Wydawnictwo sonia draga



Pobieranie 2,1 Mb.
Strona18/35
Data23.10.2017
Rozmiar2,1 Mb.
1   ...   14   15   16   17   18   19   20   21   ...   35

— On łamie prawo — zauważyła Gabrielle. Na pewno?

— Albo tak ci wmówiła Marjorie Tench. Kandydaci stale przyjmująpo cichu dotacje od wielkich korporacji. Może to niezbyt ładne, lecz niekoniecznie nielegalne. W gruncie rzeczy większość kwestii prawnych wiąże się nie z pochodzeniem pieniędzy, ale z tym, jak kandydat je wydaje.

Gabrielle zawahała się, mniej pewna swego.

— Gabs, Biały Dom zagrał tobąjak pionkiem. Próbowali zwrócić cię przeciwko twojemu kandydatowi, a ty kupiłaś ich blef. Gdyby chodziło o mnie, myślę, że naradziłabym się z Sextonem, zanim skoczyłabym za burtę, podpuszczona przez osobę pokroju Marjorie Tench.

Zadzwonił telefon. Yolanda odebrała, kiwając głową, pomrukując i robiąc notatki.

— Ciekawe — powiedziała w końcu. — Zaraz tam będę. Dzięki. Odłożyła słuchawkę i odwróciła się z uniesionymi brwiami.

— Gabs, wygląda na to, że nie masz się czym przejmować. Dokładnie tak, jak mówiłam.

— Co się dzieje?

Jeszcze nie znam szczegółów, ale mogę ci powiedzieć, że konferencja prasowa nie będzie miała nic wspólnego ze skandalami seksualnymi czy finansowaniem kampanii.

Gabrielle dostrzegła iskierkę nadziei i bardzo pragnęła ją rozdmuchać.

— Skąd wiesz?

— Ktoś właśnie dał mi cynk, że konferencja ma związek z NASA.

Gabrielle usiadła.

— Z NASA?

Yolanda puściła do niej oko.

— To może być twoja szczęśliwa noc. Założę się, że przyciśnięty przez Sextona do muru prezydent Herney uznał, iż Biały Dom nie rria innego wyboru, jak tylko przykręcić kurek i obciąć budżet Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. To wyjaśnia zaproszenie zagranicznych mediów.

Hemey zwołał konferencję prasową, bo chce zamknąć stację kosmiczną? Gabrielle nie mogła sobie tego wyobrazić. Yolanda wstała.

— Ten dzisiejszy atak Tench to zapewne ostatnia rozpaczliwa próba uzyskania przewagi nad Sextonem, zanim prezydent ogłosi złe wieści. Nic tak dobrze nie odwraca uwagi od innych wpadek jak skandal seksualny. Tak czy siak, Gabs, muszę wracać do pracy. Dam ci radę — przynieś sobie kubek kawy, posiedź tutaj, włącz telewizor i przetrzymaj to jak my wszyscy. Mamy dwadzieścia minut do rozpoczęcia przedstawienia. Mówię ci, nie ma mowy, aby prezydent grzebał w cudzych brudach. Dziś wystąpi przed całym światem. Cokolwiek ma do powiedzenia, będzie to nadzwyczaj poważne. A teraz daj mi kopertę.

— Co?

Yolanda wyciągnęła rękę.



— Zamknę te zdjęcia w biurku i oddam ci dopiero wtedy, gdy będzie po wszystkim. Chcę mieć pewność, że nie zrobisz jakiegoś głupstwa.

Gabrielle niechętnie podała jej kopertę.

Yolanda pieczołowicie zamknęła zdjęcia w szufladzie i schowała klucze do kieszeni.

— Będziesz mi dziękowała, Gabs. Obiecuję. — W drodze do drzwi żartobliwie zmierzwiła jej włosy. — Siedź sobie tutaj i czekaj. Myślę, że dobre wieści są już w drodze.

Gabrielle została sama w przeszklonym boksie. Chciała, żeby optymizm Yolandy poprawił jej nastrój, mogła jednak myśleć tylko o uśmieszku satysfakcji na ustach Marjorie Tench. Nie miała pojęcia, co prezydent zamierza obwieścić światu, ale zdecydowanie nie będą to dobre wieści dla senatora Sextona.
Rozdział 65

Rachel Sexton czuła, że płonie żywcem.

Z nieba spada ogień!

Otworzyła oczy, ale zdołała zobaczyć tylko zamglone kształty i oślepiające światła. Padał na nią parzący, gorący deszcz. Siekłjej gołą skórę. Leżała na boku na gorących płytkach. Skuliła się jeszcze bardziej, do pozycji płodowej, próbując osłonić się przed parzącymi strugami. Czuła zapach środków chemicznych. Może chloru. Spróbowała się odczołgać, ale nie mogła. Silne ręce trzymały ją za ramiona, przyciskały do podłogi.

Puśćcie mnie! Palę się!

Chciała uciekać, lecz znów powstrzymały ją silne ręce.

— Nie ruszaj się — powiedział jakiś mężczyzna. Głos miał rzeczowy, mówił z amerykańskim akcentem. — Niedługo koniec.

Czego?, zastanowiła się. Bólu? Mojego życia? Spróbowała skupić wzrok. Światła raziły. Wyczuła, że pomieszczenie jest niewielkie. Zatłoczone. Niski sufit.

— Palę się! — Jej wrzask był szeptem.

— Nic ci nie będzie — zapewnił mężczyzna. — Woda jest letnia, możesz mi wierzyć.

Rachel zdała sobie sprawę, że ma na sobie tylko bieliznę. Nie była tym speszona; w jej głowie kłębiło się mnóstwo pytań.

Wspomnienia napływały jak potok. Lodowiec. GPR. Atak. Kto? Gdzie ja jestem? Próbowała to wszystko poskładać, ale umysł miała otumaniony, jakby zardzewiały, pracujący na zwolnionych obrotach. Z chaosu wypłynęła jedna myśl: Michael i Corky... gdzie oni są?

Otworzyła szerzej zapuchnięte oczy, ale zobaczyła tylko stojących nad nią nieznajomych mężczyzn. Wszyscy byli ubrani w jednakowe niebieskie dresy. Spróbowała się odezwać, lecz jej usta nie chciały wypowiedzieć nawet jednego słowa. Pieczenie skóry ustępowało teraz ostrym, głębokim falom bólu, które przelewały się przez mięśnie niczym sejsmiczne wstrząsy.

— To nic takiego — uspokajał mężczyzna. — Krew wraca do tkanki mięśniowej. — Mówił jak lekarz. — Spróbuj poruszyć rękami i nogami, na ile tylko zdołasz.

Ból rozdzierał jej ciało, miała wrażenie, że niezliczone młoty tłuką we wszystkie mięśnie. Czuła skurcz w piersi, ledwo mogła oddychać. Leżała nieruchomo na kafelkach.

— Porusz rękami i nogami — nalegał mężczyzna. — Nie zwracaj uwagi na ból.

Rachel spróbowała. W stawy wbiły się noże bólu. Woda znów stała się gorąca. Parzenie powróciło. Dokładnie w chwili, w której pomyślała, że już dłużej tego nie zniesie, ktoś zrobił jej zastrzyk. Ból słabł, stawał się coraz mniej dojmujący. Drżenie mięśni łagodniało. Znowu mogła oddychać.

Po ciele rozchodziło się nowe wrażenie, jakby ukłucia szpilek i igieł, z każdą chwilą coraz mocniejsze. Najmniejszy ruch rozpalał miliony maleńkich ognisk bólu. Nie chciała się ruszać, ale wciąż biły w nią strugi wody, a mężczyzna poruszał jej ramionami.

Boże, jak to boli! Rachel była zbyt słaba, by walczyć. Po jej twarzy spływały łzy zmęczenia i cierpienia. Mocno zacisnęła powieki, próbując odciąć się od świata.

Wreszcie szpilki i igły stały się mniej liczne. Deszcz przestał padać. Rachel otworzyła oczy i stwierdziła, że już nie patrzy przez mgłę.

Wtedy ich zobaczyła.

Obok leżeli Corky i Tolland, trzęsąc się, półnadzy i mokrzy. Widząc ich wykrzywione twarze, zrozumiała, że przechodzą podobną kurację. Oczy Michaela Tollanda były przekrwione i szkliste. Kiedy zauważył, że na niego patrzy, uniósł kąciki drżących, sinych ust w nikłym uśmiechu.

Rachel dźwignęła się na łokciu i rozejrzała. Leżeli we trójkę, drżący i prawie nadzy, na podłodze maleńkiej łaźni.
Rozdział 66

Podniosły ją silne ramiona.

Nieznajomi mężczyźni wytarli ją i owinęli w koc, po czym położyli na łóżku i energicznie masowali jej ręce, nogi i stopy. Dostała następny zastrzyk w ramię.

— Adrenalina — powiedział któryś z nich.

Rachel czuła, jak lek płynie w jej żyłach niczym życiodajna siła, ożywiając mięśnie. Krew wracała do kończyn, choć wrażenie lodowatej pustki w trzewiach jeszcze nie chciało ustąpić.

Zmartwychwstanie.

Próbowała skupić wzrok. Obok niej Tolland i Corky trzęśli się pod kocami, a ludzie nacierali ich i robili im zastrzyki. Rachel nie wątpiła, że tajemniczy nieznajomi uratowali im życie. Niektórzy byli mokrzy; zapewne weszli pod prysznic, żeby nieść im pomoc. Odpowiedź na pytanie, kim są i jak do nich dotarli, wykraczała poza jej możliwości. W tej chwili to nie miało znaczenia. Żyjemy.

— Gdzie... jesteśmy? — wykrztusiła, a prosta czynność mówienia przyprawiła ją o koszmarny ból głowy.

Mężczyzna, który ją masował, odparł:

— Na pokładzie okrętu klasy Los Angeles...

— Kapitan w pomieszczeniu! — zawołał ktoś nagle.

Rachel zauważyła zamieszanie i spróbowała usiąść. Jeden z mężczyzn podparł ją i otulił kocem. Przetarła oczy i zobaczyła, że ktoś wchodzi do kabiny.

Przybysz był potężnie zbudowanym Afroamerykaninem, przystojnym i autorytatywnym, ubranym w mundur khaki.

— Proszę się nie denerwować — powiedział, stając obok niej i kierując na nią przenikliwe czarne oczy. — Harold Brown — przedstawił się niskim, władczym głosem. — Kapitan USS „Charlotte". Z kim mam przyjemność?

USS „Charlotte", powtórzyła w myślach Rachel. Nazwa wydawała się jakby znajoma.

— Sexton... Nazywam się Rachel Sexton.

Zdumiony mężczyzna podszedł bliżej i przyjrzał jej się uważnie.

— Niech mnie licho. To rzeczywiście pani.

Rachel była zdezorientowana. Zna mnie? Miała pewność, że nigdy go nie widziała, ale gdy przesunęła spojrzenie z jego twarzy na naszywkę na piersi, zobaczyła znajomy emblemat: orzeł z kotwicą w szponach, otoczony przez słowa MARYNARKA WOJENNA STANÓW ZJEDNOCZONYCH.

To wyjaśniało, skąd zna nazwę „Charlotte".

— Witamy na pokładzie, pani Sexton. Opracowywała pani wiele raportów wywiadowczych z tego okrętu. Wiem, kim pani jest.

— Ale co robicie na tych wodach? — wykrztusiła. Jego rysy stwardniały.

— Szczerze mówiąc, pani Sexton, chciałbym zadać pani to samo pytanie.

Tolland usiadł powoli, otwierając usta. Rachel uciszyła go kategorycznym ruchem głowy. Nie tutaj. Nie teraz. Nie wątpiła, że Tolland i Corky będą chcieli opowiedzieć o meteorycie i ataku, ale zdecydowanie nie był to temat do omawiania w obecności załogi. W świecie wywiadu, niezależnie od kryzysu, królują względy bezpieczeństwa i sprawa meteorytu musi pozostać ściśle tajna.

— Chcę porozmawiać z dyrektorem NRO Williamem Pickeringiem — powiedziała. — Prywatnie, natychmiast.

Kapitan uniósł brwi, wyraźnie nienawykły do przyjmowania rozkazów na pokładzie własnego statku.

— Mam do przekazania tajne informacje.

Kapitan przyglądał jej się przez długą chwilę.

— Gdy odzyska pani normalną temperaturę ciała, umożliwię pani kontakt z dyrektorem NRO.

— To pilne, panie kapitanie. Ja... — Rachel urwała. Spojrzała na zegar wiszący nad szafką z lekarstwami.

19:51.

Zamrugała energicznie.



— Czy... czy ten zegar dobrze chodzi?

— Jest pani na okręcie wojennym, szanowna pani. Nasze zegary dokładnie wskazują czas.

— A ten... pokazuje czas wschodni?

— Dziewiętnasta pięćdziesiąt jeden czasu wschodnioamerykańskiego. Jesteśmy z Norfolk.

Mój Boże! Dopiero za dziewięć ósma? Miała wrażenie, że od chwili utraty przytomności minęły godziny. Jeszcze nie minęła ósma? Prezydent nie może ogłosić odkrycia meteorytu! Jeszcze mogę go powstrzymać! Natychmiast zsunęła się z łóżka i okręciła kocem. Nogi jej drżały.

— Muszę natychmiast porozmawiać z prezydentem. Kapitan był wyraźnie zmieszany.

— Z prezydentem czego?

— Stanów Zjednoczonych!

— Sądziłem, że chce pani skontaktować się z Williamem Pickeringiem.

— Nie ma na to czasu. Muszę rozmawiać z prezydentem. Kapitan nie poruszył się, zagradzając jej drogę.

— O ile wiem, prezydent zaraz wystąpi na bardzo ważnej konferencji prasowej. Wątpię, czy odbiera prywatne telefony.

Rachel stanęła niepewnie na drżących nogach i wbiła w niego wzrok.

— Panie kapitanie, nie mogę wyjaśnić panu sytuacji, ale prezydent za parę minut popełni straszliwy błąd. Posiadam informacje, które musi usłyszeć. Natychmiast. Proszę mi zaufać.

Kapitan patrzył na nią przez długą chwilę.

— Dziewięć minut? Nie jestem w stanie zapewnić bezpiecznego połączenia z Białym Domem w tak krótkim czasie. Mogę tylko zaproponować rozmowę przez radiotelefon. To otwarta linia. Musimy podnieść się na głębokość peryskopową, co zajmie parę...

— Proszę to zrobić! Natychmiast!


Rozdział 67

W centrali telefonicznej Białego Domu mieszczącej się na dolnym poziomie Wschodniego Skrzydła dyżur pełniło zawsze trzech operatorów. W tej chwili przy pulpitach siedziały tylko dwie telefonistki. Trzecia pędziła w kierunku sali konferencyjnej z telefonem bezprzewodowym w ręku. Próbowała przełączyć rozmowę do Gabinetu Owalnego, ale prezydent już był w drodze na konferencję prasową. Chciała zadzwonić na komórki jego współpracowników, lecz przed relacjami telewizyjnymi wyłączano wszystkie telefony komórkowe w sali konferencyjnej i w pobliżu, żeby nie zakłócać przebiegu spotkania.

Zawracanie prezydentowi głowy w takiej chwili mogło wydawać się co najmniej kontrowersyjne, ale ponieważ łącznik NRO z Białym Domem twierdził, że ma pilną wiadomość, której prezydent musi wysłuchać przed wystąpieniem przed kamerami, telefonistka nie zastanawiała się ani chwili. Pytanie tylko, czy zdąży na czas.

W małym ambulatorium na pokładzie USS „Charlotte" Rachel Sexton przyciskała słuchawkę do ucha i czekała na rozmowę z prezydentem. Tolland i Corky siedzieli w pobliżu, wciąż roztrzęsieni. Corky miał na policzku siniaka i pięć szwów. Wszyscy troje założyli ciepłą bieliznę przeciwpotną, grube marynarskie kombinezony, wielkie wełniane skarpety i buty pokładowe. Trzymając w ręku gorący kubek zwietrzałej kawy, Rachel zaczynała czuć się jak człowiek.

— Co się dzieje? — zapytał Tolland. — Za cztery ósma!

Rachel nie miała pojęcia. Bez problemu połączyła się z centralą Białego Domu, przedstawiła się i powiedziała, że chodzi o sprawę najwyższej wagi. Telefonistka okazała zrozumienie, kazała czekać i teraz zapewne robi wszystko, co w jej mocy, żeby umożliwić rozmowę z prezydentem.

Cztery minuty, pomyślała. Pospiesz się!

Zamknęła oczy, próbując zebrać myśli. To był koszmarny dzień. Jestem na atomowym okręcie podwodnym. Wiedziała, że ma niesamowite szczęście, iż w ogóle gdzieś jest. Według kapitana, „Charlotte" dwa dni temu odbywała rutynowy patrol na Morzu Beringa i wychwyciła nietypowe podwodne dźwięki płynące od strony Lodowca Szelfowego Milne'a — wiercenie, warkot silników odrzutowych, mnóstwo szyfrowanych rozmów radiowych. Otrzymali nowe rozkazy, więc przyczaili się w pobliżu podejrzanej strefy i nasłuchiwali. Mniej więcej przed godziną usłyszeli wybuch na lodowcu i podpłynęli, żeby sprawdzić, co się dzieje. Wtedy usłyszeli SOS.

— Zostały trzy minuty! — Głos Tollanda zdradzał zdenerwowanie.

Rachel też była zaniepokojona. Dlaczego to trwa tak długo? Dlaczego prezydent nie odbiera? Jeśli Zach Herney ogłosi publicznie odkrycie...

Odpędziła tę myśl i potrząsnęła słuchawką. Odbierz!

Biegnąc w kierunku sali konferencyjnej, telefonistka napotykała coraz więcej ludzi. Wszyscy rozmawiali z ożywieniem, zajęci ostatnimi przygotowaniami. Widziała, jak dwadzieścia metrów dalej prezydent czeka na wejście na antenę. Specjaliści od makijażu jeszcze teraz robili ostatnie poprawki.

— Rozmowa! — zawołała telefonistka, próbując przebić się przez tłum. — Telefon do prezydenta. Przepraszam. Rozmowa!

— Wejście za dwie minuty! — krzyknął koordynator.

Podnosząc w górę słuchawkę, telefonistka przeciskała się w stronę prezydenta.

— Telefon do prezydenta! — wołała. — Rozmowa!

Na jej drodze wyrosła strzelista przeszkoda. Marjorie Tench. Twarz starszego doradcy skrzywiła się z dezaprobatą.

— Co się dzieje?

— Pilna sprawa! — Telefonistce brakowało tchu. — Telefon do prezydenta.

Tench popatrzyła na nią z niedowierzaniem.

— Nie teraz!

— Dzwoni Rachel Sexton. Mówi, że to pilne.

Grymas, jaki wykrzywił twarz starszego doradcy, wyrażał bardziej zaciekawienie niż złość. Tench przeniosła spojrzenie na telefon.

— To zwykła linia. Nie jest zabezpieczona.

— Nie, proszę pani. Ale rozmowa też jest otwarta. Pani Sexton korzysta z radiotelefonu. Chce natychmiast rozmawiać z prezydentem.

— Wejście za dziewięćdziesiąt sekund! — oznajmił koordynator. Tench zmrużyła zimne oczy i wyciągnęła chudą jak patyk rękę.

— Proszę dać mi telefon.

Telefonistce serce tłukło się w piersi.

— Pani Sexton chce rozmawiać z prezydentem Herneyem. Kazała mi opóźnić konferencję prasową, dopóki z nim nie porozmawia. Zapewniłam...

Tench podeszła do niej, jej głos zniżył się do złowieszczego szeptu.

— Powiem ci, jak to działa. Nie przyjmujesz rozkazów od córki przeciwnika prezydenta, tylko ode mnie. Zapewniam cię, że dopóki się nie dowiem, o co chodzi, nawet o jeden krok nie zbliżysz się do prezydenta.

Telefonistka popatrzyła w stronę Herneya, otoczonego przez techników, stylistów i kilku współpracowników, którzy omawiali z nim ostatnie szczegóły wystąpienia.

— Sześćdziesiąt sekund! — krzyknął koordynator.

Rachel Sexton krążyła niespokojnie po małym pomieszczeniu, gdy wreszcie usłyszała trzask na linii.

Rozbrzmiał chrapliwy głos.

— Słucham?

— Prezydent Herney?

— Marjorie Tench. Jestem starszym doradcą prezydenta. Kimkolwiek pani jest, uprzedzam, że bezzasadne telefonowanie do Białego Domu stanowi naruszenie...

Na miłość boską!

— To nie kawał! Mówi Rachel Sexton. Jestem waszym łącznikiem z NRO i...

— Wiem, kim jest Rachel Sexton, proszę pani. I wątpię, żeby to była ona. Dzwoni pani do Białego Domu przez niezabezpieczoną linię i mówi mi, żebym przerwała ważne wystąpienie prezydenta. To mało racjonalny sposób postępowania, jak na kogoś z...

— Proszę posłuchać — warknęła Rachel. — Kilka godzin temu przedstawiłam waszemu personelowi informacje na temat meteorytu. Pani zajmowała miejsce w pierwszym rzędzie. Oglądała mnie pani w telewizorze stojącym na biurku prezydenta! Jakieś pytania?

Tench milczała przez chwilę.

— Pani Sexton, o co chodzi?

— O to, że musi pani powstrzymać prezydenta! Informacje dotyczące meteorytu są nieprawdziwe! Właśnie dowiedzieliśmy się, że meteoryt został umieszczony w lodzie od spodu. Nie wiem przez kogo i nie wiem dlaczego! Ale tutaj nie wszystko jest takie, na jakie wygląda! Prezydent zaraz przedstawi nieprawdziwe dane, dlatego radzę...

— Chwileczkę, do cholery! — Tench zniżyła głos. — Czy pani wie, co mówi?

— Tak! Podejrzewam, że administrator NASA zaaranżował jakieś oszustwo na wielką skalę, a prezydent Herney za chwilę zostanie w nie wplątany. Musi pani opóźnić rozpoczęcie konferencji przynajmniej o dziesięć minut, żebym mogła mu wyjaśnić, co się tutaj dzieje. Ktoś próbował mnie zabić, na litość boską!

Glos Tench przemienił się w lód.

— Pani Sexton, ostrzegam. Jeśli zmieniła pani zdanie na temat swojego udziału w kampanii Białego Domu, to wielka szkoda, że nie zrobiła pani tego na długo przed osobistym zweryfikowaniem danych na prośbę prezydenta.

— Co takiego? — Czy ona mnie słucha?

— Pani postępowanie budzi we mnie niesmak. Korzystanie z niezabezpieczonej linii jest tanim chwytem. Jak można sugerować, że dane dotyczące meteorytu zostały spreparowane? Jakie biura wywiadowcze używają radiotelefonu, żeby dzwonić do Białego Domu i rozmawiać o tajnych informacjach? Najwyraźniej Pomaga pani komuś przechwycić tę wiadomość.

— Nora Mangor została zamordowana! Doktor Ming również nie żyje. Musi pani ostrzec...

— Dość tego! Nie wiem, jaką grę pani prowadzi, ale przypomnę pani i każdemu, kto przypadkiem słucha tej rozmowy, że Biały Dom ma nagrane oświadczenie wybitnych naukowców NASA, kilku sławnych naukowców niezależnych oraz pani, pani Sexton. Wszyscy potwierdziliście prawdziwość faktów dotyczących odkrycia meteorytu. Mogę się tylko domyślać, dlaczego nagle robi pani zwrot o sto osiemdziesiąt stopni. Ale niezależnie od tego, czym się pani kieruje, proszę uważać się za zwolnioną ze stanowiska łącznika Białego Domu. Jeśli spróbuje pani wysuwać dalsze absurdalne zarzuty o prowadzenie nieczystej gry, zapewniam panią, Biały Dom wraz z NASA dopilnuje, by została pani oskarżona o zniesławienie tak szybko, że nie zdąży pani spakować walizki przed pójściem do więzienia.

Rachel otworzyła usta, ale nie padło z nich nawet jedno słowo.

— Zach Hemey był dla pani zbyt wspaniałomyślny — warknęła Tench — a ta sztuczka naprawdę pachnie tanim reklamowym zagraniem Sextona. Proszę przestać, w przeciwnym wypadku wniesiemy oskarżenie. Obiecuję.

Rozłączyła się.

Rachel wciąż miała otwarte usta, kiedy kapitan zapukał do drzwi.

— Pani Sexton? — Kapitan zajrzał do środka. — Odbieramy słaby sygnał z radia kanadyjskiego. Prezydent Zach Herney właśnie rozpoczął konferencję prasową.


Rozdział 68

Stojąc na podium w sali konferencyjnej, Zach Herney czuł żar lamp i wiedział, że patrzy na niego cały świat. Szeroko zakrojona kampania biura prasowego Białego Domu spowodowała bezprecedensowy szum w mediach. Ci, którzy nie dowiedzieli się o wystąpieniu z telewizji, radia czy Internetu, usłyszeli o nim od sąsiadów, współpracowników i bliskich. O ósmej wieczorem wszyscy, którzy nie mieszkali w jaskiniach, zastanawiali się, czego będzie dotyczyć oświadczenie prezydenta. W barach i mieszkaniach na całym świecie miliony ludzi z ciekawością spoglądały na ekrany telewizorów.

W czasie takich chwil, występując przed całym światem, Zach Herney naprawdę czuł ciężar swojego urzędu. Każdy, kto twierdził, że władza nie uzależnia, nigdy naprawdę jej nie sprawował. Ale rozpoczynając wystąpienie, Zach Herney czuł, że coś jest nie w porządku. Nie był człowiekiem mającym skłonności do tremy, dlatego przestraszyło go narastające mrowienie lęku.

To ogrom widowni, powtarzał sobie w duchu. A jednak wiedział, że przyczyną jest coś innego. Instynkt. Coś, co widział.

Był to drobiazg, a jednak...

Kazał dać sobie z tym spokój. To nic ważnego. Mimo wszystko nie potrafił tego zbagatelizować.

Tench.

Przed chwilą, gdy przygotowywał się do wejścia na scenę, widział Marjorie Tench w korytarzu. Rozmawiała przez telefon bezprzewodowy. Już to było dziwne, ale jeszcze większe zdziwienie budził widok stojącej obok niej bladej telefonistki. Nie słyszał, co Tench mówiła do słuchawki, ale wiedział, że kłóciła się z zajadłością i gniewem, jaki rzadko widywał nawet u niej. Przystanął na chwilę i pytająco spojrzał jej w oczy.



Tench podniosła kciuk. Herney pierwszy raz widział u niej taki gest. Miał ten obraz w pamięci, gdy wchodził do sali konferencyjnej.

W wyłożonym niebieskim dywanem studiu telewizyjnym w habisferze NASA na Wyspie Ellesmere'a administrator Lawrence Ekstrom siedział przy długim stole konferencyjnym, otoczony przez wysokich urzędników NASA i naukowców. Na wielkim monitorze naprzeciwko nich widać było prezydenta wygłaszającego wstępne oświadczenie. Reszta załogi skupiła się wokół innych monitorów i z przejęciem patrzyła, jak głównodowodzący rozpoczyna konferencję prasową.

— Dobry wieczór — zagaił Herney z nietypową sztywnością. — Zwracam się do moich rodaków i naszych przyjaciół na całym świecie...

Ekstrom patrzył na wielką poczerniałą skałę ustawioną na honorowym miejscu. Jego oczy przesunęły się na drugi monitor, na którym zobaczył siebie w otoczeniu poważnego grona podwładnych na tle wielkiej amerykańskiej flagi i logo NASA. Dramatyczne oświetlenie sprawiało, że scena przypominała neomodernistyczne malowidło — dwunastu apostołów na Ostatniej Wieczerzy. Zach Herney przemienił odkrycie w polityczną imprezę towarzyszącą. Herney nie miał wyboru. Ekstrom wciąż czuł się jak telewizyjny kaznodzieja, kreujący dla mas wizerunek Boga.

Po około pięciominutowym przemówieniu prezydent przedstawi Ekstroma i personel NASA. Potem NASA w spektakularnym połączeniu satelitarnym zza kręgu polarnego dołączy do prezydenta i podzieli się wieściami ze światem. Po krótkiej relacji, w jaki sposób dokonano odkrycia i co oznacza ono dla astronautyki, po wzajemnym poklepywaniu się po plecach, NASA i prezydent oddadzą głos słynnemu naukowcowi Michaelowi Tollandowi, który wypowie się w swoim filmie dokumentalnym. Następnie, gdy zostanie potwierdzona autentyczność odkrycia i entuzjazm sięgnie zenitu, Ekstrom i prezydent będą życzyć sobie dobrej nocy, obiecując udzielić dalszych informacji w ciągu następnych dni na niezliczonych konferencjach prasowych NASA.

Ekstrom siedział i czekał na sygnał, czując ogromny wstyd. Wiedział, że tak będzie. Spodziewał się tego.

Będzie mówił kłamstwa... zaaprobowane nieprawdy.

A jednak, co dziwne, w tej chwili kłamstwa wydawały się nieistotne. Ekstrom miał znacznie większy problem.

Gabrielle Ashe stała ramię w ramię z tuzinami obcych ludzi, wyciągających szyje w kierunku rzędu monitorów zwisających z sufitu w dziale informacyjnym ABC. Gdy nadeszła wielka chwila, zapadła cisza. Gabrielle zamknęła oczy, modląc się, żeby po ich otworzeniu nie zobaczyć na ekranie swojego nagiego ciała.



1   ...   14   15   16   17   18   19   20   21   ...   35


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna