Wydawnictwo sonia draga



Pobieranie 2,1 Mb.
Strona15/35
Data23.10.2017
Rozmiar2,1 Mb.
1   ...   11   12   13   14   15   16   17   18   ...   35

To samobójstwo.

Gdy Rachel usiadła, Tolland dostrzegł za jej plecami pękaty winylowy worek. Modląc się, żeby zawierał rakietnicę albo radio, przyciągnął go do siebie. Wewnątrz znalazł dużą, schludnie złożoną płachtę. Bezwartościowa. Miał coś podobnego na swoim statku badawczym. Był to niewielki balon meteorologiczny, przeznaczony do wynoszenia obserwacyjnego sprzętu meteorologicznego, niewiele cięższego od komputera osobistego. Balon Nory nie na wiele się przyda, zwłaszcza bez butli z helem.

Corky bronił się, odgłosy szamotaniny były coraz głośniejsze. Tolland słuchał ich, czując największą od wielu lat bezradność. Czarną rozpacz. Całkowitą dezorientację. Jak na filmie życia, który przewija się przed oczami umierającego, niespodziewanie ujrzał dawno zapomniane obrazy z dzieciństwa. Przez chwilę żeglował w San Pedro, oddając się starej jak świat rozrywce żeglarzy: latał na spinakerze, ze śmiechem wznosząc się i opadając nad falami niczym dzieciak uczepiony sznura w dzwonnicy, zdany na łaskę wydętego żagla i kaprysu oceanicznego wiatru.

Tolland natychmiast skierował oczy na balon Nory, uświadamiając sobie, że umysł się nie poddał, tylko próbował podsunąć mu pomysł. Latanie na spinakerze!

Otworzył worek, wciąż słysząc odgłosy walki Corky'ego. Nie miał złudzeń — jego plan był niczym więcej, jak tylko grą w ciemno, ale wiedział, że pozostanie tutaj oznacza pewną śmierć dla nich wszystkich. Wyciągnął złożoną płachtę. Napis na uchwycie przestrzegał: UWAGA: NIE UŻYWAĆ NA WIETRZE POWYŻEJ 10 WĘZŁÓW.

Do diabła z tym! Trzymając mocno balon, żeby się nie rozwinął, Tolland przysunął się do Rachel. Zobaczył konsternację w jej oczach, gdy wrzasnął:

— Trzymaj!

Podał jej złożony materiał, a potem karabinkiem połączył swoją uprząż z uchwytem balonu. Położył się na boku i przypiął uprząż, którą miał na sobie, do uprzęży Rachel.

Teraz tworzyli jedność.

Jak zrośnięte biodrami bliźnięta syjamskie.

Pomiędzy nimi luźna lina wiła się po śniegu do szamoczącego się Corky'ego... a dziesięć metrów dalej urywała się przy Norze Mangor.

Nora już nic żyje, powiedział sobie Tolland. Nic nie można zrobić.

Napastnicy kucali nad wijącym się Corkym. Już ubijali śnieg, żeby upchnąć go w jego gardle. Tolland wiedział, że nie ma czasu.

Wyrwał złożony balon z rąk Rachel. Materiał był lekki jak bibułka i praktycznie niezniszczalny. Będzie, co ma być.

— Trzymaj się!

— Mike? — zapytała Rachel. — Co...

Tolland wyrzucił w powietrze zwinięty balon. Wyjący wiatr porwał materiał i rozpostarł go jak spadochron. Powłoka wypełniła się w jednej chwili, otwierając się z głośnym trzaskiem.

Tolland poczuł potężne szarpnięcie i w jednej chwili zrozumiał, że nie docenił siły katabatycznego wiatru. W, ułamku sekundy oboje ruszyli w dół lodowca, na wpół uniesieni w powietrze. Chwilę później nastąpiło drugie szarpnięcie, gdy napięła się lina łącząca ich z Corkym Marlinsonem. Przerażony astrofizyk został wyrwany z rąk napastników, przewracając jednego z nich na plecy. Wystartował ze ścinającym krew w żyłach wrzaskiem, o włos mijając wywrócone sanie, i mknął za balonem, miotany na boki. Za nim wlokła się druga część liny... lina Nory Mangor.

Nic nie można zrobić, powtórzył Tolland w duchu.

Sunęli po lodowcu jak splątane ludzkie marionetki. Wokół nich gwizdały lodowe kule, ale Tolland wiedział, że napastnicy zaprzepaścili okazję. Sylwetki ubranych na biało żołnierzy malały, kurcząc się w plamki oświetlone przez flarę.

Tolland czuł, jak lód przemyka pod grubym kombinezonem ź coraz większą prędkością, i jego radość z ucieczki szybko przygasła. Niespełna trzy kilometry przed nimi Lodowiec Szelfowy Milne'a kończy się stromym urwiskiem, które opada do leżącego trzydzieści metrów niżej Oceanu Arktycznego.


Rozdział 52

Marjorie Tench uśmiechała się, idąc do skomputeryzowanego pokoju łączności Białego Domu, z którego nadawano komunikaty prasowe opracowywane na górze w dziale łączności. Spotkanie z Gabrielle Ashe poszło dobrze. Nie wiadomo, czy przestraszyła się na tyle, żeby na piśmie przyznać się do romansu, ale z pewnością warto było spróbować.

Gabrielle jest dość mądra, żeby go zostawić, pomyślała Tench. Biedna dziewczyna nie ma pojęcia, jak bolesny będzie upadek Sextona.

Za parę godzin prezydencka konferencja prasowa zwali go z nóg. To pewne jak w banku. Gabrielle Ashe, jeśli zgodzi się współpracować, zada druzgoczący cios, który sprawi, że Sexton spali się ze wstydu. Tench zadecydowała, że rano podeśle prasie jej oświadczenie wraz z nagraniem, na którym Sexton wypiera się romansu.

Krótka, szybka seria.

W polityce wygranie wyborów jest nie celem, lecz środkiem, który umożliwia nabranie impetu na drodze do ostatecznego zwycięstwa — realizacji wizji. Historia uczy, że każdy prezydent, który obejmował urząd dzięki niewielkiej przewadze głosów nad rywalem, miał niewielkie osiągnięcia; startował ze słabej pozycji i Kongres nie pozwalał mu o tym zapomnieć.

Byłoby idealnie, gdyby kampania senatora Sextona legła w gruzach pod wpływem ataku z dwóch stron — ataku wymierzonego w jego politykę i postawę moralną. Strategia ta została zapożyczona ze sztuki prowadzenia działań wojennych. Zmuś wroga do walki na dwóch frontach. Kiedy kandydat posiada negatywną informację na temat swojego oponenta, często czeka na zdobycie drugiej i ogłasza obie jednocześnie. Atak dwustronny zawsze jest bardziej skuteczny niż pojedynczy strzał, zwłaszcza kiedy dotyczy odrębnych aspektów — jeden cios wymierzony w politykę rywala, drugi w jego charakter. Odparcie ataku politycznego wymaga logiki, a osobistego — pasji; w takim przypadku skuteczna obrona graniczy z cudem.

Dzisiejszego wieczoru senator Sexton pogrąży się w politycznym koszmarze, jakim będzie dla niego oszałamiający triumf NASA. Jego sytuacja znacznie się pogorszy, jeśli zostanie zmuszony do obrony swojego stanowiska politycznego w chwili, gdy bliska współpracowniczka publicznie nazwie go kłamcą.

Przed drzwiami biura łączności poczuła przyjemny dreszczyk emocji. Polityka jest wojną. Tench zaczerpnęła powietrza i spojrzała na zegarek. Kwadrans po szóstej. Pora oddać pierwszy strzał.

Weszła.


Biuro łączności było niewielkie nie z braku miejsca, ale z braku potrzeby zajmowania większej przestrzeni. Choć zaliczało się do najbardziej sprawnych ośrodków telekomunikacyjnych na świecie, do jego obsługi wystarczało tylko pięć osób. W tej chwili wszyscy pracownicy stali przy rzędach sprzętu elektronicznego; wyglądali jak pływacy czekający na wystrzał pistoletu startowego.

Są gotowi. Tench poznała to po ich niecierpliwych spojrzeniach.

Zawsze zdumiewało ją, że to maleńkie biuro w ciągu zaledwie dwóch godzin może nawiązać kontakt z ponad jedną trzecią mieszkańców cywilizowanego świata. Wystarczy dotknięcie paru klawiszy, żeby dzięki łączom elektronicznym połączyć się z dziesiątkami tysięcy agencji informacyjnych — od największych sieci telewizyjnych po najmniejsze gazety lokalne — i za ich pośrednictwem przemówić do świata.

Komputery wysyłają komunikaty prasowe na konta poczty elektronicznej radia, telewizji, prasy i portali internetowych od Maine po Moskwę. Zalew e-maili niemal paraliżuje sieć. Telefoniczne autodialery łączą się z tysiącami redakcji i odtwarzają nagrane oświadczenia. Strona internetowa jest stale aktualizowana, dostarczając najnowszych informacji. Agencje informacyjne — CNN, NBC, ABC, CBS, koncerny zagraniczne — zostaną zaatakowane ze wszystkich stron, z gwarancją swobodnego odbioru na żywo.

Nadawane przez nie programy zostaną przerwane na czas nadzwyczajnego oświadczenia prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Pełna penetracja.

Jak generał dokonujący inspekcji oddziałów, Tench w milczeniu podeszła do biurka i podniosła wydrukowany komunikat, który czekał na wysłanie, załadowany do wszystkich urządzeń nadawczych niczym naboje do strzelby.

Tench przeczytała komunikat i zaśmiała się cicho. Zgodnie z przyjętymi normami był lakoniczny — bardziej przypominał ogłoszenie niż oświadczenie — ale prezydent polecił sformułować go nadzwyczaj ostrożnie. Pracownicy biura łączności stanęli na wysokości zadania. Tekst był doskonały — krótki, ale bogaty w słowa kluczowe. Zabójcza kombinacja. Teleksy używające programów do wyszukiwania słów kluczowych w celu sortowania nadchodzących informacji nadadzą temu komunikatowi wysoki priorytet.

Nawet te agencje, które używają programów do odsiewania spamu, dostaną kilka e-maili:

Od: Biuro łączności Białego Domu

Temat: Nadzwyczajne oświadczenie prezydenckie

Prezydent Stanów Zjednoczonych dziś wieczorem o godzinie dwudziestej czasu urzędowego wschodnioamerykańskiego odbędzie zwołaną w trybie pilnym konferencję prasową w pokoju konferencyjnym Białego Domu. Temat oświadczenia obecnie pozostaje tajny. Odbiór transmisji na żywo będzie dostępny poprzez zwyczajne kanały.

Marjorie Tench odłożyła kartkę na biurko, rozejrzała się po biurze łączności i z uznaniem pokiwała głową. Pracownicy patrzyli na nią z przejęciem.

Zapaliła papierosa i paliła przez chwilę, pozwalając narastać napięciu. Wreszcie uśmiechnęła się szeroko.

— Proszę państwa, zapuszczajcie silniki.


Rozdział 53

Logika wyparowała z umysłu Rachel Sexton. Nie myślała o meteorycie, tajemniczym wydruku z GPR w kieszeni, Mingu, przerażającym ataku na lodzie. Liczyło się tylko jedno.

Przeżyć.

Lód rozmywał się w smugę jak nieskończona śliska autostrada. Nic wiedziała, czy sparaliżował ją strach, czy też chronił gruby kombinezon, ale nie czuła bólu. W ogóle niczego nie czuła.

Na razie.

Sunęła w ciemności, leżąc na boku, spięta z Tollandem, zwrócona przodem do niego. Gdzieś przed nimi wydymał się balon wypełniony wiatrem, zataczający się dziko jak naczepa ciągnika, nad którym kierowca stracił panowanie. Flara znacząca miejsce, gdzie zostali zaatakowani, zniknęła w oddali.

Syk nylonowych kombinezonów stawał się coraz wyższy w miarę, jak przyspieszali. Rachel nie miała pojęcia, jak szybko się poruszają, ale prędkość wiatru musiała wynosić co najmniej sto kilometrów na godzinę. Gładki pas startowy, po którym sunęli, przemykał coraz szybciej z każdą upływającą sekundą. Nieprzepuszczalny balon nic miał zamiaru ani się podrzeć, ani zerwać.

Musimy się uwolnić, pomyślała. Z jednego niebezpieczeństwa zmierzali prosto w drugie. Mniej niż półtora kilometra dzieli nas od oceanu! Myśl o lodowatej wodzie przywołała okropne wspomnienia.

Wiatr dmuchnął mocniej, znowu przyspieszyli. Gdzieś za nimi Corky wrzeszczał z przerażenia. Rachel wiedziała, że za parę minut balon przeciągnie ich nad urwiskiem i spadną do lodowatego morza.

Tolland musiał myśleć o tym samym, bo sięgnął do zaczepu balonu przypiętego do ich uprzęży.

— Nie mogę odpiąć! — zawył. — Lina jest za bardzo naprężona!

Rachel miała nadzieję, że wiatr na chwilę przycichnie, zapewniając im swobodę manewru, ale dął z niesłabnącą siłą. Przekręciła się i zaczęła orać rakami lód, wyrzucając w powietrze fontannę odłamków lodu. Trochę zwolnili.

— Teraz! — wrzasnęła, podnosząc nogi.

Linka balonu zwiotczała. Tolland szarpnął, próbując wykorzystać tę chwilę na odkręcenie zamka karabinka. Nie dał rady.

— Jeszcze raz! — ryknął.

Tym razem oboje przekręcili się i wbili raki w lód, wzbijając podwójny pióropusz śniegu. Balon wyraźnie zwolnił.

— Teraz!

Na znak Tollanda oboje poderwali nogi. Gdy balon znów wyrywał do przodu, Tolland odkręcił kciukiem karabinek. Tym razem mało brakowało, ale wciąż potrzebował większego luzu. Według Nory karabinki były niezawodne, zakręcane, co uniemożliwiało otworzenie ich w momencie, gdy podlegały nawet najmniejszemu obciążeniu.

Zabici przez sprzęt asekuracyjny, pomyślała Rachel z gorzką ironią.

— Jeszcze raz! — zawył Tolłand.

Zbierając całą energię, Rachel wykręciła się i z desperacją wbiła w lód oba raki. Wygięła plecy w łuk, starając się wspierać cały ciężar ciała na przednich zębach raków. Tolland wziął z niej przykład i teraz oboje prężyli się, wzajemnie napinając uprzęże. Tolland wbił raki i Rachel wygięła się jeszcze bardziej. Fala wibracji przenikała jej nogi. Miała wrażenie, że zaraz pękną jej kostki.

— Trzymaj... trzymaj... — Tolland wykrzywił się, żeby odpiąć karabinek, gdy zmniejszyli prędkość. — Zaraz...

Nagle paski raków Rachel pękły. Raki odpadły od butów i pokoziołkowały w noc, przeskakując nad Corkym. Balon natychmiast szarpnął do przodu i zarzucił ich na bok, wciąż hamowany z jednej strony. Karabinek wymknął się z rąk Tollanda.

— Cholera!

Balon, jakby rozgniewany chwilowym ograniczeniem swobody, gwałtownie przyspieszył, wlokąc ich w dół lodowca, w kierunku morza. Zbliżali się do urwiska, lecz Rachel wiedziała, że niebezpieczeństwo czyha na nich jeszcze przed trzydziestometrową przepaścią. Drogę do Oceanu Arktycznego przegradzały trzy wielkie wały śnieżne. Kombinezony amortyzowały uderzenia, ale myśl o wyrzuceniu z dużą prędkością w górę i locie nad hałdami śniegu przepełniała ją grozą.

Desperacko zmagając się z uprzężą, Rachel próbowała wymyślić jakiś sposób na odczepienie balonu. Wtedy usłyszała rytmiczne stukanie — szybkie staccato, gdy lekki metal uderzał w lód.

Czekan.

Zupełnie zapomniała o czekanie. Lekkie tytanowe narzędzie podskakiwało obok jej nogi. Popatrzyła na linkę balonu. Gruby, ciasno spleciony nylon. Namacała czekan podskakujący na pętli na nadgarstku. Złapała stylisko, podniosła ręce nad głowę i przyłożyła zębate ostrze do grubej liny. Niezdarnie zaczęła piłować napięty kabel.



— Dobrze! — wrzasnął Tolland, sięgając po swój czekan.

Sunąc na boku z rękami wyciągniętymi przed siebie, Rachel zdwoiła wysiłki. Linka była mocna i pojedyncze włókna nylonu strzępiły się powoli. Tolland chwycił czekan, przekręcił się, uniósł ręce nad głowę i próbował piłować w tym samym miejscu od spodu. Zgięte ostrza zderzały się, gdy pracowali jak tracze. Lina strzępiła się teraz z obu stron.

Uda się, pomyślała Rachel. Pęknie!

Nagle srebrny bąbel balonu poderwał się w górę, jakby porwał go prąd wstępujący. Rachel ze grozą uświadomiła sobie, że balon naśladuje ukształtowanie terenu.

Dotarli do wałów.

Widzieli ścianę bieli tylko przez moment. Po chwili uderzenie w bok wycisnęło Rachel powietrze z płuc i wyrwało jej czekan z ręki. Jak narciarz wodny zaplątany w linki w czasie skoku, prześlizgnęła się po stromym zboczu i wyleciała w powietrze. Oboje z Tollandem szybowali jak wystrzeleni z katapulty. Daleko pod nimi rozciągał się rów obrzeżony wysokimi hałdami śniegu. Wystrzępiony nylonowy kabel ciągnął ich w górę, przenosząc nad pierwszym rowem. Przez chwilę Rachel widziała, co znajduje się przed nimi. Dwa wały, krótki płaskowyż, a za nim morze.

Oniemiała ze grozy, ale przeraźliwy wrzask, który nagle zawibrował w powietrzu, wyraził jej uczucia. Gdzieś za nimi Corky Marlinson żeglował nad pierwszym wałem. Teraz wszyscy troje byli w powietrzu, a balon rwał w górę niczym dzikie zwierzę pragnące zerwać się z uwięzi.

Nagle nad ich głowami rozległ się trzask, ostry jak strzał z karabinu. Nadwątlona linka w końcu pękła i wystrzępiony koniec uderzył Rachel w twarz. Spadali. Wysoko nad nimi balon wydął się... i poszybował nad morze.

Spięci karabinkami, zaplątani w linę, Rachel i Tolland koziołkowali w locie ku ziemi. Gdy wvrósł przed nimi biały garb drugiego wału, Rachel przygotowała się na zderzenie. Przelecieli nad szczytem i wylądowali po drugiej stronie; kombinezony i stok częściowo zamortyzowały upadek. Gdy świat wokół nich ograniczył się do rozmytej plątaniny rąk, nóg i śniegu, Rachel poczuła, że pędzi dnem środkowego koryta. Instynktownie rozpostarła ręce i nogi, próbując zwolnić przed uderzeniem w następny wał. Zwalniali, ale nieznacznie. Wydawało się, że zaledwie parę sekund po wylądowaniu zaczęli wjeżdżać na następne zbocze. Na szczycie znowu oderwali się od podłoża, a po chwili Rachel z przerażaniem stwierdziła, że zsuwają się po drugiej stronie na wąski płaskowyż... ostatnie dwadzieścia pięć metrów lodowca.

Gdy sunęli w kierunku krawędzi, czuła opór stawiany przez Corky'ego i wiedziała, że zwalniają. Wiedziała także, że trochę za późno. Koniec lodowca pędził im na spotkanie. Krzyknęła bezradnie.

A potem się stało.

Skraj lodu usunął się spod nich. Ostatnią rzeczą, jaką zapamiętała, było spadanie.


Rozdział 54

Apartamentowiec Westbrooke Place na N Street NW pod numerem 2201 ma opinią jednego z niewielu bezsprzecznie poprawnych adresów w Waszyngtonie. Gabrielle pchnęła złocone obrotowe drzwi i wbiegła do marmurowego holu, w którym głośno szumiała kaskada.

Portier popatrzył na nią ze zdziwieniem.

— Pani Ashe? Nie wiedziałem, że ma pani dziś przyjść.

— Jestem spóźniona. — Gabrielle szybko wpisała się do książki. Ścienny zegar wskazywał 18:22.

Portier podrapał się po głowie.

— Senator zostawił mi listę, ale pani nie...

— Tacy jak on zawsze zapominają o ludziach, którzy robią dla nich najwięcej. — Posłała mu pełen udręki uśmiech i ruszyła w kierunku wind.

Portier miał zaniepokojoną minę.

— Lepiej zadzwonię na górę.

— Dzięki! — krzyknęła, już wchodząc do kabiny. Senator ma wyłączony telefon.

Wysiadła na ósmym piętrze i skręciła w elegancko urządzony korytarz. Na końcu, przed drzwiami apartamentu Sextona, siedział członek jego osławionej obstawy. Wyglądał na znudzonego. Gabrielle zdziwiła się na jego widok, ale nie tak jak on, kiedy ją zobaczył. Poderwał się z krzesła.

— Wiem, wiem! — zawołała w połowie korytarza. — Ma wieczór PW. Nie chce, żeby mu przeszkadzano.

Ochroniarz energicznie pokiwał głową.

— Wydał ścisłe instrukcje, żeby nie wpuszczać żadnych gości...

— To wyjątkowa sytuacja.

Mężczyzna zastąpił jej drogę.

— Ma prywatne spotkanie.

— Co ty powiesz? — Gabrielle podniosła czerwoną kopertę i podsunęła mu pod nos godło Białego Domu. — Niedawno byłam w Gabinecie Owalnym. Muszę przekazać senatorowi ważne informacje. Niezależnie, z kim ucina sobie pogawędkę, może zrobić parominutową przerwę. Przepuść mnie.

Ochroniarz cofnął się na widok godła Białego Domu. Tylko nie każ mi tego otwierać, pomyślała.

— Proszę dać mi kopertę — powiedział. — Przekażę mu.

— Do diabła, spełniam polecenie Białego Domu. Mam to dostarczyć do rąk własnych. Jeśli natychmiast z nim nie porozmawiam, jutro rano wszyscy możemy zacząć szukać pracy. Rozumiesz?

Gabrielle widziała, że ochroniarzem targają sprzeczne emocje. Tego dnia Sexton rzeczywiście musiał wydać surowe rozporządzenia. Sięgnęła po broń ciężkiego kalibru. Podnosząc wysoko kopertę, zniżyła głos do szeptu i wypowiedziała trzy słowa, których obawiali się wszyscy pracownicy ochrony w Waszyngtonie:

— Nie rozumiesz sytuacji.

Ochroniarze polityków nigdy nie rozumieli sytuacji i serdecznie nie cierpieli tego stanu rzeczy. Byli gorylami do wynajęcia, niedoinformowanymi, niemającymi pojęcia, czy skrupulatnie wypełniać rozkazy, czy zaryzykować utratę pracy przez uparte ignorowanie oznak jakiegoś oczywistego kryzysu.

Ochroniarz głośno przełknął ślinę, patrząc na czerwoną kopertę.

— Dobra, ale powiem senatorowi, że zrobiłem to na pani żądanie.

Otworzył drzwi. Gabrielle szybko przemknęła obok niego, żeby przypadkiem nie zmienił zdania. Weszła do apartamentu i zamknęła za sobą drzwi.

W holu usłyszała stłumione głosy, które dochodziły z salonu — męskie głosy. A zatem wbrew temu, co sugerowała wcześniejsza rozmowa telefoniczna Sextona, dzisiejszy wieczór nie był przeznaczony na spotkanie z jedną osobą.

W drodze do salonu Gabrielle minęła otwartą szafę, w której wisiało sześć drogich męskich płaszczy, wełnianych i tweedowych.

Na podłodze stało kilka aktówek. Najwyraźniej goście zostawili pracę w korytarzu. Gabrielle już miała ruszyć dalej, gdy jedna teczka przyciągnęła jej uwagę. Na tabliczce widniało charakterystyczne logo, jasnoczerwona rakieta.

Zatrzymała się, przyklękła i przeczytała: SPACE AMERICA, INC. Zaskoczona, spojrzała na inne aktówki.

BEAL AEROSPACE. MICROCOSM, INC. ROTARY ROCKET COMPANY. KISTLER AEROSPACE.

W jej głowie zabrzmiał chrapliwy głos Marjorie Tench: „Czy wiesz, że Sexton bierze łapówki od prywatnych firm lotniczych i kosmicznych?".

Przyśpieszył jej puls, gdy spojrzała w kierunku sklepionego wejścia do salonu. Wiedziała, że powinna się odezwać, oznajmić swoje przybycie, ale zamiast tego przesuwała się po cichu i powoli. Zbliżyła się do wejścia i zastygła w cieniu... słuchając rozmowy.
Rozdział 55

Delta Trzy został, żeby zabrać zwłoki Nory Mangor i sanie, a pozostali dwaj żołnierze popędzili w dół lodowca za swoimi ofiarami.

Na nogach mieli motonarty. Były to w gruncie rzeczy zwykłe krótkie deski, ale wyposażone w miniaturowe gąsienice — jak zakładane na nogi skutery śnieżne. Użytkownik regulował prędkość palcem wskazującym i kciukiem, ściskając ciśnieniowy regulator we wnętrzu prawej rękawicy. Zamontowane wokół stóp potężne baterie żelowe pełniły również rolę tłumików wyciszających pracę napędu. Energia kinetyczna wytwarzana przez gąsienice w czasie swobodnej jazdy w dół stoku była wykorzystywana do ładowania baterii do jazdy pod górę.

Mając wiatr w plecy, skulony Delta Jeden mknął w stronę morza, omiatając wzrokiem lodowiec. Jego noktowizor w niczym nie przypominał modelu Patriot używanego przez piechotę morską. Delta Jeden patrzył przez gogle wyposażone w obiektywy sześcioelementowe 40 x 90 mm, trzyelementowy wzmacniacz obrazu oraz czujnik podczerwieni o bardzo dużym zasięgu. Widział otoczenie w odcieniach chłodnego błękitu, a nie zwyczajnej zieleni — barwa została dobrana specjalnie do terenów o wysokim współczynniku odbicia, takich jak Arktyka.

Delta Jeden zbliżył się do pierwszego waha i zobaczył kilka jasnych bruzd świeżo poruszonego śniegu, odcinających się od stoku jak neonowe strzały. A zatem trzej uciekinierzy nie pomyśleli o odpięciu swojego prowizorycznego żagla albo też nie byli w stanie tego zrobić. Tak czy inaczej, jeśli nie uwolnili się przed ostatnim wałem, teraz kąpią się w lodowatej wodzie. Delta Jeden wiedział, że ochronne stroje przedłużą im życie, ale prądy wyniosą ich na morze, gdzie prędzej czy później utoną.

Delta Jeden był jednak nauczony, żeby nie przyjmować niczego na wiarę. Musi zobaczyć ciała. Przykucnął, złączył palce i popędził w górę pierwszego stoku.

Michael Tolland leżał bez ruchu, przeprowadzając bilans obrażeń. Był potłuczony, ale chyba nie złamał żadnej kości. Nie wątpił, że wypełniony żelem kombinezon uchronił go przed poważnymi uszkodzeniami ciała. Gdy otworzył oczy, miał kłopoty ze skupieniem myśli. Wszystko wydawało się bardziej miękkie... cichsze. Wiatr wciąż wył, lecz mniej wściekle.

Przelecieliśmy nad krawędzią... na pewno?

Tolland skoncentrował się i stwierdził, że leży na Rachel Sexton, prawie na krzyż, połączony z nią pętlą i karabinkiem. Czuł, jak ona oddycha, ale nie widział jej twarzy. Stoczył się z niej, choć mięśnie ledwo chciały go słuchać.

— Rachel...? — Nie był pewien, czy z jego ust wydobył się jakiś dźwięk.

Przypomniał sobie ostatnie sekundy koszmarnej jazdy — poderwanie przez balon w górę, pęknięcie linki, upadek na stoku drugiego wału, wjazd na ostatnią hałdę, kończący się lód. Oboje spadli z krawędzi, lecz lot trwał dziwnie krótko. Zamiast w morzu, wylądowali na leżącej zaledwie trzy metry niżej płycie lodu, prześliznęli się kawałek i znieruchomieli, zatrzymani przez ciężar wleczonego z tyłu Corky'ego.

Tolland podniósł głowę i popatrzył w stronę morza. Niezbyt daleko od niego lód kończył się urwiskiem, za którym huczał ocean. Odwrócił się w kierunku lodowca i wytężył wzrok. Dwadzieścia metrów dalej zobaczył pionową ścianę lodu. Wtedy zrozumiał, co się stało. Zsunęli się z głównego lodowca na niższy taras lodu. Ta część była płaska, wielka jak lodowisko i częściowo oberwana — gotowa spaść do oceanu.

Lodowiec się cieli, pomyślał, omiatając wzrokiem szerokąpłytę, na której leżeli. Wisiała jak kolosalny balkon, z trzech stron otoczona przepaściami. Od strony lodowca ciągnęła się szeroka na ponad metr szczelina. Grawitacja była na dobrej drodze, żeby wygrać tę bitwę.



1   ...   11   12   13   14   15   16   17   18   ...   35


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna