Wydawnictwo sonia draga



Pobieranie 2,1 Mb.
Strona23/35
Data23.10.2017
Rozmiar2,1 Mb.
1   ...   19   20   21   22   23   24   25   26   ...   35

— Pomyślałbyś, że to możliwe? — zapytała zdumionego towarzysza. — Mój Boże, istny obłęd!

Mężczyzna popatrzył na nią dziwnie.

— Faceci z SETI muszą odchodzić od zmysłów! — mówiła Gabrielle. — Ich anteny od dwudziestu lat przeczesywały pola dryftowe poniżej dwustu milijanskych, a dowód przez ten czas leżał pogrzebany w lodzie na Ziemi!

Mężczyzna zrobił zdziwioną minę.

— No... tak, to całkiem... — Popatrzył na jej szyję i stropił się, nie widząc identyfikatora. — Przepraszam, czy pani...

— Trzecie piętro. Wypadłam z domu w takim pośpiechu, że nie pamiętam, czy założyłam bieliznę! — Roześmiała się, rzucając okiem na jego identyfikator: JAMES THEISEN, wydział finansów.

— Pracuje pani tutaj, panno...? — Mężczyzna miał zakłopotaną minę.

Gabrielle udała oburzenie.

— No wiesz, Jim? Jak mogłeś mnie zapomnieć?

Mężczyzna speszył się i zakłopotany przeciągnął ręką po łysinie.

— Przepraszam, wiesz, to przez ten cały młyn. Przyznaję, wyglądasz bardzo znajomo. W jakim programie uczestniczysz?

Cholera. Gabrielle błysnęła pewnym siebie uśmiechem.

— EOS.

Mężczyzna wskazał oświetlony guzik trzeciego piętra.



— To jasne, ale chodziło mi o projekt.

Gabrielle czuła, jak przyspiesza jej puls. Mogła wymyślić tylko jedno.

— PODS.

Mężczyzna okazał zdumienie.



— Poważnie? Myślałem, że znam wszystkich z zespołu doktora Harpera.

Stropiona pokiwała głową.

— Chris trzyma mnie w ukryciu. Jestem programistką, to ja spieprzyłam wskaźnik voxeli w programie anomalii.

Łysemu opadła szczęka.

— To ty...?

Gabrielle ściągnęła brwi.

— Nie spałam przez to całymi tygodniami.

— Ale doktor Harper wziął wszystko na siebie!

— Wiem. Chris już taki jest. Na szczęście udało mu się wszystko wyprostować. Ale to już nieważne. Pomyśl o dzisiejszym oświadczeniu. Niesamowita sprawa z tym meteorytem, prawda? Nie mogę wyjść ze zdumienia!

Winda zatrzymała się na trzecim piętrze. Gabrielle wyskoczyła na korytarz.

— Fajnie, że cię spotkałam, Jim. Pozdrów chłopaków z finansów!

— Jasne — wyjąkał mężczyzna, gdy drzwi się zamykały. — Miło było cię widzieć.


Rozdział 84

Zach Herney, jak większość jego poprzedników, spał po cztery, pięć godzin na dobę. W ciągu paru zeszłych tygodni musiał zadowolić się jeszcze krótszym wypoczynkiem. Teraz podniecenie związane z wieczornymi wydarzeniami powoli zaczęło opadać, ustępując miejsca zmęczeniu.

Wraz z kilkoma urzędnikami wyższego szczebla Herney uczcił odkrycie szampanem w Pokoju Roosevelta, oglądając w telewizji niezliczone powtórki z konferencji prasowej, wypowiedzi naukowców z filmu Tollanda i komentarze innych specjalistów. W tej chwili na ekranie widać było uśmiechniętą korespondentkę, stojącą z mikrofonem przed Białym Domem.

— Poza oszałamiającym znaczeniem dla całej ludzkości — mówiła — odkrycie NASA odegra ogromną rolę polityczną tutaj, w Waszyngtonie. Wydobycie meteorytu ze skamielinami nie mogło nastąpić w lepszym czasie dla osaczonego prezydenta. — Jej głos stal się ponury. — Ani w gorszym dla senatora Sextona. — Przerwano relację na żywo, żeby odtworzyć niesławną popołudniową debatę w CNN.

— „...po trzydziestu pięciu latach bezowocnych poszukiwań dla wszystkich stało się jasne, iż nie znajdziemy życia pozaziemskiego.

— A jeśli się pan myli?

— Och, na miłość boską, pani Tench, prędzej mi kaktus na dłoni wyrośnie!".

Wszyscy w Pokoju Roosevelta się roześmieli. Z perspektywy czasu manewr Tench mógł wydać się okrutny i brutalny, ale widzowie tego nie zauważyli; aroganckie samozadowolenie Sextona sprawiało, że w oczach ogółu po prostu dostał to, o co sam się prosił.

Prezydent rozejrzał się, szukając Marjorie Tench. Nie widział jej od czasu konferencji prasowej. Nie było jej w pokoju. Dziwne, pomyślał. To również jej zwycięstwo.

W wiadomościach telewizyjnych znów komentowano ogromny polityczny skok Białego Domu i katastrofalny upadek senatora Sextona.

Jak wielką zmianę przyniósł jeden dzień, pomyślał prezydent. Świat człowieka polityki może zmienić się w jednej chwili.

O świcie miał zrozumieć, jak bardzo prawdziwe były te słowa.


Rozdział 85

„Możemy mieć problem z Pickeringiem", powiedziała Tench.

Administrator Ekstrom był zbyt pochłonięty tą nową wiadomością, żeby zwrócić uwagę na nasilającą się burzę. Wycie naciągów stało się bardziej przenikliwie, a ludzie nie przestawali kręcić się i gawędzić, zamiast iść spać. Ekstrom rozmyślał o innej burzy — o burzy, na którą zanosiło się w Waszyngtonie. W ciągu paru zeszłych godzin wynikło wiele problemów, z którymi próbował sobie radzić. Ten ostatni wydawał się poważniejszy od wszystkich innych razem wziętych.

„Możemy mieć problem z Pickeringiem".

Ekstrom nie znał nikogo, z kim miałby mniejszą ochotę się zmierzyć. William Pickering nękał go od lat, próbując przejąć kontrolę nad polityką bezpieczeństwa NASA, forsując inne priorytety misji, pomstując na coraz częstsze niepowodzenia agencji.

Przyczyny niechęci Pickeringa, jak wiedział, sięgały znacznie głębiej niż niedawna strata wartego miliard dolarów satelity NRO SIGINT w wybuchu na wyrzutni startowej NASA, głębiej niż przecieki tajnych informacji czy bitwa o werbowanie kluczowego personelu. Skargi Pickeringa na agencję tworzyły nieprzerwany potok rozczarowania i pogardy.

Z powodu pięcioletniego opóźnienia w realizacji projektu samolotu kosmicznego X-33, który miał zastąpić wahadłowce, liczne satelity NRO albo nie opuściły Ziemi, albo trafiały na orbitę z opóźnieniem, a tych, które już tam były, nie poddawano należytej konserwacji. Ostatnio wściekłość Pickeringa osiągnęła szczyty, kiedy wyszło na jaw, że NASA odstąpiła od projektu, przełykając stratę dziewięciuset milionów dolarów.

Ekstrom odciągnął zasłonę i wszedł do swojego biura. Usiadł przy biurku i oparł głowę na rękach. Musi podjąć trudne decyzje. Dzień, który zaczął się tak cudownie, przemienił się w koszmar. Administrator spróbował rozgryźć sposób myślenia Williama Pickeringa. Co zrobi dyrektor NRO? Człowiek o jego inteligencji na pewno rozumie znaczenie odkrycia NASA. Wie, że pewne decyzje zostały podjęte w desperacji i jest świadom nieodwracalności szkód, jakie mogą być następstwem tej chwili triumfu.

Co Pickering zrobi z posiadanymi informacjami? Machnie na nie ręką czy każe agencji zapłacić za niedociągnięcia?

Ekstrom ściągnął brwi, gdyż był prawie pewny wyboru Pickeringa.

Miał przecież o wiele większy żal do NASA... osobistą urazę, której korzenie sięgały znacznie głębiej niż względy polityczne.
Rozdział 86

Rachel w milczeniu wyglądała przez okno, gdy samolot leciał na południe wzdłuż kanadyjskiego brzegu Zatoki Świętego Wawrzyńca. Tolland siedział w pobliżu, rozmawiając z Corkym. Mimo przewagi dowodów świadczących o autentyczności meteorytu, stwierdzenie Corky'ego, że zawartość niklu „wykracza poza przyjęty przedział wartości średnich", podsyciło jej początkowe podejrzenia. Ukradkowe umieszczenie meteorytu w lodzie mogło mieć sens tylko jeśli byłoby częścią błyskotliwie obmyślonego oszustwa.

A jednak pozostałe naukowe dowody wskazywały na autentyczność meteorytu.

Rachel odwróciła się od okna i spojrzała na trzymany w dłoni kamienny krążek. Maleńkie chondry błyszczały w świetle. Tolland i Corky dyskutowali o nich od jakiegoś czasu, używając naukowych terminów, których nie rozumiała — zrównoważone poziomy oliwinu, metastabilne matryce szklane, ponowne ujednolicenie wskutek metamorfizmu. Mimo wszystko wniosek był jasny: obaj zgadzali się, że chondry są strukturami specyficznymi, występującymi wyłącznie w meteorytach. W ich przypadku żadne fałszerstwo nie wchodziło w rachubę.

Rachel obracała krążek w ręku, przeciągając palcem po krawędzi, na której widać było fragment skorupy obtopieniowej. Zwęglenie wyglądało stosunkowo świeżo — na pewno nie na trzysta lat — chociaż Corky mówił, że meteoryt został hermetycznie zamknięty w lodzie i nie podlegał działaniu czynników atmosferycznych. Wyjaśnienie wydawało się przekonujące i logiczne. Rachel widziała w telewizji program, w którym prezentowano wydobyte z lodu, zachowane niemal w idealnym stanie zwłoki człowieka sprzed czterech tysięcy lat.

Gdy przyglądała się skorupie obtopieniowej, do głowy wpadła jej dziwna myśl — brakuje jednej ważnej informacji. Zastanowiła się, czy przeoczyła ją wśród natłoku wszystkich innych, czy ktoś po prostu zapomniał ją podać.

Odwróciła się w stronę Corky'ego.

— Czy ktoś badał wiek skorupy obtopieniowej?

Corky popatrzył na nią z roztargnieniem.

— Co?


— Czy ktoś datował obtopienie? Czy możemy przyjąć za pewnik, że skała została nadtopiona dokładnie w czasie upadku meteorytu Jungersola?

— Przykro mi, ale tego nie można sprawdzić. Utlenienie znosi wszystkie niezbędne markery izotopowe. Poza tym izotopy promieniotwórcze mają zbyt drugi okres rozpadu połowicznego, żeby można było na ich podstawie określić wiek czegoś, co ma mniej niż pięćset lat.

Rachel zastanawiała się nad tym przez chwilę, rozumiejąc teraz, dlaczego w danych brakowało informacji na temat wieku obtopienia.

— W takim razie, według naszej wiedzy, skała mogła zostać obtopiona tak w średniowieczu, jak w zeszłym tygodniu, prawda?

— Nikt nie powiedział, że nauka zna wszystkie odpowiedzi — odparł Tolland ze śmiechem.

Rachel pozwoliła myślom błądzić.

— Skorupa obtopieniowa powstaje w wyniku oddziaływania bardzo wysokich temperatur. Ta skała mogłaby właściwie zostać nadtopiona gdzieś na przestrzeni minionego półwiecza, i to na wiele różnych sposobów.

— Błąd — zaoponował Corky. — Nadtopiona na wiele sposobów? Nie. Jest tylko jeden sposób. Przechodzenie przez atmosferę.

— Nie ma innej możliwości? A piec hutniczy?

— Piec hutniczy? — parsknął astrofizyk. — Próbki były badane pod mikroskopem elektronowym. Nawet najbardziej czysty piec na Ziemi zostawiłby na kamieniu ślady użytego paliwa — jądrowego, chemicznego, kopalnego. Wykluczone. I nie zapominaj o naciekach, które są wynikiem przechodzenia przez atmosferę. Coś takiego nie powstanie w żadnym piecu.

Rachel zapomniała o układzie strużek na meteorycie. Wyglądało na to, że skała rzeczywiście przechodziła przez atmosferę.

— A wulkan? Czy mogłyby powstać w czasie gwałtownej erupcji?

Corky pokręcił głową.

— W skorupie nie ma zanieczyszczeń.

Rachel spojrzała na Tollanda.

Oceanograf pokiwał głową.

— Przykro mi, mam pewne doświadczenie z wulkanami, lądowymi i podmorskimi. Corky się nie myli. Produkty wybuchu wulkanicznego są silnie zanieczyszczone przez dwutlenek węgla, dwutlenek siarki, siarkowodór, kwas chlorowodorowy. Zanieczyszczenia zostałyby wykryte w czasie skanowania. Ta skorupa obtopieniowa, czy nam się to podoba, czy nie, jest wynikiem czystego spalania pod wpływem tarcia w czasie przechodzenia przez atmosferę.

Rachel westchnęła, odwracając się do okna. Czyste spalanie. To określenie nie dawało jej spokoju. Znów odwróciła się do Tollanda.

— Co rozumiesz przez czyste spalanie?

Wzruszył ramionami.

— W próbkach badanych pod mikroskopem elektronowym nie znaleźliśmy śladów paliwa, wiemy więc, że ciepło było wynikiem oddziaływania energii kinetycznej i tarcia, a nie zastosowania paliwa chemicznego czy jądrowego.

— Skoro nie znaleźliście żadnych obcych pierwiastków paliwowych, to co znaleźliście? Konkretnie, jaki był skład skorupy obtopieniowej?

— Znaleźliśmy dokładnie to, co spodziewaliśmy się znaleźć — odparł Corky. — Czyste pierwiastki atmosferyczne. Azot, tlen, wodór. Ani śladu ropy naftowej. Ani śladu siarki. Żadnych kwasów wulkanicznych. Nic szczególnego. Wszystko to, co widzimy, kiedy meteoryty przechodzą przez atmosferę.

Rachel odchyliła się w fotelu, głęboko skupiona.

Corky pochylił się, żeby na nią spojrzeć.

— Tylko mi nie mów, że NASA zapakowała skałę ze skamielinami na pokład promu i rzuciła ją w stronę Ziemi z nadzieją, że nikt nie zauważy kuli ognia, wielkiego krateru ani eksplozji!

Rachel nie myślała o tym, choć założenie brzmiało interesująco. Było niewykonalne, lecz tym niemniej ciekawe. Jej myśli krążyły bliżej domu. Pierwiastki atmosferyczne. Czyste spalanie. Żłobkowanie będące wynikiem przechodzenia przez atmosferę. W dalekim zakątku jej umysłu zapaliło się nikłe światełko.

— Czy proporcje pierwiastków atmosferycznych były dokładnie takie, jak w skorupie obtopieniowej każdego innego meteorytu? — zapytała.

— A czemu pytasz? — Corky nie rwał się do udzielenia odpowiedzi.

Rachel dostrzegła jego wahanie i jej puls przyspieszył.

— Odbiegały od normy, prawda?

— Istnieje naukowe wyjaśnienie...

Jej serce zaczęło łomotać.

— Czy przypadkiem nie rzucała się w oczy niezwykle wysoka zawartość jednego pierwiastka?

Tolland i Corky wymienili zaskoczone spojrzenia.

— Tak, ale...

— Zjonizowanego wodoru?

Oczy astrofizyka zrobiły się wielkie jak spodki.

— Skąd wiesz?

Tolland też był zaskoczony.

Rachel popatrzyła na nich obu.

— Dlaczego nikt mi o tym nie powiedział?

— Bo istnieje pewne naukowe wyjaśnienie! — oświadczył Corky.

— Zamieniam się w słuch.

— Nadwyżka zjonizowanego wodoru wzięła się stąd, że meteoryt przechodził przez atmosferę w pobliżu bieguna północnego, gdzie ziemskie pole magnetyczne powoduje nietypowo wysoką koncentrację jonów wodoru.

Rachel ściągnęła brwi.

— Na nieszczęście ja znam inne wyjaśnienie.
Rozdział 87

Trzecie piętro kwatery głównej NASA robiło mniejsze wrażenie niż hol — długie sterylne korytarze z równomiernie rozmieszczonymi drzwiami biur. Korytarz był pusty. Laminowane znaki wskazywały różne kierunki.

LANDSAT 7

TERRA


ACRIMSAT

JASON 1


AQUA

PODS


Garbielle podążyła za znakami PODS. Po przebyciu szeregu długich korytarzy i skrzyżowań stanęła przed ciężkimi stalowymi drzwiami. Namalowane za pomocą szablonu litery oznajmiały:

POLARNY ORBITALNY SKANER GĘSTOŚCI (PODS)

Kierownik sekcji, Chris Harper

Drzwi były zamknięte; mógł je otworzyć tylko ten, kto miał kartę magnetyczną oraz PIN, który należało wystukać na bloku klawiszy. Gabrielle przyłożyła ucho do zimnego metalu. Przez chwilę myślała, że słyszy rozmowę. Sprzeczkę. Może jednak nie. Zastanowiła się, czy ma łomotać w drzwi, dopóki ktoś jej nie wpuści. Na nieszczęście plan dojścia do porozumienia z Chrisem Harperem wymagał większej finezji. Rozejrzała się w poszukiwaniu innego wejścia. Niedaleko drzwi we wnęce był schowek. Zajrzała do niego, szukając w nikłym świetle kluczy czy karty magnetycznej dla sprzątaczy. Nic. Tylko szczotki i mopy.

Wróciła pod drzwi i ponownie przyłożyła ucho do metalu. Tym razem wyraźnie usłyszała głosy. I kroki. Ktoś manipulował przy zamku.

Gabrielle nie miała czasu się schować. Uskoczyła w bok i przycisnęła się do ściany, osłonięta skrzydłem otwartych drzwi. Na korytarz wyszło kilka osób. Rozmawiały głośno, ze złością.

— O co chodzi temu Harperowi, do cholery? Myślałem, że będzie w siódmym niebie!

— W taką noc jak dzisiaj chce siedzieć sam? Powinien świętować.

Ciężkie drzwi zaczęły zamykać się na pneumatycznych zawiasach, odsłaniając jej kryjówkę. Gabrielle stała jak sparaliżowana, gdy rozmawiający oddalali się korytarzem. W końcu oderwała się od ściany i niemal w ostatniej chwili złapała klamkę. Patrzyła, jak mężczyźni znikają za zakrętem. Na szczęście byli pochłonięci rozmową i żadnemu nie przyszło na myśl, żeby obejrzeć się i sprawdzić, czy drzwi się zamknęły.

Z walącym sercem Gabrielle uchyliła je szerzej i weszła do słabo oświetlonego pomieszczenia. Po cichu zamknęła drzwi.

Przestronne wnętrze przywodziło na myśl pracownię fizyczną w szkole średniej, z licznymi stanowiskami roboczymi oraz komputerami i sprzętem elektronicznym. Gdy jej oczy przyzwyczaiły się do półmroku, zobaczyła rozrzucone na stołach projekty i arkusze z obliczeniami. Lampy w laboratorium były zgaszone i tylko w biurze po drugiej stronie paliło się światło. Gabrielle szybko ruszyła w tamtą stronę. Przez szybę zobaczyła mężczyznę siedzącego przy komputerze. Pamiętała go z konferencji prasowej NASA. Tabliczka na drzwiach informowała:

Chris Harper Kierownik sekcji PODS

Dotarła tak daleko, lecz nagle opadł ją niepokój. Zastanowiła się, czy naprawdę zdoła dopiąć celu. Przypomniała sobie, z jaką pewnością Sexton twierdził, że Chris Harper kłamał. Postawiłbym na to swoją kampanię, powiedział. Najwyraźniej nie był odosobniony w tym przekonaniu; musieli być jacyś inni, którzy czekali, aż Gabrielle odsłoni przed nimi prawdę, żeby mogli przypuścić atak na NASA i zdobyć choćby mały przyczółek na terytorium, jakie utracili w wyniku ogłoszonych dzisiaj rewelacji. Tench i administracja Herneya próbowali nią manipulować, dlatego nie miała nic przeciwko temu, żeby pomóc senatorowi i jego poplecznikom.

Podniosła rękę, żeby zapukać do drzwi, i znieruchomiała. Usłyszała w głowie głos Yolandy: „Jeśli Chris Harper okłamał świat w sprawie PODS, dlaczego miałby wyznać prawdę tobie?".

Ze strachu. Dziś mało brakowało, a sama padłaby jego ofiarą. Miała plan. Taką taktykę stosował czasami senator, żeby zastraszyć politycznych przeciwników i wydobyć z nich informacje. Gabrielle sporo się nauczyła pod jego kierunkiem, przy czym musiała przyznać, że nie wszystkie lekcje były miłe czy etyczne. Ale dziś potrzebowała wszystkiego, co mogło zapewnić jej przewagę. Jeśli zdoła nakłonić Chrisa Harpera do przyznania się, że kłamał — obojętnie z jakiego powodu — to da kampanii senatora okazję do podniesienia się na nogi. Poza tym Sexton jest człowiekiem, który jeśli tylko ma możliwość manewru, potrafi wyjść obronną ręką z najgorszych opałów.

W rozmowie z Harperem zamierzała posłużyć się sztuczką, zwaną przez Sextona „przestrzeleniem", a wymyśloną już w starożytnym Rzymie, aby uzyskać przyznanie się do winy osoby podejrzewanej o mataczenie. Metoda była zaskakująco prosta:

Wspomnij o informacji, na której ci zależy.

Zarzuć podejrzanemu coś znacznie gorszego.

Niech przesłuchiwany ma okazję wybrać mniejsze zło — w tym przypadku wyznanie prawdy.

Sztuczka wymagała dużej pewności siebie, a tego w tej chwili bardzo Gabrielle brakowało. Biorąc głęboki oddech, powtórzyła w myślach scenariusz i zdecydowanie zapukała do drzwi biura.

— Mówiłem, że jestem zajęty! — zawołał Harper ze znajomym angielskim akcentem.

Zapukała ponownie. Głośniej.

— Mówiłem, że nie zejdę na dół!

Tym razem załomotała w drzwi pięścią.

Chris Harper podszedł i otworzył drzwi.

— Do jasnej cholery, czy... — Urwał, zaskoczony jej widokiem.

— Doktorze Harper — powiedziała, wkładając w te słowa jak najwięcej siły.

— Jak pani tu weszła?

Gabrielle popatrzyła na niego surowo.

— Wie pan, kim jestem?

— Oczywiście. Pani szef całymi miesiącami atakował mój projekt. Jak pani tu weszła?

— Przysłał mnie senator Sexton.

Harper powiódł wzrokiem po laboratorium za jej plecami.

Gdzie osoba, która panią wprowadziła?

— Nie pańska sprawa. Senator ma wpływy.

— W tym gmachu? — Mina Harpera wyrażała powątpiewanie.

— Był pan nieuczciwy, doktorze. Obawiam się, że senator powoła specjalną senacką komisję śledczą, aby przyjrzeć się pańskim matactwom.

Harper spochmurniał.

— O czym pani mówi?

— Tak inteligentny człowiek jak pan, doktorze, nie może pozwolić sobie na luksus udawania głupiego. Jest pan w poważnych kłopotach. Senator przysłał mnie z propozycją układu. Dzisiaj jego kampania ogromnie ucierpiała. Senator nie ma nic do stracenia i jest gotów pociągnąć pana z sobą, jeśli będzie trzeba.

— O czym pani mówi, do cholery?

Gabrielle odetchnęła głęboko i rozpoczęła swoją grę:

— Skłamał pan na konferencji prasowej w sprawie oprogramowania PODS. Wiemy to. Wie o tym mnóstwo ludzi. Ale nie w tym rzecz. — Nim Harper zdążył zaoponować, oznajmiła: — Senator mógłby zdemaskować pańskie kłamstwa, ale nie jest zainteresowany. Interesuje go sprawa znacznie poważniejsza. Myślę, że pan wie, o czym mówię.

— Nie, ja...

— Oto propozycja senatora. Nie podniesie szumu w związku z kłamstwami na temat oprogramowania, jeśli pozna nazwisko osoby, która pomaga panu w sprzeniewierzaniu funduszy.

Przez chwilę wydawało się, że Chris Harper ma zeza.

— Co? Ja niczego nie sprzeniewierzam!

— Radzę uważać na to, co pan mówi. Komisja senacka od miesięcy zbiera dokumenty. Naprawdę sądził pan, że ujdzie warn to na sucho? Fałszowanie papierów PODS i przelewanie przydzielonych funduszy NASA na prywatne konta? Za kłamstwa i defraudację trafi pan za kratki, doktorze Harper.

— Niczego takiego nie zrobiłem!

— Mówi pan, że nie kłamał w sprawie PODS?

— Nie, mówię, że nie kradłem żadnych pieniędzy!

— W takim razie mówi pan, że kłamał w sprawie PODS.

Harperowi odjęło mowę i patrzył na nią w milczeniu.

— Zapomnijmy o kłamstwach — powiedziała Gabrielle, jakby bagatelizując sprawę. — Senatora Sextona nie interesują kłamstwa, jakich dopuścił się pan na konferencji prasowej. Przywykliśmy do tego. Wasi ludzie znaleźli meteoryt i nikogo nie obchodzi, w jaki sposób to zrobili. Interesuje go defraudacja. Chce pogrążyć jakiegoś wysoko postawionego urzędnika NASA. Niech pan mu powie, z kim pan pracuje, a wykluczy pana z dochodzenia. Albo pójdzie nam pan na rękę i powie, kim jest ta druga osoba, albo senator wkurzy się i zacznie mówić o programie wykrywania anomalii oraz o zmyślonych obejściach.

— Pani blefuje. Nie ma żadnego sprzeniewierzania funduszy.

— Jest pan strasznym kłamcą, doktorze Harper. Widziałam dowody. Pańskie nazwisko widnieje na wszystkich obciążających dokumentach.

— Przysięgam, nic mi nie wiadomo o żadnej defraudacji. Gabrielle westchnęła rozczarowana.

— Proszę postawić się na moim miejscu, doktorze. Mogę wyciągnąć tylko dwa wnioski. Albo pan mnie okłamuje, tak samo jak kłamał pan na konferencji prasowej, albo mówi prawdę, a to znaczy, że ktoś wysoko postawiony robi z pana kozła ofiarnego, żeby ukryć własne przekręty.

Harper milczał.

Gabrielle spojrzała na zegarek.

— Propozycja senatora będzie aktualna przez godzinę. Może pan ocalić skórę, podając mu nazwisko urzędnika, z którym defrauduje pan pieniądze podatników. Senatorowi nie zależy na panu. Chce złapać grubą rybę. Najwyraźniej osoba ta ma tutaj pewną władzę; jej nazwisko nie pojawia się w obciążających pana papierach.

Harper pokręcił głową.

— Pani kłamie.

— Powtórzy pan to przed sądem?

— Jasne. Wszystkiemu zaprzeczę.

— Pod przysięgą? — Gabrielle cmoknęła z niesmakiem. — Zaprzeczy pan również, że kłamał pan w sprawie naprawy programu PODS? — Serce jej waliło, gdy patrzyła mu prosto w oczy. — Proszę głęboko rozważyć możliwości, doktorze Harper. Amerykańskie więzienia bywają nieprzyjemne.

Harper spiorunował ją wzrokiem. Gabrielle gorąco pragnęła, żeby się złamał. Przez chwilę widziała błysk kapitulacji w jego oczach, ale przemówił głosem, w którym dźwięczała stal:

— Pani Ashe, strzela pani na ślepo. Oboje wiemy, że w NASA nie ma żadnej defraudacji. Jedynym kłamcą w tym pokoju jest pani.

Gabrielle zesztywniała. Spojrzenie mężczyzny było przenikliwe i pełne złości. Miała ochotę odwrócić się i uciec. Próbowałaś wyprowadzić w pole speca od rakiet. Do licha, czego się spodziewałaś?

— Wiem tylko... — zaczęła, udając pewność siebie i obojętność na jego reakcję — że widziałam obciążające dokumenty, które stanowią niepodważalny dowód, iż wraz z drugą osobą sprzeniewierza pan fundusze NASA. Senator poprosił mnie, żebym przyszła do pana i zaproponowała panu wybór: albo wyda pan wspólnika, albo stanie przed komisją śledczą. Przekażę senatorowi, że woli pan dochodzenie. Powie pan wtedy to wszystko, co powiedział mnie: nie sprzeniewierzał pan funduszy i nie skłamał w sprawie oprogramowania PODS. — Posłała mu ponury uśmiech. — Choć po tym nieudanym wystąpieniu na konferencji prasowej sprzed dwóch tygodni poważnie w to wątpię. — Gabrielle odwróciła się na pięcie i pomaszerowała przez ciemne laboratorium. Zastanawiała się, czy przypadkiem to nie ona wyląduje za kratkami.



1   ...   19   20   21   22   23   24   25   26   ...   35


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna