Wydawnictwo sonia draga



Pobieranie 2,1 Mb.
Strona20/35
Data23.10.2017
Rozmiar2,1 Mb.
1   ...   16   17   18   19   20   21   22   23   ...   35

— Mówi pani... — Pickering spojrzał na Rachel — że ludzie z NASA odkryli meteoryt, który w ich przekonaniu zawiera dowody życia, i pozwalają wynosić próbki?

— Nie to jest ważne — powiedział Corky. — Rzecz w tym, że ta próbka jest prawdziwa. — Przysunął skałę do kamery. — Każdy petrograf, geolog albo astronom po przeprowadzenie badań powie panu dwie rzeczy: po pierwsze, próbka ma sto dziewięćdziesiąt milionów lat, i po drugie, pod względem chemicznym różni się od skał występujących na Ziemi.

Pickering pochylił się, przypatrując się skamieniałości. Przez chwilę wyglądał jak sparaliżowany. Wreszcie westchnął.

— Nie jestem naukowcem. Mogę tylko powiedzieć, że jeśli meteoryt jest prawdziwy, a na to wygląda, to chciałbym wiedzieć, dlaczego NASA nie zaprezentowała go światu od razu po znalezieniu? Dlaczego ktoś zadał sobie trud umieszczenia go w lodzie, jakby chciał przekonać nas o jego autentyczności?


W tym czasie w Białym Domu oficer ochrony telefonował do Marjorie Tench!

Starszy doradca zgłosiła się po pierwszym sygnale.

— Słucham?

— Pani Tench, mam informacje, o które pani prosiła. Wytropiliśmy tę radiotelefoniczną rozmowę, którą Rachel Sexton odbyła z panią dzisiejszego wieczoru.

— Słucham.

— Operator służb specjalnych mówi, że sygnał pochodził z pokładu okrętu podwodnego USS „Charlotte".

— Co takiego?

— Nie mają współrzędnych, ale są pewni kodu jednostki.

— Cholera jasna! — Tench z trzaskiem odłożyła słuchawkę.
Rozdział 72

Pobyt w akustycznie wytłumionym pomieszczeniu zaczynał przyprawiać Rachel o mdłości. Zatroskane oczy Williama Pickeringa przesunęły się z niej na Michaela Tollanda.

— Jest pan małomówny, panie Tolland.

Tolland podniósł głowę jak uczeń, którego niespodziewanie wywołano do odpowiedzi.

— Słucham?

— Niedawno obejrzałem w telewizji bardzo przekonujący film dokumentalny. — Co teraz sądzi pan o meteorycie?

Tolland był wyraźnie speszony.

— Muszę zgodzić się z doktorem Marlinsonem. Jestem przekonany, że meteoryt i skamieniałości są autentyczne. Znam się na metodach datowania, a wiek kamienia został potwierdzony przez liczne testy. To samo odnosi się do zawartości niklu. Tych wyników nie można sfałszować. Nie ma żadnych wątpliwości, że skała, która powstała sto dziewięćdziesiąt milionów lat temu, wykazuje niespotykaną na Ziemi procentową zawartość niklu oraz zawiera tuziny skamieniałości również datowanych na sto dziewięćdziesiąt milionów lat. Nie wyobrażam sobie innego wyjaśnienia jak tylko to, że NASA znalazła autentyczny meteoryt.

Pickering milczał. Jego twarz wyrażała rozterkę, jakiej Rachel dotąd nie widziała.

— Co mamy zrobić, dyrektorze? — zapytała. — Trzeba powiadomić prezydenta o zaistniałym problemie.

Pickering zmarszczył czoło.

— Miejmy nadzieję, że o nim nie wie.

Serce podeszło jej do gardła. Sugestia Pickeringa była jasna. Prezydent Herney może być w to zamieszany. Wątpiła, ale przecież i on, i NASA mają wiele do zyskania.

— Na nieszczęście z wyjątkiem wydruku z GPR, na którym widać dolny szyb, wszystkie badania potwierdzają wiarygodność odkrycia NASA. — Po złowieszczej pauzie Pickering dodał: — A ten atak na was... — Popatrzył na Rachel. — Wspomniała pani o siłach specjalnych.

— Tak, panie dyrektorze. — Opowiedziała jeszcze raz o improwizowanej amunicji i taktyce napastników.

Pickering z chwili na chwilę miał coraz bardziej nieszczęśliwą minę. Rachel domyślała się, że szef zastanawia się, kto ma dostęp do niewielkiej wojskowej jednostki do zadań specjalnych. Na pewno prezydent. Zapewne Marjorie Tench jako starszy doradca. Całkiem możliwe, że administrator NASA, Lawrence Ekstrom, mający powiązania z Pentagonem. Rozważając niezliczone możliwości, Rachel zdała sobie sprawę, że za atakiem mógł stać każdy, kto zajmuje wysokie stanowisko i ma odpowiednie koneksje.

— Mogę zaraz zadzwonić do prezydenta — zaproponował Pickering — choć nie uważam tego za rozsądne posunięcie, przynajmniej dopóki nie dowiemy się, kto jest w to zamieszany. Kiedy włączymy Biały Dom, będę miał ograniczoną możliwość zapewnienia wam ochrony. Poza tym nie bardzo wiem, co miałbym im powiedzieć. Jeśli meteoryt jest prawdziwy, jak sami uważacie, wtedy dolny szyb i atak na was nie mają sensu. Prezydent będzie miał jak najbardziej uzasadnione prawo do zakwestionowania zasadności moich słów. — Umilkł, jakby znów rozpatrywał różne opcje. — Niezależnie od tego, jaka jest prawda albo kim są gracze, kilku bardzo potężnych ludzi dostanie cięgi, jeśli te informacje wyjdą na jaw. Proponuję umieścić was w bezpiecznym miejscu, zanim pójdziemy na całość.

W bezpiecznym miejscu? Rachel była zaskoczona.

— Myślę, dyrektorze, że na atomowym okręcie podwodnym jesteśmy dość bezpieczni.

— Wasza obecność na okręcie niedługo przestanie być tajemnicą. Zabiorę was stamtąd jak najszybciej. Szczerze mówiąc, poczuję się znacznie lepiej, kiedy wszyscy troje znajdziecie się w moim biurze.


Rozdział 73

Senator Sexton garbił się na kanapie, czując się jak zaszczuty uciekinier. Jego apartament w Westbrooke Place, niespełna przed godziną pełen nowych znajomych i popleczników, teraz był pusty. Zostały tylko kieliszki po koniaku i wizytówki ludzi, którzy dosłownie czmychnęli za drzwi.

Sexton siedział samotnie przed telewizorem, nade wszystko pragnąc go wyłączyć, a zarazem nie będąc w stanie oderwać uwagi od niekończących się komentarzy. To jest Waszyngton; wkrótce komentatorzy porzucą swoje pseudonaukowe i filozoficzne dywagacje, żeby skupić się na polityce. Jak mistrzowie tortur, wcierający kwas w otwarte rany, na okrągło powtarzają rzeczy oczywiste.

— Kilka godzin temu kampania Sextona osiągała szczyty — mówił jeden z analityków. — Obecnie, po odkryciu NASA, z hukiem runęła na ziemię.

Sexton skrzywił się, pociągając łyk koniaku z butelki. Wiedział, że ta noc będzie najdłuższa i najbardziej samotna w jego życiu. Pogardzał Marjorie Tench, bo go wrobiła. Pogardzał Gabrielle Ashe, bo podsunęła mu pomysł o NASA. Pogardzał prezydentem, bo facet miał takie cholerne szczęście. I pogardzał światem, bo świat się z niego wyśmiewał.

— Oczywiście, to katastrofa dla senatora — ciągnął komentator. — Dzięki temu odkryciu prezydent i NASA triumfują. Taka wiadomość ożywiłaby kampanię prezydencką niezależnie od stosunku Sextona do NASA, ale ponieważ dzisiaj senator oznajmił, że obetnie fundusze agencji, jeśli tylko zostanie... Cóż, oświadczenie prezydenta jest ciosem, po którym senator już się nie podniesie.

Dałem się wyprowadzić w pole, pomyślał Sexton. Biały Dom mnie wrobił, cholera.

Analityk uśmiechał się.

— Niedawno NASA przestała cieszyć się zaufaniem Amerykanów, lecz dziś je odzyskała. Szarzy obywatele są przepełnieni poczuciem narodowej dumy. I tak być powinno. Kochają Zacha Herneya, ostatnio jednak zaczęli tracić wiarę w niego. Trzeba przyznać, że prezydent po zarobieniu kilku naprawdę silnych ciosów już leżał na deskach, ale faktem jest, iż pozbierał się w naprawdę wielkim stylu.

Sexton pomyślał o popołudniowej debacie w CNN i zwiesił głowę, czując, że zaraz zwymiotuje. W jednej chwili wytracił cały rozpęd, jakiego nabierał od miesięcy, powoli popychając NASA ku przepaści, a na domiar złego sam ukręcił stryczek na własną szyję. Wyszedł na głupca. Został bezczelnie wykiwany przez Biały Dom. Już bał się wszystkich tych satyrycznych rysunków w jutrzejszych gazetach. Jego nazwisko stanie się puentą co celniejszych kawałów w kraju. Oczywiście koniec z cichym finansowaniem kampanii przez SFF. Wszystko się zmieniło. Ludzie, którzy byli w jego apartamencie, właśnie zobaczyli, jak ich marzenia spływają do ścieku. Prywatyzacja kosmosu uderzyła w ceglany mur.

Senator wypił jeszcze jeden łyk koniaku i podszedł chwiejnie do biurka. Popatrzył na odłożoną słuchawkę. Wiedząc, że to akt masochistycznego samobiczowania, powoli położył ją na widełkach i zaczął liczyć sekundy.

Jeden... dwa... Telefon zadzwonił. Czekał, aż zgłosi się automatyczna sekretarka.

— Senatorze Sexton, tu Judy Olivier z CNN. Chciałabym, żeby skomentował pan odkrycie NASA. Proszę do mnie zadzwonić. — Rozłączyła się.

Sexton znów zaczął liczyć. Jeden... Telefon zaczął dzwonić. Nie odebrał. Następny dziennikarz.

Trzymając butelkę, ruszył w kierunku rozsuwanych drzwi balkonowych. Wyszedł na chłodne powietrze. Opierając się o balustradę, patrzył ponad miastem na oświetloną fasadę Białego Domu. Wydawało się, że światła mrugają radośnie na wietrze.

Sunkinsyny, pomyślał. Od stuleci szukaliśmy dowodów na istnienie życia w kosmosie. Czy musieliśmy znaleźć je w roku wyborów? Pieprzony zbieg okoliczności. W każdym oknie, jak okiem sięgnąć, Sexton widział mrugające telewizory. Zastanowił się, co porabia Gabrielle Ashe. To jej wina. To ona faszerowała go informacjami o kolejnych porażkach NASA.

Podniósł butelkę i pociągnął następny łyk.

Cholerna Gabrielle... to przez nią tak wdepnąłem.

Na drugim końcu miasta Gabrielle Ashe stała w zamieszaniu, jakie panowało w studiu ABC. Oświadczenie prezydenta zupełnie ją zaskoczyło. Tkwiła sztywno na środku pomieszczenia, patrząc w jeden z monitorów, podczas gdy wokół niej rozpętało się pandemonium.

Po pierwszych słowach prezydenta na całym piętrze zapadła martwa cisza. Lecz po chwili wybuchła ogłuszająca wrzawa. Ci ludzie byli zawodowcami. Nie tracili czasu na osobiste refleksje; mogli pozwolić sobie na to dopiero po pracy. W tej chwili świat chciał wiedzieć więcej, a sieć ABC musiała zaspokoić to zapotrzebowanie. Ten temat łączy naukę, historię, dramat polityczny — jest prawdziwą żyłą złota. Tej nocy nikt w mediach nie zmruży oka.

— Gabs? — W głosie Yolandy pobrzmiewało współczucie. — Chodźmy do mojego biura, zanim ktoś się połapie, kim jesteś i zacznie cię maglować na temat wpływu odkrycia na kampanię Sextona.

Gabrielle ruszyła jak przez mgłę do przeszklonego biura. Yolanda posadziła ją w fotelu i podała szklankę wody. Zmusiła się do uśmiechu.

— Spójrz na to od jasnej strony, Gabs. Diabli wzięli kampanię twojego kandydata, ale przynajmniej nie ciebie.

— Dzięki. Super.

Yolanda spoważniała.

— Gabrielle, wiem, że czujesz się parszywie. Twój kandydat właśnie został rozjechany przez ciężarówkę i jeśli chcesz znać moje zdanie, już się nie podniesie. Przynajmniej nie na tyle, żeby zmienić cokolwiek na lepsze. Ale ciesz się, że nikt nie pokazał twojego zdjęcia w telewizji. Poważnie. To dobra wiadomość. Herney już nie potrzebuje skandalu. Jest teraz zbyt poważną figurą, by gadać o seksie.

Dla Gabrielle była to niewielka pociecha.

— A co do oskarżeń Tench o nielegalne finansowanie kampanii... — Yolanda pokręciła głową. — Mam wątpliwości. Zgoda, Herney nie chce prowadzić kampanii negatywnej. Zgoda, śledztwo dotyczące afery korupcyjnej byłoby niekorzystne dla kraju. Ale czy Herney naprawdę jest takim patriotą, żeby rezygnować z okazji zmiażdżenia opozycji tylko dla dobra morale narodu? Przypuszczam, że Tench naciągnęła prawdę w sprawie finansów Sextona, żeby cię wystraszyć. Zaryzykowała w nadziei, że sama wyskoczysz za burtę i dasz prezydentowi smakowity kąsek w postaci łóżkowej afery. Musisz przyznać, Gabs, że dzisiejszy wieczór byłby idealny na postawienie moralności Sextona pod znakiem zapytania.

Gabrielle lekko pokiwała głową. Skandal byłby ciosem, który złamałby karierę polityczną Sextona... na zawsze.

— Przetrzymałaś ją, Gabs. Marjorie Tench zarzuciła wędkę, ty jednak nie złapałaś przynęty. Jesteś wolna. Będą inne wybory.

Znowu pokiwała głową, nie mając już pewności, w co wierzyć.

— Musisz przyznać — mówiła Yolanda — że Biały Dom sprytnie ograł Sextona, podsuwając mu trop, nakłaniając do wygłoszenia deklaracji i zmuszając do postawienia wszystkiego na kartę NASA.

To wyłącznie moja wina, pomyślała Gabrielle.

— A to wystąpienie Herneya, mój Boże! Genialne! Pomijając znaczenie samego odkrycia, oprawa była majstersztykiem. Przekaz na żywo z Arktyki? Dokument Michaela Tollanda? Dobry Boże, co można wymyślić lepszego? Zach Herney wbił ostatni gwóźdź do trumny Sextona. Nie bez powodu ten facet jest prezydentem.

I będzie przez następne cztery lata...

— Muszę wracać do pracy, Gabs. Siedź tu jak długo chcesz. Spróbuj się pozbierać. — Yolanda ruszyła do drzwi. — Skarbie, zajrzę za parę minut.

Gabrielle została sama. Napiła się, ale woda miała paskudny smak. Podobnie jak wszystko inne. To moja wina, myślała, próbując uspokoić sumienie przez przypominanie sobie przygnębiających konferencji prasowych NASA z ubiegłego roku — komplikacje związane z budową stacji kosmicznej, odłożenie projektu X-33, awarie sond marsjańskich, ciągłe przekraczanie budżetu. Zastanawiała się, czy mogła postąpić inaczej.

Nie, powiedziała sobie. Zrobiłaś wszystko jak trzeba.

Po prostu sprawy przybrały nieprzewidziany obrót.
Rozdział 74

Helikopter marynarki wojennej seahawk z bazy sił powietrznych Thule w północnej Grenlandii otrzymał rozkaz startu alarmowego na tajną operację. Pokonał sto dwadzieścia kilometrów, walcząc z porywistym wiatrem i trzymając się nisko, poza zasięgiem radaru. Posłuszni dziwnym rozkazom piloci zaczęli krążyć nad pustym oceanem w miejscu o określonych współrzędnych.

— Z kim mamy się spotkać? — zawołał drugi pilot z konsternacją. Kazano im zabrać maszynę z wyciągarką, więc spodziewał się operacji ratunkowej. — Jesteś pewny, że współrzędne się zgadzają? — Omiótł reflektorem wzburzone morze, ale pod nimi nie było niczego z wyjątkiem...

— Jasna cholera! — Pilot ściągnął drążek, podnosząc maszynę w górę.

Z wody pod nimi niespodziewanie wyłoniła się czarna góra stali. Ogromny nieoznakowany okręt podwodny szasował balast i wznosił się w chmurze pęcherzy powietrza.

Piloci zaśmieli się nerwowo.

— To pewnie oni.

Zgodnie z rozkazem operacja przebiegała w ciszy radiowej. Na szczycie kiosku otworzył się właz i marynarz zaczął nadawać reflektorem sygnalizacyjnym. Śmigłowiec ustawił się nad okrętem i spuścił uprząż ratowniczą — trzy gumowane pętle na końcu kabla. Minutę później trójka nieznajomych „wisielców" kołysała się pod maszyną, sunąc powoli w górę pod prąd zstępujący łopat.

Kiedy drugi pilot wciągnął ich na pokład — dwóch mężczyzn i kobietę — pierwszy pilot błysnął reflektorem, potwierdzając przyjęcie przesyłki. W ciągu paru sekund ogromny okręt zniknął w morzu, nie pozostawiając śladu swojej obecności.

Pilot opuścił nos maszyny i skierował się na południe, żeby zakończyć misję. Nadciągał sztorm, a ci troje musieli jak najszybciej znaleźć się w bazie Thule, gdzie czekał na nich odrzutowiec. Pilot nie miał pojęcia, dokąd ich zabierze. Wiedział tylko, że rozkazy pochodzą z samej góry i że pasażerowie są niezwykle ważni.


Rozdział 75

Kiedy na Lodowcu Milne'a wreszcie rozpętała się burza, z pełną siłą nacierając na habisferę NASA, kopuła zadygotała tak, jakby gotowa była oderwać się od lodu i poszybować nad morze. Mocno napięte stalowe naciągi wibrowały niczym struny ogromnej gitary, wydając smętne brzęczenie. Generatory na zewnątrz pokasływały, powodując mruganie światła i grożąc pogrążeniem wnętrza w zupełnej ciemności.

Lawrence Ekstrom szedł przez kopułę. Chciałby wynieść się stąd w czorty, ale to niemożliwe. Musi zostać tu jeszcze jeden dzień. Rano ma uczestniczyć w dodatkowej konferencji prasowej, a potem nadzorować przygotowania do transportu meteorytu do Waszyngtonu. W tej chwili marzył wyłącznie o paru godzinach snu; niespodziewane problemy, jakie wystąpiły tego dnia, ogromnie go wyczerpały.

Po raz kolejny wrócił myślami do Wailee Minga, Rachel Sexton, Nory Mangor, Michaela Tollanda i Corky'ego Marlinsona. Parę osób już zwróciło uwagę na nieobecność niezależnych naukowców.

Uspokój się, powtarzał sobie. Wszystko jest pod kontrolą.

Odetchnął głęboko, przypominając sobie, że mieszkańcy całej planety są podekscytowani odkryciem NASA i kosmosem. Życie pozaziemskie nie wzbudziło równie wielkich emocji od czasu słynnego „incydentu z Roswell" w roku 1947 — rzekomej katastrofy statku kosmicznego w Roswell w Nowym Meksyku, do dziś będącym świątynią milionów zwolenników teorii zatajenia wizyty UFO.

W czasie pracy w Pentagonie Ekstrom dowiedział się, że „incydent z Roswell" był niczym więcej, jak tylko wypadkiem, który nastąpił w trakcie realizacji tajnej operacji pod kryptonimem „Projekt Mogul", a będącej doświadczalnym lotem balonu szpiegowskiego przeznaczonego do monitorowania rosyjskich prób nuklearnych. Prototypowe urządzenie zboczyło z kursu i rozbiło się na pustyni w Nowym Meksyku. Pech chciał, że cywil znalazł wrak przed wojskiem.

Niczego nieświadomy ranczer William Brazel natknął się na pole zasłane szczątkami neoprenu i lekkich metali niepodobnych do niczego, co kiedykolwiek widział, i natychmiast zadzwonił do szeryfa. Gazety skwapliwie podchwyciły historię o dziwnym wraku i zainteresowanie społeczeństwa szybko wzrosło. Ponieważ wojsko z uporem odżegnywało się od jakichkolwiek związków z tym incydentem, reporterzy podjęli śledztwo i Projekt Mogul znalazł się w poważnym niebezpieczeństwie. Akurat wtedy, gdy wydawało się, że kwestia balonu szpiegowskiego przestanie być tajna, doszło do czegoś niezwykłego.

Media wysnuły niespodziewany wniosek — uznały, że skrawki futurystycznego tworzywa mogą pochodzić wyłącznie z pozaziemskiego źródła, że są wytworem istot stojących na wyższym poziomie cywilizacyjnym niż ludzie. Zaprzeczenia wojska mogły mieć na celu tylko jedno — zatuszowanie kontaktu z obcymi! Wojskowi byli zbici z tropu tą nową hipotezą, ale przecież nie mieli zamiaru zaglądać darowanemu koniowi w zęby. Podchwycili historię o gościach z kosmosu i zaczęli jąnakręcać; wiara, że kosmici odwiedzali Nowy Meksyk, stanowiła znacznie mniejsze zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego, niż zdradzenie się z Projektem Mogul przed Rosjanami.

Aby uwiarygodnić tę przykrywkę, służby wywiadowcze szybko utajniły „incydent z Roswell" i zaczęły fabrykować „przecieki" — stąd wzięły się plotki, o kontaktach z obcymi, o wydobytych statkach kosmicznych, nawet o tajemniczym Hangarze 18 w bazie sił powietrznych Wright-Patterson w Dayton, gdzie rząd jakoby przechowywał w lodzie ciała kosmitów. Świat kupił te bajki I gorączka Roswell rozprzestrzeniła się na cały świat. Od tej chwili, ilekroć cywil widział na niebie jakiś supernowoczesny wojskowy samolot, wywiad po prostu odkurzał stary kamuflaż.

To nie samolot, tylko statek kosmiczny!

Ekstrom dziwił się, że to proste oszustwo sprawdza się do dzisiaj.

Wybuchał śmiechem za każdym razem, gdy media informowały o nagłej lawinie doniesień o zaobserwowaniu UFO. Po prostu jakimś szczęściarzom udało się zobaczyć jeden z pięćdziesięciu siedmiu superszybkich bezzałogowych samolotów zwiadowczych NRO znanych jako global hawks — podłużnych, zdalnie sterowanych, w niczym nieprzypominających żadnych innych maszyn latających.

Ekstrom myślał z politowaniem o tych niezliczonych turystach, którzy wciąż pielgrzymują na pustynię w Nowym Meksyku, żeby filmować nocne niebo. Od czasu do czasu komuś dopisywało szczęście i zdobywał „niepodważalny dowód" na istnienie UFO — zdjęcia jasnych świateł, bardziej zwrotnych i szybszych od samolotów zbudowanych przez ludzi. Oczywiście ludzie nie mają pojęcia o istnieniu dwunastu lat opóźnienia pomiędzy tym, czego potrafi dokonać rząd, a tym, co widzą na co dzień. Obserwatorom UFO po prostu trafiała się gratka w postaci ujrzenia konstruowanych w Strefie 51 samolotów nowej generacji, z których wiele było genialnymi projektami inżynierów NASA. Wywiad oczywiście nie wyprowadza nikogo z błędu; lepiej, żeby świat przeczytał w gazetach o kolejnych odwiedzinach UFO, niż gdyby poznał prawdziwe możliwości lotnictwa wojskowego USA.

Ale teraz wszystko się zmieniło, pomyślał Ekstrom. Za parę godzin pozaziemski mit stanie się potwierdzoną rzeczywistością. Na zawsze.

— Administratorze? — Podbiegł do niego technik. — Pilny telefon w PSC.

Ekstrom odwrócił się z westchnieniem. Do diabła, o co chodzi? Ruszył do przyczepy łączności. Technik szedł obok niego.

— Chłopcy od radaru w PSC byli ciekawi...

— Tak? — Ekstrom wciąż błądził myślami gdzie indziej.

— Niedaleko brzegu wykryli wielki okręt podwodny. Zastanawialiśmy się, dlaczego pan o nim nie wspomniał.

Ekstrom podniósł wzrok.

— Słucham?

— Okręt podwodny. Mógł pan przynajmniej powiedzieć operatorom radaru. Dodatkowe zabezpieczenie od strony morza jest zrozumiałe, ale trochę ich zdziwiło.

Ekstrom stanął jak wyryty.

— Jaki okręt podwodny?

Technik też się zatrzymał, wyraźnie zaskoczony reakcją administratora.

— Nie bierze udziału w naszej operacji?

— Nie! Gdzie on jest?

Technik głośno przełknął ślinę.

— Jakieś pięć kilometrów od brzegu. Złapaliśmy go na radarze przez przypadek. Wynurzył się tylko na parę minut. Dał całkiem duży punkt świetlny. Doszliśmy do wniosku, że poprosił pan marynarkę o ochronę operacji.

Ekstrom spojrzał na niego zdziwiony.

— Ależ skąd!

Technikowi załamał się głos:

— W takim razie muszę pana poinformować, że niedawno ten okręt spotkał się z helikopterem. Wyglądało to na wymianę załogi. Szczerze mówiąc, byliśmy pod wrażeniem. Przesiadanie się przy takim wietrze to nie w kij dmuchał.

Ekstrom czuł, jak napinają mu się mięśnie. Do diabła, czego szukał okręt podwodny koło Wyspy Ellesmere'a? Dlaczego znalazł się tutaj bez mojej wiedzy?

— Widzieliście, w którą stronę odleciał śmigłowiec?

— W kierunku bazy w Thule. Na połączenie z lądem, jak sądzę. Ekstrom nie odezwał się przez całą drogę do PSC. Kiedy wszedł do ciasnego wnętrza, w słuchawkach zachrypiał znajomy głos.

— Mamy problem — odezwała się Tench, pokasłując. — Związany z Rachel Sexton.


Rozdział 76

Senator Sexton nie był pewien, jak długo spoglądał w przestrzeń, gdy usłyszał łomotanie. Kiedy uznał, że ten efekt nie jest wewnętrznym skutkiem wypitego alkoholu, tylko pukaniem do drzwi, podniósł się z kanapy, schował butelkę i wyszedł do holu.

— Kto tam?! — wrzasnął, nie będąc w nastroju do przyjmowania gości.

Ochroniarz podał nazwisko niespodziewanego przybysza. Sexton natychmiast wytrzeźwiał. Szybko. Miał nadzieję, że odbędzie tę rozmowę nie wcześniej niż rankiem.

Wziął głęboki oddech, przeczesał palcami włosy i otworzył drzwi. Twarz była aż nazbyt znajoma — wyrazista i czerstwa, choć mężczyzna miał siedemdziesiąt parę lat. Sexton spotkał się z nim rano w białym minivanie, fordzie windstarze, na hotelowym parkingu. Na pewno dzisiaj rano? — zastanowił się. Boże, jak bardzo wszystko się zmieniło od tamtej chwili.

— Mogę wejść? — zapytał ciemnowłosy przybysz.

Sexton odsunął się na bok, robiąc miejsce szefowi fundacji.

— Jest pan zadowolony z przebiegu spotkania? — zapytał mężczyzna, gdy Sexton zamknął drzwi.

Czy jestem zadowolony? Sexton zastanowił się, czy gość przypadkiem nie żyje pod kloszem.

— Było wspaniale do czasu wystąpienia prezydenta.

Starszy mężczyzna z niezadowoloną miną pokiwał głową.

— Tak. Niewiarygodne zwycięstwo. Zaszkodzi naszej sprawie.

Zaszkodzi naszej sprawie? Optymista. Po dzisiejszym triumfie NASA prędzej ten facet trafi na cmentarz, niż SFF osiągnie swoje cele prywatyzacji.

— Od wielu lat podejrzewałem, że pojawi się dowód — powiedział gość. — Nie wiedziałem, jak i kiedy, ale prędzej czy później musiało to nastąpić.

Sexton osłupiał.

— Nie jest pan zaskoczony?

— Matematyka kosmosu wręcz żąda istnienia innych form życia. — Mężczyzna ruszył do salonu. — Nie jestem zaskoczony tym odkryciem. Intelektualnie jestem poruszony. Duchowo, pełen nabożnej grozy. Politycznie jestem głęboko zaniepokojony. Czas nie mógłby być mniej odpowiedni.

Sexton zastanowił się, dlaczego do niego przyszedł. Jasne jak słońce, że nie po to, by poprawić mu nastrój.

— Jak pan wie — ciągnął gość — firmy członkowskie SFF wydały miliony, próbując otworzyć granice kosmosu dla prywatnych obywateli. Ostatnio znaczna część tych pieniędzy była przeznaczana na pańską kampanię.

Sexton poczuł się zmuszony do obrony.



1   ...   16   17   18   19   20   21   22   23   ...   35


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna