Wydawnictwo sonia draga



Pobieranie 2,1 Mb.
Strona22/35
Data23.10.2017
Rozmiar2,1 Mb.
1   ...   18   19   20   21   22   23   24   25   ...   35

Nie odpowiedziałaś na moje pytanie.

Nie wyobrażam sobie, z jakiego powodu ci ludzie mieliby kłamać. Muszę założyć, że albo mówią prawdę, albo mylą się w dobrej wierze.

— Mylą się? Twierdzenia o ataku? Błędy, których nie dostrzegła NASA? Pan wybaczy! To oczywisty spisek polityczny.

— Jeśli tak, nie potrafię zrozumieć motywów.

Tench westchnęła ciężko i zniżyła glos:

— Dyrektorze, w grę są zaangażowane siły, o których może pan nic ma pojęcia. Podyskutujmy o tym później, w tej chwili jednak muszę wiedzieć, gdzie jest pani Sexton i pozostali. Muszę dotrzeć do sedna tej sprawy, zanim wyrządzą nieodwracalne szkody. Gdzie oni są?

— Z przykrością odmawiam udzielenia tej informacji. Skontaktuję się z panią, gdy przybędą.

— Błąd. Będę gdzie trzeba, żeby ich powitać.

Z iloma agentami służb specjalnych? — zastanowił się Pickering.

— Jeśli podam pani czas i miejsce ich przybycia, będziemy mieli okazję pogawędzić jak przyjaciele czy też zamierza pani sprowadzić wojsko, żeby zamknąć ich w areszcie?

— Ci ludzie stanowią bezpośrednie zagrożenie dla prezydenta. Biały Dom ma prawo zatrzymać ich i przesłuchać.

Pickering wiedział, że Tench ma rację. Na mocy paragrafu 3056 rozdziału 182a Kodeksu Stanów Zjednoczonych agenci służb specjalnych mogą nosić broń, używać jej i dokonywać aresztowań bez nakazu, na podstawie samego podejrzenia, że dana osoba popełniła bądź zamierza popełnić przestępstwo lub akt agresji przeciwko prezydentowi. Służby mają carte blanche. Zwykle zatrzymania dotyczą włóczęgów plączących się przed Białym Domem i dzieciaków, które dla kawału wysyłają e-maile z pogróżkami.

Pickering nie wątpił, że służby specjalne mogą uzasadnić zamknięcie Rachel Sexton i jej towarzyszy w piwnicach Białego Domu, a następnie przetrzymywać ich tam w nieskończoność. Gra byłaby niebezpieczna, ale Tench najwyraźniej wiedziała, że stawka jest wysoka. Pytanie, co się stanie, jeśli uda jej się przejąć kontrolę nad sytuacją. Pickering nie miał zamiaru poznawać odpowiedzi.

— Zrobię wszystko, co będzie konieczne — oświadczyła Tench — żeby chronić prezydenta przed fałszywymi oskarżeniami. Sama sugestia nieczystej gry rzuci cień na Biały Dom i NASA. Rachel Sexton nadużyła zaufania, jakim obdarzył ją prezydent, a ja nie zamierzam patrzeć, jak prezydent za to płaci.

— A jeśli poproszę, żeby pani Sexton wolno było przedstawić sprawę przed oficjalną komisją śledczą?

— Wtedy zlekceważy pan bezpośredni rozkaz prezydenta i da jej możliwość rozpętania politycznego piekła! Zapytam pana jeszcze raz, dyrektorze, dokąd pan ich wysłał?

Pickering odetchnął głęboko. Nawet jeśli nie powie, że samolot leci do bazy sił powietrznych Boilings, Marjone Tench ma do dyspozycji odpowiednie środki, żeby się tego dowiedzieć. Pytanie, czy z nich skorzysta. Z determinacji brzmiącej w jej głosie wywnioskował, że nie spocznie, póki nie dopnie swego. Marjorie Tench jest przerażona.

— Marjone, ktoś mnie okłamuje — zaczął spokojnie. — Co do tego nie mam wątpliwości. Albo Rachel Sexton i tych dwóch naukowców, albo pani. Jestem przekonany, że pani.

— Jak pan śmie...

— Wybuchy oburzenia mnie nie wzruszą, więc darujmy je sobie. Chciałbym panią poinformować, że mam niezbity dowód, iż dziś wieczorem NASA i Biały Dom podały nieprawdziwe informacje.

Tench milczała.

Pickering pozwolił jej przez chwilę dojrzewać.

— Nie chcę kryzysu politycznego tak samo jak pani, ale dziś na konferencji prasowej padły kłamstwa. Tego nie można wybaczyć. Jeśli chce pani pomóc, proszę zacząć grać uczciwie.

— Skoro ma pan pewność, że ktoś kłamał, dlaczego pan nie zareagował? — Tench okazała chęć współpracy, aczkolwiek ostrożnie.

— Nie wtrącam się do polityki.

Tench mruknęła coś, co ogromnie przypominało „pieprzysz".

— Czy chce pani powiedzieć, Marjorie, że dzisiejszemu oświadczeniu prezydenta nie można absolutnie niczego zarzucić?

Na linii zapadła długa cisza. Pickering wiedział, że ją ma.

— Proszę posłuchać, oboje wiemy, że to bomba zegarowa czekająca na wybuch. Ale nie jest za późno. Możemy osiągnąć kompromis.

Tench milczała przez kilka sekund. Wreszcie westchnęła.

— Powinniśmy się spotkać.

Punkt dla mnie, pomyślał Pickering.

— Coś panu pokażę. I wierzę, że to rzuci nieco światła na tę sprawę.

— Przyjadę do pani biura.

— Nie — sprzeciwiła się pospiesznie. — Jest późno. Pańska obecność wzbudziłaby podejrzenia. Wolę, żeby ta sprawa pozostała między nami.

Pickering umiał czytać między wierszami. Prezydent o niczym nie wie.

— W takim razie zapraszam do mojego biura.

— Spotkajmy się w bardziej dyskretnym miejscu. — W jej głosie brzmiała nieufność.

Tego się spodziewał.

— FDR Memorial leży niedaleko Białego Domu — powiedziała. — O tej porze będzie tam pusto.

Pickering zastanowił się. Park FDR Memorial znajduje się w połowie drogi między pomnikami Jeffersona i Lincolna, w wyjątkowo bezpiecznej części miasta. Po chwili wyraził zgodę.

— Za godzinę — powiedziała Tench na pożegnanie. — I niech pan przyjdzie sam.

Natychmiast po zakończeniu rozmowy Marjorie Tench zadzwoniła do administratora Ekstroma. Z napięciem w głosie przekazała mu złe nowiny.

— Może być problem z Pickeringiem.
Rozdział 81

Przepełniona nadzieją Gabrielle Ashe stała przy biurku Yolandy Cole w studiu ABC i dzwoniła do informacji telefonicznej.

Rewelacje Sextona, jakich niedawno wysłuchała, będą wstrząsem, jeśli zostaną potwierdzone. NASA kłamała w sprawie PODS? Gabrielle oglądała tamtą konferencję prasową i wiedziała, że coś jej się nie podobało. O wszystkim jednak zapomniała, bo kilka tygodni temu kwestia PODS nie była ważna. Ale dziś jest.

Sexton potrzebował informacji wewnętrznych, i to szybko. Liczył, że dostarczy ich jej informator. Gabrielle zapewniła senatora, że zrobi wszystko, co w jej mocy. Problem polegał na tym, że źródłem była Marjorie Tench, na którą teraz rzecz jasna liczyć nie może. Dlatego musi zdobyć informacje w inny sposób.

— Informacja — powiedział głos w słuchawce.

Gabrielle wyjaśniła, czego potrzebuje, i otrzymała numery telefonów. W Waszyngtonie mieszkało trzech abonentów o nazwisku Chris Harper. Zadzwoniła do wszystkich.

Pierwszy numer należał do kancelarii adwokackiej. Pod drugim nikt się nie zgłosił. Teraz dzwoniła pod trzeci.

Kobieta odebrała po pierwszym sygnale.

— Mieszkanie Harperów.

— Pani Harper? — zapytała uprzejmie Gabrielle. — Mam nadzieję, że pani nie obudziłam.

— Ależ skąd! Nie sądzę, by ktoś spał dzisiejszej nocy. — Głos zdradzał podniecenie. Gabrielle słyszała w tle włączony telewizor. Program poświęcony meteorytowi, oczywiście. — Dzwoni pani do Chrisa, prawda?

Puls jej przyspieszył.

— Tak, pani Harper.

— Niestety, nie ma go. Popędził do pracy zaraz po wystąpieniu prezydenta. — Kobieta zaśmiała się cicho. — Oczywiście wątpię, czy pracuje. Pewnie urządzili imprezę. Oświadczenie było dla niego sporą niespodzianką, jak zresztą dla nas wszystkich. Nasz telefon urywa się przez całą noc. Założę się, że są tam teraz wszyscy pracownicy NASA.

— W kompleksie na E Street? — zapytała Gabrielle, żeby się upewnić, czy rozmówczyni na pewno chodzi o kwaterę główną.

— Zgadza się. Niech się pani przygotuje na dobrą zabawę.

— Dzięki. Wytropię pani męża.

Gabrielle rozłączyła się. Pospieszyła na piętro do reżyserki i znalazła Yolandę. Przyjaciółka właśnie kończyła przygotowywanie grupy specjalistów, którzy mieli wygłosić entuzjastyczne komentarze na temat odkrycia.

Yolanda uśmiechnęła się na jej widok.

— Wyglądasz znacznie lepiej — powiedziała. — Zaczynasz dostrzegać jasną stronę?

— Niedawno rozmawiałam z senatorem. Jego wieczorne spotkanie miało inny charakter, niż myślałam.

— Mówiłam ci, że Tench z tobą pogrywa. Jak przyjął wieści?

— Lepiej, niż się spodziewałam.

Yolanda nie kryła zdziwienia.

— Myślałam, że rzuci się pod autobus.

— Uważa, że dane NASA są zafałszowane.

Yolanda parsknęła z niedowierzaniem.

— Na pewno oglądał tę samą konferencję co ja? Ile jeszcze potwierdzeń mu potrzeba?

— Jadę do NASA, żeby coś sprawdzić.

Wyrysowane ołówkiem brwi Yolandy wygięły się w ostrzegawcze łuki.

— Prawa ręka senatora Sextona zamierza wmaszerować do kwatery głównej NASA? Dzisiaj? Czyżbyś marzyła o publicznym ukamienowaniu?

Gabrielle powiedziała jej o podejrzeniu Sextona, że kierownik sekcji PODS, Chris Harper, skłamał w sprawie obejścia błędu w oprogramowaniu do wykrywania anomalii.

Yolanda nie kupiła tej rewelacji.

— Byliśmy na tej konferencji prasowej, Gabs, i przyznam, że tamtej nocy Harper nie był sobą. Rzecznik NASA mówił, że rzygał jak kot.

— Senator Sexton jest przekonany, że kłamał. Inni podzielają jego opinię. Potężni ludzie.

— Jeśli pogram do wykrywania anomalii nie został naprawiony, to jak PODS wykrył meteoryt?

Dokładnie na to samo zwrócił uwagę Sexton, pomyślała Gabrielle.

— Nie wiem, ale senator chce, żebym zdobyła dla niego pewne odpowiedzi.

Yolanda pokręciła głową.

— Sexton wysyła cię do gniazda szerszeni. Jest zdesperowany i każe ci szukać wiatru w polu. Nie jedź. Nie jesteś mu nic winna.

— Spieprzyłam jego kampanię.

— Cholerny pech spieprzył mu kampanię.

— Ale jeśli senator ma rację i kierownik sekcji PODS rzeczywiście kłamał...

— Skarbie, jeśli kierownik sekcji PODS skłamał przed całym światem, to dlaczego miałby wyznać prawdę tobie?

Gabrielle już się nad tym zastanowiła i obmyśliła plan.

— Jeśli znajdę coś ciekawego, odezwę się do ciebie.

Yolanda zaśmiała się sceptycznie.

— Prędzej kaktus mi na dłoni wyrośnie, niż znajdziesz coś ciekawego.


Rozdział 82

Wymaż z pamięci wszystko, co wiesz o tej próbce skały.

Michael Tolland zmagał się z własnymi niepokojącymi wnioskami dotyczącymi odkrycia, ale teraz, po wysłuchaniu pytań Rachel, czuł jeszcze większe zdenerwowanie. Popatrzył na krążek skały.

Udawaj, że ktoś dał ci tę próbkę, nie wyjaśniając, gdzie została znaleziona ani co to takiego. Co o niej powiesz?

Wiedział, że pytanie Rachel jest tendencyjne, jednak jako ćwiczenie, analityczne okazało się ogromnie znaczące. Po odrzuceniu wszystkich informacji uzyskanych w habisferze musiał przyznać, że wszystkie jego wnioski na temat skamieniałości opierały się wyłącznie na jednym założeniu: skała, w której je znaleziono, jest meteorytem.

A gdyby nie powiedziano mi o meteorycie? Choć nadal nie umiał podać innego wyjaśnienia, pozwolił sobie na swobodę działania. Hipotetycznie usunął „meteoryt" jako założenie, a kiedy to zrobił, rezultaty okazały się trochę niepokojące.

Tolland i Rachel, wspierani przez zaspanego Corky'ego Marlinsona, omawiali koncepcje.

— Mike, mówisz, że gdyby ktoś dał ci tę skałę bez słowa wyjaśnienia, doszedłbyś do wniosku, iż pochodzi z Ziemi — powtórzyła Rachel.

— Oczywiście. Czy mógłbym dojść do innego wniosku? Znacznie łatwiej jest przyjąć, że znaleziono skamieniałości nieznanego dotąd ziemskiego gatunku niż obcą formę życia. Naukowcy co roku odkrywają tuziny nowych gatunków.

— Półmetrowe stonogi? — zapytał Corky z niedowierzaniem. — Założyłbyś, że stonoga tej wielkości jest gatunkiem rodzimym?

— Nie w dzisiejszych czasach — odparł Tolland. — Ale gatunek mógł wymrzeć. To skamieniałość. Ma sto siedemdziesiąt milionów lat, pochodzi mniej więcej z okresu naszej jury. Wiele skamieniałych szczątków robi wrażenie swoim rozmiarem. Znamy ogromne skrzydlate gady, dinozaury, ptaki...

— Nie chcę zgrywać fizyka, Mike, ale w twojej argumentacji tkwi poważny błąd. Wymienione przez ciebie prehistoryczne stworzenia — dinozaury, wielkie gady i ptaki — mają szkielet wewnętrzny, który umożliwia im osiąganie ogromnych rozmiarów pomimo ziemskiej siły ciążenia. Ale ta skamieniałość... — astrofizyk podniósł próbkę — te stonogi mają szkielet zewnętrzny. To stawonogi. Sam powiedziałeś, że stawonóg tej wielkości mógłby wyewoluować tylko w środowisku o niskiej grawitacji. W przeciwnym wypadku szkielet zewnętrzny zarwałby się pod własnym ciężarem.

— Zgadza się — przyznał Tolland. — Pancerz zarwałby się pod własnym ciężarem, gdyby zwierzę chodziło po ziemi.

Corky z irytacją ściągnął brwi.

— Mike, o ile jakiś jaskiniowiec nie prowadził antygrawitacyjnej farmy stonóg, to nie rozumiem, jak mogłeś dojść do wniosku, że półmetrowa stonoga pochodzi z Ziemi.

Tolland uśmiechnął się w duchu na myśl, że Corky nie dostrzegł tak prostego wyjaśnienia.

— W istocie jest inna możliwość. — Spojrzał przenikliwie na przyjaciela. — Corky, przyzwyczaiłeś się patrzeć w górę. Spójrz w dół. Na Ziemi istnieje środowisko, które łagodzi grawitację. Istnieje od zarania dziejów.

Corky zrobił wielkie oczy.

— Do licha, o czym ty mówisz?

Rachel też była zaskoczona.

Tolland wskazał przez okno na lśniące pod samolotem morze.

— O oceanie.

Rachel zagwizdała cicho.

— Jasne!


— Woda jest środowiskiem o niskiej grawitacji — wyjaśnił Tolland. — Pod wodą wszystko waży mniej. W oceanie nie brakuje wielkich stworzeń, które nie mogłyby żyć na lądzie — meduzy, wielkie kałamarnice, mureny wstążkowe.

Corky ustąpił, ale tylko trochę.

— Pięknie, ale w oceanach prehistorycznych nigdy nie żyły gigantyczne stonogi.

— Żyły, a jakże. I nadal żyją. Ludzie jedzą je codziennie. W wielu krajach uchodzą za przysmak.

— Mike, do cholery, kto jada stonogi!

— Każdy, kto je homary, kraby i krewetki.

Corky wytrzeszczył oczy.

— Skorupiaki są w gruncie rzeczy wielkimi morskimi „robakami" — wyjaśnił Tolland. — Należą do typu stawonogów. Stonogi, kraby, pająki, owady, skorpiony, homary... wszystkie te organizmy są spokrewnione. Wszystkie mają wieloczłonowe, stawowate odnóża i szkielet zewnętrzny.

Corky wyglądał tak, jakby robiło mu się niedobrze.

— Z punktu widzenia klasyfikacji, wszystkie można wrzucić do jednego worka — wywodził Tolland. — Skrzypłocze przypominają wielkie trylobity. Szczypce homarów są podobne do tych, które mają skorpiony.

Corky pozieleniał.

— Jezu, już nigdy nie tknę sałatki z homara. Rachel była zafascynowana.

— A zatem stawonogi na lądzie pozostały małe z powodu ograniczeń narzuconych przez grawitację. W wodzie mogły osiągnąć znacznie większe rozmiary.

— Otóż to — przyznał Tolland. — Krabon królewski z Alaski mógłby zostać omyłkowo sklasyfikowany jako wielki pająk, gdybyśmy mieli za mało dowodów w postaci skamieniałości.

Ekscytacja, którą odczuwała Rachel, zaczęła ustępować niepokojowi.

— Mike, odrzucając kwestię oczywistej autentyczności meteorytu, powiedz mi jedno: czy twoim zdaniem skamieniałości, które widzieliśmy na Lodowcu Milne'a, mogą pochodzić z oceanu? Z ziemskiego oceanu?

Tolland widział, że pragnie szczerej odpowiedzi, i rozumiał wagę pytania.

— Hipotetycznie, powiedziałbym, że tak. Niektóre części dna oceanicznego mają sto dziewięćdziesiąt milionów lat, tyle samo, co skamieniałości. I teoretycznie w oceanach mogły istnieć takie formy życia.

— Och, daj spokój! — parsknął Corky. — Nie wierzę własnym uszom. Odrzucając kwestię autentyczności meteorytu? Dowody są niepodważalne! Nawet jeśli na dnie oceanów występują skały mające tyle samo lat co meteoryt, to pewne jak w banku, że nie mają skorupy obtopieniowej, nietypowej zawartości niklu i chondr. Chwytacie się wszelkich sposobów jak tonący brzytwy.

Tolland wiedział, że Corky ma rację, ale dopuszczenie do siebie możliwości, że skamieliny były kiedyś stworzeniami żyjącymi w morzu, odzierało je z tajemniczej, budzącej zachwyt otoczki. Teraz wydawały się bardziej zwyczajne.

— Mike, dlaczego naukowcy z NASA nie wzięli pod uwagę, że te skamieniałości mogą być stworzeniami morskimi? — zapytała Rachel. — Nawet z oceanu na innej planecie?

— W sumie z dwóch powodów. Próbki pelagiczne, te z dna oceanu, wykazują obecność wielu przemieszanych gatunków. Wszystko, co żyje w milionach metrów sześciennych wody nad dnem w końcu obumiera i tonie. To oznacza, że dno oceanu jest grobem gatunków ze stref o różnej głębokości, ciśnieniu i temperaturze. Próbka z Lodowca Milne'a jest czysta, zawiera przedstawicieli tylko jednego gatunku. Bardziej przypomina coś, co można znaleźć na pustyni. Na przykład kolonię stworzeń pogrzebanych przez burzę piaskową.

Rachel pokiwała głową.

— A drugi powód?

Tolland wzruszył ramionami.

— Przeczucie. Naukowcy zawsze wierzyli, że kosmos, jeśli jest zamieszkany, to przez stworzenia podobne do naszych owadów. A z naszych obserwacji wynika, że w kosmosie jest więcej skał niż wody.

Rachel milczała.

— Chociaż... — zaczął Tolland. Pytanie Rachel dało mu do myślenia. — Chociaż przyznam, że oceanografowie znają bardzo głębokie części dna, które nazywają martwymi strefami, niewiele o nich wiemy. Są to obszary praktycznie pozbawione życia z powodu specyficznych prądów i niedostatku pożywienia. Jedynie kilka gatunków padlinożerców żeruje na dnie. Z tego punktu widzenia występowanie skamielin tylko jednego gatunku nie jest całkowicie wykluczone.

— Słucham? — burknął Corky. — A pamiętasz skorupę obtopieniową? Średnią zawartość niklu? Chondry? Po co my w ogóle o tym mówimy?

Tolland nie odpowiedział.

— Kwestia zawartości niklu — odezwała się Rachel. — Chcę wiedzieć, czy dobrze zrozumiałam. Zawartość niklu w skałach ziemskich jest albo bardzo wysoka, albo bardzo niska, ale w meteorytach oscyluje wokół określonej wartości średniej?

Corky pokiwał głową.

— No właśnie.

— A zawartość niklu w tej próbce pasuje do spodziewanego przedziału wartości.

Jest bardzo bliska, tak.

Rachel nie kryła zdumienia.

— Chwileczkę. Bliska? Co to ma znaczyć? Corky popatrzył na nią z irytacją.

— Jak wyjaśniłem wcześniej, meteoryty mają różny skład mineralny. Gdy ktoś znajdzie nowy meteoryt, za każdym razem uaktualniamy dane dotyczące przyjętej dopuszczalnej zawartości niklu.

Rachel w osłupieniu podniosła próbkę.

— A zatem ten meteoryt zmusił was do weryfikacji tego, co uważacie za dopuszczalną zawartość? Ilość niklu wykracza poza dotychczas przyjmowany przedział wartości średnich?

— Odrobinę — odparł Corky.

— Dlaczego nikt o tym nie wspomniał?

— To nieistotne. Astrofizyka jest nauką dynamiczną, stale uaktualnianą.

— Nieistotne w czasie niesłychanie ważnej analizy?

— Posłuchaj — parsknął Corky — zapewniam, że zawartość niklu w tej próbce jest bliższa wartościom znanym z innych meteorytów niż ze skał pochodzenia ziemskiego.

Rachel zwróciła się do Tollanda:

— Wiedziałeś o tym?

Tolland z niechęcią pokiwał głowa. W tamtym czasie to rzeczywiście nie wydawało się ważne.

— Powiedziano mi, że ten meteoryt wykazuje nieco wyższą zawartość niklu, ale specjaliści NASA nie wydawali się tym przejęci.

— Nie bez powodu! — wtrącił Corky. — Dowód mineralogiczny wcale nie mówi, że zawartość niklu zdecydowanie wskazuje na pozaziemskie pochodzenie próbki. Dowód świadczy o tym, że zawartość jest inna niż w skałach ziemskich.

Rachel pokręciła głową.

— Przepraszam, ale w moim zawodzie dowodzenie tego typu jest przykładem błędnej logiki, przez którą giną ludzie. Stwierdzenie, że skała nie jest podobna do ziemskich, wcale nie dowodzi, że jest meteorytem. Po prostu sygnalizuje, że nie przypomina niczego, co znamy z Ziemi.

— Do cholery, co to za różnica?

— Żadna. Pod warunkiem że zna się wszystkie skały na Ziemi. Corky milczał przez chwilę.

— W porządku — burknął wreszcie — dajmy sobie spokój z zawartością niklu, jeśli działa ci na nerwy. I tak pozostaje nieskazitelna skorupa obtopieniowa i chondry.

— Jasne — powiedziała Rachel spokojnie. — Dwa trafienia na trzy to całkiem nieźle.


Rozdział 83

Kwatera główna NASA jest kolosalnym szklanym prostokątem pod numerem 300 na E Street w Waszyngtonie. Jest w niej ponad trzysta kilometrów przewodów, którymi płyną dane, i komputery o łącznej wadze tysięcy ton. Pracuje w nim 1134 urzędników, dysponujących rocznym budżetem wysokości 15 miliardów dolarów i kierujących operacjami dwunastu baz NASA w kraju.

Gabrielle nie była zaskoczona, że mimo późnej pory w holu kłębi się tłum złożony z podnieconych reporterów i jeszcze bardziej podekscytowanych pracowników NASA. Wbiegła do środka. Hol przypominał muzeum z rozwieszonymi pod sufitem naturalnej wielkości replikami słynnych kapsuł i satelitów. Ekipy telewizyjne czyhały tuż za drzwiami, polując na oszołomionych pracowników agencji.

Gabrielle rozejrzała się, ale nie zobaczyła kierownika misji PODS Chrisa Harpera. Połowa ludzi w holu miała na szyjach przepustki prasowe, a pozostali identyfikatory NASA. Gabrielle nie miała ani jednego, ani drugiego. Zauważyła młodą kobietę z identyfikatorem i podeszła do niej.

— Cześć, szukam Chrisa Harpera.

Kobieta popatrzyła na nią z namysłem, jakby wiedziała, że skądś ją zna, lecz nie umiała skojarzyć nazwiska i okoliczności.

— Doktor Harper wyszedł stąd jakiś czas temu. Pewnie na górę. Czy ja panią znam?

— Nie sądzę — odparła Gabrielle, odwracając się, by odejść. —

Jak dostanę się na górę?

— Pracuje pani dla NASA?

— Nie.

— W takim razie nie może pani tam wejść.



— A czy mogę skorzystać z telefonu...

— Proszę posłuchać, wiem, kim pani jest — powiedziała kobieta ze złością. — Widziałam panią w telewizji z senatorem Sextonem. To wprost nie do wiary. Jak pani śmie...

Gabrielle wmieszała się w tłum. Słyszała, jak kobieta z przejęciem opowiada o niej innym.

Idealnie. Od wejścia minęły dwie sekundy, a już jestem na liście najbardziej poszukiwanych.

Z opuszczoną głową przemknęła na drugą stronę holu. Na ścianie wisiał wykaz telefonów. Przejrzała go, szukając Chrisa Harpera. Nic. Na liście w ogóle nie było nazwisk, tylko wydziały.

PODS? — zastanawiała się, szukając czegoś, co łączyłoby się z orbitalnym skanerem gęstości. Znowu nic. Bała się, że gdy obejrzy się przez ramię, zobaczy grupę rozwścieczonych pracowników NASA, gotowych ją ukamienować. Z listy dowiedziała się tylko tyle, że działy rokujące największe nadzieje mieszczą się na trzecim piętrze.

PROJEKT NAUKA O ZIEMI, FAZA II

Ziemski System Orbitalny (EOS)

Odwracając głowę w taki sposób, żeby jak najmniej osób mogło zobaczyć jej twarz, Gabrielle ruszyła w stronę wnęki, w której znajdowały się windy i kranik z wodą pitną. Przy drzwiach nie było przycisków, tylko szczeliny. Cholera. Z wind mogli korzystać tylko pracownicy z kartami magnetycznymi.

W ich stronę spieszyła grupa młodych ludzi, którzy rozprawiali z ożywieniem. Na szyjach mieli identyfikatory NASA. Gabrielle szybko pochyliła się nad kranikiem i dyskretnie ich obserwowała. Pryszczaty młodzieniec wsunął identyfikator do szczeliny i drzwi windy się otworzyły. Śmiał się, ze zdumieniem kręcąc głową.

— Faceci z SETI muszą odchodzić od zmysłów — powiedział, gdy wsiadali do kabiny. — Ich anteny od dwudziestu lat przeczesywały pola dryftowe poniżej dwustu miljanskych18, a dowód przez ten czas leżał pogrzebany w lodzie na Ziemi!

Mężczyźni zniknęli za zamkniętymi drzwiami.

Gabrielle wyprostowała się i otarła usta, zastanawiając się, co zrobić. Rozejrzała się, szukając wewnętrznego telefonu. Nic. Zastanowiła się, czy nie spróbować ukraść identyfikatora, ale coś jej mówiło, że takie posunięcie nie byłoby mądre. Musi zrobić coś innego, i to szybko. Kobieta, z którą rozmawiała w holu, już szła przez tłum z funkcjonariuszem ochrony.

Zza rogu wyłonił się schludny łysy mężczyzna, spiesząc do wind. Gabrielle znowu pochyliła się nad kranikiem. Mężczyzna jej nie zauważył. Gabrielle patrzyła, jak wsuwa kartę w szczelinę. Drzwi rozsunęły się, mężczyzna wszedł do kabiny.

Pieprzyć to, pomyślała, podejmując decyzję. Teraz albo nigdy.

Gdy drzwi się zasuwały, odwróciła się i pobiegła z wyciągniętą ręką. Zdążyła. Dołączyła do mężczyzny, udając wielkie przejęcie.



1   ...   18   19   20   21   22   23   24   25   ...   35


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna