą chwilę, nie spuszczając oczu z Harpera.

— Ale skoro PODS nie zlokalizował meteorytu w lodzie, to skąd administrator o nim wiedział?

— Znalazł go ktoś inny.

— Ktoś inny? Kto?

Harper westchnął.

— Kanadyjski geolog Charles Brophy, prowadzący badania na Wyspie Ellesmere'a. Najwyraźniej robił geologiczne badania ultradźwiękowe na Lodowcu Milne'a, kiedy przez przypadek wykrył w lodzie obecność czegoś, co wyglądało na wielki meteoryt. Podał wiadomość przez radio, a NASA przypadkiem przechwyciła transmisję.

Oczy Gabrielle rozszerzyły się ze zdumienia.

— I ten Kanadyjczyk się nie wściekł, że NASA przypisuje sobie całą zasługę?

— Nie — odparł Harper, czując chłód. — Tak się składa, że facet nie żyje.
Rozdział 91

Michael Tolland zamknął oczy i słuchał pomruku odrzutowego silnika. Zrezygnował z prób rozgryzienia zagadki meteorytu do czasu powrotu do Waszyngtonu. Chondry, według Corky'ego, były rozstrzygającym dowodem; skała z Lodowca Milne'a mogła być tylko meteorytem. Rachel miała nadzieję, że da Williamowi Pickeringowi jednoznaczną odpowiedź, ale jej intelektualne eksperymenty utknęły w ślepej uliczce o nazwie „chondry". Dowody budziły podejrzenia, jednak sam meteoryt wydawał się autentyczny.

Musi być autentyczny.

Przeżycia na oceanie były dla Rachel wstrząsająco koszmarne, lecz mimo to wykazywała się nadzwyczajnym opanowaniem. Koncentrowała się na problemie, próbując znaleźć sposób na obalenie lub potwierdzenie autentyczności meteorytu oraz odgadnąć, kto nastawał na ich życie.

Przez większą część lotu siedziała obok niego. Rozmowa z nią sprawiała mu przyjemność, na przekór denerwującym okolicznościom. Kilka minut temu poszła do toalety, a on ze zdumieniem stwierdził, że dotkliwie odczuwa jej brak. Zastanowił się, ile czasu minęło, odkąd tęsknił za kobietą — za kobietą inną niż Celia.



1   ...   20   21   22   23   24   25   26   27   ...   35


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna