Wydawnictwo sonia draga



Pobieranie 2,1 Mb.
Strona19/35
Data23.10.2017
Rozmiar2,1 Mb.
1   ...   15   16   17   18   19   20   21   22   ...   35

Powietrze w salonie senatora Sextona było przepełnione oczekiwaniem. Wszyscy goście stali ze wzrokiem wbitym w ekran wielkiego telewizora.

Zach Herney przemówił do świata i, nie do wiary, jego powitanie wypadło nieporadnie. Przez chwilę wyglądał tak, jakby brakowało mu pewności siebie.

Sprawia wrażenie roztrzęsionego, pomyślał Sexton. Jak nigdy.

— Patrzcie na niego — szepnął ktoś. — Na pewno ma złe wieści.

Stacja kosmiczna? — zastanowił się Sexton.

Herney spojrzał prosto w kamerę i odetchnął głęboko.

— Przyjaciele, od wielu dni zastanawiałem się, jak wygłosić niniejsze oświadczenie...

W trzech słowach, poradził mu Sexton w duchu. My je rozdmuchamy.

Herney mówił przez chwilę o tym, jakie to przykre, że kwestia NASA stała się kartą przetargową kampanii wyborczej i że z tego powodu uznał, iż musi na wstępie przeprosić za czas, w jakim przyszło mu wygłosić oświadczenie.

— Wolałbym każdą inną chwilę — mówił. — Polityczne napięcie wiszące w powietrzu często przemienia marzycieli w niedowiarków, a jednak jako wasz prezydent nie mam innego wyboru, Jak tylko podzielić się w wami tym, czego sam niedawno się dowiedziałem. — Uśmiechnął się lekko. — Kosmiczne cuda nie podlegają żadnym harmonogramom... nawet prezydenckim.

Wszyscy w salonie Sextona wzdrygnęli się jednocześnie. Co takiego?

— Dwa tygodnie temu — mówił Herney — nowy orbitalny skaner gęstości NASA przelatywał nad Lodowcem Szelfowym Milne'a na dalekiej Wyspie Ellesmere'a, leżącej na Oceanie Arktycznym, na północ od osiemdziesiątego równoleżnika.

Sexton i jego goście wymienili skonsternowane spojrzenia.

— Satelita wykrył wielką skałę o dużej gęstości, spoczywającą w lodzie na głębokości sześćdziesięciu metrów. — Herney uśmiechnął się po raz pierwszy, odnajdując właściwy rytm. — Po otrzymaniu danych NASA natychmiast wysnuła przypuszczenia, że PODS znalazł meteoryt.

— Meteoryt? — parsknął Sexton. — To ma być ważna wiadomość?

— NASA wysłała na lodowiec zespół specjalistów, którzy pobrali próbki. Wtedy dokonano... — prezydent urwał na chwilę. — Szczerze mówiąc, dokonano naukowego odkrycia stulecia.

Sexton z niedowierzaniem zrobił krok w stronę telewizora. Nie... Jego goście zaczęli niespokojnie przestępować z nogi na nogę.

— Proszę państwa, kilka godzin temu NASA wydobyła z lodu arktycznego ośmiotonowy meteoryt, który zawiera... — Herney zrobił dramatyczną pauzę, dając całemu światu czas na pochylenie się w stronę ekranów. — Meteoryt, który zawiera skamieniałe formy życia. Tuziny skamielin. Jednoznaczny dowód na istnienie życia pozaziemskiego.

Na dany znak na ekranie za plecami prezydenta ukazała się idealnie zachowana skamielina wielkiego robaka.

W salonie Sextona sześciu biznesmenów podskoczyło, wybałuszając oczy z przerażenia. Sexton zamarł.

— Przyjaciele — ciągnął prezydent — widoczna za moimi plecami skamieniałość pochodzi sprzed stu dziewięćdziesięciu milionów lat. Została znaleziona we fragmencie meteorytu zwanego Jungersolem, który spadł do Oceanu Arktycznego prawie trzysta lat temu. Nowy satelita PODS wykrył fragment meteorytu pogrzebany w lodzie szelfowym. Przed ujawnieniem tego doniosłego odkrycia NASA i nasza administracja weryfikowała je przez ponad dwa tygodnie, z nadzwyczajną skrupulatnością i pod każdym względem. W ciągu następnej półgodziny wysłuchacie wypowiedzi licznych naukowców niezależnych oraz specjalistów z NASA, a także obejrzycie krótki film dokumentalny zrealizowany przez osobę, którą niewątpliwie znacie. Zanim powiem coś więcej, chcę powitać człowieka, w tej chwili przebywającego za kręgiem polarnym. To jego zdolnościom, wizjonerstwu i ciężkiej pracy zawdzięczamy tę historyczną chwilę. Mam zaszczyt przedstawić państwu administratora NASA, Lawrence'a Ekstroma.

Hemey odwrócił się w stronę w ekranu w idealnym momencie.

Miejsce skamieliny zajęło dostojne grono naukowców NASA, siedzących przy długim stole po obu stronach zwalistego administratora Ekstroma.

— Dziękuję, panie prezydencie. — Ekstrom z powagą i godnością podniósł się i spojrzał prosto w kamerę. — Z wielką dumą dzielę się z wami tą... tą najwspanialszą godziną w dziejach NASA.

Ekstrom opowiedział z pasją o NASA i odkryciu. Dmąc w fanfary patriotyzmu i triumfu, przeszedł płynnie do filmu dokumentalnego zrealizowanego przez naukowca i gwiazdę telewizyjną — Michaela Tollanda.

Senator Sexton osunął się na kolana przed telewizorem i wczepił palce w srebrną czuprynę. Nie! Boże, nie!
Rozdział 69

Sina z wściekłości Marjorie Tench wyrwała się z radosnego chaosu panującego przed salą konferencyjną i pomaszerowała do swojego prywatnego kąta w Zachodnim Skrzydle. Nie była w nastroju do świętowania. Telefon od Rachel Sexton nie mógł być większą niespodzianką.

I bardziej przykrą.

Tench zatrzasnęła drzwi gabinetu, podeszła do biurka i zadzwoniła do centrali Białego Domu.

— Z Williamem Pickeringiem, NRO.

Zapaliła papierosa i krążyła po biurze, czekając, aż telefonistka wytropi Pickeringa. W normalnych okolicznościach byłby w domu, ale zważywszy na skalę nagłośnienia konferencji przez Biały Dom, przypuszczała, że Pickering spędza wieczór w swoim gabinecie. Na pewno wlepia oczy w ekran i zachodzi w głowę, co takiego wydarzyło się na świecie, o czym on nie miał pojęcia.

Tench przeklinała się za to, że nie zaufała swojemu instynktowi, kiedy prezydent powiedział, iż chce wysłać Rachel Sexton na Lodowiec Milne'a. Czuła, że to niepotrzebne ryzyko. Ale prezydent przekonywał, iż pracownicy Białego Domu, od kilku tygodni nadzwyczaj nieufni, potraktują podejrzliwie odkrycie NASA, jeśli dowiedzą się o nim od kogoś z wewnątrz. Zgodnie z przewidywaniami Herneya, wystąpienie Rachel Sexton uciszyło podejrzenia, zapobiegło sceptycznej wewnętrznej dyskusji i skłoniło personel Białego Domu do stworzenia wspólnego frontu. Tench musiała przyznać, że było to błyskotliwe posunięcie. A jednak teraz Rachel Sexton zmieniła śpiewkę.

Ta suka zadzwoniła otwartą linią.

Najwyraźniej zamierzała podważyć wiarygodność odkrycia. Jedyną pociechą była świadomość, że prezydent ma nagranie jej wcześniejszego oświadczenia. Dzięki Bogu. Dobrze, że Herney pomyślał przynajmniej o takim zabezpieczeniu. Tench zaczynała się bać, że będzie im ono potrzebne.

W tej chwili próbowała ograniczyć szkody w inny sposób. Rachel Sexton jest bystra; jeśli naprawdę dąży do bezpośredniej konfrontacji z Białym Domem i NASA, będzie chciała zwerbować potężnych sprzymierzeńców. Pierwszy logiczny wybór padnie na Williama Pickeringa. Tench dobrze wie, co Pickering myśli o NASA. Musi skontaktować się z nim przed Rachel.

— Pani Tench? — rozległ się dźwięczny głos. — Mówi William Pickering. Czemu zawdzięczam ten zaszczyt?

Tench słyszała w tle płynące z telewizora komentarze NASA. Po tonie rozmówcy poznała, że wciąż jest oszołomiony rewelacją ujawnioną na konferencji prasowej.

— Poświęci mi pan pięć minut, dyrektorze?

— Sadziłem, że będzie pani świętowała. To dla was wieczór triumfu. Wygląda na to, że NASA i prezydent wrócili do gry.

Tench usłyszała w jego głosie niekłamane zdumienie podszyte goryczą. Niewątpliwie to ostatnie było wynikiem legendarnej odrazy, jaka narastała w nim za każdym razem, gdy dowiadywał się o jakimś niezwykle ważnym wydarzeniu w tym samym czasie, co reszta świata.

— Przepraszam, że nie został pan powiadomiony przez Biały Dom i NASA, ale nie było innej możliwości — powiedziała Tench, próbując przerzucić między nimi most.

— Zapewne pani wie, że NRO wykryło aktywność NASA kilka tygodni temu i wystosowało pytania.

Tench ściągnęła brwi. Jest wkurzony.

— Tak, wiem, ale...

— Odpowiedziano nam, że to nic ważnego, że przeprowadzają ćwiczenia terenowe w ekstremalnych warunkach środowiskowych. Testowanie sprzętu i tak dalej. — Pickering umilkł na chwilę. — Kupiliśmy to kłamstwo.

— Nie nazywajmy tego kłamstwem. Lepszym określeniem jest „konieczna dezinformacja". Zważywszy na doniosłość odkrycia, jestem pewna, że pan rozumie, iż NASA musiała trzymać je w tajemnicy.

— Tak, przed społeczeństwem.

Dąsy nie leżały w repertuarze zachowań ludzi pokroju Williama Pickeringa, ale Tench wyczuwała, że dyrektor jest gotów się obrazić.

— Mam niewiele czasu — powiedziała, starając się odzyskać dominującą pozycją — ale uznałam, że powinnam zadzwonić, by pana ostrzec.

— Ostrzec? — W głosie Pickeringa zabrzmiała cierpka nuta. — Czyżby Zach Hemey postanowił mianować nowego, przyjaznego dla NASA dyrektora NRO?

— Oczywiście, że nie. Prezydent rozumie, że pańskie krytyczne podejście do agencji wynika po prostu ze względów bezpieczeństwa, i pracuje nad zlikwidowaniem przecieków. Dzwonię w sprawie jednego z pańskich pracowników. — Po chwili milczenia dodała: — Rachel Sexton. Miał pan jakieś wiadomości od niej dziś wieczorem?

— Nie. Rano na prośbę prezydenta wysłałem ją do Białego Domu. Najwyraźniej prezydent dał jej jakieś zajęcie. Niewykluczone, że jeszcze się zamelduje.

Tench odetchnęła z ulgą. Udało jej się skontaktować z Pickeringiem przed Rachel Sexton. Zaciągnęła się papierosem i z jak największym spokojem oznajmiła:

— Przypuszczam, że niebawem otrzyma pan telefon od pani Sexton.

— To dobrze. Spodziewam się tego. Muszę pani powiedzieć, że przed konferencją prasową obawiałem się, iż Zach Herney zechce przekonać panią Sexton do publicznego wystąpienia. Cieszę się, że tego nie zrobił.

— Zach Herney jest przyzwoitym człowiekiem... czego, niestety, nie mogę powiedzieć o Rachel Sexton.

Na linii zapadła długa cisza.

— Mam nadzieję, że źle zrozumiałem.

Tench westchnęła ciężko.

— Nie, panie dyrektorze, obawiam się, że dobrze pan zrozumiał. Wolałabym nie omawiać szczegółów przez telefon, ale wszystko wskazuje na to, że Rachel Sexton postanowiła podkopać wiarygodność oświadczenia NASA. Nie mam pojęcia, dlaczego po przeanalizowaniu i potwierdzeniu danych wykonała zwrot o sto osiemdziesiąt stopni. Zaczęła wygłaszać jakieś niedorzeczne teorie o spisku i oszustwie agencji kosmicznej.

— Co takiego? — Ton głosu zdradzał, że rozmówca poświęca jej całą uwagę.

— Tak, sprawia kłopoty. Z przykrością muszę pana poinformować, że pani Sexton zadzwoniła do mnie dwie minuty przed konferencją prasową i zalecała jej odwołanie.

— Na jakiej podstawie?

— Niedorzecznej, szczerze mówiąc. Oznajmiła, że znalazła poważne błędy w danych.

Długie milczenie sygnalizowało większą nieufność Pickeringa, niż Tench mogła sobie życzyć.

— Błędy? — powtórzył w końcu.

— To wręcz śmieszne, naprawdę, po dwóch bitych tygodniach badań NASA i...

— Trudno mi uwierzyć, by osoba pokroju Rachel Sexton chciała odwołać prezydencką konferencję prasową bez cholernie dobrego powodu. — Pickering sprawiał wrażenie zmartwionego. — Może powinna pani jej wysłuchać.

— Na litość boską! — wykrzyknęła Tench, tłumiąc kaszel. — Obejrzał pan konferencję prasową. Dane dotyczące meteorytu zostały wielokrotnie sprawdzone przez niezliczonych specjalistów, łącznie z niezależnymi. Czy nie wydaje się panu podejrzane, że Rachel Sexton, córka jedynego człowieka, którego to oświadczenie poważnie zaboli, nagle zmieniła zdanie?

— To wydaje się podejrzane, pani Tench, ale tylko dlatego, że przypadkiem wiem, iż stosunki między panią Sexton a jej ojcem nie układają się najlepiej. Nie potrafię sobie wyobrazić, z jakiego powodu Rachel miałaby po latach służby dla prezydenta nagle zmienić front i kłamać, by poprzeć ojca.

— Może w grę wchodzi ambicja? Naprawdę nie wiem. Być może możliwość zostania pierwszą córką... — Tench celowo nie dokończyła zdania.

Ton Pickeringa natychmiast stał się surowy.

— Grubymi nićmi szyte, pani Tench.

Tench spochmurniała. Do diabła, jakiej innej reakcji mogła się spodziewać? Oskarżyła ważnego pracownika NRO o zdradę prezydenta. Pickering musi traktować ją z dystansem.

— Proszę dać ją do telefonu — poprosił. — Chciałbym porozmawiać z nią osobiście.

— Niestety, to niemożliwe — odparła Tench. — Nie ma jej w Białym Domu.

— A gdzie jest?

— Dziś rano prezydent wysłał ją na Lodowiec Milne'a, żeby mogła na miejscu sprawdzić dane. Niedługo stamtąd wróci.

— Dlaczego nie poinformowano mnie... — w głosie Pickeringa brzmiała złość.

— Nie mam czasu na leczenie pańskiej zranionej dumy, dyrektorze. Zadzwoniłam do pana z grzeczności. Chciałam ostrzec, że Rachel Sexton postanowiła działać na własną rękę. Będzie szukała sprzymierzeńców. Być może skontaktuje się z panem. Lepiej, żeby pan wiedział, iż Biały Dom jest w posiadaniu dokonanego dziś po południu nagrania, na którym pani Sexton potwierdza prawdziwość wszystkich danych przed prezydentem, jego administracją i całym personelem Białego Domu. Jeśli obojętnie z jakich pobudek spróbuje zszargać dobre imię Zacha Herneya albo NASA, to przysięgam panu, że Biały Dom dopilnuje, aby upadła boleśnie i nisko. — Tench umilkła na chwilę, żeby jej słowa mogły zapaść w pamięć rozmówcy. — Spodziewam się, że odwzajemni pan moją uprzejmość przez natychmiastowe poinformowanie mnie, jeśli Rachel Sexton nawiąże z panem kontakt. Ponieważ atakuje również prezydenta, Biały Dom zatrzyma ją w celu przesłuchania, zanim wyrządzi jakieś poważne szkody. Czekam na telefon, dyrektorze. To wszystko. Dobrej nocy.

Marjorie Tench odłożyła słuchawkę. Była pewna, że nikt w ten sposób nigdy nie przemawiał do Williama Pickeringa. Przynajmniej teraz szef NRO wie, że to nie żarty.

William Pickering stał przy oknie na najwyższym piętrze NRO i patrzył w noc nad Wirginią. Rozmowa z Marjorie Tench poważnie go zmartwiła. Zagryzał wargi, próbując dopasować wszystkie elementy tej układanki.

— Dyrektorze? — Sekretarka cicho zapukała do drzwi. — Telefon.

— Nie teraz — rzucił z roztargnieniem.

— Dzwoni Rachel Sexton.

Pickering odwrócił się na pięcie. Tench najwyraźniej umie przepowiadać przyszłość.

— Dobrze. Proszę przełączyć, natychmiast.

— To zaszyfrowany strumień audiowizualny. Chce pan odebrać w pokoju konferencyjnym?

Strumień audiowizualny?

— Skąd dzwoni?

Sekretarka odpowiedziała.

Pickering wytrzeszczył oczy. Oszołomiony, pospieszył do pokoju konferencyjnego. To jest coś, co musi zobaczyć.
Rozdział 70

Martwy pokój na okręcie „Charlotte" — zaprojektowany na wzór podobnego pomieszczenia znajdującego się w Laboratoriach Bella — formalnie nazywany był „komorą bezechową". Akustycznie czysta komora, niezawierająca żadnych równoległych ani odbijających powierzchni, pochłania dźwięk ze skutecznością równą 99,4 procent. Ponieważ metal i woda dobrze przewodzą dźwięki, rozmowy prowadzone na okrętach podwodnych są narażone na przechwycenie przez znajdujący się w pobliżu podsłuch albo mikrofony z przyssawkami umieszczone na zewnętrznym kadłubie. Martwy pokój to maleńkie pomieszczenie, z którego nie może się wydostać absolutnie żaden dźwięk. Rozmowy prowadzone w tej izolowanej klitce są całkowicie zabezpieczone przed podsłuchaniem.

Komora wyglądała jak schowek, w którym ściany, sufit i podłoga wyłożone zostały piankowymi stożkami sterczącymi ze wszystkich stron do wewnątrz. Ich widok przywiódł Rachel na myśl ciasną podmorską jaskinię, w której stalagmity wyrastają bez ładu i składu ze wszystkich możliwych powierzchni. Najbardziej denerwujący był brak normalnej podłogi.

Zamiast niej w pomieszczeniu znajdowała się rozpięta poziomo siatka; stojące na niej osoby miały dziwne wrażenie, że unoszą się między ścianami. Siatka była gumowana i sztywna. Rachel spojrzała pod nogi i poczuła się tak, jakby szła po sznurowym moście wiszącym nad surrealistycznym fraktalnym pejzażem. Metr niżej las piankowych kolców jeżył się złowieszczo.

Powietrze wydawało się niepokojąco martwe, jakby wyssano z niego całą energię. Rachel odniosła wrażenie, że ma watę w uszach. Słyszała tylko własny oddech. Krzyknęła, a efekt był taki, jakby krzyczała w poduszkę. Ściany wchłonęły wszystkie drgania i odbierała jedynie wibracje w czaszce.

Kapitan wyszedł, zamykając za sobą obite pianką drzwi. Rachel, Corky i Tolland usiedli przy niewielkim stoliku w kształcie litery U, stojącym na długich metalowych szczudłach przechodzących przez siatkę. Mikrofony, słuchawki i konsola wideo z kamerą wyglądały tak, jakby zostały przygotowane na minisympozjum ONZ.

Jako osoba zatrudniona przez amerykański wywiad — przodującego na świecie producenta laserowych mikrofonów, podwodnych aparatów podsłuchowych i innych superczułych urządzeń do prowadzenia nasłuchu — Rachel wiedziała, że na ziemi jest niewiele miejsc, w których można prowadzić naprawdę bezpieczne rozmowy. Wszystko wskazywało jednak na to, że martwy pokój jest jednym z nich. Mikrofony i słuchawki umożliwiały bezpośrednie telekonferencje, których uczestnicy mogli mówić swobodnie z gwarancją, że wibracje nie wydostaną się z pomieszczenia. Ich słowa były kodowane i dopiero wtedy odbywały daleką podróż przez atmosferę.

— Kontrola głośności. — Rachel, Tolland i Corky podskoczyli, słysząc głos w słuchawkach. — Słyszy mnie pani, pani Sexton?

Rachel pochyliła się do mikrofonu.

— Tak, dziękuję. — Kimkolwiek jesteś.

— Dyrektor Pickering jest na linii. Odbiera dźwięk i obraz. Wyłączam się.

Zapadła cisza, przerwana przez szum zakłóceń oraz serię pisków i trzasków. Wreszcie ekran rozjaśnił się i Rachel zobaczyła dyrektora Pickeringa w pokoju konferencyjnym NRO. Był sam. Podniósł głowę i spojrzał jej w oczy.

Na jego widok poczuła ulgę.

— Pani Sexton, do licha, co się dzieje? — zapytał z zakłopotaną, zatroskaną miną.

— Chodzi o meteoryt, panie dyrektorze — odparła. — Myślę, że mamy poważny problem.
Rozdział 71

W martwym pokoju na pokładzie „Charlotte" Rachel Sexton przedstawiła Michaela Tollanda i Corky'ego Marlinsona. Potem przejęła dowodzenie i błyskawicznie zrelacjonowała Pickeringowi niewiarygodny ciąg wydarzeń, jakie miały miejsce tego dnia.

Dyrektor NRO siedział bez ruchu i słuchał.

Rachel opowiedziała mu o bioluminescencyjnym planktonie w studni, o wyprawie na lodowiec, o odkryciu szybu pod meteorytem i wreszcie o ataku grupy żołnierzy, przypuszczalnie z jednostki specjalnej.

William Pickering słynął z umiejętności wysłuchiwania niepokojących wieści bez zmrużenia oka, ale z każdym kolejnym słowem jego spojrzenie stawało się coraz bardziej pochmurne. Rachel wyczuła jego niedowierzanie, a potem wściekłość, kiedy powiedziała o śmierci Nory Mangor i ich wyścigu ze śmiercią. Choć chciała wyrazić swoje podejrzenia odnośnie do udziału administratora NASA, znała Pickeringa na tyle dobrze, żeby bez dowodu nie wskazywać palcem na nikogo. Starała się przedstawić wyłącznie suche fakty. Kiedy skończyła, Pickering milczał przez kilka sekund.

— Pani Sexton — rzekł wreszcie — panowie... — Powiódł wzrokiem po ich twarzach. — Jeśli mówicie prawdę, a nie widzę powodu, dla którego mielibyście kłamać, to macie wielkie szczęście, że żyjecie.

W milczeniu pokiwali głowami. Prezydent ściągnął czworo cywilnych naukowców... a dwoje już nie żyje.

Pickering westchnął posępnie, jakby nie wiedział, co powiedzieć. To, co usłyszał, miało niewiele sensu.

— Czy istnieje jakaś możliwość, żeby ten dolny szyb, który widzieliście na wydruku z GPR, był zjawiskiem naturalnym? — zapytał.

Rachel pokręciła głową.

— Jest zbyt doskonały. — Rozwinęła przemoczony wydruk i uniosła go przed kamerą. — Idealnie prosty.

Pickering ze zmarszczonym czołem przyjrzał się wydrukowi.

— Niech pani nie wypuszcza tego z rąk.

— W rozmowie z Marjorie Tench prosiłam, żeby powstrzymać prezydenta, ale mnie spławiła.

— Wiem. Powiedziała mi.

Rachel spojrzała na niego zdziwiona.

— Dzwoniła do pana? — Szybko.

— Przed chwilą. Była bardzo zdenerwowana. Uznała, że próbuje pani zdyskredytować prezydenta i NASA, aby być może pomóc swojemu ojcu.

Rachel wstała. Pomachała wydrukiem GPR i wskazała na swoich towarzyszy.

— Byliśmy o włos od śmierci! Czy to wygląda na przekręt? I dlaczego miałabym...

Pickering podniósł ręce.

— Spokojnie. Pani Tench nie powiedziała mi, że jest was troje. Rachel nie pamiętała, czy zdążyła wspomnieć jej o Corkym i Tollandzie.

— Ani nie nadmieniła, że macie dowód rzeczowy — dodał Pickering. — Podszedłem sceptycznie do jej twierdzeń jeszcze przed rozmową z panią, a teraz jestem przekonany, że Marjorie Tench jest w błędzie. Nie wątpię w pani słowa. Pytanie, co to wszystko oznacza.

Zapadła długa cisza.

William Pickering nieczęsto okazywał konsternację, ale w tej chwili, kiedy pokręcił głową, robił wrażenie zagubionego.

— Załóżmy, że ktoś umieścił meteoryt w lodowcu. Z takiego założenia wypływa oczywiste pytanie, dlaczego to zrobił. Jeśli' ludzie z NASA już mieli meteoryt ze skamieniałościami, dlaczego miałoby im albo komukolwiek innemu, skoro o tym mowa, zależeć na tym, żeby został „znaleziony" w takim a nie innym miejscu?

— Wydaje się, że zrobiono to po to, aby PODS mógł dokonać odkrycia i aby znalezisko wyglądało na fragment znanego meteorytu.

— Jungersola — podpowiedział Corky.

— Ale co daje skojarzenie ze znanym zdarzeniem? — zapytał Pickering prawie ze złością. — Czy te skamieliny nie stanowiłyby zdumiewającego odkrycia, gdyby zostały znalezione w obojętnie jakim miejscu i czasie? Niezależnie od związku z upadkiem jakiegokolwiek meteorytu?

Wszyscy troje pokiwali głowami.

Pickering zawahał się, robiąc niezadowoloną minę.

— Chyba że... oczywiście...

Rachel niemal widziała trybiki obracające się w jego głowie. Dyrektor znalazł najprostsze wyjaśnienie przyczyny umieszczenia meteorytu w warstwach z okresu upadku Jungersola, ale najprostsze wyjaśnienie jest najbardziej kłopotliwe.

— Chyba że miejsce zostało wybrane po to, aby przydać wiarygodności z gruntu nieprawdziwym danym. — Z westchnieniem zwrócił się do Corky'ego: — Doktorze Marlinson, czy jest możliwe podrobienie meteorytu?

— Podrobienie?

— Tak. Sfałszowanie. Spreparowanie.

— Spreparowanie meteorytu? — Corky parsknął śmiechem. — Absolutnie niemożliwe! Znalezisko zostało zbadane przez specjalistów, łącznie ze mną. Przeprowadzono analizy chemiczne, badania spektrograficzne, datowanie metodą rubinowo-strontową. Skała jest niepodobna do tych, jakie występują na Ziemi. Meteoryt jest autentyczny. Każdy astrogeolog to potwierdzi.

Pickering zastanawiał się przez długi czas, delikatnie gładząc krawat.

— A jednak, biorąc pod uwagę korzyści, jakie NASA odniesie dzięki temu odkryciu, widoczne oznaki manipulowania dowodem oraz atak na was... nasuwa mi się jedyny logiczny wniosek. Meteoryt jest umiejętnie spreparowaną imitacją.

— Niemożliwe! — Corky zatrząsł się ze złości. — Z całym szacunkiem, panie dyrektorze, meteoryty nie są czymś w rodzaju hollywoodzkich gadżetów, które można wyczarować w laboratorium, żeby następnie nabrać gromadę Bogu ducha winnych astrofizyków. To złożone pod względem chemicznym obiekty o wyjątkowej strukturze krystalicznej i określonych proporcjach pierwiastków!

— Nie kwestionuję pańskiej oceny, doktorze Marlinson. Po prostu trzymam się logicznych wniosków. Ktoś chciał was zabić, aby zapobiec ujawnieniu, że meteoryt został umieszczony w lodzie od spodu, jestem więc skłonny rozpatrzyć nawet najbardziej fantastyczne scenariusze. Na jakiej podstawie uznał pan, że ta skała rzeczywiście jest meteorytem?

— Proszę bardzo! — Głos Corky'ego zatrzeszczał w słuchawkach. — Nieskazitelna skorupa obtopieniowa, obecność chondr, zawartość niklu odbiegająca od wartości typowych dla skał ziemskich. Jeśli sugeruje pan, że ktoś wyprowadził nas w pole, wytwarzając tę skałę w laboratorium, powiem tylko tyle, że to laboratorium pochodzi sprzed jakichś stu dziewięćdziesięciu milionów lat. — Corky sięgnął do kieszeni, wyjął kamyk w kształcie dysku i przysunął go do kamery. — Zbadaliśmy wiek wielu takich próbek licznymi metodami. Datowania rubinowo-strontowego nie można sfałszować!

Pickering nie krył zaskoczenia.

— Ma pan próbkę?

Corky wzruszył ramionami.

— NASA ma ich na tuziny.



1   ...   15   16   17   18   19   20   21   22   ...   35


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna