Wydawnictwo sonia draga



Pobieranie 2,1 Mb.
Strona16/35
Data23.10.2017
Rozmiar2,1 Mb.
1   ...   12   13   14   15   16   17   18   19   ...   35

Tolland zmartwiał, ale jeszcze bardziej przeraził go widok nieruchomego ciała. Corky Marlinson leżał dziesięć metrów dalej, na końcu napiętej liny.

Tolland chciał się podnieść, ale wciąż był przypięty do Rachel. Zmienił pozycję i zaczął odkręcać zamek karabinka.

Rachel spróbowała usiąść. Była bardzo osłabiona.

— Nie... spadliśmy? — W jej głosie brzmiało zdumienie.

— Spadliśmy na niższy blok lodu — odparł, wreszcie odpinając karabinek. — Muszę pomóc Corky'emu.

Obolały, spróbował wstać, ale nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Złapał linę i pociągnął. Corky zaczął sunąć po lodzie. Po kilkunastu pociągnięciach znalazł się obok nich.

Wyglądał okropnie. Zgubił gogle, policzek miał głęboko rozcięty, z nosa płynęła krew. Tolland przestraszył się, że przyjaciel nie żyje, ale nagle Corky przekręcił się na bok i popatrzył na niego ze złością.

— Jezusie — wyjąkał. — Cholera, coś ty wykombinował?

Tollanda zalała fala ulgi.

Rachel usiadła, krzywiąc się z bólu. Rozejrzała się dokoła.

— Musimy... musimy uciekać. Ten blok lodu wygląda, jakby lada chwila miał spaść.

Tolland z całego serca przyznał jej rację. Pytanie tylko, jak tego dokonać.

Nie mieli czasu na wymyślenie odpowiedzi. Z lodowca dobiegł znajomy wysoki warkot. Tolland podniósł głowę i zobaczył dwie ubrane na biało postacie, które zatrzymały się na krawędzi. Dwaj mężczyźni stali przez chwilę, patrząc na poobijane ofiary wzrokiem szachistów, którzy rozkoszują się chwilą przed daniem mata.

Delta Jeden zdziwił się, gdy zobaczył, że uciekinierzy żyją. Wiedział jednak, iż jest to stan chwilowy. Spadli na oberwaną część lodowca, która przystanęła na jakiś czas w drodze do morza. Mogą zostać obezwładnieni i zlikwidowani w taki sam sposób, jak tamta kobieta, ale skoro okazja sama się nadarzyła... Takie rozwiązanie jest znacznie czystsze, a poza tym gwarantuje, że ciała nigdy nie zostaną znalezione.

Spoglądając w dół ponad krawędzią, Delta Jeden skupił wzrok na szczelinie, która wnikała jak klin pomiędzy czoło lodowca a naderwany blok. Ta część lodu, na której wylądowało troje uciekinierów, trzyma się na słowo honoru, gotowa spaść do oceanu lada dzień.

Dlaczego nie dziś...

Lodowcem co parę godzin wstrząsało głuche dudnienie, gdy lód odrywał się od czoła i spadał do morza. Czy ktoś zwróci uwagę na dodatkowy hałas?

Czując znajomy gorący potok adrenaliny, który zawsze poprzedzał zadanie ostatecznego ciosu, Delta Jeden wyjął z plecaka ciężki przedmiot w kształcie cytryny. Granat typu „światło i dźwięk", wchodzący w skład standardowego wyposażenia wojskowych oddziałów szturmowych, czasowo dezorientuje nieprzyjaciela, wytwarzając oślepiający błysk i ogłuszający huk. Delta Jeden wiedział, że dziś nie skończy się na dezorientacji.

Stanął blisko krawędzi i zastanowił się, jak głęboko sięga szczelina. Pięć metrów? Piętnaście? Wiedział, że to nie ma znaczenia. Jego plan okaże się skuteczny niezależnie od jej głębokości.

Ze spokojem nabytym podczas wykonania niezliczonych egzekucji Delta Jeden nastawił na tarczy dziesięciosekundowe opóźnienie, wyciągnął zawleczkę i rzucił granat w rozpadliną. Pocisk zniknął w ciemności.

Delta Jeden i jego partner wjechali na szczyt wału i czekali. Widok miał być spektakularny.

Rachel Sexton, choć półprzytomna, dobrze wiedziała, co wpadło do szczeliny. Nie miała pojęcia, czy Michael Tolland też to wie, czy może odgadł prawdę z łez w jej oczach, ale zbladł i patrzył z przerażeniem na wielką lodową płytę. Był świadom, że zaraz nastąpi nieuchronne.

Lód pod nimi pojaśniał jak chmura burzowa rozświetlona od środka przez błyskawicą. We wszystkie strony strzelił niesamowity blask. W promieniu stu metrów wokół nich lodowiec rozbłysnął bielą. Potem nastąpił wstrząs, nie jak w czasie trzęsienia ziemi, tylko coś w rodzaju ogłuszającej fali siły. Rachel czuła, jak przenika przez lód do jej ciała i skręca wnętrzności.

W jednej chwili, jak odłupany klinem, blok lodu z przyprawiającym o mdłości jękiem oderwał się od czoła lodowca. Przerażona Rachel spojrzała w oczy Tollanda. Corky wrzasnął przeraźliwie.

Płyta opadła.

Rachel przez chwilę czuła się jak w stanie nieważkości, unosząc się nad ważącym wiele tysięcy ton blokiem lodu. Potem pojechali na górze lodowej w dół — do lodowatego morza.
Rozdział 56

Przeraźliwy zgrzyt lodu rozdzierał uszy, gdy masywna płyta zsuwała się po czole Lodowca Szelfowego Milne'a, wzbijając w powietrze ogromne pióropusze lodowych drobin. Nagle zwolniła i Rachel, przed chwilą nieważka, upadła na lód. Tolland i Corky wylądowali w pobliżu.

Gdy rozpędzony blok zanurzał się w morzu, Rachel widziała, jak spieniona powierzchnia przybliża się z przewrotnie malejącą prędkością niczym ziemia pod skoczkiem bungee, którego lina okazała się o kilkadziesiąt centymetrów za długa. Woda wznosiła się... wznosiła się coraz wolniej... ale w końcu zakryła lód. Koszmar z dzieciństwa powrócił. Lód... woda... ciemność. Sparaliżował ją niemal pierwotny strach.

Szczyt płyty zniknął w lodowatym Oceanie Arktycznym. Woda wdarła się ze wszystkich stron jednocześnie. Rachel poczuła, że potężna siła zasysa jąw dół. Skóra najej twarzy napięła się i zapiekła w kontakcie z morską wodą. Blok lodu zniknął, a ona wypływała na powierzchnię, unoszona przez żel w kombinezonie. Nabrała w usta słonej wody i zakrztusiła się, wynurzając głowę. W pobliżu zobaczyła swoich towarzyszy. Wszyscy troje byli zaplątani w linę. W chwili, gdy zdołała się uwolnić, Tolland wrzasnął:

— Wraca!

Kiedy krzyk przebrzmiał, Rachel poczuła pod sobą dziwne parcie wody. Jak wielka lokomotywa zmieniająca kierunek jazdy, lodowa płyta z jękiem zatrzymała się na głębokości wielu metrów, a zaraz potem zaczęła się podnosić. W wodzie niosło się niskie dudnienie, gdy kolosalna płyta pięła się przy samym czole lodowca.

Blok lodu podnosił się szybko, coraz szybciej, wreszcie wychynął z ciemności. Rachel czuła, że także się wznosi. Lód zetknął się z jej ciałem, ocean zawrzał. Bezskutecznie próbowała zachować równowagę, gdy płyta niosła ją ku niebu wraz z milionami litrów wody. Ogromna bryła podskakiwała i kołysała się na powierzchni, szukając środka ciężkości. Rachel gramoliła się po pas w wodzie, która już odpływała. Prąd znosił ją w kierunku krawędzi. Ześlizgiwała się, leżąc płasko na brzuchu. Widziała zbliżającą się krawędź.

Trzymaj się! Głos jej matki brzmiał tak samo jak wtedy, gdy była dzieckiem miotającym się pod lodem na stawie. Trzymaj się! Nie schodź pod wodę!

Szarpnięcie za uprząż pozbawiło ją tchu i okręciło dokoła. Zatrzymała się niespełna dziesięć metrów od krawędzi. Po drugiej stronie, w takiej samej odległości, spoczywało bezwładne ciało Corky'ego, z którym była związana liną. Woda unosiła ich w przeciwnych kierunkach i jego pęd ją zatrzymał. Niedaleko Corky'ego majaczyła druga ciemna postać. Podparta na rękach i kolanach, trzymała linę Corky'ego i wymiotowała morską wodą.

Michael Tolland.

Kiedy resztki wody spływały z góry lodowej, Rachel leżała w milczeniu, z przerażeniem słuchając szumu oceanu. Czując ogarniające ją zimno, podniosła się na ręce i kolana. Góra lodowa ciągle podskakiwała pod niąjak ogromna kostka lodu. Półprzytomna i obolała, poczołgała się w kierunku towarzyszy.

Stojąc wysoko na krawędzi lodowca, Delta Jeden patrzył przez gogle noktowizyjne na wodę burzącą się wokół najnowszej góry lodowej na Oceanie Arktycznym. Nie dostrzegł ciał, ale to go nie zdziwiło. Ocean był ciemny, a jego ofiary miały czarne kombinezony i kaptury.

Gdy skierował gogle na powierzchnię ogromnej pływającej płyty, miał kłopoty z nastawieniem ostrości. Góra lodowa oddalała się szybko, niesiona w morze przez silne prądy przybrzeżne. Już miał ponownie spojrzeć na morze, gdy jego uwagę przykuło coś dziwnego. Trzy plamki na lodzie. Czy to ciała? Wytężył wzrok.

— Widzisz coś? — zapytał Delta Dwa.

Delta Jeden nie odpowiedział, powiększając obraz. Osłupiał, gdy na jasnym tle lodu zobaczył leżące bez ruchu postacie. Nie miał pojęcia, czy uciekinierzy żyją, ale to nie miało znaczenia. Jeśli nawet, umrą w ciągu godziny mimo kombinezonów; są przemoczeni, nadciąga sztorm, góra lodowa wypływa na jeden z najgroźniejszych oceanów na kuli ziemskiej. Ich ciała nigdy nie zostaną znalezione.

— Tylko cienie — mruknął, odwracając się plecami do urwiska. — Wracajmy do bazy.


Rozdział 57

Senator Sedgewick Sexton postawił kieliszek courvoisiera na kominku i chcąc zebrać myśli, przez chwilę poprawiał polana w palenisku. Sześciu mężczyzn czekało w milczeniu. Luźna pogawędka dobiegła końca. Nadeszła pora na jego ruch. Oni to wiedzieli. On to wiedział.

Polityka to transakcja.

Zdobądź ich zaufanie. Pokaż, że rozumiesz ich problemy.

— Jak być może wiecie, panowie... — zaczął, odwracając się do gości — od kilku miesięcy spotykam się z wieloma osobami znajdującymi się w podobnej sytuacji. — Uśmiechnął się i usiadł, nie chcąc nad nimi górować. — Jesteście jedynymi, których zaprosiłem do swojego domu. Jesteście wyjątkowymi ludźmi i czuję się zaszczycony, że mogłem was poznać.

Skrzyżował ręce na piersi i powiódł wzrokiem po ich twarzach, nawiązując osobisty kontakt. Następnie skupił spojrzenie na pierwszym celu, grubym mężczyźnie w kowbojskim kapeluszu.

— Space Industries z Houston — powiedział. — Miło mi, że pan przybył.

Teksańczyk chrząknął.

— Nie cierpię tego miasta.

— Wcale się nie dziwię. Waszyngton był nieuczciwy wobec pana.

Teksańczyk łypnął na niego spod ronda kapelusza.

— Dwanaście lat temu — mówił Sexton — złożył pan rządowi USA ofertę. Zaproponował pan zbudowanie stacji kosmicznej za zaledwie pięć miliardów dolarów.

— Tak, w istocie. Wciąż mam kopie dokumentów.

— A jednak NASA przekonała rząd, że amerykańska stacja kosmiczna powinna być jej projektem.

— Owszem. NASA rozpoczęła budowę prawie dziesięć lat temu.

— Dziesięć lat. I nie dość, że stacja kosmiczna jeszcze nie jest w pełni sprawna, to na dodatek kosztowała dwadzieścia razy więcej, niż proponował pan w swojej ofercie. Jako amerykański podatnik jestem oburzony tym stanem rzeczy.

W pokoju rozległ się pomruk aprobaty. Sexton spoglądał na twarze gości, zacieśniając więź.

— Wiem dobrze — podjął, zwracając się teraz do wszystkich — że kilka waszych firm proponowało wysyłanie w kosmos prywatnych promów zaledwie za pięćdziesiąt milionów dolarów za lot.

Pokiwali głowami.

— A jednak NASA torpeduje te propozycje, wyceniając jeden lot na trzydzieści osiem milionów dolarów... choć koszt rzeczywisty wynosi ponad sto pięćdziesiąt milionów!

— W taki właśnie sposób nie dopuszczają nas do kosmosu — odezwał się jeden z mężczyzn. — Sektor prywatny nie może konkurować z agencją, która obsługuje loty ze stratą rzędu czterystu procent, lecz mimo to nadal utrzymuje się w interesie.

— Nie może ani nie powinien konkurować — oświadczył Sexton.

Wszyscy przytaknęli.

Senator zwrócił się do siedzącego obok niego poważnego mężczyzny, którego akta przeczytał z dużym zainteresowaniem. Podobnie jak wielu innych przedsiębiorców finansujących jego kampanię, był to były inżynier wojskowy. Zniechęcony niskimi zarobkami oraz rządową biurokracją, postanowił rozstać się z armią, żeby szukać szczęścia w przemyśle lotniczym i kosmonautycznym.

— Kistler Aerospace. — Senator z ubolewaniem pokręcił głową. — Pańska firma zaprojektowała i wyprodukowała rakietę, która może wynieść na orbitę kilogram ładunku za cztery tysiące dolarów, podczas gdy koszty NASA wynoszą dwadzieścia tysięcy. — Sexton zrobił pauzę dla większego efektu. — A jednak nie ma pan klientów.

— A skąd mam mieć? — żachnął się mężczyzna. — W zeszłym tygodniu NASA zgodziła się umieścić na orbicie satelitę telekomunikacyjnego Motoroli, biorąc tysiąc sześćset dolarów za kilo. Rząd wystrzelił tego satelitę ze stratą rzędu dziewięciuset procent!

Sexton pokiwał głową. Podatnicy nieświadomie subsydiują agencję, która jest dziesięć razy mniej dochodowa niż konkurencja.

— Stało się boleśnie jasne — podjął ponurym tonem — że NASA dokłada wszelkich starań, żeby wykosić konkurencję w kosmosie. Wypiera naszych prywatnych przedsiębiorców, świadcząc usługi za cenę znacznie niższą od ich wartości rynkowej.

— To walmartowanie kosmosu — burknął Teksańczyk.

Cholernie dobre porównanie, pomyślał Sexton. Muszę je zapamiętać. Sieć sklepów Wal-Mart słynie z tego, że po wejściu na nowy teren sprzedaje towary poniżej wartości rynkowej, wykańczając w ten sposób lokalną konkurencję.

— Mam tego dość! — zaperzył się Teksańczyk. — Płacę miliony dolarów podatku obrotowego, a Wuj Sam wykorzystuje moje pieniądze do wyrugowania mnie z interesu!

— Doskonale pana rozumiem — zapewnił Sexton.

— Rotary Rocket pada z powodu braku sponsora — oświadczył mężczyzna w eleganckim garniturze. — Prawa zakazujące sponsoringu są karygodne!

— Całkowicie się z panem zgadzam. — Swego czasu Sexton był zaszokowany, kiedy dowiedział się, że NASA okopuje się na swojej monopolistycznej pozycji poprzez wydawanie federalnych zarządzeń zakazujących umieszczania reklam na pojazdach kosmicznych. Nikt nie zabrania prywatnym firmom kosmicznym szukać sponsorów, ale — w przeciwieństwie na przykład do zawodowych rajdowców — nie mogą umieszczać ich logo i reklam na swoich pojazdach. Na burtach wahadłowców i rakiet mogą widnieć wyłącznie litery USA i nazwa firmy. W kraju, w którym rocznie wydaje się sto osiemdziesiąt pięć miliardów na reklamy, ani jeden dolar nie trafia do kasy prywatnych kompanii kosmonautycznych.

— To rozbój — warknął inny gość. — Mam nadzieję, że moja firma utrzyma się do maja przyszłego roku, kiedy to wystrzelimy prototyp promu turystycznego. Spodziewamy się ogromnego zainteresowania prasy. Nike Corp. zaoferowała nam siedem milionów dolarów za wymalowanie logo i sloganu „Po prostu to zrób" na burcie wahadłowca. Pepsi daje dwa razy tyle za slogan: „Pepsi — wybór nowego pokolenia". Niestety, według prawa federalnego, jeśli na naszym promie znajdzie się reklama, zakażą nam jego wystrzelenia!

— To prawda — przyznał Sexton. — Ale jeśli zostanę wybrany, dołożę wszelkich starań, żeby to dyskryminujące prawo zostało zniesione. Obiecuję. Kosmos powinien być otwarty na reklamy w taki sam sposób, w jaki można w tym celu wykorzystywać każdy centymetr kwadratowy na Ziemi.

Patrząc w oczy słuchaczy, z coraz większą powagą mówił:

— Wszyscy musimy być jednak świadomi, że największą przeszkodą w prywatyzacji NASA jest nie prawo, lecz opinia publiczna. Większość Amerykanów wciąż ma sentyment do amerykańskiego programu kosmicznego. Ci ludzie nadal wierzą, że NASA jest niezbędną agencją rządową.

— To przez te cholerne hollywoodzkie filmy! — krzyknął jeden z mężczyzn. — Na miłość boską, ile można nakręcić filmów z cyklu „NASA ratuje świat przed zabójczą asteroidą"? To propaganda!

Sexton wiedział, że produkcja filmów o NASA jest wynikiem prostego rachunku ekonomicznego. Po szalenie popularnym filmie Top Gurt z Tomem Cruise'em w roli przebojowego pilota odrzutowca — filmie będącym dwugodzinną reklamą marynarki wojennej Stanów Zjednoczonych — NASA zrozumiała, jaki potencjał ma Hollywood. Po cichu zaczęła oferować wytwórniom filmowym darmowy dostęp do swoich spektakularnych obiektów — wyrzutni rakietowych, centrów kontroli misji, ośrodków szkoleniowych. Producenci, przyzwyczajeni do ogromnych opłat licencyjnych za zdjęcia w każdym innym miejscu, natychmiast zwietrzyli okazję zaoszczędzenia milionów dolarów poprzez kręcenie thrillerów na „darmowych" planach NASA. Oczywiście Hollywood miał do nich dostęp tylko wtedy, gdy agencja zaaprobowała scenariusz.

— Publiczne pranie mózgu — burknął Latynos. — Filmy nawet w połowie nie są dla nas tak niekorzystne, jak chwyty reklamowe. Najpierw emeryt w kosmosie, potem załoga złożona z samych kobiet... Wszystko dla reklamy!

Sexton westchnął dramatycznie.

— Prawda. Wiem, że nie muszę wam przypominać, co się stało w latach osiemdziesiątych, kiedy Ministerstwo Oświaty znalazło się na krawędzi bankructwa i wskazało NASA jako przykład instytucji marnotrawiącej miliony, które mogłyby zostać wydane na edukację. Wtedy spece od public relations postanowili pokazać, że NASA jest przyjazna szkolnictwu. Wysłali w kosmos nauczycielkę ze szkoły publicznej. — Umilkł na chwilę. — Wszyscy pamiętamy Christę McAuliffe.

W pokoju zapadła cisza.

— Panowie — podjął Sexton, stając w efektownej pozie przed kominkiem. — Wierzę, że nadszedł czas, by Amerykanie poznali prawdę, dla dobra przyszłości nas wszystkich. Czas, by nasi rodacy rozumieli, iż NASA nie uchyla nam nieba, tylko tłamsi eksplorację kosmosu. Przemysł kosmonautyczny nie różni się od innych i ograniczanie swobody działania sektora prywatnego zakrawa na przestępstwo. Weźmy przemysł komputerowy, w którym doszło do takiej eksplozji postępu, że mamy kłopoty z nadążeniem za kolejnymi nowinkami! A dlaczego? Ponieważ przemysł komputerowy działa w systemie wolnorynkowym: nagradza efektywność i wizję zyskami. Wyobrażacie sobie, co by było, gdyby przemysł komputerowy podlegał rządowi? Wciąż tkwilibyśmy w średniowieczu. W dziedzinie kosmonautyki panuje stagnacja. Powinniśmy przekazać badania kosmosu w ręce sektora prywatnego, gdzie jest ich miejsce. Amerykanie będą oszołomieni rozwojem, ilością miejsc pracy i spełnionymi marzeniami. Wierzę, że powinniśmy pozwolić, aby system wolnorynkowy wyniósł nas na wyżyny w kosmosie. Jeśli wygram wybory, otworzenie tej ostatniej granicy, otworzenie jej na oścież, stanie się moją osobistą misją.

Sexton sięgnął po kieliszek z koniakiem.

— Przyjaciele, przybyliście tutaj, żeby zadecydować, czy jestem godzien waszego zaufania. Mam nadzieję, że jestem na dobrej drodze, aby na nie zasłużyć. Założenie firmy wymaga inwestorów, i ta sama prawda odnosi się do urzędu prezydenta. Jak udziałowcy firmy spodziewają się zysków, tak wy, jako polityczni inwestorzy, możecie na nie liczyć. Moje dzisiejsze przesłanie jest proste: zainwestujcie we mnie, a nigdy o was nie zapomnę. Nigdy. Przyświeca nam wspólny cel.

Wzniósł toast.

— Z waszą pomocą, przyjaciele, niebawem zamieszkam w Białym Domu... a wówczas spełnią się i wasze marzenia.

Pięć metrów dalej Gabrielle Ashe stała jak sparaliżowana. Z salonu dobiegł harmonijny brzęk kryształowych kieliszków, na chwilę zagłuszając trzaskanie ognia.


Rozdział 58

Przez habisferę pędził spanikowany młody technik NASA. Stało się coś strasznego! Znalazł Ekstoma niedaleko studia.

— Panie administratorze — wydyszał — wypadek! Ekstrom odwrócił się z roztargnioną miną, jakby już coś go trapiło.

— Co takiego? Wypadek? Gdzie?

— W szybie. Ciało właśnie wypłynęło. Doktor Wailee Ming. Na twarzy Esktroma odmalowała się konsternacja.

— Doktor Ming? Przecież...

— Wyciągnęliśmy go, ale było za późno. Nie żyje.

— Na miłość boską, jak długo tam przebywał?

— Sądzimy, że około godziny. Wygląda na to, że ześlizgnął się do szybu i utonął.

Rumiana twarz administratora zrobiła się purpurowa.

— Cholera jasna! Kto jeszcze o tym wie?

— Nikt, tylko my dwaj. Wyłowiliśmy go, ale pomyśleliśmy, że lepiej powiemy panu, zanim...

— Postąpiliście właściwie. — Ekstrom westchnął głęboko. — Natychmiast ukryjcie zwłoki doktora Minga. Nic nikomu nie mówcie.

Technik speszył się.

— Ale, panie administratorze...

Ekstrom położył wielką dłoń na jego ramieniu.

— Posłuchaj mnie uważnie. To tragiczny wypadek i jest mi ogromnie przykro. Oczywiście zajmę się wszystkim jak trzeba... w swoim czasie. Teraz pora nie jest najlepsza.

— Każe nam pan ukryć ciało?

Zimne nordyckie oczy Ekstroma spojrzały przenikliwie.

— Pomyśl o tym. Możemy wszystkim powiedzieć, ale co z tego wyniknie? Za godzinę rozpoczyna się konferencja prasowa. Ogłoszenie, że mieliśmy śmiertelny wypadek, przyćmi odkrycie i wywrze destrukcyjny wpływ na morale. Nie mam zamiaru dopuszczać do tego, żeby NASA płaciła za brak wyobraźni doktora Minga. Ci niezależni naukowcy mieli już swoje pięć minut. Nie pozwolę, żeby czyjś błąd rzucił cień na naszą chwilę chwały. Wypadek doktora Minga pozostanie w sekrecie do czasu zakończenia konferencji prasowej. Rozumiesz?

Blady mężczyzna pokiwał głową.

— Ukryję ciało.


Rozdział 59

Michael Tolland znał morze, więc dobrze wiedział, że pochłania swoje ofiary bez skrupułów i wahania. Leżąc wyczerpany na szerokiej lodowej płycie, patrzył na malejący w dali upiorny zarys lodowca. Wiedział, że potężny prąd arktyczny płynący od Wysp Królowej Elżbiety zatacza ogromną pętlę wokół polarnej pokrywy lodowej i dociera do lądu w północnej Rosji. To nie ma znaczenia. Ich góra lodowa dotrze tam dopiero za kilka miesięcy.

My mamy może dwa kwadranse... najwyżej trzy.

Wiedział, że gdyby nie wypełnione żelem kombinezony, już byliby martwi. Uchroniły ich one przed zamoczeniem, a tym samym przed błyskawicznym wyziębieniem i śmiercią. Termoaktywny żel wokół ich ciał nie tylko zamortyzował upadek, ale też pomagał zachować ciepło.

Mimo wszystko niebawem dopadnie ich hipotermia. Zacznie się od drętwienia kończyn, gdy odpłynie z nich krew, żeby chronić narządy wewnętrzne. Później, gdy puls i oddech zwolnią, pozbawiając mózg tlenu, pojawią halucynacje. Potem organizm podejmie ostatni wysiłek, mający na celu zachowanie resztek ciepła: wyłączy wszystkie funkcje poza pracą serca i oddychaniem. Nastąpi utrata przytomności. W końcu serce i ośrodki oddechowe w mózgu przestaną funkcjonować.

Tolland popatrzył na Rachel, żałując, że nie może zrobić nic, by ją uratować.

Odrętwienie ogarniające ciało było mniej bolesne, niż Rachel się spodziewała. Niosło prawie upragnione znieczulenie. Morfina natury. W czasie upadku zgubiła gogle i teraz miała kłopoty z otwieraniem oczu na mrozie.

Widziała Tollanda i Corky'ego. Spojrzenie Mike'a przepełniał żal. Corky poruszał się, ale widać było, że cierpi. Prawy policzek miał stłuczony i zakrwawiony.

Rachel dygotała, szukając odpowiedzi. Kto? Dlaczego? Myślała coraz wolniej, coraz bardziej ociężale. Nic nie miało sensu. Czuła, jak jej ciało powoli przestaje funkcjonować, kołysane do snu przez jakąś niewidzialną siłę. Zwalczyła jednak senność. Zapłonął w niej gniew i próbowała podsycić płomienie.

Chcieli nas zabić! Popatrzyła na groźne morze i doszła do wniosku, iż napastnicy osiągnęli cel. Już jesteśmy martwi. Wiedziała, że najprawdopodobniej nie przeżyje i nie pozna całej prawdy o zabójczej grze prowadzonej na lodowcu, ale chyba zna winnego.

Najwięcej do zyskania miał administrator Ekstrom. To on wysłał ich na lód. Jest powiązany z Pentagonem i wydziałem operacji specjalnych. Ale co zyskał przez umieszczanie meteorytu pod lodem? Co ktokolwiek mógł na tym zyskać?

Rachel wspomniała Zacha Herneya i zastanowiła się, czy prezydent był współspiskowcem, czy też niczego nieświadomym pionkiem. Herney nic nie wie. Jest niewinny. Został nabrany przez NASA. Tylko godzina dzieli go od wygłoszenia oświadczenia. Ma je zilustrować filmem dokumentalnym, który zawiera wypowiedzi czterech niezależnych naukowców.

Czterech martwych niezależnych naukowców.

Rachel nie mogła w żaden sposób zapobiec konferencji prasowej, ale przysięgła sobie, że zrobi wszystko, by osoba odpowiedzialna za atak poniosła konsekwencje.

Zbierając siły, spróbowała usiąść. Jej kończyny ciążyły jak granit, stawy niemal krzyczały z bólu, gdy zginała ręce i nogi. Powoli podniosła się na kolana, usiłując nie stracić równowagi na gładkim lodzie. Kręciło jej się w głowie. Wokół wrzał ocean. Tolland leżał w pobliżu, patrząc na nią pytająco. Rachel odgadła, że prawdopodobnie myśli, iż uklękła w modlitwie. Nie, oczywiście, że nie, choć w tej sytuacji wznoszenie modłów miało prawdopodobnie więcej sensu niż to, co zamierzała zrobić.

Podniosła rękę i namacała czekan wciąż wiszący na pętli na nadgarstku. Zacisnęła zgrabiałe palce na stylisku. Odwróciła czekan, stawiając go jak odwróconą literę T, a potem z całej siły uderzyła w lód. Łup. Jeszcze raz. Łup. Miała wrażenie, że w jej żyłach płynie nie krew, ale zimna melasa. Łup. Tolland patrzył na nią zdumiony. Jeszcze raz opuściła czekan. Łup. Tolland dźwignął się na łokciu.



1   ...   12   13   14   15   16   17   18   19   ...   35


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna