Wydawnictwo sonia draga



Pobieranie 2,1 Mb.
Strona17/35
Data23.10.2017
Rozmiar2,1 Mb.
1   ...   13   14   15   16   17   18   19   20   ...   35

— Ra... chel?

Nie odpowiedziała. Potrzebowała całej energii. Łup. Łup.

— Nie sądzę... — powiedział — że SAA16 usłyszy... tak daleko na północy...

Odwróciła się, zaskoczona. Zapomniała, że Tolland jest oceanografem i może mieć jakieś pojęcie o tym, co ona robi. Dobry pomysł... ale nie nadaję do SAA.

Waliła dalej.

SAA, czyli podmorska sieć akustyczna, jest reliktem z czasów zimnej wojny, obecnie używanym przez oceanografów na całym świecie do podsłuchiwania wielorybów. Ponieważ pod wodą dźwięk rozchodzi się na setki kilometrów, pięćdziesiąt dziewięć podwodnych mikrofonów obejrhuje zdumiewająco duży procent powierzchni oceanów. Na nieszczęście ta odległa część Arktyki nie wchodzi w skład tego obszaru. Rachel jednak wiedziała, że są inni, którzy słuchają oceanu — inni, o istnieniu których wie niewielu ludzi na Ziemi. Waliła dalej. Jej wiadomość była prosta i jasna.

ŁUP. ŁUP. ŁUP.

ŁUP... ŁUP... ŁUP...

ŁUP. ŁUP. ŁUP.

Rachel nie miała złudzeń, że takie poczynania uratują im życie; już czuła lodowate skurcze ściskające ciało. Wątpiła, czy pozostało jej choćby pół godziny życia. Na ratunek nie było najmniejszych szans. Ale jej nie chodziło o ratunek.

ŁUP. ŁUP. ŁUP.

ŁUP... ŁUP... ŁUP...

ŁUP. ŁUP. ŁUP.

— Nie ma... czasu... — wyjąkał Tolland.

Nie chodzi o nas, pomyślała. Chodzi o informacje w mojej kieszeni. Wyobraziła sobie obciążający wydruk z GPR, jaki miała przy sobie. Ta kartka musi trafić w ręce NRO... i to szybko.

Była pewna, że jej wiadomość zostanie odebrana. W połowie lat osiemdziesiątych NRO zastąpiła sieć SAA trzydziestokrotnie czulszymi urządzeniami nasłuchowymi, obejmującymi swoim zasięgiem cały ocean światowy. Classic Wizard jest wartym 12 milionów dolarów uchem NRO na dnie oceanu. Za parę godzin superkomputery Cray na posterunkach nasłuchowych NRO/NSA w Menwith Hill w Anglii wykryją nietypową sekwencję odebraną przez jeden z arktycznych hydrofonów, rozszyfrują ją jako SOS i metodą triangulacyjną wyznaczą współrzędne, a wówczas z bazy sił powietrznych Thule na Grenlandii wystartuje samolot ratowniczy. I znajdzie na górze lodowej trzy ciała. Zamarznięte. Martwe. Jedną z ofiar będzie pracownica NRO... z dziwnym kawałkiem papieru, pochodzącym z drukarki termicznej w kieszeni.

Wydruk z GPR.

Testament Nory Mangor.

Kiedy ratownicy obejrzą wydruk, istnienie tajemniczego tunelu pod meteorytem wyjdzie na jaw. Rachel nie miała pojęcia, co stanie się później, ale przynajmniej tajemnica nie umrze wraz z nimi na lodzie.
Rozdział 60

Każda zmiana władzy w Białym Domu łączy się z prywatną wycieczką do trzech pilnie strzeżonych magazynów, które zawierają bezcenną kolekcję sprzętów. Są tam biurka, srebra stołowe, sekretarzyki, łóżka i inne przedmioty używane przez dawnych prezydentów od czasów Jerzego Waszyngtona. Prezydent elekt wybiera sobie z tej spuścimy to, co mu się podoba, i rzeczy te stanowią wyposażenie Białego Domu w czasie jego kadencji. Stałym elementem jest tylko łóżko w Sypialni Lincolna. Jak na ironię, Lincoln nigdy w nim nie spał.

Biurko, przy którym Zach Herney siedział w Gabinecie Owalnym, należało niegdyś do jego idola, Harry'ego Trumana. Według dzisiejszych standardów było małe, ale codziennie przypominało mu o dokonaniach poprzednika i uświadamiało, że to prezydent ponosi całkowitą odpowiedzialność za wszystkie niedociągnięcia swojej administracji. Zach Herney uważał tę odpowiedzialność za zaszczyt i robił, co w jego mocy, żeby zaszczepić swojemu personelowi motywację do porządnego wykonywania roboty.

— Panie prezydencie? — zawołała sekretarka, zaglądając do gabinetu. — Rozmowa.

Herney machnął ręką.

— Dziękuję.

Sięgnął po telefon. Wolałby rozmawiać na osobności, ale w tej chwili nie miał wyboru. Dwaj specjaliści od makijażu krążyli wokół niego jak komary, „poprawiając" jego twarz i układając włosy. Tuż przed biurkiem rozlokowała się ekipa telewizyjna, a po gabinecie kręcili się niezliczeni doradcy i ludzie od public relations, z podnieceniem omawiając strategię.

Jeszcze godzina...

Herney wcisnął podświetlony guzik prywatnego telefonu.

— Lawrence? Jesteś tam?

— Jestem. — Głos administratora NASA wydawał się daleki i udręczony.

— Wszystko w porządku?

— Nadciąga burza, ale moi ludzie mówią, że nie wpłynie na łączność satelitarną. Jesteśmy gotowi. Jedna godzina, zaczynamy odliczanie.

— Doskonale. Mam nadzieję, że humory dopisują.

— Jak najbardziej. Wszyscy jesteśmy ogromnie podekscytowani. Szczerze mówiąc, niedawno raczyliśmy się piwem.

Herney się roześmiał.

— Miło mi to słyszeć. Słuchaj, dzwonię, żeby ci podziękować. Zapowiada się cudowny wieczór.

Administrator milczał przez długą chwilę, okazując nietypowy brak pewności siebie.

— Oczywiście, panie prezydencie. Czekaliśmy na to od tak dawna...

Herney zawahał się.

— Sprawiasz wrażenie zmęczonego.

— Potrzebuję trochę słońca i prawdziwego łóżka.

— Jeszcze godzina. Uśmiechaj się do kamer i ciesz chwilą, a potem wyślemy samolot, żeby przywiózł cię do stolicy.

— Nie mogę się doczekać. — Rozmówca znowu umilkł. Jako utalentowany negocjator, Herney umiał słuchać również tego, co zostało powiedziane między wierszami. W głosie administratora brzmiała jakaś fałszywa nuta.

— Jesteś pewny, że wszystko w porządku?

— Absolutnie. Wszystkie systemy sprawne. — Wydawało się, że administrator chce zmienić temat. — Widział pan ostateczną wersję filmu Michaela Tollanda?

— Przed chwilą. Wykonał fantastyczną robotę.

— Tak. Miał pan dobry pomysł, żeby go wciągnąć.

— Nadal jesteś zły, że zaangażowano cywilów?

— Do licha, tak. — Warknął dobrodusznie administrator, a jego głos odzyskał dawną moc.

Herney od razu poczuł się lepiej. Ekstrom jest w świetnej formie, tylko trochę zmęczony.

— W porządku, zobaczymy się za godzinę via satelita. Damy światu temat do rozmowy.

— Zgadza się.

— Hej, Lawrence? — Głos Herneya stał się cichy i poważny. — Dokonałeś wielkiego dzieła. Nigdy o tym nie zapomnę.

Delta Trzy zmagał się z porywistym wiatrem, ustawiając wywrócone sanie Nory Mangor. Po zapakowaniu sprzętu przymocował winylową płachtę, a na czubku sterty przywiązał ciało kobiety. Już miał ruszyć, gdy nadjechali jego partnerzy.

— Zmiana planów! — zawołał Delta Jeden. — Pozostała trójka spadła z krawędzi.

Delta Trzy nie był zaskoczony. Wiedział również, co to oznacza. Plan zainscenizowania wypadku przez ułożenie czterech ciał na lodzie już nie wchodził w rachubę. Pozostawienie samotnego ciała wywołałoby więcej pytań niż odpowiedzi.

— Sprzątanie? — zapytał.

Delta Jeden pokiwał głową.

— Pozbieram flary, a wy pozbądźcie się sań.

Kiedy Delta Jeden ostrożnie zawrócił po śladach naukowców, zbierając wszystkie dowody ich obecności, Delta Trzy i jego partner poszli w dół lodowca z obładowanymi saniami. Przeciągnęli je przez wały i dotarli do przepaści. Pchnęli sanie. Nora Mangor wraz ze swoim sprzętem zsunęła się z krawędzi i spadła do Oceanu Arktycznego.

Posprzątane, pomyślał Delta Trzy.

W drodze powrotnej do bazy ucieszył się, gdy zobaczył, że wiatr zaciera ślady ich nart.
Rozdział 61

Atomowy okręt podwodny „Charlotte" przebywał na Oceanie Arktycznym od pięciu dni. Jego obecność była ściśle tajna.

Należąca do klasy Los Angeles jednostka „słucha i nie jest słyszana". Ważące po czterdzieści dwie tony silniki turbinowe wiszą na sprężynach, które łagodzą wytwarzane przez nie wibracje. Choć jest przeznaczona do prowadzenia tajnych operacji, ma jeden z największych wykresów pokrycia spośród podwodnych okrętów zwiadowczych. Gdyby umieścić ją na boisku futbolowym, kadłub mający ponad 100 metrów od dziobu do rufy zmiażdżyłby słupki obu bramek i sięgał jeszcze trochę dalej. Siedmiokrotnie przekraczając długość pierwszego okrętu sił morskich Stanów Zjednoczonych klasy Hojland, „Charlotte" w pełnym zanurzeniu wypiera 6927 ton wody i może przemieszczać się z zawrotną prędkością trzydziestu pięciu węzłów.

Normalnie pływa w zanurzeniu tuż poniżej termokliny, czyli warstwy spadku temperatury, która zniekształca echo sonaru od góry i sprawia, że okręt podwodny jest niewidoczny dla radaru na powierzchni. Ze stu czterdziestoma ośmioma osobami załogi i maksymalną głębokością zanurzenia wynoszącą ponad 450 metrów, okręt jest supernowoczesną jednostką i oceanicznym wołem roboczym marynarki wojennej Stanów Zjednoczonych. Dzięki niezawodnemu systemowi regeneracji powietrza, dwóm reaktorom jądrowym i logistycznemu przygotowaniu może bez wynurzenia dwadzieścia jeden razy okrążyć kulę ziemską. Ludzkie odchody, podobnie jak na większości statków wycieczkowych, kompresowane są w trzykilogramowe bloki i wyrzucane do oceanu — wielkie cegły fekaliów żartobliwie nazywane „wielorybimi bobkami".

Technik siedzący przed monitorem w kabinie sonaru należał do najlepszych na świecie. Miał w głowie katalog dźwięków i kształtów fali. Potrafił odróżnić odgłosy kilkudziesięciu śrub rosyjskich okrętów podwodnych oraz setek zwierząt morskich, a nawet precyzyjnie określić wybuchy podwodnych wulkanów w rejonie Wysp Japońskich.

W tej chwili słuchał stłumionego, powtarzającego się echa. Dźwięk, choć łatwy do rozpoznania, był zupełnie niespodziewany.

— Nie uwierzysz, co odbieram przez gary — powiedział do swojego asystenta, podając mu słuchawki.

Asystent założył słuchawki i na jego twarzy odmalowało się niedowierzanie.

— Mój Boże. Jasne jak słońce. Co robimy?

Operator sonaru już dzwonił do kapitana.

Kiedy przybył kapitan okrętu, technik przełączył dźwięk na głośniki.

Kapitan słuchał bez emocji.

ŁUP. ŁUP. ŁUP.

ŁUP... ŁUP... ŁUP...

Wolniej. Coraz wolniej. Sekwencja zaczynała się rwać, stawała się coraz cichsza.

— Jakie są współrzędne? — zapytał kapitan.

Technik chrząknął.

— Panie kapitanie, dźwięki dochodzą z powierzchni, około trzech mil od sterburty.


Rozdział 62

Gabrielle Ashe stała na drżących nogach w ciemnym korytarzu przed salonem senatora Sextona. Trzęsła się nie z wysiłku, jakiego wymagało stanie bez ruchu, ale z powodu rozgoryczenia. Rozmowa wciąż się toczyła, lecz ona nie musiała słyszeć ani słowa więcej. Prawda wydawała się boleśnie oczywista.

Senator Sexton bierze w łapę od prywatnych agencji kosmicznych. Marjorie Tench mówiła prawdę.

Źródłem narastającego w niej niesmaku było poczucie zdrady. Wjerzyła Sextonowi. Walczyła dla niego. Jak on może to robić? Gabrielle widziała, jak senator od czasu do czasu kłamie publicznie, by chronić swoje życie prywatne, ale to była polityka. Tutaj dopuszczał się łamania prawa.

Jeszcze nie został wybrany, a już kupczy Białym Domem!

Gabrielle wiedziała, że nie może dłużej go wspierać. Obietnica poparcia dla ustawy o prywatyzacji NASA mogła zostać złożona tylko z pogardliwym lekceważeniem prawa i demokracji. Nawet gdyby senator wierzył, że taka decyzja leży w najlepszym interesie wszystkich obywateli, sprzedawanie jej już teraz, z wyprzedzeniem, oznaczało wyłączenie mechanizmów gwarantujących zachowanie równowagi politycznej poprzez ignorowanie potencjalnie przekonujących argumentów Kongresu, doradców, elektoratu i lobbystów. Co ważniejsze, obiecując prywatyzację NASA, Sexton torował drogę nieskończonym nadużyciom w tej zaawansowanej dziedzinie. Najbardziej powszechne było nielegalne wykupywanie akcji w oparciu o poufne informacje firmy. Rażąco faworyzowano bogatą wewnętrzną kadrę kosztem uczciwych inwestorów publicznych.

Walcząc z mdłościami, Gabrielle zastanawiała się, co powinna zrobić.

Nagle za jej plecami zadzwonił telefon, mącąc ciszę panującą w korytarzu. Odwróciła się, przestraszona. Dźwięk dochodził z szafy w holu — komórka w kieszeni płaszcza któregoś z gości.

— Przepraszam, panowie — powiedział mężczyzna z teksańskim akcentem. — To do mnie.

Gabrielle słyszała, jak wstaje. Idzie tutaj! Okręciła się na pięcie i pobiegła po dywanie w stronę wyjścia. W połowie korytarza skręciła w lewo i znikła w ciemnej kuchni, w chwili gdy Teksańczyk wyszedł z salonu. Zastygła w cieniu.

Teksańczyk minął ją, nie zauważając.

Przez głośne bicie serca Gabrielle słyszała, jak szpera w szafie. Wreszcie odebrał.

— Taa?... Kiedy?... Poważnie? Będziemy oglądali. Dzięki. — Schował komórkę i wrócił do pokoju, wołając: — Hej, włączcie telewizor. Wygląda na to, że Zach Herney zwołał nadzwyczajną konferencję prasową. O ósmej. Na wszystkich kanałach. Albo wypowiadamy wojnę Chinom, albo Międzynarodowa Stacja Kosmiczna spadła do oceanu.

— Za to warto wypić! — zawołał ktoś.

Wszyscy się roześmieli.

Gabrielle czuła, jak kuchnia wiruje wokół niej. Konferencja prasowa o ósmej? Wygląda na to, że Tench nie blefowała. Dała jej czas do ósmej na przyznanie się do romansu. „Odetnij się od senatora, zanim będzie za późno", powiedziała. Gabrielle założyła, że ostateczny termin wiąże się z przekazaniem informacji do porannych gazet, ale teraz wydaje się, że Biały Dom sam zamierza ujawnić zarzuty.

Nadzwyczajna konferencja prasowa? Im dłużej o tym myślała, tym dziwniejsze się to wydawało. Herney zamierza rozgłosić ten skandal? Osobiście?

W salonie włączono telewizor. Na cały regulator. Głos prezentera rwał się z emocji.

— Biały Dom nie zdradził tematu dzisiejszego niespodziewanego wystąpienia prezydenta, dlatego mnożą się spekulacje. Niektórzy analitycy polityczni sądzą, że po niedawnej nieobecności na trasie kampanii Zach Herney być może przygotowuje oświadczenie, iż nie będzie starał się o reelekcję.

Z pokoju dobiegły radosne wiwaty.

Absurd, pomyślała Gabrielle. Z całym tym brudem, jaki Biały Dom ma na Sextona, rzucenie ręcznika przez prezydenta nie wchodzi w rachubę. Ta konferencja prasowa dotyczy czegoś innego. Miała nieprzyjemne uczucie, że została uprzedzona czego.

Z narastającą niecierpliwością spojrzała na zegarek. Niespełna godzina. Musi podjąć decyzję i dokładnie wie, z kim powinna porozmawiać. Ściskając pod pachą kopertę ze zdjęciami, szybko opuściła apartament.

Ochroniarz w korytarzu odetchnął z ulgą.

— Słyszałem wiwaty. Wygląda na to, że zrobiła pani furorę.

Gabrielle uśmiechnęła się niezobowiązująco i skręciła do windy.

Zapadająca noc wydawała się niezwykle zimna. Zatrzymała taksówkę i spróbowała utwierdzić się w przekonaniu, że dokładnie wie, co robi.

— Studia telewizyjne ABC — poleciła taksówkarzowi. — Szybko.
Rozdział 63

Michael Tolland leżał na lodzie, opierając głowę na wyciągniętej ręce, której już nie czuł. Choć ciążyły mu powieki, walczył z pragnieniem zamknięcia oczu. Z tej pozycji patrzył na dziwnie przekrzywione ostatnie obrazy swojego świata — morze i lód. Były odpowiednim tłem dla zakończenia dnia, w którym nic nie było takie, na jakie wyglądało.

Na pływającej lodowej tratwie panowała niesamowita cisza. Rachel i Corky milczeli, łomotanie ustało. Im bardziej oddalali się od lodowca, tym słabszy stawał się wiatr. Tolland słyszał, jak cichnie też jego ciało. Mając na uszach obcisły kaptur, słyszał wyraźnie własny oddech. Stawał się coraz wolniejszy... coraz płytszy. Ciało już nie walczyło z wrażeniem ściskania, które towarzyszyło przepływowi krwi, uciekającej jak załoga z tonącego okrętu z kończyn do narządów wewnętrznych w ostatnim rozpaczliwym wysiłku utrzymania go w stanie przytomności.

Wiedział to. Bitwa przegrana.

Co dziwne, nie czuł bólu. Ten etap miał już za sobą. Teraz opadło go uczucie, że został nadmuchany jak ponton. Był odrętwiały. Gdy zaczął zanikać pierwszy z odruchów bezwarunkowych — mruganie — przestał wyraźnie widzieć. Ciecz wodnista, która krąży między rogówką a soczewkami, co chwilę zamarzała. Tolland spojrzał w kierunku lodowca, teraz niewyraźnej białej linii w mglistej poświacie księżyca.

Czuł, że w głębi duszy godzi się z przegraną. Balansując na granicy obecności i nieobecności, patrzył na dalekie fale oceanu. Wokół niego gwizdał wiatr.

Wtedy zaczęły się halucynacje. Dziwne, w ostatnich sekundach przed utratą świadomości nie majaczył o ratunku. Nie majaczył o cieple i bezpieczeństwie. Jego ostatnie urojenia były koszmarne.

Kolos wyłonił się z wody obok góry lodowej, przebijając powierzchnię ze złowieszczym sykiem. Przybył niczym jakiś mityczny potwór morski, śliski, czarny i niezwykle groźny, otoczony wieńcem piany. Tolland zmusił się, żeby zamrugać. Obraz trochę pojaśniał. Bestia była blisko, waliła w lód niczym wielki rekin w łódkę. Piętrzyła się przed nim, masywna, lśniąca i ociekająca wodą.

Gdy oczy odmówiły posłuszeństwa, pozostały tylko dźwięki. Zgrzyt metalu o metal. Zęby wgryzające się w lód. Coraz bliżej. Szmer wleczonych ciał.

Rachel...

Tolland poczuł, że został brutalnie podniesiony.

A potem zapadła ciemność.


Rozdział 64

Gabrielle Ashe wbiegła do działu ABC News na drugim piętrze, lecz mimo to poruszała się wolniej niż wszyscy inni. Tutaj zawsze pracowano na wysokich obrotach przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, ale w tej chwili podzielone na boksy pomieszczenie przypominało giełdę w momencie szczytu aktywności. Redaktorzy z obłędem w oczach wrzeszczeli jeden do drugiego ponad ściankami działowymi, reporterzy wymachiwali faksami, biegając od boksu do boksu i porównując notatki, a rozgorączkowani stażyści pospiesznie pochłaniali batoniki pomiędzy jednym zadaniem a drugim.

Gabrielle przyszła do ABC, żeby zobaczyć się z Yolandą Cole.

Zwykle Yolandę można było znaleźć w sektorze produkcji — w jednym z przeszklonych prywatnych biur zarezerwowanych dla decydentów, którzy naprawdę potrzebowali trochę ciszy, żeby móc myśleć. Dziś jednak Yolanda była tutaj, w samym środku zamieszania. Na widok Gabrielle jak zwykle wrzasnęła z radości.

— Gabs! — Nosiła okulary w szylkretowej oprawie i suknię z batiku. Jak zawsze była obwieszona kilkoma kilogramami krzykliwej biżuterii. Sunęła w stronę gościa, machając rękami. — Buziaczki!

Yolanda Cole, piegowata, pulchna Polka o przerzedzonych włosach, od szesnastu lat była redaktorem wiadomości ABC News w Waszyngtonie. Wszyscy nazywali ją z czule „Mateczką", ale jej macierzyński wygląd i dobry humor maskowały otrzaskanie, inteligencję oraz bezwzględność w tropieniu tematów. Gabrielle poznała ją na seminarium „Kobiety w polityce", w którym uczestniczyła zaraz po przyjeździe do Waszyngtonu. Rozmawiały o jej pochodzeniu, o wyzwaniach stojących przed kobietą w stolicy, wreszcie o Elvisie Presleyu — pasji, którą obie dzieliły. Yolanda wzięła ją pod swoje skrzydła i pomogła nawiązać znajomości. Gabrielle mniej więcej raz w miesiącu wpadała do niej na pogawędkę.

Uściskała mocno Yolandę, której entuzjazm już podniósł ją na duchu.

Yolanda odsunęła się i zlustrowała ją od stóp do głów.

— Wyglądasz, jakby przybyło ci ze sto lat, dziewczyno! Co się stało?

Gabrielle ściszyła głos.

— Mam kłopot, Yolando.

— Co ty powiesz? Przecież twój szef pnie się coraz wyżej.

— Możemy porozmawiać gdzieś na osobności?

— Wybrałaś złą chwilę, skarbie. Za pół godziny zaczyna się konferencja prasowa, a my wciąż nie mamy pojęcia, czego będzie dotyczyć. Muszę przygotować tekst i poszukać odpowiednich komentatorów, lecz na razie działam po omacku.

— Wiem, co będzie tematem konferencji.

Yolanda zsunęła okulary i popatrzyła na nią z niedowierzaniem.

— Gabrielle, nasz korespondent w Białym Domu tego nie wie. Mówisz, że Sexton dowiedział się z wyprzedzeniem?

— Nie, ja dowiedziałam się z wyprzedzeniem. Daj mi pięć minut, a wszystko ci opowiem.

Yolanda zerknęła na czerwoną kopertę z emblematem Białego Domu.

— To papeteria Białego Domu. Skąd to masz?

— Dostałam dziś po południu na prywatnym spotkaniu z Marjorie Tench.

Yolanda patrzyła na nią przez długą chwilę.

— Chodź.

W zaciszu przeszklonego biura Gabrielle opowiedziała przyjaciółce o wszystkim. Przyznała się do jednodniowego romansu z Sextonem i zdradziła, że Tench ma dowody w postaci zdjęć.

Yolanda ze śmiechem pokręciła głową. Parała się waszyngtońskim dziennikarstwem tak długo, że już nic nie mogło nią wstrząsnąć.

— Och, Gabs, miałam przeczucie, że kręciłaś z Sextonem. Nic dziwnego. Ma reputację kobieciarza, a ty jesteś śliczna. Paskudna sprawa z tymi zdjęciami, ja jednak bym się nie przejmowała.

Mam się nie przejmować?

Gabrielle wyjaśniła, że Tench oskarżyła Sextona o branie łapówek od firm kosmonautycznych i że sama niedawno podsłuchała rozmowę Sextona z członkami SFF, potwierdzającą tę rewelację. Yolanda nie okazała zaskoczenia ani przejęcia, dopóki Gabrielle nie powiedziała jej, co zamierza zrobić w tej sprawie.

Wtedy się strapiła.

— Gabrielle, jeśli chcesz napisać oświadczenie, że spałaś z amerykańskim senatorem i stałaś przy nim, gdy publicznie kłamał na ten temat, to twoja sprawa. Ale powiem ci, że to bardzo zły ruch. Zastanów się długo i głęboko nad konsekwencjami.

— Nie słuchasz. Nie mam czasu!

— Słucham, kochanie. Niezależnie od tego, że czas ucieka, pewnych rzeczy po prostu nie wolno ci zrobić. Nie wplątuje się amerykańskiego senatora w skandal seksualny. To samobójstwo. Mówię ci, dziewczyno, jeśli pogrążysz kandydata na prezydenta, lepiej wsiadaj do samochodu i uciekaj jak najdalej stąd. Znajdziesz się na celowniku. Mnóstwo ludzi wydało mnóstwo forsy, żeby ich kandydaci znaleźli się na topie. Stawką są wielkie finanse i władza — władza, za jaką ludzie gotowi są zabić.

Gabrielle milczała.

— Uważam — ciągnęła Yolanda — że Tench nacisnęła na ciebie w nadziei, że spanikujesz i zrobisz coś głupiego, na przykład porzucisz swojego kandydata i przyznasz się do romansu. — Wskazała czerwoną kopertę. — Te fotki nie mają znaczenia, dopóki ty albo Sexton nie potwierdzicie ich prawdziwości. Biały Dom wie, że jeśli podeśle je prasie, Sexton po prostu stwierdzi, iż zostały sfałszowane i rzuci je prezydentowi w twarz.

— Myślałam o tym, ale kwestia nielegalnego finansowania kampanii...

— Skarbie, pomyśl. Skoro Biały Dom jeszcze nie wysunął publicznie oskarżeń o korupcję, to prawdopodobnie nie zamierza tego zrobić. Prezydent jak najbardziej serio podchodzi do tego, żeby nie prowadzić kampanii negatywnej. Przypuszczam, że postanowił nie ujawniać afery w przemyśle kosmonautycznym, dlatego wysłał do ciebie Tench, która blefowała w nadziei, że cię przestraszy i skłoni do ujawnienia romansu. Liczył, że wbijesz swojemu kandydatowi nóż w plecy.

Gabrielle rozważyła jej słowa. Brzmiały sensownie, a jednak coś nie dawało jej spokoju. Wskazała przez szybę na gorączkową krzątaninę w dziale informacyjnym.

— Yolando, twoi ludzie szykują się do wielkiej konferencji prasowej. Jeśli prezydent nie zamierza poruszyć sprawy korupcji albo seksu, to co będzie jej tematem?

Yolanda zdębiała.

— Chwileczkę, skarbie. Czy ty naprawdę myślisz, że konferencja będzie poświęcona tobie i Sextonowi?

— Albo korupcji. Albo jednemu i drugiemu. Tench powiedziała mi, że mam czas do ósmej wieczorem na podpisanie zeznania. Jeśli tego nie zrobię, prezydent ogłosi...

Śmiech Yolandy wstrząsnął całym biurem.

— No nie! Czekaj! Litości!

Gabrielle nie była w nastroju do żartów.

— O co ci chodzi?

— Gabs, posłuchaj — wykrztusiła Yolanda — zaufaj mi. Mam do czynienia z Białym Domem od szesnastu lat. Wykluczone, żeby Zach Herney wezwał dziennikarzy z całego świata, aby powiedzieć im, że podejrzewa, iż senator Sexton nielegalnie finansuje kampanię wyborczą albo z tobą sypia. Takie rewelacje możesz ujawnić ty, ale przecież nie on. Prezydent nie zyskałby na popularności, gdyby wprowadził zamęt w ramówce tylko po to, żeby użalać się i pomstować na ekscesy seksualne kontrkandydata czy rzekome naruszanie zasad finansowania kampanii.

— Rzekome? — warknęła Gabrielle. — Przecież obiecał poprzeć ustawę w zamian za pieniądze na reklamę!

— A czy jesteś pewna tego, co on robi? — Głos Yolandy stał się surowy. — Jesteś na tyle pewna, żeby się obnażać w publicznej telewizji? Zastanów się. W dzisiejszych czasach osiągnięcie czegokolwiek wymaga ogromnego poparcia, a finansowanie kampanii to skomplikowana sprawa. Może za spotkaniem Sextona z facetami z SFF nie kryje się nic nielegalnego.



1   ...   13   14   15   16   17   18   19   20   ...   35


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna